„Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy” – recenzja

Jolanta Budzowska        06 maja 2017        2 komentarze

Przeczytałam właśnie dość głośną, przynajmniej ostatnio, książkę dziennikarza śledczego Pawła Reszki „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy”.

To książka o żółci.

„- Wziąłem ostatnio, wyobraźcie sobie państwo, udział w konkursie na najbardziej polski wyraz. Wiecie, co zaproponowałem?[…]


– Żółć – powiedział z emfazą Klejnocki – Z dwóch powodów. Po pierwsze, składa się ono z samych znaków diakrytycznych charakterystycznych ekskluzywnie dla języka polskiego i w ten sposób zyskuje rangę tyleż oryginalności, co niepowtarzalności. […]

– Po drugie, mimo że wyraz ten językowo jest tak dystynktywny, zawiera pewne treści uogólniające, w symboliczny sposób stanowi o naturze wspólnoty, która się nim, przyznajmy, że niezbyt często, posługuje. Oddaje pewien charakterystyczny nad Wisłą stan mentalno-psychiczny. Zgorzknienie, frustrację, drwinę podszytą złą energią i poczuciem własnego niespełnienia, bycie na “nie” i ciągłe nieusatysfakcjonowanie.”*

Książka jest zbiorem wypowiedzi lekarzy z różnych środowisk, różnych specjalizacji, na różnym etapie kształcenia zawodowego. Młodych i starych (przynajmniej stażem). Oczywiście wszystko anonimowo, bo żaden z lekarzy, zgodnie z zasadami etyki, nie odważy się zaprezentować swojej opinii pod nazwiskiem. Te cytaty są przeplatane własnymi obserwacjami autora, który na jakiś czas zatrudnił się w szpitalu jako sanitariusz, żeby od środka zobaczyć, jak działa system.

Treść wypowiedzi lekarzy jest właściwie podobna i sprowadza się do konkluzji: uczymy się długo, a potem pracujemy ciężko i za darmo lub półdarmo, a gdy chcemy zarabiać więcej, mieć dobry samochód i dom z ogródkiem, to ciągniemy dyżury i kilka etatów non stop, kosztem rodziny i pacjentów.

Pacjenci nie powinni od nas wymagać bóg wie czego, bo jesteśmy przepracowani i mamy dla nich mało czasu.  No chyba, że w prywatnym gabinecie, gdzie też jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby poświęcić pacjentowi tyle uwagi, ile trzeba, ale gabinet jest właściwie pro forma, trampoliną do szybszego przyjęcia do szpitala.

A za to wszystko odpowiedzialność ponosi system, czyli państwo, a konkretnie NFZ i Ministerstwo Zdrowia. Tylko pacjenci, nie wiedzieć czemu, mają pretensje do lekarzy, a nawet czasem po prostu liczą na to, że „uda się wywalczyć jakąś kasę”, i pozywają szpitale i lekarzy na kontraktach, wywołując tym strach i rozgoryczenie.

Jest też kilka innych – odosobnionych – głosów.  Jak ten: „Proszę pana, nie ma problemu z dobrze płatną pracą dla lekarzy, nie ma problemu z tym, że ktoś ich nie będzie chciał uczyć. Jest problem z ich przerośniętym ego” – tak powiedziała autorowi lekarza pediatra, właścicielka POZ w małej miejscowości.

Ech, nie chciało mi się kończyć tej książki. Nie ma w niej niczego, czego bym nie wiedziała albo z czym bym się nie zetknęła na sali sądowej.

Powinien ją jednak przeczytać każdy sędzia orzekający w sprawach o błędy medyczne. Może inaczej odbierze wtedy zapewnienia świadków, że lekarz na pierwszym roku specjalizacji właściwie wszystko już umie, bo udział w zabiegach operacyjnych „gwarantuje” mu program specjalizacji. Albo spojrzy inaczej na zeznania o tym, jak wygląda dyżurowa opieka na salach pooperacyjnych, gdzie niedoświadczony lekarz ma pod opieką zbyt wielu pacjentów.

Powinni tę książkę przeczytać także pacjenci. Może po lekturze wykażą się większą empatią dla lekarzy. Może zyskają wiedzę, jak poruszać się w systemie. A może –znając kulisy leczenia i wiedząc, gdzie są słabe punkty – uchronią siebie albo swoich bliskich od błędu lekarskiego?

 

 

 

*Zygmunt Miłoszewski – Ziarno prawdy

 

{ 2 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Agnieszka Swaczyna Maj 7, 2017 o 20:31

Żółć – piękny wyraz (pod względem językowym, a nie treści), wylewa się nie tylko z ust lekarzy…

Odpowiedz

Anna - lekarzyna Maj 10, 2017 o 19:58

niechcąco dwa razy, ale jeszcze uzupełnienie – mam dwie poradnie medycyny rodzinnej na wsi – po 3 latach użerania się z nieodpowiedzialnymi pracownikami – od 2 lat mam tak samo świrniętych jak ja. My prostu lubimy swoją pracę, nawet kiedy się wali i pali, i lubimy naszych pacjentów – nawet tych upierdliwych 😀

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: