Biegli sądowi – w czym problem?

Jolanta Budzowska        25 kwietnia 2017        Komentarze (1)

Przeczytałam dziś wypowiedź profesora Bohdana Maruszewskiego z Centrum Zdrowia Dziecka:

„Polsce 3 tysiące operacji serca u dzieci przeprowadza 31 kardiochirurgów. Jednakże za 5 lat – z powodu wieku – od stołów operacyjnych odejdzie większość kardiochirurgów. Zostanie siedmiu. W trakcie specjalizacji w tym momencie jest 8 nowych lekarzy.”

Pytanie za sto punktów: który z tych 31 kardiochirurgów dziecięcych zgodzi się wydać opinię jako biegły sądowy ad hoc (na liście biegłych raczej żadnego nie ma) w sprawie, gdzie potencjalnie winnym błędu medycznego jest kolega, inny kardiochirurg?

Dlatego podstawowym problemem w sprawach o błąd lekarski jest nie dokumentacja medyczna (z tym sobie radzimy) i nie sądy.

Bez opinii biegłych żadne postępowanie (ani karne, ani cywilne, ani przed Wojewódzką Komisją ds Orzekania o Zdarzeniach Medycznych) nie skończy się. A już na pewno nie skończy się w rozsądnym terminie, bo sądy najwięcej czasu tracą najpierw na szukanie biegłego, a potem na oczekiwanie czy biegły zgodzi się wydać opinię i kiedy to nastąpi.

A bez rzetelnej opinii biegłego – żaden wyrok nie będzie sprawiedliwy.

 

 

Tytuł tak długi, jak nazwa Komisji:-)

Odpowiedź też nie jest krótka i jednoznaczna. Może tak być, że na pomoc Komisji pacjent już nie będzie mógł liczyć.

Wracam do tematu nie dlatego, że postępowanie przed Komisją to super rozwiązanie.  O tym, jakie ma wady, pisałam już obszernie w poście z maja 2016 roku („Czy wypadki medyczne to wypadek przy pracy Ministerstwa Zdrowia„).

Ma jednak sporo zalet, których z pewnością nie ma forsowany już ponad od roku i teraz na nowo odgrzewany, rewolucyjny pomysł Ministerstwa Zdrowia.

Choćby taką, że postępowanie przed Komisją dostarcza pacjentowi wiedzy na temat tego, jak wyglądało jego leczenie i czy było prawidłowe. Przed Komisją zeznają świadkowie, o tym, czy doszło do błędu w leczeniu czy go nie było, wypowiadają się też biegli.

Nowy – stary plan Ministerstwa Zdrowia jest taki, żeby o tym, czy doszło do „zdarzenia medycznego” – czyli (przekładając na język potoczny) błędu w leczeniu, ale bez szukania winnych, bo lekarze boją się szukania najsłabszego ogniwa wśród personelu medycznego, jak diabeł święconej wody…  – a więc, żeby o błędzie lekarskim, pielęgniarki czy organizacyjnym w szpitalu – czy był i czy pacjent rzeczywiście ucierpiał – decydował… – jednoosobowo lekarz.

Początkowo miał być to lekarz orzecznik ZUS, a wg najnowszych planów: takich „dyżurnych” lekarzy ma być 16 – przy każdym oddziale NFZ. Projektu ustawy nie ujawniono opinii publicznej, więc źródłem wiedzy o szczegółach są „plotki medialne”.

Dziś w Wojewódzkich Komisjach – których jest też 16, ale które nie są podporządkowane ZUSowi ani NFZtowi, orzekają składy czteroosobowe: dwóch medyków (lekarze lub pielęgniarki/pielęgniarze) i dwóch prawników, specjalizujących się w prawach pacjenta. Taki układ zdecydowanie zapewnia obiektywne spojrzenie na sprawę i wszechstronną analizę skargi pacjenta.

Oczywiście, Komisje są krytykowane za to, że nawet jak przyznają rację pacjentowi, to ten i tak często musi występować z pozwem przeciwko szpitalowi, bo szpitale nie respektują orzeczeń Komisji (o takiej sytuacji można przeczytać tutaj: „Jak się ma 7 do 150?”).

