Opłaty za prywatne leczenie do zwrotu?

Jolanta Budzowska        16 czerwca 2017        3 komentarze

Być może już niedługo będzie możliwe otrzymanie zwrotu wydatków na płatne leczenie. Oczywiście, jeśli tylko uda się nam się wcześniej wygrać proces o błąd medyczny i udowodnić, że potrzebne jest dalsze leczenie.

W opiece zdrowotnej szykuje nam się bowiem rewolucja. Jeśli szpitalowi czy przychodni, które dotychczas udzielały świadczeń zdrowotnych tylko na podstawie kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia, skończy się tzw. ryczałt, takie placówki będę mogły pobierać opłaty za operację czy hospitalizację.

Co to oznacza dla pacjentów?

Zmiana może poprawić sytuację tych pacjentów, którzy wcześniej, przed wprowadzeniem dyskutowanych zmian w przepisach, i tak zdecydowaliby się na prywatne leczenie. Z jedną różnicą: teraz pieniądze zostawią nie w Klinice X Spółce z ograniczoną odpowiedzialnością, a w placówce publicznej.

Dlaczego? Bo jeśli dojdzie do poważnego błędu w leczeniu i pacjent będzie miał prawo do wysokiego odszkodowania, zadośćuczynienia i renty (przyznawanej w praktyce zwykle do końca życia) – to Klinika X Sp. z o.o. – zgodnie z nazwą spółki – może mieć w rzeczywistości baaardzo ograniczoną odpowiedzialność.  Bo jej majątek może być minimalny. Może też ogłosić bankructwo. I wówczas pacjent zostaje z niczym. Przepraszam: z wyrokiem w wygranej przez niego wcześniej sprawie o błąd medyczny. Tyle, że wartość tego wyroku jest w tym momencie zerowa, bo z próżnego i Salomon nie naleje. Pisałam o tym tutaj.

Zmiana może mieć też ogromne znaczenie dla tych poszkodowanych, którzy albo już mają przyznane renty albo ubiegają się o odszkodowanie i rentę. A to dlatego, że pieniądze, które wchodzą w skład renty,  są zwykle potrzebne na leczenie i rehabilitację.

Dotychczas, żeby dostać środki na prywatne zabiegi, pacjenci argumentowali, że muszą płacić, bo do świadczeń „na NFZ” są zbyt długie kolejki. Udowadnianie tego w procesie to gehenna: najlepiej przedstawić zaświadczenie, że ma się zaplanowany zabieg np. na rok 2024. A i tak często szpitale i ubezpieczyciele odmawiają zwrotu kosztów zabiegów komercyjnych. Co prawda, nie tak dawno Sąd Najwyższy stanął po stronie poszkodowanych pacjentów i uznał, że faktury za leczenie, zapłacone przez ofiary wypadków, powinny być zwracane przez sprawców (np. odpowiedzialnych za błędy medyczne i ich ubezpieczycieli). Wymagania, stawiane przez Sąd Najwyższy, są jednak dość ostre. Obszernie o tej uchwale napisałam tutaj.

Teraz, zgodnie z planowanymi zmianami w prawie, byłoby łatwiej. „Zapłaciłam, bo muszę się pilnie leczyć, co wynika z dokumentacji medycznej, a szpitalowi skończył się ryczałt. Zapłaciłam, zgodnie z ustawą o działalności leczniczej, szpitalowi publicznemu, więc należy mi się zwrot.” Bez niepotrzebnych dyskusji o długości kolejki (może ich już w ogóle nie będzie?) ani o tym, czy cena była rynkowa.

Pożyjemy, zobaczymy (czy te przepisy wejdą w życie).

{ 3 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Anna - lekarzyna Czerwiec 17, 2017 o 23:44

Po pierwsze, że uda się udowodnić. Nie twierdzę, że takich sytuacji nie ma, ale my – lekarze umiemy (zazwyczaj) chronić siebie. Z kolei, kiedy (nie tak rzadko) np. pacjent chodzi 20 lat z kamicą pęcherzyka żółciowego, nie ma zapalenia ani ryzyka perforacji, to są wskazania do ewentualnego planowego zabiegu, a nie przyśpieszonego. Poza tym rozważania dotyczące pilności zabiegu np. niepowikłanego zwyrodnienia stawu biodrowego czy kolanowego jest akademickie. Wygra NFZ. Zaćma, poniekąd, jest łatwiejsza do wygrania – jest optymalny czas wykonania zabiegu: nie może być ani „za młoda”, ani „za stara”, czyli dość łatwo określić czas zabiegu.
Po drugie – jest trochę pacjentów, którzy pragną być pacjentami. Pewien odsetek w kolejkach do specjalistów i zabiegów stanowią pacjenci, którzy niekoniecznie tego potrzebują. Sama czasem zwiększam ten odsetek, bo nie mam siły na dyskusję. Coś mi się wydaje, że ci będą mieć najwięcej siły do walki w szpitalach i sądach. Bezzasadnie wypychając bardziej potrzebujących.
Po trzecie, jako zwariowana lekarzyna rodzinna walczę – zazwyczaj skutecznie – o tych moich pacjentów, którzy NAPRAWDĘ potrzebują szybkiej interwencji. Używając w rozmowach ze specjalistami poradnianymi czy szpitalnymi argumentów medycznych. A tego przeciętny pacjent nie jest w stanie użyć.
Polecam, gwoli dyskusji, głos lekarski: http://lekarski.blog.polityka.pl/2017/06/16/rewolucyjna-zmiana-zasad-gry-w-systemie-ochrony-zdrowia/?nocheck=1

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Czerwiec 18, 2017 o 09:33

W odpowiedzi zacytuje jedną z opinii (Pana KG) w dyskusji na FB: „W interesie medyków będzie pogorszyć dostępnosć leczenia za publiczne środku jak tylko się da. To jest ruch wspierający patologię. „Robota prywatna? Po francusku travail privé. O kochany, to jest inna rozmowa!!!!” – jak było w słynnym skeczu o hydraulikach. Tylko tyle, ze to nie skecz, a często walka o życie.”

Odpowiedz

Anna - lekarzyna Czerwiec 18, 2017 o 21:03

Z punktu widzenia ekonomicznego pogorszenie jakości usług nikomu się nie opłaca, nawet tym zarabiającym na travail privé – będą mieli trudniejszych pacjentów. Żadne państwo, przynajmniej obecnie, nie jest w stanie zapewnić opieki zdrowotnej zgodnej z najnowszymi osiągnięciami medycyny każdemu pacjentowi. Ale można zmniejszyć negatywne skutki takiego stanu – nie należy to do lekarzy (ci bardziej empatyczni mieliby problem), ale ministerstwu przydałaby się lektura klasyki pana Thomasa E. Getzena \”Ekonomika zdrowia\”. Mogłoby się okazać, że lepiej optymalizować usługi opłacane przez NFZ…

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: