Wypis ze szpitala po łacinie i co dalej

Jolanta Budzowska        17 lipca 2017        2 komentarze

Ten post  będzie o tym, czy wpisy w dokumentacji medycznej mogą być dokonywane przez lekarzy po łacinie. Zdarza się, że pacjenci nie wiedzą, jakie ostatecznie postawiono rozpoznanie, bo na karcie informacyjnej (wypisie) diagnozę wpisano tylko w języku łacińskim.

Ale zanim przejdę do rzeczy,  kilka słów tytułem wstępu.

Niedawno w jednym z komentarzy pojawiła się prośba o wskazanie adresów do „blogów prawników którzy zabezpieczają interesy lekarzy oraz tych najaktywniejszych i doświadczonych lekarzy, którzy radzą kolegom po fachu jak pozbyć się problemu „trudnego” pacjenta”.

Jeśli chodzi o linki do blogów tzw. lekarskich, to zaszło małe nieporozumienie. Wspominając o nich w tym poście, miałam na myśli raczej blogi tematyczne, które dostarczają czytelnikom, także i mnie, wiedzy medycznej w formie możliwej do przyswojenia przez laików. Jak na przykład strona Pani Pauliny Łopatniuk: „Patolodzy na klatce”.

Co do blogów prawników wspierających lekarzy, to bardzo proszę. Jest to między innymi blog mec. Michała Badowskiego, gdzie przed kilkoma dniami pojawił się ciekawy wpis związany z tematem, czy dokumentacja medyczna może być prowadzona po łacinie, czy też musi być po polsku, co mnie właśnie natchnęło do rozwinięcia tematu.

Przebieg wydarzeń, relacjonowanych przez mec. Badowskiego, był w skrócie następujący: pacjentka poddała się operacji. Usuniętą podczas operacji tkankę oddano do badania histopatologicznego. Pacjentka została wypisana ze szpitala, następnie zgłosiła się po wynik.  Jak pisze mec. Badowski, po trzech tygodniach pacjentka odebrała wynik badania histopatologicznego z dość wymownym opisem „Carcinoma papillare”. Wydająca wynik sekretarka nie skomentowała go, nie skontaktowała pacjentki z lekarzem. Sama pacjentka nie wnikała w znaczenie opisu i wyniku nie pokazała żadnemu lekarzowi uznając, że leczenie dobiegło końca. O tym, że ma raka, dowiedziała się przypadkowo, po 3 latach, kiedy wystąpiły przerzuty.

W rezultacie pojawiło się pytanie –  kto powinien był poinformować pacjentkę o znaczeniu łacińskiej nazwy choroby i o koniecznym dalszym postępowaniu?

Sprawą zajmował się sąd lekarski, który przyjął winę lekarza prowadzącego leczenie, bo niewątpliwie powinien był on dążyć do ustalenia, jaki był wynik badania. Co ciekawe, sąd lekarski uznał jednak, że i sama pacjentka zachowała się nieodpowiedzialnie. Zdaniem orzekających lekarzy, powinna była się zainteresować wynikiem badania histopatologicznego i przedstawić go lekarzowi.

Nie zgadzam się z taką oceną zachowania pacjentki. Z przepisów wynika, że karta informacyjna z leczenia szpitalnego ma zawierać rozpoznanie choroby w języku polskim. Czyli diagnoza może być po łacinie, ale tylko dodatkowo, a nie zamiast informacji w języku polskim (par. 24 ust. 3 pkt.1 Rozporządzenia*). To raz.

Dwa: na karcie informacyjnej mają się też znaleźć wyniki badań diagnostycznych wraz z opisem oraz wyniki konsultacji. Jeśli wyniku badania w dniu wypisu nie jeszcze nie ma, to pacjent w wypisie powinien dostać jasne polecenie zgłoszenia się po wynik. Nie wiem, czy w omawianym przypadku tak było, ale pacjentka wynik odebrała, więc na pewno nie można jej czynić zarzutu, że zlekceważyła zalecenie.

Trzy: podmiot przeprowadzający badanie przekazuje podmiotowi, który wystawił skierowanie, wyniki badań (par. 9 ust.1 Rozporządzenia*). Zatem, wynik badania histopatologicznego powinien był trafić do lekarza prowadzącego leczenie szpitalne (bo to zapewne on figurował jako zlecający badanie). Czy był po łacinie czy po polsku – bez znaczenia. To lekarz miał obowiązek przeczytać wynik, zinterpretować go i poinformować pacjentkę.

Wpisy do dokumentacji medycznej po łacinie mogą być dokonywane tylko wtedy, kiedy pacjent korzysta ze swojego prawa do nieuzyskiwania informacji o swoim stanie zdrowia i proponowanym leczeniu! Czyli – nie chcę wiedzieć, co mi jest – mogę dostać wypis ze szpitala z rozpoznaniem wyłącznie w języku łacińskim.

Podobnie uważa inny prawnik, mec. Radosław Tymiński, który na swoim blogu, gdzie radzi lekarzom jak unikać procesów o błąd kiedyś napisał: ” Nigdy nie pisz po łacinie, zwłaszcza rozpoznań, ponieważ pacjent łatwo udowodni, że nie zrozumiał informacji (przykład z życia: „rozpoznanie: carcinoma spinocellulare – konsultacja dermatologa”, a pacjent nie wiedząc, że rozpoznano mu nowotwór czekał z zapisaniem się do dermatologa na okres po wakacjach, bo nie miał świadomości powagi sytuacji).”

I będzie miał rację, można skomentować.

Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 9 listopada 2015 roku w sprawie rodzajów, zakresu i wzorów dokumentacji medycznej oraz sposobu jej przetwarzania

 

 

 

 

 

 

 

Biegli nie-od-spraw-medycznych, czyli arogancja władzy

Jolanta Budzowska        09 lipca 2017        Komentarze (1)

W zasadzie ten list powinien wystarczyć za cały post. Relacja poszkodowanej pacjentki mówi sama za siebie. Przeczytajcie.

„Szanowna Pani Mecenas,

Witam serdecznie. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami chciałabym przekazać Pani informacje dotyczące wczorajszego „spotkania” z biegłym sądowym dr XX. Celowo nie użyłam słowa „badanie”, ponieważ badanie jako takie się nie odbyło mimo mojego stawiennictwa, ale o tym zaraz napiszę ze szczegółami.

Otóż zgodnie ze wskazówkami podanymi w zawiadomieniu sądowym stawiłam się wraz z towarzyszącą mi mamą o wyznaczonej porze pod stosownym gabinetem badań. Zostałam wezwana przez biegłego do gabinetu (tu mama również mi towarzyszyła), biegły spisał moje dane z dowodu osobistego i po chwili przystąpił do zadawania pytań. Już z pierwszym pytaniem „Czego Pani ode mnie oczekuje?” pojawiły się u mnie i u mamy wątpliwości, które narastały z każdym kolejnym pytaniem nie mającym nic wspólnego z feralną opracją i jej dramatycznymi dla mnie skutkami. Biegły uparcie pytał, jaki „uraz” przeszłam lub w jakim „wypadku” uczestniczyłam, jaki był mój stan zdrowia przed „wypadkiem”, jakie były okoliczności „wypadku”.

O specyfice mojej choroby nic nie wiedział, moich akt zupełnie nie znał, nawet nie wiedział w zarysie, jaka była treść pozwu, czyli nie miał żadnego pojęcia, czego dotyczy sprawa, mimo, że na wokandzie napisane było „YZ przeciwko Szpitalowi w K”.

W momencie, kiedy biegły usłyszał ode mnie, że sprawa dotyczy zabiegu operacyjnego i zaniedbań w poprzedzającym operację procesie leczenia i diagnostyki (a właściwie jej braku), czyli  tzw. błędu lekarskiego, zmienił się dziwnie na twarzy i z nieskrywanym niesmakiem powiedział, że on nie orzeka przeciwko swoim kolegom po fachu i że nie przeprowadzi żadnego badania, bo to niezgodne z jego przekonaniami. W ewidentnie nonszalanckim i protekcjonalnym tonie dodał, że w swej (jak to obie z mamą odebrałyśmy) wielkoduszności nie obciąży mnie kosztami badania, chociaż „specjalnie przyjechał spoza Warszawy”.

Na moje pytanie, jak doszło do sytuacji, w której  osoba tak poważnie chora jak ja została na próżno wezwana w upalny dzień na badanie, na które musiała przyjechać (i wrócić  z niego) taksówką w asyście leciwej i chorej matki, a które to badanie się nie odbędzie, bo biegły po prostu odmawia jego przeprowadzenia, pan doktor zrobił „dziwną” minę, bąknął coś niezrozumiałego pod nosem sam do siebie, po czym stwierdził, że on „nie wie”.

Tak więc w stanie totalnego osłupienia i niedowierzania opuściłyśmy obie z mamą gabinet biegłego z niczym, a właściwie z ogromnym niesmakiem i poczuciem skrajnego zlekceważenia oraz braku zrozumienia dla mojego bardzo złego ogólnego stanu zdrowia i cierpienia oraz zaawansowanej niepełnosprawności.

Jak można sobie wyobrazić, nie miałam nawet cienia szansy opowiedzieć o swoim przypadku czy przekazać jakichkolwiek dokumentów medycznych. Zresztą przedstawianie jakichkolwiek informacji byłoby bezcelowe, ponieważ biegły nie miał absolutnie żadnego pojęcia o sprawie, nawet nie wiedział, jakiego problemu ogólnie sprawa dotyczy czy jakiego jest charakteru. Nie „upierałam” się zresztą przy próbie jej przedstawienia, bo oczywiste było, że przy takiej postawie i specyficznie pojętej etyce zawodowej, opinia tego konkretnego biegłego mogłaby mi jedynie zaszkodzić.

W zaistniałej sytuacji uprzejmie proszę o informacje, jakie dalsze działania w sprawie będą/mogą być podejmowane. Nie ukrywam, że jestem wstrząśnięta i oburzona postawą biegłego i zastanawiam się, czy niezależnie od wszelkich na bieżąco prowadzonych w mojej sprawie działań takich przejawów arogancji i niekompetencji ze strony biegłego sądowego nie należałoby zgłosić gdzieś oficjalnie. (…).

Pozdrawiam serdecznie.

Z wyrazami szacunku, YZ”.

Sprawa ma ciąg dalszy. Na pewno tego tak nie zostawimy. Za wcześnie jednak, żeby pisać o szczegółach.

Ale przy takim podejściu biegłych, jakiekolwiek debatowanie na temat jak usprawnić orzekanie w sprawach o błąd lekarski, nie ma sensu.

O arogancji biegłych pisałam już wielokrotnie, na przykład tutaj i tutaj, ale ten biegły przeszedł sam siebie.

Może dla porządku przypomnę tylko, że biegły sądowy przed objęciem funkcji składa wobec prezesa  sądu przyrzeczenie według następującej roty: „Świadomy znaczenia mych słów i odpowiedzialności przed prawem przyrzekam uroczyście, że powierzone mi obowiązki biegłego sądowego wykonywać będę z całą sumiennością i bezstronnością„…

 

PS. W artykule zacytowałam fragmenty prawdziwego maila, za zgodą autorki.

Czy lekarz może być za stary, żeby leczyć?

Jolanta Budzowska        03 lipca 2017        9 komentarzy

Mieszkam w Krakowie, działam przed sądami w całej Polsce.

Najszybciej docierają do mnie – siłą rzeczy – lokalne plotki i „afery” ze środowiska medycznego z Krakowa i Warszawy (bo to jednak w stolicy prowadzę najwięcej procesów o błąd medyczny).

W Krakowie ostatnio huczy. Swoją drogą, tu łatwo o hałas, bo jednak wszystko, co ważne, dyskutowane jest w obrębie Plant:)

Otóż pewnemu znanemu kardiochirurgowi, o niekwestionowanych zasługach, po latach ciężkiej pracy, szpital zaproponował nowy kontrakt: bez możliwości operowana pacjentów.

Jak się okazuje, powodem tej decyzji dyrekcji jest przede wszystkim fakt, że lekarz jest w wieku emerytalnym, ma 73 lata.

Dla profesora i jego otoczenia,  warunek odejścia od stołu operacyjnego jest nie do przyjęcia. Głośno protestują też uratowani przez tego lekarza pacjenci i ich rodziny.

Niektórzy, między innymi krakowska Gazeta Wyborcza, stawiają jednak pytanie:

„Kiedy chirurg powinien powiedzieć sobie dość i ze względu na bezpieczeństwo pacjenta przestać operować?”

Redaktor Iwona Hajnosz w omawianym artykule cytuje profesora Dziatkowiaka, innego legendarnego kardiochirurga krakowskiego: „Jestem przekonany, że nadal po ukończeniu 70 lat życia mógłbym z powodzeniem operować. Nie czynię tego jednak, ponieważ zdaję sobie sprawę, że w kardiochirurgii pięcioprocentowe ryzyko operacyjne rozkłada się proporcjonalnie do liczby wykonywanych zabiegów”.

Warto przeczytać cały materiał, bo autorka przytacza też przykłady ze świata. Między innymi ciekawy jest fakt, że na przykład w Wielkiej Brytanii po 65. roku chirurg nie może być zatrudniony jako operator w publicznych placówkach medycznych. Albo ten: według amerykańskich badań, przy niektórych zabiegach operacyjnych, starsi chirurdzy mają więcej zgonów pacjentów do 30. dnia po operacji niż ich młodsi koledzy. Zakładam, że chodzi tu o rzeczywiście podeszły wiek.

Na pewno jest tak, że nie każdy w tym samym wieku, na przykład 73 lat, ma taką samą sprawność psychofizyczną. Nie można więc generalizować i wrzucać wszystkich do tego samego worka.

Nie sądzę jednak, żeby najlepszą osobą do oceniania swojej zdolności do operowania, był sam chirurg. A nawet gdyby był w stanie ustrzec się od subiektywnej oceny tego, czy na przykład na równi z czterdziestoletnim może wytrwać przy stole operacyjnym podczas wielogodzinnej operacji, to nie można odmówić dyrekcji szpitala dbałości o minimalizowanie ryzyka zdarzeń medycznych. Także tych niezawinionych przez lekarza, a związanych po prostu z ułomnościami wynikającymi z wieku.

Według danych Naczelnej Izby Lekarskiej w Polsce pracuje 13 tys. 147 lekarzy (wyłączając dentystów), którzy ukończyli 71. rok życia. To blisko 10 procent wszystkich lekarzy czynnych zawodowo. Część z nich to lekarze, których specjalizacje wymagają bardzo dobrej sprawności fizycznej, na przykład chirurdzy.

Czas więc zacząć poważną dyskusję na temat, czy podeszły wiek operatorów zwiększa ryzyko odpowiedzialności podmiotów leczniczych za powikłania po zabiegach z ich udziałem. Jeśli to ryzyko jest rzeczywiście wyższe, a wszystko na to wskazuje, to taka polityka zatrudnienia, jaką próbuje się wymusić na krakowskim szpitalu, byłaby błędem organizacyjnym.  I oczywiście – argumentem do wykorzystania przez poszkodowanego pacjenta, w razie sporu ze szpitalem.

 

 

 

 

Blog dla lekarza czy blog dla pacjenta?

Jolanta Budzowska        29 czerwca 2017        7 komentarzy

Tak, drogi pacjencie, to blog dla pacjenta. To nie pomyłka. Ale sprawa nie jest taka prosta;)

Mój blog czytają też lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, „konkurencja”, a ja czytam blogi lekarzy i prawników reprezentujących lekarzy.

„Kiedy ma się wroga, mądrze jest znać jego zwyczaje” (James Clavell, Król szczurów)

– cytat oczywiście przywołuję z  duuużym przymrużeniem oka.

Zapoznanie się z punktem widzenia lekarza czy strategią potencjalnego przeciwnika procesowego często jednak okazuje się przydatne.

Oto przykład. Niedawno mój częsty adwersarz, mec. Tymiński, z którym co rusz spotykamy się na sali sądowej (oczywiście, po przeciwnych stronach), napisał na swoim blogu, adresowanym do lekarzy, że nie zaleca „wyrywania się” i dawania pacjentom po każdej wizycie wydruku z dokumentacji medycznej z opisem tej wizyty. Dlaczego?

„Niebezpieczeństwo wydawania pacjentowi pełnej dokumentacji medycznej po każdej wizycie polega na tym, że z taką dokumentacją pacjent może zgłosić się do innego lekarza i poprosić o ocenę lub weryfikację postępowania pierwszego lekarza.”

A ja, rozważny pacjencie, a mój czytelniku, radzę Ci zupełnie odwrotnie: po każdej wizycie proś o wydruk z opisem wizyty. Masz takie prawo. Jak nie wiesz, co powiedzieć, a czujesz się w obowiązku tłumaczyć się przed lekarzem, to wyjaśnij, że jesteś tak zdenerwowany, że nie jesteś w stanie zapamiętać wszystkiego i przekazać żonie/mężowi/córce/synowi „co lekarz powiedział” i dlatego prosisz o wydruk (albo ksero) albo zapisanie.  Możesz też powiedzieć cokolwiek innego. Albo nic. Bo masz w każdym czasie prawo do otrzymania kserokopii swojej dokumentacji medycznej.

Nie chodzi o to, że od razu użyjesz takiego wydruku przeciwko lekarzowi. Ale jeśli sprawa jest poważna, rzeczywiście borykasz się z trudnościami w diagnozie albo leczeniu, konsultujesz swój problem z wieloma lekarzami – to biorąc wydruk unikasz ryzyka „podrasowania” czy zmian w dokumentacji, które lekarz zawsze może wprowadzić poza Twoją kontrolą.

Po drugie: mając „papier” w ręce, wiesz dokładnie, co jest zapisane w dokumentacji. Często przecież wydaje nam się, że jak zgłaszamy na wizycie, że na przykład od kilku dni nas boli kręgosłup w części lędźwiowej to lekarz tak na pewno zapisał. Niekoniecznie.

Więc jak tylko mamy taką potrzebę, prośmy o wydruk opisu wizyty lekarskiej na bieżąco. Bezpośrednio po wizycie.

Możemy też zaglądać do ZIP – bywa, że lektura informacji o rozliczonych „na nas” świadczeniach refundowanych przez NFZ jest nader interesująca.

No i oczywiście zachęcam wszystkich pacjentów do czytania blogów lekarskich i blogów prawników świadczących usługi prawne dla lekarzy – wiedzy nigdy dosyć, a horyzonty należy poszerzać:)!

Na koniec uwaga do lekarzy: nie demonizujcie faktu zwrócenia się przez pacjenta o dokumentację medyczną. Nie zawsze, a nawet dość rzadko, jest to równoznaczne z zamiarem pozwania lekarza. Poza tym, jeśli lekarz leczy pacjentów jak należy i prawidłowo prowadzi dokumentację, to przecież nie ma się czego obawiać, prawda?

 

Śledztwo w sprawie o błąd medyczny. Jak działa prokuratura?

Jolanta Budzowska        20 czerwca 2017        2 komentarze

Samodzielne działy do spraw błędów medycznych póki co nie spełniły w pełni pokładanych w nich nadziei. O tym, jak powstawały i że ich istnienie ma głęboki sens, pisałam już kilkakrotnie, między innymi tutaj i tutaj. Podtrzymuję tę opinię, ale wiele jest jeszcze do poprawy.

Jak wygląda funkcjonowanie medycznych spec-wydziałów prokuratur w praktyce?

W Dzienniku Polskim opublikowano niedawno artykuł podsumowujący, jakie są efekty działań prokuratury w sprawach o błędy medyczne. Redaktor Marcin Banasik podaje, że w Prokuraturze Regionalnej w Krakowie, w zespole ds. błędów medycznych pracuje 10 prokuratorów. Od początku powstania tej jednostki śledczy prowadzili 66 spraw. 44 postępowania już zakończono, 23 zostały umorzone, 18 jest zawieszonych (oczekują na opinie biegłych), 2 przekazano do innej prokuratury. Tylko jedno skończyło się skierowaniem aktu oskarżenia do sądu.

Wśród tych „spraw w toku” jest kilka, w których występuję jako pełnomocnik poszkodowanych pacjentów albo rodzin pacjentów zmarłych na skutek błędu medycznego…

Adam Sandauer, honorowy Prezes Stowarzyszenia Poszkodowanych Pacjentów „Primum Non Nocere”, podobnie jak i ja uważa, że duża liczba spraw umorzonych i zawieszonych ma związek z tym, iż  prokuratorzy, nawet zaangażowani w sprawę, mają nieustający problem z biegłymi.

– Biegli, którzy wykonują opinie medyczne w sprawach błędów swoich kolegów nigdy nie będą do końca wiarygodni – twierdzi Adam Sandauer w wypowiedzi do DP.

Co do wiarygodności biegłych, polecam lekturę tego postu… O tym, że opinie biegłych są właściwie najważniejszym elementem każdego postępowania o błąd medyczny, wypowiedział się też w jednym z ostatnich wyroków Trybunał w Strasburgu, o czym można przeczytać tutaj.

Red. Banasik cytuje też moją opinię: „Za stworzeniem bazy ekspertów przy ministerstwie jest również mec. Jolanta Budzowska z Krakowa, reprezentująca poszkodowanych pacjentów. Zwraca też uwagę na to, że na opinie lekarzy z Zakładów Medycyny Sądowej często czeka się dwa, a nawet pięć lat. – Biegli traktują takie opinie jak „kukułcze jajo”. Nie chcą narażać się innym medykom. Bywa, że kilka zakładów potrafi odmówić prokuratorowi lub wskazać bardzo odległe terminy sporządzenia dokumentu. Dlatego takie sprawy ciągną się latami – mówi mec. Budzowska.”

Trudno więc mówić o ewidentnej poprawie sytuacji poszkodowanych pacjentów. Daje się jednak zauważyć poprawa jakości prowadzonych postępowań. Świadkowie – personel medyczny są przesłuchiwani z większym zrozumieniem materii – zagadnień medycznych, rzadziej powierza się też wykonywanie czynności policji. Niestety, wszystkie te działania są rozciągnięte w czasie, a przyśpieszenia nie będzie bez radykalnej zmiany w systemie opiniowania.