To prawda. To jednak nie wina Komisji. Dlaczego tak się dzieje, długo by mówić. Warto też powiedzieć, że gdyby chciano to zmienić, to nie ma nic łatwiejszego.

Szczegółowo wytłumaczyłam to red. Kindze Klinger, która niedawno opublikowała ciekawy artykuł na temat nowych rozwiązań proponowanych przez Ministra Zdrowia (czyli lekarza Konstantego Radziwiłła, prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej  w latach 2001–2010). Cały materiał można przeczytać tutaj: „Zmiany w odszkodowaniach dla źle leczonych pacjentów: nawet do 300 tys. zł. za błędy szpitali”.

Rozwiązanie, proponowane przez ustawodawcę, nie idzie jednak w kierunku zmiany obowiązujących przepisów prawa, choć potrzebne byłyby tylko drobne korekty. Byłoby taniej dla budżetu i skuteczniej, a i pacjenci byliby zadowoleni.

Jednak nie.

Prawdopodobnie o prawa pacjenta i odpowiednie odszkodowanie za złe efekty leczenia zadba zupełnie nowa instytucja. Przepraszam, właściwie o odszkodowanie dla pacjenta zadba lekarz.

Czy tylko mnie nie przekonuje taka idea?

 

Co, jeśli umrę przed zakończeniem sprawy o błąd medyczny?

Jolanta Budzowska        19 kwietnia 2017        Komentarze (0)

 

Tak, może tytuł brzmi szokująco, ale to jedno z częstszych pytań, jakie zadają mi poszkodowani pacjenci.

Jeśli poszkodowany pacjent umrze przed zakończeniem sprawy, postępowanie może toczyć się nadal. To, czy ostatecznie będzie kontynuowane, zależy od spadkobierców zmarłego. Po uzyskaniu notarialnego poświadczenia dziedziczenia albo sądowego postanowienia o stwierdzeniu nabycia spadku, spadkobiercy mogą się zgłosić „do sprawy” i uczestniczyć w procesie jako powodowie w miejsce zmarłego, po którym dziedziczą.

Może łatwiej to będzie zrozumieć na przykładzie.

Pani Antonina wystąpiła z pozwem o zapłatę 200 tys. zł., ponieważ uważała, że to odpowiednie zadośćuczynienie. Po operacji guza na jelicie pozostawiono w jej jamie brzusznej chustę chirurgiczną. Nie dość, że się nacierpiała, to jeszcze musiała przejść szereg uciążliwych badań, w tym tomografię komputerową, a na koniec operację usunięcia „ciała obcego”, i to w pełnej narkozie.

Niestety, proces o odszkodowanie (a w tym przypadku – konkretnie – zadośćuczynienie) za błąd w leczeniu, trwa. Nawet, gdy wydawałoby się, że sprawa jest tak oczywista, że wyrok powinien zapaść na pierwszej rozprawie.

Nie zapadł, bo sąd zaczął przesłuchiwać 12 świadków, jakich w odpowiedzi na pozew zgłosił szpital. Po co? No cóż. Jak to zwykle bywa, szpital próbował udowodnić, że ma odpowiednie procedury, a pielęgniarki i lekarze pracują bez zarzutu i jest niemożliwe, żeby źle przeliczono zużyte podczas operacji materiały…

I tak mijały miesiące.

Okazało się, że choroby nowotworowej powódki nie udało się zatrzymać. Pani Antonina zmarła jeszcze przed decyzją sądu, czy w sprawie będzie konieczna opinia biegłego. Wiedząc jednak, że jest nieuleczalnie chora, już wcześniej sporządziła testament notarialny. Swój majątek zapisała po połowie dwójce dzieci.

Córka i syn, którzy od początku wspierali ją w chorobie i walce o odszkodowanie, zdecydowali się wstąpić do procesu, który wytoczyła wcześniej ich zmarła matka.

Sąd podjął więc zawieszone z chwilą jej śmierci postępowanie. Toczyło się potem jeszcze prawie rok.

W końcu zapadł wyrok: sąd zasądził dwójce dzieci* po 100 tys. zł. zadośćuczynienia z odsetkami ustawowymi od początku trwania procesu, uznając roszczenie zmarłej pacjentki w całości za należne.

Podsumowując:

roszczenie o zadośćuczynienie za doznaną krzywdę w razie uszkodzenia ciała lub wywołania rozstroju zdrowia (art. 445 w związku z art. 444 § 1 Kodeksu cywilnego) oraz w razie naruszenia dobra osobistego – na przykład prawa pacjenta (art. 448 kodeksu cywilnego) podlega dziedziczeniu.

Jest jednak jeden podstawowy warunek. Spadkobiercy mogą niejako w zastępstwie osoby poszkodowanej uzyskać po jej śmierci należne jej zadośćuczynienie tylko wtedy**, gdy powództwo zostało wytoczone za życia poszkodowanego

Post scriptum:

I pomyśleć, że do napisania tego postu skłonił mnie wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach***, w którym Sąd ten wskazał, iż jeśli po zamknięciu rozprawy apelacyjnej a przed ogłoszeniem wyroku nastąpi śmierć jednej ze stron, to brak jest podstaw do zawieszenia postępowania. Wówczas sąd drugiej instancji może wydać wyrok w sprawie. Czyli nieco inna sytuacja niż opisana w poście, ale wychodzi na to samo: spadkobiercy uzyskają zasądzone kwoty nawet, jeśli poszkodowany nie doczeka wypłaty, a nawet wtedy, gdy umrze tuż przed ogłoszeniem wyroku w jego sprawie…

*Mąż, który nie został ujęty w testamencie, nie mógł wstąpić do sprawy i nie był stroną tego postępowania. Nie otrzymał więc żadnej części z zadośćuczynienia, o które walczyła jego zmarła żona.

**I jeszcze wtedy, gdy roszczenie o zadośćuczynienie zostało uznane na piśmie – w praktyce niezwykle rzadka sytuacja (art. 445. § 3 Kodeksu cywilnego: „Roszczenie o zadośćuczynienie przechodzi na spadkobierców tylko wtedy, gdy zostało uznane na piśmie albo gdy powództwo zostało wytoczone za życia poszkodowanego.”)

***Wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach z 10.02.2017 r., V ACa 343/16, LEX nr 2252801.

 

Pielęgniarka jako świadek w sądzie

Jolanta Budzowska        09 kwietnia 2017        4 komentarze

Przeczytałam właśnie wzruszający list, jaki do jednej z redakcji napisała pielęgniarka. Kończy się słowami:

„My, pielęgniarki nie jesteśmy robotami, mamy w sobie uczucia, mamy empatię

i współczucie dla drugiego człowieka.

My, pielęgniarki nie jesteśmy z kamienia, też jesteśmy ludźmi.”

Tak. Moi klienci też tego wielokrotnie doświadczyli. Czasem nawet fakt, że pielęgniarka czy lekarz poświęcili choremu nieco więcej uwagi, odpowiedzieli na pytania, wykazali się cierpliwością i empatią powoduje, że poszkodowani pacjenci nie decydują się na pozew przeciwko szpitalowi. Dlaczego? Bo nie chcą zaszkodzić „Panu Doktorowi”, „Pani Pielęgniarce”, którym – mimo niepowodzenia w leczeniu – są jednak wdzięczni za całokształt, za podejmowane starania. Nawet gdy błąd medyczny wydaje się być oczywisty.

Jest i druga strona medalu.

Kiedy sprawa trafia do sądu, te dobre uczucia, o jakich w liście napisała autorka, a wraz z nimi zwykła uczciwość, czasem znikają. Oczywiście, są wyjątki.

Wiele razy patrzyłam z podziwem na pielęgniarki i lekarzy, którzy nie tylko w cztery oczy w rozmowie z pacjentem, ale i w sądzie, nie zawahali się powiedzieć, jak było naprawdę. Wiele razy widziałam świadomie dokonany w dokumentacji medycznej wpis, który jednoznacznie potwierdzał, że doszło do nieprawidłowości. Zdarzyło mi się znaleźć w sytuacji, że tylko dzięki przytomności uwagi położnej zachował się kluczowy dowód w sprawie…

Niestety bywa jednak, że świadkowie – lekarze, pielęgniarki – kłamią jak z nut. Z obawy przed utratą pracy? Ze strachu, że będzie trzeba potem wytrzymać pretensje koleżanki z oddziału, że się jej nie kryło? Na wszelki wypadek, bo przecież „ja też kiedyś mogę popełnić błąd”?

Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Co powoduje, że nie tak rzadko członkowie personelu medycznego, kiedy zeznają jako świadkowie w sprawie o odszkodowanie za błąd medyczny, tracą godność i zniżają się do pospolitych kłamstw. Mogliby przecież chociaż „nie pamiętać” …

Wiem za to, że krzywda pacjenta, który słyszy na sali sądowej oczywiste kłamstwa, jest podwójna.

Dobrze byłoby, żeby świadkowie – pielęgniarki i lekarze – o tym pamiętali.

Empatia nie kończy się z chwilą wypisania pacjenta za szpitala.

 

Pytanie: jak wybrać kancelarię w sprawie o błąd lekarski?

Jolanta Budzowska        04 kwietnia 2017        2 komentarze

Odpowiedź: po osobistej rozmowie z osobą – prawnikiem – który będzie Cię reprezentował w sądzie. To może być dłuższa rozmowa telefoniczna, a najlepiej spotkanie.

Dlaczego?

Bo Klienta i radcę prawnego (adwokata) łączy zaufanie. Ważne jest, żebyś wiedział (wiedziała), że jesteś w dobrych rękach. Żebyś miał (miała) pewność, że twój pełnomocnik rozumie twoją sytuację.

Prowadzę sprawy na terenie całej Polski, więc czasem osobom, które telefonują albo mailują do kancelarii wydaje się, że będzie trudno o spotkanie, skoro oni są na przykład z Gdańska, a kancelaria ma siedzibę w Krakowie.

Oczywiście – może spotkanie nie będzie możliwe jutro, ale jest wiele opcji: możemy się spotkać przy okazji mojej najbliższej rozprawy w Gdańsku, możemy się spotkać w „połowie drogi” (a wszystkie drogi prowadzą do Warszawy;-)), często też klienci łączą wizytę w kancelarii w Krakowie z weekendowym zwiedzaniem miasta.

Ważne: spotkanie czy dłuższa rozmowa telefoniczna ma sens, jeśli będę do nich przygotowana. Muszę zatem wcześniej dostać od ciebie – mailem – dokładny opis przebiegu leczenia i – to już pocztą tradycyjną – dokumentację medyczną.

Kolejna sprawa: nie prowadzę spraw sama. Moja kancelaria ma spory zespół doświadczonych prawników od błędów medycznych, w tym mec. Karolinę Kolary, mec. Annę Miśtal-Kluś, mec. Iwonę Świętek, mec. Dorotę Kulig, mec. Michała Krzanowskiego oraz ponad dwudziestu młodszych stażem prawników. Nad każdą sprawą pracujemy zespołowo. Stąd komfort naszych klientów  związany z tym, że zawsze jest kilku prawników, którzy są „na bieżąco” – nawet wyrwani z głębokiego snu w środku nocy mogą odpowiedzieć na każde pytanie Klienta na temat prowadzonego procesu;-)

Zachęcam więc do bezpośredniego  kontaktu z kancelarią BFP – najpierw przekonaj się, że nasze podejście do prowadzenia procesów Ci odpowiada (lub nie), a dopiero potem zdecyduj, komu (której kancelarii) powierzysz swoją sprawę, i n koniec wybierz swojego pełnomocnika.

I jeszcze jedno: jak ze wszystkim – cena (honorarium za pomoc prawną) ma znaczenie, ale nie powinna być decydująca. Bo w sprawach o błąd medyczny liczy się jakość – najczęściej wieloletniego… – kontaktu z kancelarią,  a na koniec:

efekt!

Zapraszam:-)