NFZ a błąd lekarski

Jolanta Budzowska        14 września 2017        2 komentarze

Czy jeśli pacjent wymagał pilnej konsultacji ze specjalistą, ale ten specjalista bywa w szpitalu raz na tydzień, co środę, więc pacjent czekał – przyjmijmy – 5 dni, bo miał pecha i potrzeba konsultacji powstała w sobotę, a w międzyczasie doszło do pogorszenia się jego stanu zdrowia, to czy pacjent może twierdzić, że jego leczenie było nieprawidłowe?

Co, jeśli pacjent został zakwalifikowany do operacji w trybie pilnym (czyli powinna się odbyć w ciągu 6 godzin od podjęcia decyzji przez operatora), ale zespół zebrał się dopiero po 8 godzinach, bo jedyny dyżurny anestezjolog był zajęty przy innych zabiegach, i zapalenie otrzewnej się pogłębiało albo pacjent stracił zbyt dużo krwi? Czy to był błąd medyczny?

Szpital odpowie, nie. Nie odpowiadamy za pogorszenie się stanu zdrowia pacjenta. Nie można mówić o błędnym leczeniu. Tak mamy zakontraktowanych specjalistów, tyle przewiduje umowa szpitala z NFZ, nic więcej nie mogliśmy zrobić. Nie mamy środków w budżecie, by zwiększyć zatrudnienie, a w ogóle to lekarzy jest za mało i nikt nie chce u nas się zatrudnić.

Ja odpowiem: tak.  To błąd w leczeniu, za który odpowiada szpital. Jeśli leczenie było obiektywnie opóźnione, a stan zdrowia pacjenta przez to się pogorszył, to mówimy o błędzie medycznym, o braku staranności w leczeniu, czyli o leczeniu niezgodnym z aktualną wiedzą medyczną. A pacjent ma wtedy prawo do odszkodowania od szpitala. I kropka.

NFZ, a w szczególności treść umowy Funduszu ze szpitalem, nie wyznacza poziomu aktualnej wiedzy medycznej!

Co więcej, nawet lekarze czasem skarżą się, że Narodowy Fundusz Zdrowia zmusza ich do złej praktyki klinicznej, bo na przykład nie finansuje leczenia, o którym wiadomo, że jest skuteczniejsze, niż zakontraktowane przez Fundusz. Cóż, to lekarze muszą zadbać, żeby ten problem rozwiązać, a nie pacjenci.

Bo problem niewątpliwie z punktu widzenia lekarzy istnieje.

Zgodnie z art. 4 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty lekarz ma obowiązek wykonywać zawód:

a) zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej,
b) dostępnymi mu metodami i środkami zapobiegania, rozpoznawania i leczenia chorób,
c) zgodnie z zasadami etyki zawodowej

oraz

d) z należytą starannością.

Także zasady etyki zawodowej – których przestrzeganie jest obowiązkiem prawnym lekarza– przewidują, że powinnością lekarza jest kierowanie się dobrem chorego, a mechanizmy rynkowe, naciski społeczne i wymagania administracyjne nie zwalniają go z respektowania tej powinności.

Równocześnie jednak obowiązuje szereg przepisów prawa, które stwarzają dla świadczeniodawców – lekarzy (bądź jednostek zatrudniających lekarzy) takie ramy działania i nakładają takie obowiązki administracyjne, które wcale nie premiują kierowania się dobrem pacjenta. Przeciwnie. Na pierwszym miejscu stawiają przede wszystkim efektywność ekonomiczną, czyli oszczędności i jeszcze raz oszczędności.

Kodeks Etyki Lekarskiej przewiduje jednak, że lekarz winien zabiegać o wykonywanie swego zawodu w warunkach, które zapewniają odpowiednią jakość opieki nad pacjentem – a więc sam winien dbać między innymi o to, aby wymogi administracyjne nie ograniczały go w udzielaniu adekwatnej, zgodnej z jego wiedzą, pomocy medycznej.

Ustawa o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych (art. 19) przewiduje, że świadczenia w stanach nagłych mają być udzielane i są refundowane ponad limit, a podmiot leczniczy, który z przyczyn organizacyjnych nie ma możliwości zapewnienia odpowiedniego leczenia, ma obowiązek skierowania pacjenta do innego podmiotu, gdzie takie świadczenia są dostępne (art. 19 ust. 3 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych).

Podmioty lecznicze mają zatem możliwości, żeby leczyć, a nie szkodzić pacjentowi, zasłaniając się ograniczeniami finansowymi.

Z punktu widzenia pacjenta, obowiązek wykonywania zawodu (leczenia) zgodnie z aktualną wiedzą medyczną pozostaje więc nadrzędną zasadą.  Mówi o niej nie tylko wspomniany wyżej artykuł 4 ustawy o zawodzie lekarza, ale również, między innymi:

  • art. 18 ustawy o zawodach pielęgniarki i położnej: Pielęgniarka, położna wykonuje zawód zgodnie z aktualną wiedzą medyczną, dostępnymi jej metodami i środkami, zgodnie z zasadami etyki zawodowej oraz ze szczególną starannością.;
  • art. 11 ust. 2 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym: Ratownik medyczny postępuje zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej oraz z należytą starannością.;
  • art. 4 ust. 1 ustawy o zawodzie fizjoterapeuty: Fizjoterapeuta wykonuje zawód z należytą starannością, zgodnie z zasadami etyki zawodowej, poszanowaniem praw pacjenta, dbałością o jego bezpieczeństwo i wykorzystując wskazania aktualnej wiedzy medycznej;
  • art. 3 ust. 3 Rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie świadczeń gwarantowanych
    z zakresu leczenia szpitalnego: Świadczenia gwarantowane są udzielane zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, z wykorzystaniem metod diagnostyczno-terapeutycznych innych niż stosowane w medycynie niekonwencjonalnej, ludowej lub orientalne.

I koronny przepis, art. 6.  Ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta: Pacjent ma prawo do świadczeń zdrowotnych odpowiadających wymaganiom aktualnej wiedzy medycznej. 

„Standardy NFZ”, czyli uwarunkowania administracyjne, nie mają więc przewagi nad aktualną wiedzą medyczną.

Gdy leczenie jest niezgodne z aktualną wiedzą medyczną, możemy mówić o błędzie medycznym, a pacjent ma prawo do odszkodowania.

Chyba, że sądy przypomną sobie o przysłowiu: „tak krawiec kraje, jak mu materiału staje”…  Oby nie, bo chronienie finansowych interesów szpitali i lekarzy kosztem pacjentów na pewno nie poprawi jakości leczenia:-(

Zasiłek opiekuńczy, świadczenie pielęgnacyjne czy renta na opiekę za błąd medyczny?

Jolanta Budzowska        27 sierpnia 2017        2 komentarze

Poszkodowanym w wyniku błędu medycznego pacjentom nie chodzi o zemstę.

Rodzice niepełnosprawnych dzieci i małżonkowie osób, które utraciły samodzielność już w dojrzałym wieku, najczęściej martwią się o to, kto zajmie się ich bliskimi, kiedy ich zabraknie. Jak wówczas – i za co – osoby niepełnosprawne zorganizują sobie opiekę?

Pomijając wszystko inne, z czegoś trzeba też żyć na bieżąco. Jeśli najbliżsi nie pracują zawodowo, by zająć się chorym, to za co utrzymać ma się rodzina? Kolejki do leczenia na NFZ rosną. Jak sfinansować leczenie prywatne?

Wszystkie te obawy są niestety uzasadnione. Za opiekę nad osobą, która utraciła sprawność po 18. roku życia, przysługuje obecnie 520 zł miesięcznie. Pozostali opiekunowie – opiekujący się dorosłymi niepełnosprawnymi – dostają 1406 zł. zasiłku pielęgnacyjnego. Trybunał Konstytucyjny w 2014 roku uznał różnicowanie świadczeń dla opiekunów za niezgodne z Konstytucją, ale póki co jest jak jest, a prawo nie zostało zmienione. Oprócz tego, że takie różne traktowanie osób w podobnej sytuacji jest zwyczajnie niesprawiedliwe, to i tak świadczenia wypłacane przez państwo są po prosu głodowe. Kropla w morzu potrzeb.

Sytuacja osób poszkodowanych w wyniku błędu medycznego jest jednak nieco inna. Mogą uzyskać 100 % potrzebnych środków na opiekę od sprawcy ich niepełnosprawności: podmiotu leczniczego lub jego ubezpieczyciela.

Jest to renta na zwiększone potrzeby, wypłacana najczęściej miesięcznie. „Zwiększone potrzeby” to nic innego jak dodatkowe wydatki, które powstały w nowej sytuacji życiowej, w jakiej dana osoba, poszkodowany pacjent znalazł się na skutek błędu lekarskiego.  Są to zwykle wydatki z tytułu opieki sprawowanej przez osoby trzecie – w tym członków rodziny, koszty wizyt lekarskich i zabiegów rehabilitacyjnych przeprowadzanych płatnie, koszty dojazdu do placówek służby zdrowia i lekarzy oraz na turnusy rehabilitacyjne, wydatki na lekarstwa, opatrunki czy płatne badania. Więcej na temat sposobu  wyliczania takiej renty napisałam w postach „Renta na zwiększone potrzeby, czyli londyńskiej przygody cd” oraz „Czy należą mi się koszty adaptacji domu i przystosowania samochodu?”.

Jeśli opiekę sprawuje rodzic czy współmałżonek, to też nie jest ona „darmowa”. Sądy przyjmują stawkę godzinową, jaka należy się opiekunowi zawodowemu.  Czasem punktem odniesienia mogą być też uzyskiwane wcześniej zarobki, gdy opiekun wcześniej pracował w swoim zawodzie i porzucił pracę, by zająć się najbliższym członkiem rodziny.

Oczywiście, od tak wyliczonych i udowodnionych miesięcznych kosztów na zaspokojenie zwiększonych potrzeb osoby poszkodowanej w zakresie opieki należy odjąć kwotę otrzymywaną przez jej opiekuna tytułem zasiłku opiekuńczego lub świadczenia pielęgnacyjnego.

Może się okazać, że proces sądowy to jedyna droga, aby zapewnić sobie środki do życia. Taka renta – na zwiększone potrzeby –  jest przyznawana w zasadzie do końca życia. Można domagać się też jej podwyższenia, jeśli ceny lub potrzeby poszkodowanego wzrosną.

A najpierw trzeba udowodnić, że do błędu medycznego w ogóle doszło…

To jest – rzecz jasna – najtrudniejsze. Im szybciej się zdecydujemy, tym jednak najczęściej łatwiej o dowody. Nie bez znaczenie jest też to, że wstecz możemy dochodzić renty tylko za 3 lata, więc czasu nie ma za dużo. Z dochodzeniem roszczeń za błąd w leczeniu nie warto więc czekać.

 

Bliskim zmarłego pacjenta (nie) zawsze należy się zadośćuczynienie

Jolanta Budzowska        17 sierpnia 2017        Komentarze (0)

Czego mogą się domagać najbliżsi zmarłego pacjenta, gdy przyczyną jego śmierci był błąd medyczny? Czy mają takie same prawa jak poszkodowany pacjent?

Takie pytania często zadają sobie członkowie rodziny zmarłego pacjenta, którzy nie mogą się pogodzić z tym, że nie zdołali zapobiec śmierci najbliższej osoby.

Musimy rozróżnić dwie sytuacje.

Pierwsza to ta, gdy poszkodowany pacjent umiera w trakcie procesu o odszkodowanie za błąd medyczny. Czyli, gdy zdawał sobie sprawę z faktu, że stał się ofiarą nieprofesjonalnego leczenia, wystąpił z pozwem do sądu, ale niestety nie dożył wyroku.

Wówczas jego spadkobiercy mogą wstąpić do toczącego się postępowania w jego miejsce. Gdy zapadnie korzystny wyrok, potwierdzający fakt błędu lekarskiego, to wówczas kwoty odszkodowania i zadośćuczynienia oraz renty naliczanej do chwili śmierci poszkodowanego, przypadną jego spadkobiercom.

Muszę przyznać, że – choć to trudne sytuacje – zdarza się, że przychodzi do mnie pacjent, który wie, że może nie dożyć końca procesu i absolutnie świadomie podejmuje decyzję o rozpoczęciu sprawy sądowej, żeby chociaż w tej formie zabezpieczyć finansowo na przyszłość swoją rodzinę…

Ma rację. Jest to forma zabezpieczenia. W przypadku śmierci ofiary błędu medycznego, jej spadkobiercy dziedziczą między innymi zadośćuczynienie, które – gdyby pacjent nie zmarł – byłoby przyznane w wysokości odpowiedniej dla jego sytuacji życiowej, z uwzględnieniem jego cierpień i jego uszczerbku na zdrowiu. Nie są to na ogół małe kwoty.

Inny przypadek ma miejsce wtedy, kiedy pacjent – mimo tego, że doszło do błędu w leczeniu, nie decyduje się na drogę sądową. Nie chce zaszkodzić lekarzom albo zwyczajnie cała rodzina koncentruje się na próbie ratowania chorego, a nie konsultacjach z prawnikami… Czas na refleksję: czy i w jaki sposób można dochodzić roszczeń odszkodowawczych, przychodzi dopiero po śmierci poszkodowanego pacjenta…

Wówczas sytuacja jest nieco inna. Jego bliskim przysługuje co prawda prawo do zadośćuczynienia, odszkodowania, a czasem i renty, ale są zupełnie inne roszczenia niż te, które byłyby należne samemu pacjentowi (gdyby to on wystąpił z pozwem przeciwko szpitalowi za życia).

Podstawowa różnica to ta w zakresie zadośćuczynienia.

Po pierwsze, przysługuje ono wtedy na podstawie art. 446 § 4 k.c. osobom bliskim zmarłemu pacjentowi. Te „bliskie osoby” to niekoniecznie spadkobiercy, bo przecież zmarły pacjent mógł chociażby pozostawić testament, w którym swój majątek przeznaczył na cele charytatywne. Nie pozbawia to jednak jego bliskich prawa do żądania roszczeń odszkodowawczych z tytułu błędu medycznego.

Sąd oceni jednak każdorazowo, po pierwsze stopień „bliskości”, czyli czy rzeczywiste relacje wiążące tego, kto ubiega się o zadośćuczynienie, z osobą zmarłego uzasadniają przyjęcie, że dany członek rodziny jest osobą najbliższą w rozumieniu art. 446 § 4 k.c.

Po drugie, sąd w toku postępowania oceni też stopień doznanej krzywdy. Oczywiście, wiadomo, że krzywdę doznaną wskutek śmierci osoby bliskiej jest bardzo trudno ocenić. Pisałam już o tym w kilku postach, między innymi w tym ”Zadośćuczynienie za śmierć osoby bliskiej”, „Zadośćuczynienie po śmierci pacjenta” czy „Zadośćuczynienie za śmierć żony”.

Wiadomo też, że nawet sędziom trudno jest zobiektywizować kryteria i ocenić, jaka wysokość zadośćuczynienie będzie sprawiedliwa w konkretnej sytuacji.

Dlatego też sąd, zanim zdecyduje o tym czy należy się zadośćuczynienie (lub nie…, ale o tym za chwilę) i w jakiej wysokości, zbada rodzaj, charakter, długotrwałość cierpień i ich intensywność.

Jeśli przebycie żałoby po śmierci poszkodowanego pacjenta nastąpiła w sposób naturalny, a śmierć nie wpłynęła szczególnie na życie jego bliskich, to w skrajnym przypadku może nawet uznać, że z uwagi na bardzo niewielki stopień doznanej krzywdy, zadośćuczynienie w ogóle nie będzie należne…

Ostatnio taki właśnie wyrok wydał w sprawie wypadku komunikacyjnego Sąd Apelacyjny w Warszawie który uznał, że jeśli człowiek po śmierci swojego krewnego w sposób naturalny przeżywa żałobę, doświadcza przykrych przeżyć, ale nie odczuwa szczególnie silnego cierpienia, to brak jest podstaw do przyznania mu zadośćuczynienia z tego tytułu. Zadośćuczynienia domagali się bratankowie, po śmierci stryjenki. Sprawę znam tylko z portalu Sądu Apelacyjnego*, ale takie rozstrzygnięcie wydaje się być słuszne. Zadośćuczynienie nie należy się przecież „automatycznie”…

Trzeba pamiętać, że to poszkodowani (osoby bliskie zmarłemu) muszą udowodnić przed sądem, że ich krzywda powinna zostać zrekompensowana.

A w sprawie o błąd medyczny jest jeszcze trudnej, bo przede wszystkim trzeba wykazać, że do niego doszło, i że był przyczyną śmierci najbliższej nam osoby.  I dlatego, bez pełnomocnika, „stety” albo  niestety, ani rusz.

 

* Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 23.02.2017 r., I ACa 2387/15, LEX nr 2279531

Jaka jest szansa na ugodę w sprawie o błąd medyczny?

Jolanta Budzowska        09 sierpnia 2017        Komentarze (0)

Tytuł przydługi, ale zacytowałam po prostu pytanie, która zawsze pada podczas każdej mojej rozmowy na temat, czy warto kierować sprawę o błąd medyczny do sądu i jakie są szanse na wygraną, oraz ile to wszystko mniej więcej potrwa…

Dotąd odpowiadałam, że w praktyce szanse na ugodę są znikome. I to niezależnie od tego, jak bardzo oczywisty jest błąd medyczny. Szpitale procesują się latami. A na koniec, po wyroku, płacą niebotyczne odsetki ustawowe za opóźnienie, bo trzeba pamiętać, że odsetki należą się pacjentowi już niezwłocznie po doręczeniu  szpitalowi wezwania do zapłaty (którym ostatecznie bywa też pozew…).

Te nieliczne ugody, które są zawierane, najczęściej mają miejsce po kilku latach procesu, kiedy pozwany szpital i ubezpieczyciel mają już świadomość nieuchronności przegranej, a jedyne pytanie, na które jeszcze nie ma odpowiedzi, to: „Ile?” (zasądzi sąd). Przykłady takich ugód, skądinąd wielomilionowych, w sprawach o błąd popełniony podczas porodu, opisałam tutaj.

Ale.

Uwaga.

Być może nastąpi przełom i teraz coś naprawdę się zmieni w mentalności podmiotów leczniczych?

Jest ku temu okazja. Przynajmniej, jeśli chodzi o publiczne szpitale.

Samodzielny publiczny zakład opieki zdrowotnej jest jednostką sektora finansów publicznych.

Dotąd dyrektorzy szpitali, odmawiając zawarcia ugody, zasłaniali się między innymi argumentem, że nie mogą nic zrobić bez wyroku sądu, a nawet, że zawsze muszą składać apelację od korzystnego dla pacjenta orzeczenia, bo inaczej naruszyliby dyscyplinę finansów publicznych.

Rzeczywiście, dotychczas można było mieć pewne wątpliwości. Nie było wyraźnej podstawy prawnej umożliwiającej jednostkom sektora finansów publicznych zawieranie ugód, między innymi z pacjentami.

Teraz już jest. Od 1 czerwca 2017 roku weszła w życie nowelizacja ustawy o finansach publicznych.

Mamy nowy art. 54a w następującym brzmieniu:

  1. „Jednostka sektora finansów publicznych może zawrzeć ugodę w sprawie spornej należności cywilnoprawnej w przypadku dokonania oceny, że skutki ugody są dla tej jednostki lub odpowiednio Skarbu Państwa albo budżetu jednostki samorządu terytorialnego korzystniejsze niż prawdopodobny wynik postępowania sądowego albo arbitrażowego.
  2. Ocena skutków ugody nastąpi, w formie pisemnej, z uwzględnieniem okoliczności sprawy, w szczególności zasadności spornych żądań, możliwości ich zaspokojenia i przewidywanego czasu trwania oraz kosztów postępowania sądowego albo arbitrażowego.”

Ostatecznie wątpliwości rozwiewa dodany w ustawie z dnia 17 grudnia 2004 r. o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych art. 5 ust. 4 o treści:

„Nie stanowi naruszenia dyscypliny finansów publicznych, o którym mowa w ust. 1, wykonanie ugody w sprawie spornej należności cywilnoprawnej zawartej zgodnie z przepisami prawa.”

Jeśli więc mądry pełnomocnik szpitala rzetelnie oceni przewidywany przebieg i wynik ewentualnego procesu, czyli policzy na przykład, ile szpital zapłaci odsetek ustawowych za opóźnienie w przypadku brnięcia w wieloletni spór sądowy, a dyrektor podejdzie do sprawy rozsądnie, to ugoda wręcz powinna być rozwiązaniem pierwszego wyboru!

Zobaczymy tylko, co na to szpitale…

Kto trzęsie polskim wymiarem sprawiedliwości?

Jolanta Budzowska        28 lipca 2017        2 komentarze

Takie pismo, a właściwie ultimatum, otrzymał właśnie sąd od biegłego, w jednej z prowadzonych przeze mnie spraw:

„W odpowiedzi na Wasze pismo z dnia xx.yy.2017 r. informuję, że mogę się podjąć wykonania przedmiotowej opinii. Ponieważ jestem zaledwie jednym z 3 biegłych radiologów w Polsce, w chwili obecnej mogę wykonać taką opinię na nie wcześniej jak na zz.aa.2017 r.

Jednocześnie informuję, że warunkiem nie podlegającym negocjacji podjęcia się przeze mnie wykonania takiej opinii jest zapewnienie mnie przez SO w B. o niewzywaniu mnie na salę rozpraw celem ewentualnego udzielenia informacji dodatkowych przed sądem. Mogę udzielić opinii uzupełniającej jedynie w formie pisemnej. Wobec – na dzień dzisiejszy 10322 sędziów w Polsce przy zaledwie 3 biegłych radiologach nie jest w żaden sposób możliwe, bym gdziekolwiek jeździł. Tylko pod tym warunkiem proszę o przesłanie akt sprawy.”

Tylko z obowiązku zacytuję treść art. 286 Kodeksu Postępowania Cywilnego: „Sąd może zażądać ustnego wyjaśnienia opinii złożonej na piśmie, może też w razie potrzeby zażądać dodatkowej opinii od tych samych lub innych biegłych.”

Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, to postawię kropkę nad „i”: polskim wymiarem sprawiedliwości rządzą biegli (lekarze). A już z całą pewnością, jeśli chodzi o sprawy o błąd medyczny.