Jak wygrać wiarę w sprawiedliwość

Jolanta Budzowska        17 marca 2017        Komentarze (0)

Rok temu przegrałam w I instancji sprawę o błąd medyczny. Nie, nie była „oczywista”. Była – jak większość moich spraw – trudna.

Przy operacji ucha doszło do komplikacji neurologicznych i zakażenia pałeczką ropy błękitnej. Po sześciu latach procesu, przesłuchaniu morza świadków i wydaniu kilku wielospecjalistycznych opinii biegłych mieliśmy zgromadzony materiał dowodowy. O biegłych było trudno, bo nikt nie chciał podjąć się opiniowania, a czas oczekiwania na każdą kolejną opinię zakładu medycyny sądowej to średnio dwa lata…

Stan zdrowia mojej klientki w trakcie tej batalii sądowej pogarszał się. Nie mogła pracować. Na szczęście, zaraz na początku udało się uzyskać na czas trwania procesu rentę tymczasową, miała więc zabezpieczone podstawowe potrzeby. Były chwile zwątpienia klientki we mnie: nie mogła uwierzyć, że dobrze prowadzony proces może tak długo trwać. Wytrwałyśmy. Obie.

Ja jednak niemal zwątpiłam w siebie, kiedy usłyszałam treść wyroku I instancji. Sąd I instancji – jednoosobowo – oddalił powództwo. Przegraliśmy. Sąd, wbrew opiniom biegłych i zeznaniom świadków – w całości „rozgrzeszył” szpital z błędów w leczeniu. Ustne, a potem pisemne uzasadnienie wskazywało na całkowite niezrozumienie przez sędziego istoty sprawy.

Decyzja o odwołaniu się – złożeniu apelacji, była oczywista.

Minęło pół roku.

Trzy tygodnie temu odbyła się rozprawa apelacyjna. Sąd wysłuchał mów, wygłoszonych przez pełnomocników, i odroczył wydanie wyroku o dwa tygodnie.

Tydzień temu sąd apelacyjny ogłosił wyrok.

Wygraliśmy!

Zmiana o 180 stopni. Ustne uzasadnienie zajęło sędziemu 50 minut, bo i sprawa skomplikowana, i rozprawienie się z naszymi zarzutami pod adresem wyroku sądu okręgowego wymagało dokładnego omówienia dowodów. Sąd rzetelnie i ze zrozumieniem omówił wszystkie aspekty sprawy. Nie miał problemów ani z prawidłową oceną dowodów, ani analizą prawną. Nie musiał ani przesłuchiwać dodatkowych świadków, ani zwracać się o kolejną opinię biegłych.

Dla takich chwil warto żyć. Przywracają – czasem zachwianą- wiarę w sprawiedliwość. A czy można być prawnikiem procesowym, jak ja, nie wierząc w nią?

 

Uszkodzenie dróg żółciowych a USG

Jolanta Budzowska        15 marca 2017        Komentarze (0)

Obiecałam sobie, że dzisiejszy post będzie krótki. Po kilku wpisach i wymianie długich (i bardzo treściwych) komentarzy mam dużą potrzebę lakoniczności;-)

Kilka zdań wprowadzenia. Pacjenta była poddana operacji laparoskopowego usunięcia pęcherzyka żółciowego. Doszło do powikłań: pełnego przecięcia przewodu żółciowego wspólnego (w karcie informacyjnej opisano to jako jatrogenne uszkodzenie dróg żółciowych). Nie rozpoznano tego uszkodzenia w trakcie zabiegu. W związku z dolegliwościami, pacjenta została poddana diagnostyce obrazowej (USG, CT jamy brzusznej). Działania naprawcze podjęto jednak z dużym opóźnieniem.

I dochodzimy do sedna, którym jest fragment opinii biegłego;-)

Na pytanie:

Jakie dalsze działania należało podjąć wobec powódki, gdy w badaniu USG stwierdzono obecność płynu w jamie brzusznej? Czy to badanie USG zostało wykonane prawidłowo, skoro stwierdzono w nim także „pęcherzyk żółciowy cienkościenny, bez złogów, wielkość prawidłowa”?

Biegły odpowiada:

Badanie USG jamy brzusznej wykonano prawidłowo. Natomiast opis nie był specjalnie dokładny – aczkolwiek fakt usunięcia pęcherzyka żółciowego (a więc jego braku) był ogólnie znany.

Przekładając to skomplikowane, eksperckie stwierdzenie „na nasze”:

  • badanie USG było wykonane prawidłowo mimo, że lekarz opisał w nim usunięty kilka dni wcześniej pęcherzyk żółciowy…
  •  no, może opis nie był „specjalnie dokładny”:-)
  • i tak nic się nie stało, bo przecież wszyscy (? – czyli kto, bo lekarz wykonujący USG na pewno nie…) wiedzieli, że pacjentka nie ma pęcherzyka.

A że na podstawie tak kiepskiej jakości USG – i w efekcie błędnych informacji zawartych w dokumentacji medycznej – podejmowano dalsze (błędne i opóźnione) decyzje lecznicze, to już inna historia.

Ech, ci nasi biegli sądowi…  Czasem można się tylko uśmiechnąć, czytając te skomplikowane logicznie wywody:-)

Było krótko, prawda?

 

Zadośćuczynienie za śmierć osoby bliskiej

Jolanta Budzowska        07 marca 2017        6 komentarzy

W ostatnich dniach media podały „sensacyjną” informację. „Nieprzewidywalność sądów w wypłacanych zadośćuczynień za śmierć osoby bliskiej to mit. Udowodniła to właśnie Komisja Nadzoru Finansowego (KNF), która uczyniła kolejny krok w kierunku standaryzacji wypłat” – napisał między innymi „Dziennik Gazeta Prawna”.

Urzędnicy KNF wykonali podobno tytaniczną pracę: przeanalizowali 1140 prawomocnych wyroków sądowych.

Do jakich wniosków doszli?

Że kwoty zasądzane przez sądy są wyższe, niż te, które „dobrowolnie” zgadzają się wypłacić ubezpieczyciele.

To oczywiste i właściwie nie wymagało badań.  Ubezpieczyciele dobrowolnie oferują generalnie niskie rekompensaty. Po pierwsze, liczą, że poszkodowani na tym poprzestaną i nie będą podejmować walki w sądzie. Tu ma znaczenie też pewna łatwowierność poszkodowanych: często są przeświadczeni, że skoro ubezpieczyciel tak „wycenił” ich krzywdę, jak w „urzędowej” decyzji, to na pewno ma rację.  Badanie KNF właśnie potwierdziło, że nie ma;-)

Drugi wniosek, jaki płynie zdaniem Komisji z badania, jest bardziej ryzykowny: wyroki sądów wcale nie są tak różne, a najbliżsi osoby ginącej w wypadku komunikacyjnym otrzymują średnio 70 tys. zł.

Z tym zupełnie się nie zgadzam.

Oczywiście, w większości sprawy śmierci osoby bliskiej, jakie prowadzę, związane są z błędami medycznymi. To, czy odpowiedzialność za śmierć związana jest z leczeniem, czy wypadkiem komunikacyjnym, nie ma jednak wpływu na kwotę zadośćuczynienia. Choć czasem mam nieodparte  wrażenie, że nawet łatwiej jest o zasądzenie wyższej rekompensaty z OC komunikacyjnego niż w przypadku błędu lekarskiego. Może na wysokość kwoty zadośćuczynienia przyznanej przez sąd w przypadku błędu lekarskiego podświadomy wpływ ma wiedza sędziego, że polisa  szpitala jest zbyt niska i część pieniędzy będzie musiała być wypłacona z budżetu szpitala?

Nie ma jednej średniej wartości, jaka powinna być przyznana za śmierć osoby bliskiej. Najwyższa kwota dla rodziny zmarłego, jaką uzyskałam, to 500 tys. zadośćuczynienia dla matki młodej kobiety. Podczas operacji embolizacji naczyniaka doszło do  pęknięcia mikrocewnika i wycieku kleju do mózgu pacjentki. W wyniku tego pacjentka zmarła po operacji. W innej sprawie, gdzie śmierć w wypadku komunikacyjnym poniosła również młoda kobieta, jej matka i mąż otrzymali po 120 tys. zadośćuczynienia (ubezpieczyciel przed procesem dobrowolnie wypłacił po 70 tys.).

Kilka tygodni temu zapadł wyrok, w którym sąd zasądził 185 tys. dla syna i 150 tys. dla żony mężczyzny zmarłego w wyniku potrącenia przez samochód. Ubezpieczyciel wcześniej wypłacił synowi jak „bezsporną” kwotę 15 tys… Zdarzają się też i ugody sądowe. W jednej z nich ubezpieczyciel zgodził się – co prawda po kilku latach walki w sądzie – wypłacić dzieciom zmarłej przy porodzie matki po 300 tys. zadośćuczynienia, mężowi 200 tys.

Te różnice w kwotach zasądzanych przez sądy są więc duże i na pewno nie można mówić, że  istnieją jakieś widełki czy poziom, którego należałoby się trzymać. Nie ma dwóch takich samych sytuacji, a kwota zadośćuczynienia ma być odpowiednia. Wysokość kwoty zadośćuczynienia zasądzonej przez sąd musi być taka, aby jak najpełniej rekompensowała doznaną przez członków rodziny zmarłego krzywdę.

Dlatego właśnie zasądzane odszkodowania są tak różne i „rozstrzelone”, wbrew temu, co twierdzi KNF. Bo wszystko zależy od tego, czy poszkodowani są w stanie udowodnić stratę, jaką ponieśli w wyniku śmierci osoby bliskiej…

 

Źle zoperowany kręgosłup – jak to się mogło stać?

Jolanta Budzowska        03 marca 2017        4 komentarze

„Błąd polegający na nieprawidłowym poziomie operowanego dysku jest niewątpliwie niechlubną kazuistyką neurochirurgii. Zoperowano praktycznie zdrową część kręgosłupa, co spowodowało trwałe unieruchomienie tego segmentu, wpływając na ruchomość całego odcinka kręgosłupa szyjnego. Należy podkreślić, że nie usunięto przyczyny dolegliwości, które u pacjenta okresowo pojawiają się.”

– to fragment jednej z opinii biegłych, które zostały wydane w prowadzonych przeze mnie sprawach związanych ze źle wykonanymi operacjami kręgosłupa.

Wydawałoby się to niewiarygodne: jak może dojść do sytuacji, że pacjentowi został zoperowany np. poziom L4-L5, a miał mieć wykonaną operację na zupełnie innym poziomie kręgosłupa?

Takie pomyłki są niestety stosunkowo częste.

Trudno wytłumaczyć taki błąd, chyba nie tylko laikowi.

Przyczyny, jakie wskazują biegli, to:

  • brak analizy przez operatora w okresie bezpośrednio poprzedzającym operację dokumentacji medycznej, przede wszystkim badań obrazowych (RTG, MR, TK),

 

  • brak badania pacjenta przed zabiegiem,

 

  • niewłaściwa identyfikacja śródoperacyjna poziomu kręgosłupa, który ma być zoperowany,

 

  • pomyłka wynikająca ze zmęczenia operatora, np. dana operacja była 22 operacją neurochirurgiczną wykonaną przez tego neurochirurga w danym dniu, podczas gdy zazwyczaj wykonuje się po 7-8 operacji w danym dniu.

Dochodzi do pomyłki, i co potem?

Często lekarze sami nie wiedzą, że zoperowali zły poziom, a pacjent dowiaduje się o tym w jakiś czas po operacji.  Bo na przykład dolegliwości, które miały ustąpić, nie ustępują, a w badaniach obrazowych nagle okazuje się, że coś się nie zgadza.

Wtedy pacjent zgłasza się do szpitala, w którym był operowany. A tam?

Lekarzowi operatorowi rośnie nos jak u Pinokia. Nie spotkałam się z sytuacją, kiedy ktoś powie: „Ok, pomyliliśmy się, przepraszam”. Za to wymyślane są różne scenariusze:

  • doszło do tzw. omyłki pisarskiej. „Zoperowaliśmy inny poziom, niż ten w dokumentacji medycznej, bo był w gorszym stanie”. To najczęstszy i mój ulubiony plan pt. „Jak uratować sytuację”. Dlaczego ulubiony? Bo pięknie można obnażyć takie kłamstwo podczas postępowania dowodowego w sądzie, przesłuchując świadków;-)

 

  • musimy Panu/Pani wykonać drugą operację, bo w innym miejscu (tym już wcześniej pomyłkowo zoperowanym…) kręgosłup też wymaga leczenia. I podczas tej drugiej operacji próbuje się naprawić to, co powinno być zrobione już w trakcie pierwszej. Do tego dokłada się podkoloryzowanie dokumentacji – i (pozornie) gotowe. Tyle, że pacjent w najlepszym razie ma dodatkowo jedną – zupełnie niepotrzebną – operację za sobą. Co najważniejsze: to kłamstwo też ma krótkie nogi….

Osobnym zagadnieniem jest, jak mimo tak ewidentnego błędu operacyjnego, wykazać pogorszenie stanu zdrowia pacjenta. Biegli, solidaryzując się z lekarzami, mają skłonności do bagatelizowania następstw źle przeprowadzonej operacji. Twierdzą na przykład, że „zaobserwowano poprawę neurologiczną w okresie kilku tygodni po zabiegu pod postacią zmniejszenia się dolegliwości bólowych kręgosłupa”.

A zatem: właściwie nic się nie stało? Co to, to nie. Ale i taką ewidentną, wydawałoby się, szkodę na zdrowiu pacjenta, trzeba udowodnić. Od tego zależy przecież między innymi wysokość zadośćuczynienia!

Więc jak z każdym procesem o błąd medyczny: nic nie jest oczywiste i lepiej, żeby nie zakładać, że sprawa sama się wygra…

O tym, czy można dostać odszkodowanie za błąd medyczny z polisy szpitala

Jolanta Budzowska        25 lutego 2017        13 komentarzy

Sprawcą mojego największego zdziwienia ostatnich dni jest PZU SA.

Zwykła korespondencja z tym ubezpieczycielem nie wywołuje u mnie emocji. Schemat działania jest taki sam. Zazwyczaj to PZU SA jest wystawcą polisy dla szpitala, w którym doszło do błędu medycznego, bo inni ubezpieczyciele już właściwie zupełnie wycofali się z tego rynku. W pierwszej kolejności kieruję więc do PZU SA (albo szpitala) wezwanie do zapłaty, żeby pokazać dobrą wolę i chęć zawarcia ugody w sporze o błąd lekarski.

Najczęściej odpowiedzi od PZU SA, jakie dostaję na te wezwania, są prawie jednobrzmiące. Zawierają też niemal te same formułki dotyczące nieudowodnienia błędu medycznego, niewykazania poniesionych wydatków i tym podobne. Decyzja jest też dość przewidywalna: „odmawia się wypłaty żądanych kwot”.

Tym razem było jednak inaczej.

Decyzja była szeroko uzasadniona, przebieg leczenia pacjenta szczegółowo omówiony i przeanalizowany. Ubezpieczyciel odpowiedział na wszystkie zarzuty, stwierdzając między innymi (w nawiasach moje komentarze, pominęłam też niektóre szczegóły, bo sprawa jest w toku):

„- kwalifikacja do operacji i sposób jej przeprowadzenia były prawidłowe (mam częściowo inne zdanie),

– zaistniałe podczas zabiegu powikłania były niezawinione przez operatorów (hmm, każdą operację można wykonać lepiej lub gorzej, zależy od kwalifikacji lekarza i tego, w jakiej jest formie w danym dniu),

– niedołożeniem należytej staranności było nierozpoznanie powikłań w pierwszych dniach po zabiegu operacyjnym i brak ich wcześniejszego diagnozowania pomimo dolegliwości występujących u pacjent (pełna zgoda!).

Zgodnie z tabelą uszczerbków PZU SA uszkodzenie, do jakiego doszło w wyniku powikłań, powoduje u pacjenta trwały uszczerbek na zdrowiu w wysokości 35% (w tym miejscu warto podkreślić, że procent uszczerbku na zdrowiu, wyliczony na podstawie jakiekolwiek tabeli, nie ma decydującego znaczenia dla wysokości zadośćuczynienia).”

A następnie PZU SA pisze tak:

„Podsumowując powyższe informujemy, iż biorąc pod uwagę zgromadzoną dotychczas dokumentację medyczną oraz przeprowadzoną analizę należy stwierdzić brak cech popełnienia błędu w sztuce medycznej, niestaranności lub niedopełnienia obowiązków a także postępowania niezgodnego z aktualną wiedzą medyczną odnośnie zarzutu popełnienia błędu terapeutycznego podczas operacji. Fakt uszkodzenia sąsiedniego organu może być rozpatrywany jedynie jako powikłanie zastosowanego leczenia, nie zaś skutek nieprawidłowego postępowania personelu medycznego.

Odnośnie zarzutu błędu diagnostycznego (zwłoki w leczeniu, nieprawidłowego zdiagnozowania powikłania) uznajemy, iż do niego doszło, co skutkowało trwałym uszczerbkiem na zdrowiu, przedłużonego leczenia z tytułu niewydolności (…)”.

Jak łatwo się domyślić, moje zdziwienie dotyczy kluczowych aspektów:

– po pierwsze, w decyzji naprawdę rzetelnie omówiono sprawę pacjenta (co oczywiście nie oznacza, że się zgadzam ze wszystkimi ocenami i argumentami ubezpieczyciela),

– po drugie: kwota – wypłacona pacjentowi jako bezsporna – nie jest symboliczna,

– po trzecie: uzasadnienie decyzji kończy się propozycją rozmów ugodowych.

No proszę. Czyli jednak można traktować poszkodowanego pacjenta fair, niezależnie od pewnych różnic w ocenie przebiegu leczenia i rozbieżnych interesów (wiadomo, że celem ubezpieczyciela jest wypłacić jak najmniej, a celem pacjenta, którego reprezentuję,  jest uzyskać odpowiednie zadośćuczynienie i pełne odszkodowanie).

I nie stanęło na przeszkodzie takiemu rozpoznaniu sprawy o błąd medyczny przez ubezpieczyciela nawet to, że szpital jak zwykle poszedł w zaparte twierdząc, że lekarze i pielęgniarki nie popełniły żadnego błędu w sztuce medycznej.

No nie mogę się nadziwić:-)

Choć mądre decyzje nie powinny dziwić. Duże brawa dla PZU SA – takie podejście do sprawy na pewno zminimalizuje koszty po stronie zakładu ubezpieczeń i poprawi nieco nadszarpniętą reputację tego tuza ubezpieczeniowego…