Piękny tytuł, prawda:)?

Opowieść będzie właściwie nie o jednej, a o dwóch nieprawidłowo wykonanych zabiegach artroskopii kolana.

I o dwóch toczących się równolegle w warszawskim sądzie procesach o błąd medyczny.

Obie rekonstrukcje dotyczyły więzadła przedniego krzyżowego (ACL).

Obie operacje wykonał ten sam operator, w małym szpitalu, nazwijmy go powiatowym, w odstępie roku.

W obu operator popełnił ten sam podstawowy błąd: nieprawidłowo przeprowadził kanał piszczelowy, a w konsekwencji nieprawidłowo umiejscowił dystalny przyczep przeszczepu więzadła krzyżowego przedniego (ACL). Plus za każdym razem popełnił kilka innych błędów technicznych, już mniejszej wagi.

W obu przypadkach konieczne były operacje naprawcze. Obie wykonał  ten sam – oczywiście inny, niż pierwsze operacje – chirurg ortopeda w dużym szpitalu.

W obu przypadkach pacjenci w końcu odzyskali pełną sprawność.  Tyle, że wcześniej stracili trochę czasu i pieniędzy: na zabieg naprawczy i rehabilitację.

Opowieść będzie o dwóch biegłych: dobrym i złym, bo oba procesy są na etapie, kiedy do sądu wpłynęły  właśnie opinie biegłych. Każdą sprawę opiniował inny biegły, nie znając dokumentacji medycznej drugiego przypadku, ani opinii kolegi po fachu, drugiego eksperta.

Porównajmy ich oceny. A kursywą poniżej dopisałam komentarze pewnego zaprzyjaźnionego lekarza, znającego się na rzeczy…;)

Biegły w sprawie A:

„Operacja artroskopii została przeprowadzona nieprawidłowo.  (…)”

„Sposób wykonania rekonstrukcji ACL mógł powodować dolegliwości u pacjenta. Nieprawidłowe posadowienie przeszczepu powoduje jego „zgniatanie” w czasie prostowania kolana, co prowadzi do rozciągnięcia przeszczepu. Stan taki zwiększa możliwość uszkodzenia ACL i ogranicza wyprost kolana”.

Biegły w sprawie B:

„W trakcie zabiegu operacyjnego artroskopii  roku nie popełniono błędu medycznego. Zabieg operacyjny przeprowadzono zgodnie z procedurą z zastosowaniem się do obowiązujących standardów. Nie dopatrzyłem się w tej kwestii uchybień.”

„Na podstawie analizy dokumentacji medycznej nie da się jednoznacznie określić nieprawidłowości osadzenia przeszczepu więzadła krzyżowego. Nie stosuje się konkretnego jednego punktu tego osadzenia, ale zakres pola. W tym celu korzysta się z prowadnic i celowników.”

Komentarz zaprzyjaźnionego lekarza: Biegły B oparł się w całości na nieprawidłowym opisie badania TK, wykonanym po artroskopii, nie otworzył płyty z zapisem badania. Gdyby to zrobił, to musiałby zauważyć, że radiolog nie zinterpretował lokalizacji kanałów, która była całkowicie nieprawidłowa.

Każde pole jest ściśle zdefiniowane, celownik jest narzędziem pomocniczym i nie można na nim opierać swojego posadowienia kanału, to chirurg decyduje, gdzie celownik zostanie przyłożony. W każdym podręczniku o ACL – opublikowanym po 2012 roku –  jest rysunek, gdzie powinno być to więzadło usytuowane. Nawet w google jak się wpisze „acl foot print”, to  wyskoczą rysunki i schematy, gdzie powinno być.

Tak punkt po punkcie możnaby dalej porównywać oceny biegłych. Biegły A wydał rzetelną, opartą na aktualnej wiedzy medycznej, opinię. Biegły B, w analogicznej sprawie, wydał opinię formułując całkowicie odmienne wnioski i uzasadnił  je pseudo-naukowymi wywodami, które mają się nijak do osiągnięć współczesnej medycyny.

W procesie o błąd medyczny, gdzie opiniuje biegły B, mam – chwilowo:) – niewątpliwie pod górkę. Codzienność mojej pracy…

Wszyscy, którzy chcą mi zadać pytanie, jak długo będzie trwał ich proces, albo ile będzie wydanych w sprawie opinii biegłych, proszeni są o uprzednie przeczytanie tego postu;)

Kongres Prawa Medycznego, prokuratura i inne dywagacje

Jolanta Budzowska        04 grudnia 2016        Komentarze (1)

Po ostatnim poście (który można przeczytać tutaj) w komentarzach posypały się na mnie gromy ze strony lekarzy – czytelników mojego bloga, że – w skrócie rzecz ujmując – podaję za mało szczegółów, żeby można było przeanalizować poprawność leczenia i zweryfikować sposób rozumowania biegłych.

Za wszystkie komentarze – te i wszystkie inne – jestem niezmiernie wdzięczna, bo po pierwsze pozwalają mi doskonalić się w niełatwej sztuce pisarskiej (jak ująć w małej objętości tekstu maksymalnie dużo treści…), po drugie, zmuszają do spojrzenia na problem po raz kolejny, tym razem z punktu widzenia medyków, a po trzecie wreszcie – nieustannie poszerzają moją (i innych czytelników) wiedzę medyczną.

Nie da się jednak w omówieniu sprawy na blogu ująć wszystkiego, włącznie z zeznaniami świadków i wynikami badań analitycznych.

Tamten post nie był też case study do dyskusji na zajęciach ze studentami medycyny. Chodziło mi o prosty przekaz: choćby pacjent był ciężko chory, to nie można go leczyć źle, niezgodnie z aktualną wiedzą medyczną. I nie mam na myśli trudnego zagadnienia odstąpienia od uporczywej terapii, tylko zwykłą ludzką i lekarską przyzwoitość oraz etyczne postępowanie.

Jeśli leczenie pacjenta jest dalekie od profesjonalnego, to nie można przecież twierdzić, że nie pogorszyło szans pacjenta na wyleczenie lub przynajmniej przedłużenie życia. Złe leczenie zawsze naraża pacjenta co najmniej na niebezpieczeństwo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, jeśli nie utraty życia. „Narażenie” to coś innego niż „spowodowanie”. Gdy pacjent jest bardzo poważnie chory, od lekarza nie oczekuje się cudu, a zatem i nie oskarża go o spowodowanie śmierci w sytuacji niepowodzenia w leczeniu.

Nadzieja umiera ostatnia. Najwyraźniej jednak nie dla niektórych biegłych, którzy pozwalają sobie – zahaczając o granice absurdu – bronić do upadłego postępowanie kolegów po fachu.

Opinia biegłych, którzy wytknęli liczne błędy w leczeniu opisywanym w moim poście, sporządzona była na potrzeby postępowania karnego, i to nie jest bez znaczenia. Jak już pisałam, w większości przypadków nie jestem fanką kierowania spraw dotyczących błędów lekarskich do prokuratora. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że aby uzyskać wyrok skazujący w postępowaniu karnym trzeba przełamać zasadę domniemania niewinności, udowodnić winę konkretnemu lekarzowi.  Do tego celu potrzebna jest co najmniej „mocna” opinia biegłego.  Jak o nią trudno, wszyscy wiemy.

Od niedawna działają w prokuraturach regionalnych specjalne działy do spraw błędów medycznych.  O tym, jakie były założenia związane z ich utworzeniem, pisałam m.in. tutaj i tutaj.

Jak wygląda sytuacja po kilku miesiącach funkcjonowania nowych komórek, mówił w Krakowie na zakończonym w ubiegłym tygodniu V Kongresie Prawa Medycznego szef tego działu w katowickiej prokuraturze, prokurator Ireneusz Kunert.

Okazało się, że 60% wcześniej umorzonych postępowań dotyczących tzw. błędów medycznych  było nieprawidłowo prowadzone przez niewyspecjalizowane prokuratury rejonowe. Postanowienia o umorzeniu były wydawane zbyt pochopnie, bez należytego wyjaśnienia istotnych dla rozstrzygnięcia sprawy okoliczności i bez przeprowadzenia wszystkich niezbędnych dowodów. Obecnie sporo postępowań jest przejmowanych do prowadzenia przez Prokuratury Regionalne, zdarza się też wznawianie postępowań uprzednio umorzonych.

Prokuratorzy mają więc co robić.

Spośród spraw w prokuraturach na terenie całej Polski, a dotyczących błędów medycznych, w 2015 r. tylko 4 proc. z nich zakończono skierowaniem aktu oskarżenia lub wniosku o ukaranie w trybie art. 335 § 1 k.p.k.

Czy po tym, jak Prokuratury Regionalne wzięły sprawy w swoje (wyspecjalizowane) ręce skuteczność działań prokuratury wzrośnie?

Zobaczymy, ale prokurator Kunert na Kongresie Prawa Medycznego w Krakowie brzmiał przekonująco i wiarygodnie.

 

 

Skandaliczne błędy, winnych brak

Jolanta Budzowska        30 listopada 2016        10 komentarzy

Wydawało mi się, że jeśli chodzi o opinie biegłych i zeznania świadków – lekarzy i pielęgniarek, to już wszystko widziałam i nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Między innymi dlatego jestem zdania, że nie ma sprawy o błąd medyczny, która jest „na 100 % do wygrania”, choć często tak właśnie lubią o swojej historii leczenia mówić poszkodowani pacjenci.

A jednak tym razem życie i mnie zaskoczyło:-(

Opinia biegłych dostarczona przez pewien Zakład Medycyny Sądowej była wciągająca.

Biegli drobiazgowo przeanalizowali przebieg leczenia u schorowanej, obarczonej licznymi obciążeniami pacjentki. Kobieta chorowała na przewlekłą niewydolność nerek, niewydolność krążenia, na cukrzycę. Kolejnym obciążającym schorzeniem była przewlekła obturacyjna choroba płuc (POChP), której głównym objawem była duszność spowodowana gorszym utlenowaniem krwi. To dodatkowo pogarszało jeszcze wydolność wydolność serca. Pacjentka była również w znacznym stopniu otyła, co samo w sobie obciążało układ krążenia.

Bez dwóch zdań, była bardzo schorowana. Ale do szpitala przyszła na planowe leczenie dermatologiczne, nic groźnego, a mimo to umarła w trakcie hospitalizacji.

Co poszło nie tak? Jak należało ją leczyć?

Biegli piszą:

„W sytuacji klinicznej chorej należało wykonać badania laboratoryjne parametrów nerkowych, morfologii krwi, markerów zapalnych, EKG, echokardiografię (w celu oceny frakcji wyrzutowej serca) oraz przeprowadzić przynajmniej konsultację internistyczną i w zależności od wyników takiej diagnostyki należało podjąć dalsze decyzje diagnostyczno-lecznicze. Pacjentka powinna mieć również prowadzony od początku leczenia bilans płynów, który faktycznie rozpoczęto prowadzić dopiero w ostatnim dniu hospitalizacji.

Wprawdzie w dokumentacji medycznej istnieje zapis, że odmówiono przeprowadzenia konsultacji kardiologicznej, ale w takiej sytuacji klinicznej należało przekazać pacjentkę na oddział internistyczny w celu dalszego leczenia. Oddział Dermatologii nie był odpowiednim miejscem do prowadzenia dalszego leczenia pacjentki, w szczególności, że nie dysponował on możliwościami stałej opieki lekarskiej w godzinach popołudniowych i nocnych oraz w soboty i w niedziele.

Wprawdzie pacjentka otrzymywała leczenie farmakologiczne ukierunkowane na leczenie jej przewlekłych schorzeń, niemniej jednak wobec narastania obrzęków kończyn dolnych sugerujących możliwość pogłębienia niewydolności nerek i/lub pogłębienia niewydolności krążenia, należało podejrzewać, że wdrożone leczenie nie jest wystarczające.

Niestety, z uwagi na brak odpowiedniej diagnostyki, w chwili obecnej nie można jednoznacznie rozstrzygnąć, czy wdrożone leczenie farmakologiczne było odpowiednie i podawane w adekwatnych do stanu pacjentki dawkach. Istnieje bowiem możliwość, że modyfikacja leczenia farmakologicznego mogłaby przynieść poprawę stanu chorej, ale z uwagi na brak badań diagnostycznych w czasie tej hospitalizacji oraz brak przeprowadzenia sekcji zwłok, nie można jednoznacznie stwierdzić, czy też stan chorej nie był na tyle ciężki, że nie byłoby już możliwe wdrożenie takiej modyfikacji leczenia, aby leczenie to było skuteczne. Wątpliwości tych nie można rozstrzygnąć w chwili obecnej i nie będzie można ich również rozstrzygnąć w przyszłości.

Nieprawidłowością była również telefoniczna modyfikacja leczenia przez ordynatora dokonana bez badania pacjentki, bowiem każda decyzja lecznicza powinna być podjęta wyłącznie w oparciu o osobiste badanie pacjentki.”

Dalej, biegli tylko mnożą kolejne nieprawidłowości:

  • nieprawidłowe było zlecanie leków bez badania pacjentki i bez odpowiedniego wpisu w karcie zleceń, ponieważ każde leczenie powinno być wdrożone na podstawie osobiście przeprowadzonego badania lekarskiego;

 

  • lekarz oceniający EKG powinien je powtórzyć, bowiem to, które zostało wykonane, było niediagnostyczne – nie można było w nim ocenić ewentualnych obniżeń odcinka ST i głębokości załamka Q, a tym samym nie można było ocenić, czy występuje niedokrwienie i/lub martwica mięśnia serca;

 

  • wcześniej należało bezwzględnie wykonać przynajmniej badanie stężenia troponiny, która jest markerem martwicy mięśnia serca, należało powtórzyć EKG i wykonać echokardiografię. Oczywiście taką diagnostykę najlepiej byłoby przeprowadzić w oddziale kardiologicznym;

 

  • brak zlecenia przekazania pacjentki do oddziału kardiologicznego był również postępowaniem nieprawidłowym, w szczególności wobec braku lekarza dyżurnego w Oddziale Dermatologii.

Ostatecznie, u pacjentki należało rozpoznać ostry zespół wieńcowy z martwicą mięśnia serca (zawał serca), wykonać powtórne EKG, koronarografię i o ile nie wystąpiłyby przeciwwskazania kliniczne, to należało wykonać angioplastykę wieńcową.

Według biegłych śmiertelność w ostrym zespole wieńcowym leczonym zachowawczo jest bardzo duża i wynosi około 70%, a dopiero postępowanie inwazyjne (koronarografia i angioplastyka wieńcowa) istotnie zmniejsza śmiertelność: wówczas śmiertelność wynosi około 30-40%.

Pacjentka  zmarła w szpitalu na niezdiagnozowany i nieleczony prawidłowo zawał serca.

Jaki „wyrok” w opinii dla prokuratury wydają biegli?

Z uwagi na brak sekcji zwłok nie można ustalić przyczyny śmierci pacjentki w sposób pewny (o znaczeniu sekcji zwłok w procesach medycznych pisałam tutaj).

Zdaniem biegłych nie sposób wykazać z pewnością wymaganą w postępowaniu karnym, że wdrożenie prawidłowego postępowania medycznego uratowałoby życie pacjentki. Z uwagi na liczne przewlekłe schorzenia nie sposób nawet udowodnić, że prawidłowe postępowanie medyczne mogłoby istotnie zwiększyć szanse chorej na przeżycie.

„Dlatego też, zawsze będzie istniała nieusuwalna wątpliwość, że stopień zaawansowania chorób był na tyle duży, iż nie było już możliwości wdrożenia leczenia, które byłoby skuteczne i mogło uratować pacjentkę.”

Stąd też, zdaniem biegłych, brak jest wystarczających podstaw do przyjęcia, że wykazane na wielu etapach błędne postępowanie medyczne mogło spowodować – w rozumieniu odpowiednich** przepisów Kodeksu karnego – narażenie pacjentki na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

„Istnieje bowiem możliwość, że stan pacjentki był wyjściowo na tyle niebezpieczny, iż nawet błędnym* postępowaniem medycznym niebezpieczeństwa tego nie można było już zwiększyć.”

Kurtyna.

*Czyli, gdyby nawet podano pacjentce przez pomyłkę nieodpowiedni lek powodujący natychmiastową śmierć albo odpowiedni, ale śmiertelnej dawce –  również zdaniem biegłych lekarze powinni być bezkarni?

**Biegli mają na myśli prawdopodobnie art. 160. § 1.Kodeksu karnego, który brzmi

„Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności (…)”.

O tym, że jeśli nawet uzyskamy wyrok skazujący z tego artykułu, to taki wyrok nie załatwia  sprawy odszkodowania, pisałam już tutaj.

Jeszcze rzadziej zdarza się skazanie członka personelu medycznego z art. 155. Kodeksu karnego:

”Kto nieumyślnie powoduje śmierć człowieka, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.”.

Wymagałoby to bowiem udowodnienia, że gdyby postępowanie lecznicze było prawidłowe, to do śmierci z pewnością nie doszłoby. Chodzi o związek przyczynowy: działanie lub zaniechanie sprawcy nie musi być wyłącznym czynnikiem prowadzącym do śmierci, ale musi być niezbędnym (tj. bez zachowania sprawcy nie doszłoby do utraty życia).

Fałszowanie dokumentacji, tuszowanie błędów…

Jolanta Budzowska        24 listopada 2016        Komentarze (1)

Co jest normą, a co wyjątkiem od reguły?

Codziennie przez moje ręce przechodzi kilka kompletów dokumentacji medycznej z opisem przebiegu leczenia i pytaniem, czy doszło do błędu medycznego.

Bardzo często treść dokumentacji odbiega od relacji pacjenta, i nie chodzi tu o to, że pacjent „się nie zna” albo nie był świadomy tego, co robią lekarze i pielęgniarki, więc „mogło mu się wydawać”, że lek nie został podany albo badanie nie zostało wykonane.

Chodzi o to, że dokumentacja medyczna często jest zwyczajnie fałszowana.

Opowiada o tym też pielęgniarka z 20-letnim stażem, matka trójki dzieci (jak się przedstawia), na portalu WP.

„Pielęgniarka na oddziale dziecięcym, młoda dziewczyna podała dziecku dziesięć razy większą dawkę leku niż powinna. Dlaczego? Bo doktor się pomylił. Dziewczyna poszła do przełożonej, usłyszała: skoro tak napisał, podać. Dziecko zmarło. Wie pani jak to się skończyło? Lekarz poprawił w karcie dawkę, winna okazała się pielęgniarka. Zwolniona dyscyplinarnie, bez praw wykonywania zawodu. Panu doktorowi źle się przecinek postawił.”

Inny przykład z tego tekstu:

„20 lat temu miałam praktyki na internie. Szefowa powiedziała: pilnujcie lekarza M, bo on pisze zlecenia i prawie zawsze się myli. Dziewczyny kiedyś go przyłapały jak wypisał dziesięć razy silniejszą dawkę leku niż powinien. Natychmiast pobiegły z tym do pani ordynator. Ona: idźcie do niego, powiedzcie, że podałyście lek i pacjent źle się poczuł. Zrobiłyśmy tak. Co zrobił doktor M.? Nie poleciał spanikowany ratować pacjenta tylko zaczął kreślić w karcie zleceń. Chciał zatuszować swój błąd.”

I jeszcze przykład z mojego podwórka, pierwszy z brzegu, z wczorajszej korespondencji: pacjentka regularnie wykonywała kontrolną mammografię. Po mammografii i każdym innym badaniu, zgodnie z zasadami szpitala, wyniki trafiają prosto do kartoteki pacjenta. W przypadku wskazania dalszej diagnostyki, szpital informuje pacjenta o konieczności zgłoszenia się do lekarza. Jedno z kolejnych badań  wskazywało na nieregularny cień w piersi – zmiana podejrzana o charakterze npl (nowotwór). W opisie widniał zapis o koniecznej dalszej diagnostyce. Pacjentka nie została jednak o niczym poinformowana.

Niczego nieświadoma zgłosiła się na kolejną planowaną wizytę kontrolną dopiero rok później. Kolejna mammografia wykazała rozrost zmiany. Lekarz przyznał, że to z winy personelu szpitala nie została pacjentce rok wcześniej przekazana informacja o złym wyniku. Nie zostało też wdrożone  żadne leczenie. Nie muszę chyba pisać, co to oznaczało dla pacjentki…

W kartotece pojawił się jednak zapis: „Pacjentka nie stawiła się na telefoniczne wezwanie do USG z xxxx roku, które zlecono po otrzymaniu wyniku mammografii”. Zapis ten – wg relacji pacjentki -jest niezgodny z prawdą. Jednocześnie, z kartoteki zniknęła deklaracja, na której zawarte były dane kontaktowe pacjentki oraz osoby upoważnionej do informacji o jej zdrowiu.

Z mojej perspektywy patrząc, normą są przeróbki godzin, dat, przepisywanie całych fragmentów dokumentacji medycznej (żeby znalazły się na przykład w obserwacjach lekarskich dowody częstszych niż faktycznie miały miejsce, kontroli stanu pacjenta). To jeśli chodzi o dokumentację sporządzaną ręcznie.

A gdy dokumentacja jest prowadzona „w komputerze”? Niestety, nie jest lepiej.

Co dziesiąty szpital i co piąta placówka ambulatoryjna nie zabezpieczają danych medycznych pacjentów, które zbierają w formie elektronicznej. Ostatnio przeprowadzone badania wykazały, że część placówek medycznych nijak nie zabezpiecza dostępu do systemu,  a te, które zabezpieczają, w większości chronią dane zwykłym loginem i hasłem. Pracownicy często nie mają nawet indywidualnych loginów, a ci co mają, udostępniają je sobie nawzajem. Efekt jest taki, że nie jest trudno dokonać wpisu „za kolegę” czy zmienić dowolny wpis w dokumentacji medycznej, bez śladu i możliwości ustalenia kto i kiedy grzebał w dokumentacji pacjenta.

Czy pacjenci mogą się przed tym bronić? O roli dokumentacji w procesie udowadniania błędu medycznego pisałam już wielokrotnie, między innymi tutaj.

Pacjenci mogą i muszą się bronić przed procederem fałszowania dokumentacji medycznej.

Jak?

  • Po pierwsze: jak najwcześniej po zakończeniu leczenia trzeba uzyskać pełną dokumentację medyczną, nie tylko sam wypis (kartę informacyjną).
  • Po drugie: dobrze jest uważnie przeczytać całą dokumentację.
  • Po trzecie: jeśli są niezgodności, trzeba nie ma co zwlekać, tylko jak najwcześniej napisać do dyrekcji placówki pismo wskazujące na niezgodności dokumentacji z przebiegiem leczenia, wskazując na konkretne zapisy i prosząc o ich sprostowanie. To ważny dowód w procesie, że od początku kwestionowaliśmy rzetelność dokumentacji.
  • Po czwarte: nie zaszkodzi porównać to, co wynika z zapisów w kartotece, z danymi z innych dokumentów, które mamy w ręku (np. skierowania, recepty, rachunki, paragony, adnotacje w ZIP).
  • Po piąte: warto zastanowić się, jak możemy wykazać w inny sposób, że zapisy w dokumentacji są nieprawdziwe. Może mamy na dowód treść sms? A może telefon wykonany do pacjenta o określonej godzinie?  Może ktoś z odwiedzających zrobił zdjęcie zapisów na monitorze, gdzie wyświetlały się parametry życiowe pacjenta? Może mamy numer telefonu do pacjenta, który leżał na tej samej sali i jest gotowy poświadczyć, jak wyglądały obchody lekarskie?
  • Więcej wskazówek można znaleźć też tutaj.

To nie wszystko. Możliwości wykazania, że dokumentacja została przerobiona, jest więcej. Wymaga to już jednak na ogół ścisłej współpracy pacjenta z prawnikiem. Jedno jest pewne: dopóki nie udowodnimy, że dokumentacja jest sfałszowana, same nasze zapewnienia o tym w sądzie nie wystarczą.

 

Zadośćuczynienie za naruszenie praw pacjenta…

Jolanta Budzowska        04 listopada 2016        Komentarze (0)

… czym jest? Najłatwiej wytłumaczyć to na przykładzie i tak za chwilę zrobię.

Na razie krótkie, ale konieczne wprowadzenie, „rys teoretyczny”. Trzeba oddzielić:

  1. błąd medyczny, którego konsekwencją jest pogorszenie stanu zdrowia poszkodowanego, od sytuacji, kiedy
  2. leczenie jest zgodne z aktualną wiedzą medyczną, ale lekarze i pielęgniarki gdzieś w ferworze procesu leczenia „zgubili” samego pacjenta i zapomnieli o tym, że pacjent to nie tylko jednostka chorobowa, ale także pacjent – człowiek, którego prawa muszą być szanowane.

W obu przypadkach pacjent ma prawo do zadośćuczynia. Czasem dochodzi do „wielkiej kumulacji”, jak w totolotku.  Hmm, to porównanie jest raczej nie na miejscu, bo przecież nie ma tu zbyt dużo miejsca na radość z wygranej na loterii… No, może z wygranej w sądzie, ale to marne pocieszenie, kiedy wcześniej przeszło się traumatyzujące leczenie. Trzymając się jednak mimo wszystko tej obrazowej terminologii: kumulacja jest wówczas, gdy doszło i do błędu medycznego, i do naruszenia praw pacjenta.

Wtedy pacjent ma prawo nie do jednego, a do dwóch kwot zadośćuczynień. Sądy już o tym wiedzą (ten pogląd dość długo się „przecierał” w orzecznictwie sądów niższej instancji),a w wyrokach wskazują zasądzone z tych tytułów kwoty w odrębnych punktach.

Jaką kwotę można uzyskać za naruszenia praw pacjenta?

Dobre pytanie. Ostatnio zadał mi je przedstawiciel Rzecznika Praw Pacjenta:-)

Rzecznik od niedawna korzysta z możliwości, jaką ma na postawie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, i występuje w imieniu pacjentów z pozwami o zadośćuczynienie z tytułu naruszenia ich praw. Ale dlaczego pracownik biura Rzecznika zwrócił się właśnie do mnie z takim pytaniem?

Bo do czasu pierwszych wyroków nikt z nas, także nikt z nas: prawników, nie wiedział, jakie kwoty sądy ostatecznie przyjmą za „odpowiednie” zadośćuczynienie w przypadku łamania praw pacjentów. Ja znacznie wcześniej niż Rzecznik zawierałam w pozwach żądania zasądzenia tego rodzaju rekompensaty, więc teraz dysponuję już całkiem pokaźną kolekcją wyroków! Z kim, jak z kim, ale z Rzecznikiem chętnie dzielę się wiedzą i doświadczeniem:-)

Wracając zatem do przykładu:

Pacjent został przyjęty do kliniki w celu przeprowadzenia planowej operacji usunięcia gruczolaka prostaty. Pobyt w szpitalu został poprzedzony badaniami i kilkoma konsultacjami lekarskimi, m.in. konsultacją internistyczną i urologiczną, które nie stwierdzały przeciwskazań do wykonania tej operacji. Poza dolegliwością, z którą zgłosił się do szpitala, pacjent był wówczas zdrowym i w pełni sprawnym mężczyzną. Mimo dość zaawansowanego wieku, miał bardzo dobre wyniki badań i jedynie uskarżał się na swój kręgosłup. Stwierdzono u niego skrzywienie kręgosłupa lędźwiowego i zmiany zwyrodnieniowe.

W dzień poprzedzający planowaną operację pacjent odbył rozmowę z neurologiem.  Wyraził wówczas zgodę na planowany zabieg operacyjny. W tym dniu nie była możliwa przedoperacyjna konsultacja z lekarzem anestezjologiem.

Konsultacja z lekarzem anestezjologiem miała więc miejsce dopiero bezpośrednio przed wykonaniem zabiegu operacyjnego adenomektomii. Rozmowę z anestezjologiem pacjent odbył już po przewiezieniu go na blok operacyjny! Anestezjolog przedstawił pacjentowi formularz zgody na znieczulenie podpajęczynówkowe, bez udzielenia bliższych informacji o innych możliwych metodach znieczulenia, jak i o ewentualnych powikłaniach każdej z tych metod.

Postępowanie anestezjologa było działaniem rutynowym, uniemożliwiającym dokonanie przez pacjenta suwerennego wyboru w zakresie metody znieczulenia – a jego stan zdrowia umożliwiał taki wybór. W efekcie, pacjent – na podstawie wcześniejszych rozmow z personelem medycznym – był przekonany, że zostanie poddany operacji w znieczuleniu ogólnym.

Po podpisaniu przez chorego zgody, anestezjolog przystąpił do znieczulenia. Po pierwszych nieudanych wkłuciach w kręgosłup, przy trzeciej próbie udało się wprowadzić lek znieczulający – Bupivacainę z Fentanylem. Dalszy przebieg znieczulenia był prawidłowy i stabilny.

Operacja usunięcia gruczolaka została przeprowadzona bez komplikacji i według wszelkich standardów chirurgii urologicznej. Jednak przebieg pooperacyjny był powikłany, bowiem u pacjenta wystąpił niedowład prawej kończyny dolnej, w której po ustąpieniu znieczulenia pacjent nie uzyskał czucia. Prowadzona później intensywana rehabilitacja nie przywróciła dawnej sprawności chorej kończyny. Pacjent ma nadal trudności w poruszaniu się, korzysta ze stabilizatora opadającej stopy oraz kul ortopedycznych.

Opierając się na opinii biegłych sąd ustalił, że uszczerbek na zdrowiu, jakiego doznał pacjent, jest rzadkim, choć powszechnie znanym w medycynie powikłaniem po podpajęczynówkowym wstrzyknięciu Bupivacainy. Powikłanie takie może nawet wystąpić przy prawidłowo technicznie wykonanym znieczuleniu. Sąd nie dopatrzył się błędu lekarskiego ani w postępowaniu chirurga, ani anestezjologa. Uznał, że doszło do powikłania, a nie błędu w sztuce lekarskiej.

Zasądził jednak zadośćuczynienie w kwocie 50 tys. zł. z tytułu naruszenia praw pacjenta, tj. prawa do informacji oraz prawa do udzielenia świadomej zgody.

W opisywanej sprawie w ocenie sądu doszło też do naruszenia godności i autonomii pacjenta w trakcie udzielania powodowi świadczeń w pozwanej placówce medycznej: pacjent nie został przed planowanym zabiegiem poinformowany o możliwych powikłaniach w zakresie wykonanego u niego znieczulenia podpajęczynówkowego, w tym powikłaniach jakie może nieść zaordynowany lek Bupivacaina.

W ocenie sądu pacjent podczas konsultacji anestezjologicznej został potraktowany rutynowo. Nie dano bowiem możliwości zapoznania się z możliwymi metodami znieczulenia, a lekarz anestezjolog bezpośrednio przed zabiegiem podsunął mu do podpisania zgodę na znieczulenie bez wcześniejszego dokładnego wyjaśnienia, jakie to będzie znieczulenie, jakie są możliwe inne warianty, jakie są ryzyka przy tego typu znieczuleniu.

Postawienie pacjenta przed tak poważną decyzją w warunkach sali operacyjnej i bezpośrednio przed zabiegiem nie zapewniło choremu poszanowania jego intymności i godności osobistej jako pacjenta. Wiek pacjenta uzasadniał również stworzenie mu odpowiednich warunków do podjęcia takiej decyzji, dając mu chociażby czas na przeanalizowanie jej treści. Takie uzyskanie zgody od pacjenta, choć było motywowane przedzabiegowym pośpiechem i działaniem rutynowym, uprzedmiotowiło go jako pacjenta.

Warto dodać, że 50 tys. zł. to najwyższe zadośćuczynienie, jakie sądy w kilku prowadzonych przeze mnie sprawach przyznały za samo naruszenie praw pacjenta*.

Prawa pacjenta nie są (jeszcze?) „w cenie”.

*z wyłączeniem spraw, gdy sądy – słusznie – przyjmowały, że wadliwa zgoda pociąga za sobą odpowiedzialność za wszelkie późniejsze niepowodzenia w – nawet w zgodnym z wiedzą medyczną – leczeniu. W takich sprawach zadośćuczynienia sięgają nawet kilkuset tysięcy złotych. Ale to już zagadnienie na odrębny post…