Londyńska przygoda

Jolanta Budzowska        19 maja 2016        4 komentarze

Zawsze, kiedy tłumaczę jak wygląda rozprawa i jak należy przygotować się do zeznań, pamiętam o tych kilku razach, kiedy sama byłam świadkiem. Teoretycznie prosta sprawa, idzie się do sądu, żeby powiedzieć „jak było”, ale stres jest. Więc wiem, co czuje świadek.

W jeszcze innej roli występuję orzekając w Wojewódzkiej Komisji do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych. Tu działam jako niby-sąd.  Skład orzekający jest czteroosobowy: dwoje medyków, dwoje prawników. W małopolskiej Komisji prawnicy pełnią jednak też funkcję przewodniczących: prowadzą posiedzenie, w pierwszej kolejności zadają pytania itd. Orzekanie w Komisji wymaga bezstronności – to, że na co dzień reprezentuję poszkodowanych, tu muszę „odstawić na półkę” i tak robię. Doświadczenie procesowe jednak procentuje: wiem, czego mogę wymagać od pełnomocników i jakie dowody mogą być przydatne do wydania orzeczenia.

Bycie biegłym to jednak zupełnie inna historia….

Z biegłymi mam do czynienia na co dzień. Wiadomo, że bez biegłego nie ma wyroku. Opinia pisemna, dodatkowa (uzupełniająca) pisemna, ustne wyjaśnienia biegłego na sali sądowej. Kolejny biegły. Instytut naukowo-badawczy.

Najciekawszy jest ten etap: „ustne wyjaśnienia” – biegły odpowiadając na pytania sądu i pełnomocników ma obronić swoje stanowisko z pisemnej opinii, czasem je uzupełnić albo uzasadnić.

Czasem tak jest, że kiedy szkoda na zdrowiu wyrządzona jest np. obywatelowi Wielkiej Brytanii, zdarzenie ma miejsce na terenie Polski (np. zabieg chirurgiczny), a za skutek (pogorszenie zdrowia) odpowiada podmiot polski (np. podmiot leczniczy lub jego ubezpieczyciel), to proces o odszkodowanie może się toczyć na terenie Wielkiej Brytanii.  Tamtejszy sąd ma jednak obowiązek stosować prawo polskie.  Skomplikowane, wiem. Nie chcę teraz wchodzić w szczegóły prawa unijnego, bo nie o tym mowa. Chodzi o to, że wówczas sąd brytyjski oczekuje od pełnomocników, ze udowodnią, jaka jest treść prawa  polskiego i jak jest ono stosowane w praktyce.

Tym razem to ja byłam biegłym…

Nie, nie z zakresu medycyny, że uspokoję lekarzy…;-). Z zakresu „prawa polskiego”.   Nie pierwszy raz.  Ale pierwszy raz po tym, jak złożyłam w sprawie opinię pisemną i opinię uzupełniającą, oraz tzw. „joint statement of experts” (opinię wspólną z biegłym strony przeciwnej), sprawa trafiła do sądu i miałam obowiązek stawić się na rozprawie i poddać się „krzyżowemu ogniu pytań”. Sytuacja, kiedy sprawa trafia przed sąd jest niezwykle rzadka, bo ponad 90 % sporów w Anglii załatwiane jest w drodze ugody przedsądowej.

W stresie byłam zatem już dobre dwa tygodnie przed terminem posiedzenia w Royal Courts od Justice w Londynie;-)

I co? Stres się przydał, bo zadziałał mobilizująco: adrenalina i noradrenalina w moim przypadku są zdecydowanie hormonami walki, a nie ucieczki. Na własnym przykładzie potwierdziłam też, że rady zawarte w „Poradniku Świadka” zdecydowanie mają sens – ostatnie 800 m przeszłam pieszo, bo tkwiąc w taksówce w porannych londyńskich korkach z pewnością nie zdążyłabym na czas.

Doświadczenie bezcenne! Wiem, co czuje biegły: mniej więcej to, co świadek, ale kilka razy bardziej;-)

Na własnym przykładzie potwierdziłam też to, co myślę od dawna: dobrze przygotowany biegły, który wcześniej opracował rzetelnie opinię, nie musi się bać konfrontacji z sądem i stronami sporu.

 

{ 4 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Anna Maj 19, 2016 o 15:38

Przeżyłam coś niesamowitego podczas przesłuchania biegłych. Występowałam jako strona pokrzywdzona . Nadmieniam, iż mój proces trwa już osiem lat i w tym czasie zdobyłam wiedzę na temat błędu jaki na mojej osobie popełnili lekarze, jak i rozległą wiedzę na temat gastrologii. Na posiedzenie sądu przybyli biegli (zatrudnieni w placówce naukowej) z kartkami w rękach z przygotowanymi odpowiedziami. Na początku czytając zapiski nie dawali mi możliwości zadania pytań uzupełniających. Wstałam i zwróciłam się do Sądu z pytaniem, czy ja jako ofiara nie mam nic do powiedzenia. Sąd udzielił mi głosu. Zadałam konkretne pytania na, które biegli nie potrafili odpowiedzieć. Włączyła się Radca prawny strony pozwanej twierdząc, że zadaję pytania książkowe. Biegli zaczęli odpowiadać ogólnikowo wypowiedzi nie dotyczyły sporządzonych przez nich opinii.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Maj 19, 2016 o 18:04

Niestety, często tak wygląda rzeczywistość na sali sądowej. To, co mówią biegli – nawet jeśli jest nielogiczne czy sprzeczne z ich własnymi artykułami (tak, tak, i taką sytuację już przeżyłam) – jest często po prostu akceptowane bez zastrzeżeń, jeśli pełnomocnik strony albo sama strona nie jest aktywna.

Odpowiedz

Leszek Bloch Maj 19, 2016 o 16:22

Świetny tekst. Ze swej strony przyznam że zeznając jako świadek miałem czasami nieodpartą chęć wejścia w polemikę z pełnomocnikiem strony 🙂 Musiałem się powstrzymywaćprzed wyjściem z roli świadka 🙂

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Maj 19, 2016 o 18:06

Fakt, nie jest to łatwe:-) W tej mojej „roli biegłego” najlepsze było to, że od rana w dniu rozprawy miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam. Potem sobie uświadomiłam, czego mi brakowało: togi… :-))

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: