A lekarz poszedł do domu…

Jolanta Budzowska        13 stycznia 2017        Komentarze (0)

Właśnie przeczytałam, że w szpitalu w Poniatowej kontrola konsultanta wojewódzkiego wykazała skandaliczne zaniedbania organizacyjne.  Na oddziale Otolaryngologii i Onkologii Laryngologicznej tego szpitala południu i w nocy była zaledwie jedna pielęgniarka. Lekarz był wyłącznie pod telefonem.

„Operator przeprowadzający rozległe operacje jest dostępny tylko pod telefonem i w przypadkach nagłych dociera dopiero po wielu godzinach do wykrwawionych pacjentów” – pisze konsultant wojewódzki do spraw otolaryngologii.

Wyjątek czy reguła?

W wielu procesach, które prowadziłam i prowadzę, sedno sprawy polega właśnie na nierozpoznaniu powikłań na czas i niewykonaniu operacji naprawczej w trybie pilnym. Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, najczęściej nie chodzi o nieprawidłowo wykonaną operację, a o komplikacje po. Ale nic dziwnego, że można nie dostrzec objawów krwotoku w jamie brzusznej albo perforacji jelita i zapalenia otrzewnej, gdy jedna pielęgniarka ma pod opieką trzydziestu pacjentów.

Druga sprawa, to obecność kompetentnego lekarza. Jest tajemnicą poliszynela, że w trybie dyżurowym (popołudniami, nocą, w weekendy) na posterunku zostają lekarze bez specjalizacji, którzy boją się podjąć decyzji o reoperacji lub nie są w stanie samodzielnie się jej podjąć i czekają do rana, aż przyjdzie „Pan Ordynator”. Tyle, że rano jest już czasem za późno.

Nic dziwnego też, że można nie udzielić pacjentowi pomocy na czas i doprowadzić do przewlekłego niedotlenienia mózgu po NZK, gdy po telefonicznym wezwaniu przez jedyną na oddziale pielęgniarkę, lekarz z sąsiedniego oddziału przychodzi do duszącego się pacjenta po kilkunastu minutach, a i samo wezwanie jest spóźnione.

W tym akurat przypadku pacjent był przeniesiony zaledwie kilka godzin po skomplikowanej operacji na salę ogólną bez bezpośredniego nadzoru pielęgniarskiego. Nie, nie dlatego, że jego stan był tak dobry. Przeciwnie: lekarz anestezjolog po operacji zalecił ścisłą obserwację i monitorowanie parametrów życiowych w warunkach sali pooperacyjnej. Dlaczego zatem kilka godzin później lekarz dyżurny podjął ryzykowną decyzję o przeniesieniu? Powód jest prozaiczny: bo na sali pooperacyjnej nie było kogo przydzielić pacjentom do opieki. Na popołudnie i noc została jedna pielęgniarka na dwudziestu pacjentów na dwóch oddziałach.

Czy w takich przypadkach za stan pacjenta można winić pielęgniarkę czy lekarza dyżurnego?

Wg mnie nie.

Za błąd organizacyjny odpowiada szpital i to szpital wypłaci odszkodowanie za błąd medyczny, gdy pacjent (albo rodzina zmarłego pacjenta) udowodni, że opóźnienie w rozpoznaniu powikłania i nieudzielenie pomocy lekarskiej jest skutkiem braków kadrowych lub złej organizacji pracy.

 

 

 

{ 0 komentarze… dodaj teraz swój }

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: