„Sam napisałem wezwanie do szpitala w sprawie błędu medycznego…”

Jolanta Budzowska        08 października 2017        Komentarze (0)

– mówi często pacjent, który – zniecierpliwiony zachowaniem szpitala – postanawia zwrócić się wreszcie do prawnika.

„- Ale napisali mi, że leczenie było prawidłowe. Ubezpieczyciel też przysłał decyzję, że nie było żadnego błędu lekarskiego. Wojewódzka Komisja do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych prowadzi postępowanie i końca nie widać. Więc przyszedłem do Pani Mecenas.”

Hmm. Lepiej późno, niż wcale:-)

Jak napisać wezwanie do szpitala w sprawie błędu medycznego?

Zanim odpowiemy sobie na pytanie, jak zwrócić się do szpitala, powinniśmy się raczej zastanowić, czy rozsądnie jest działać na własną rękę.

Czy samodzielne „akcje” poszkodowanego pacjenta to dobry pomysł? Zwykle, niestety nie. Dlaczego? Najkrócej rzecz ujmując, od pierwszego pisma powinniśmy mieć konkretną strategię dochodzenia odszkodowania, uwzględniającą fakt, że nawet jeśli bardzo mocno wierzymy w ugodowe zakończenia sprawy, to chcąc nie chcąc, możemy na koniec trafić z nią do sądu.

Najczęstszym błędem jest żądanie zbyt niskiego zadośćuczynienia. Od daty wezwania możemy wówczas co prawda naliczać odsetki ustawowe za opóźnienie, i to jest akurat na plus, że wezwanie w ogóle zostało wysłane. Jeśli jednak źle oszacowaliśmy kwotę, jaka nam się należy za błąd medyczny, to w kolejnym piśmie czy pozwie – formułowanym już z pomocą prawnika, trudno będzie uzasadnić, dlaczego poszkodowany pacjent zmienił zdanie i radykalnie wyżej „wycenił” doznaną szkodę na zdrowiu.

Często też w samodzielnie pisanych pismach pacjenci są zbyt wylewni  i ujawniają informacje, które są nieistotne dla oceny winy szpitala, a za to mogą skierować sprawę na boczne tory i rozmyć odpowiedzialność za nieprawidłowe leczenie.

Źle sformułowane zarzuty, czyli – mówiąc potocznie – szukanie przez pacjenta „po omacku” przyczyn niepowodzenia w leczeniu, dają też pretekst ubezpieczycielowi szpitala, żeby ograniczyć rozpatrywanie skargi tylko do wskazanych uchybień. A problem i rzeczywisty błąd w leczeniu może polegać w konkretnym przypadku na czymś zupełnie innym…

Diabeł tkwi w szczegółach, czyli kto popełnił błąd w leczeniu?

Pytanie też, czy dobrze zaadresowaliśmy wezwanie. Za błąd lekarski odpowiada nie tylko szpital czy podmiot leczniczy, czasem i sam lekarz. Powikłania w leczeniu mogą być spowodowane przez wadliwie działający sprzęt medyczny czy zastosowane wyroby medyczne, jak na przykład w przypadku endoprotez stawu biodrowego, gdzie w większości przypadków szpital jest „niewinny” (czytaj więcej: „Problemy z endoprotezą stawu biodrowego”). Wtedy musimy poszukiwać producentów tych urządzeń, a to bywa niełatwe w polskich realiach i przy dość swobodnym podejściu szpitali do dokumentacji medycznej i ewidencji stosowanych implantów.

Istotne jest też odpowiednio wczesne ustalenie, kto był ubezpieczycielem podmiotu leczniczego i jaki jest zakres odpowiedzialności towarzystwa ubezpieczeniowego.  Trzy lata do przedawnienia szybciej zleci, niż nam się wydaje…

Są i wyjątki. Na pewno szanse na wygraną w sądzie rosną, gdy poszkodowany pacjent uzyskał  – zwykle działając samodzielnie –  orzeczenie o zdarzeniu medycznym, wydane przez Wojewódzką Komisję do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych. Nie mówiąc już oczywiście o orzeczeniu sądu karnego, czyli wyroku skazującym lekarza.

Przydatne są także protokoły słuchania świadków, dobrym materiałem „wyjściowym” jest również akt oskarżenia przeciwko lekarzowi.

Ważne jest jednak, żeby od początku wszystkie działania podejmowane w celu wyjaśnienia, czy doszło do błędu medycznego, kierowane do szpitala pisma i wezwania, choćby „z grubsza” uzgadniać z prawnikiem. Lepiej gdzieś po drodze (i na drodze do sprawiedliwości) sobie – i sprawie  – nie zaszkodzić.

 

Lekarz na wokandzie, czyli jak nie przegrać (z pacjentem)

Jolanta Budzowska        24 września 2017        Komentarze (1)

Tytuł to niemal dosłowny cytat z motta przewodniego konferencji dla lekarzy, w której ostatnio uczestniczyłam. Pełne motto brzmiało: „Pediatra na wokandzie, czyli jak nie trafić do sądu lub… nie przegrać”.

Tak, tak, lekarze coraz częściej się szkolą nie tylko, jak nie popełniać błędów w leczeniu, ale i jak nie zapłacić pacjentom odszkodowania i uniknąć odpowiedzialności za – już popełniony – błąd lekarski.

A co ja robiłam na tym sympozjum? Dobre pytanie. Grzecznie słuchałam o tym, jak są instruowani lekarze, bo dobrze jest znać strategię przeciwnika;)

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość organizatorom i uczestnikom tej konferencji. Oprócz wskazówek dla lekarzy, jak przygotować obronę prawną i składać zeznania w prokuraturze, żeby się nie pogrążyć (wykład prawnika) i jak rozmawiać z pacjentem, żeby sobie nie zaszkodzić (wykład psychologa), to trzeba przyznać, że wysłuchaliśmy też szeregu wykładów o tym, jak lepiej leczyć.

Na przykład, jak nie zlekceważyć pierwszych objawów sepsy czy „ostrego brzucha” i kiedy dochodzi do zbyt późnego odesłania dziecka do szpitala przez lekarza.

Kilka wystąpień wygłosili lekarze, praktycy, będący jednocześnie biegłymi sądowymi. Konkluzja ich wykładów była zawsze taka sama: „Proszę pamiętać, że dokumentacja medyczna to najlepsza obrona lekarza w procesie”. Nic dodać, nic ująć.

Piszę o tym od zawsze: na sali sądowej, poza zupełnie wyjątkowymi sytuacjami, o tym kto ma rację, rozstrzyga treść dokumentacji medycznej. Polecam lekturę moich wpisów: „Dokumentacja medyczna z porodu”  czy „Dokumentacja medyczna – milczący świadek”.

Z punktu widzenia interesów lekarzy, to na pewno dobrze dla nich, że są szkoleni jak ukrywać popełnione błędy. Niestety, fakt, że lekarze będą bardziej świadomi procedur prawnych, dla pacjentów oznacza automatycznie jeszcze trudniejszą drogę do uzyskania  odszkodowania.

Na szczęście dla pacjentów, póki co nadal zdarzają się sytuacje, że lekarze, próbując zatuszować swoje błędy, przekombinują.

Na przykład:

U pacjentki wystąpiły poważne powikłania po operacji cholecystektomii (więcej o powikłaniach przy tym zabiegu napisałam w poście: „Cholecystektomia – laparoskopia zawsze bezpieczna?”). Lekarze tłumaczyli, że cóż: powikłania zawsze mogą się zdarzyć, a pacjentka wyraziła świadomą zgodę na operację i była poinformowana o ryzyku.

Niestety – dla lekarzy – proces sądowy ujawnił prawdę. Popełniono błąd na błędzie…

Kwalifikacja do usunięcia pęcherzyka żółciowego i diagnoza kamicy pęcherzyka była nieprawidłowa – nie wykonano ani cholecystografii ani USG, a wynik badania histopatologicznego usuniętego preparatu wykazał, że jest to „pęcherzyk cienkościenny, bez złogów” – czyli był zdrowy. Pacjentka zatem w ogóle nie powinna być operowana!

Dodatkowo, w karcie informacyjnej ordynator poświadczył nieprawdę, wpisując jako rozpoznanie końcowe: „kamica pęcherzyka żółciowego”.

Co ciekawe, w usg wykonanym u pacjentki w kilka dni po operacji usunięcia pęcherzyka żółciowego – inny lekarz stwierdził: „prawidłowy pęcherzyk  żółciowy, cienkościenny, bez złogów”.

Hmm: pęcherzyk żółciowy pojawia się i znika?

I jeszcze jedna „ciekawostka”: w tomografii komputerowej (TK) jamy brzusznej lekarz diagnosta opisał, że „przewód żółciowy resekowany” (czyli usunięty, główna droga żółciowa została przypadkowo wycięta) , a mimo to, w karcie wypisowej zapisano eufemistycznie: „PŻW nieuwidoczniony” – podczas kiedy jest jasne, że przewód ten został wycięty!

Lepiej jednak, żeby pacjent za dużo nie wiedział…

Biegły tę kaskadę błędów podsumowuje tak:

„Kluczowymi momentami, które zawarzyły o trwającym horrorze dla tej pacjentki były:

  • pierwsza operacja wykonana bez wskazań,
  • zła technika operacyjna obu chirurgów,nieupewnienie się przed wypisem ze szpitala nr1, czy wszystko jest w porządku, powódka bowiem już skarżyła się na bóle brzucha, ale zbagatelizowano te skargi,
  • nie wnosząca nic laparoskopia wykonana kilka dni później w kontekście jednoznacznego opisu w badaniu TK, które określiło bardzo dokładnie patologię pooperacyjną,
  • niewytłumaczalna strata kolejnych kilkunastu dni do właściwej operacji naprawczej.”

Przykłady podobnych prób zamiatania pod dywan, z którymi stykam się często na salach sądowych, możnaby mnożyć.

Szczęśliwie, jak widać na powyższym przykładzie, niektórym lekarzom nawet najlepsze szkolenia „z unikania odpowiedzialności” nie pomogą.

NFZ a błąd lekarski

Jolanta Budzowska        14 września 2017        4 komentarze

Czy jeśli pacjent wymagał pilnej konsultacji ze specjalistą, ale ten specjalista bywa w szpitalu raz na tydzień, co środę, więc pacjent czekał – przyjmijmy – 5 dni, bo miał pecha i potrzeba konsultacji powstała w sobotę, a w międzyczasie doszło do pogorszenia się jego stanu zdrowia, to czy pacjent może twierdzić, że jego leczenie było nieprawidłowe?

Co, jeśli pacjent został zakwalifikowany do operacji w trybie pilnym (czyli powinna się odbyć w ciągu 6 godzin od podjęcia decyzji przez operatora), ale zespół zebrał się dopiero po 8 godzinach, bo jedyny dyżurny anestezjolog był zajęty przy innych zabiegach, i zapalenie otrzewnej się pogłębiało albo pacjent stracił zbyt dużo krwi? Czy to był błąd medyczny?

Szpital odpowie, nie. Nie odpowiadamy za pogorszenie się stanu zdrowia pacjenta. Nie można mówić o błędnym leczeniu. Tak mamy zakontraktowanych specjalistów, tyle przewiduje umowa szpitala z NFZ, nic więcej nie mogliśmy zrobić. Nie mamy środków w budżecie, by zwiększyć zatrudnienie, a w ogóle to lekarzy jest za mało i nikt nie chce u nas się zatrudnić.

Ja odpowiem: tak.  To błąd w leczeniu, za który odpowiada szpital. Jeśli leczenie było obiektywnie opóźnione, a stan zdrowia pacjenta przez to się pogorszył, to mówimy o błędzie medycznym, o braku staranności w leczeniu, czyli o leczeniu niezgodnym z aktualną wiedzą medyczną. A pacjent ma wtedy prawo do odszkodowania od szpitala. I kropka.

NFZ, a w szczególności treść umowy Funduszu ze szpitalem, nie wyznacza poziomu aktualnej wiedzy medycznej!

Co więcej, nawet lekarze czasem skarżą się, że Narodowy Fundusz Zdrowia zmusza ich do złej praktyki klinicznej, bo na przykład nie finansuje leczenia, o którym wiadomo, że jest skuteczniejsze, niż zakontraktowane przez Fundusz. Cóż, to lekarze muszą zadbać, żeby ten problem rozwiązać, a nie pacjenci.

Bo problem niewątpliwie z punktu widzenia lekarzy istnieje.

Zgodnie z art. 4 ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty lekarz ma obowiązek wykonywać zawód:

a) zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej,
b) dostępnymi mu metodami i środkami zapobiegania, rozpoznawania i leczenia chorób,
c) zgodnie z zasadami etyki zawodowej

oraz

d) z należytą starannością.

Także zasady etyki zawodowej – których przestrzeganie jest obowiązkiem prawnym lekarza– przewidują, że powinnością lekarza jest kierowanie się dobrem chorego, a mechanizmy rynkowe, naciski społeczne i wymagania administracyjne nie zwalniają go z respektowania tej powinności.

Równocześnie jednak obowiązuje szereg przepisów prawa, które stwarzają dla świadczeniodawców – lekarzy (bądź jednostek zatrudniających lekarzy) takie ramy działania i nakładają takie obowiązki administracyjne, które wcale nie premiują kierowania się dobrem pacjenta. Przeciwnie. Na pierwszym miejscu stawiają przede wszystkim efektywność ekonomiczną, czyli oszczędności i jeszcze raz oszczędności.

Kodeks Etyki Lekarskiej przewiduje jednak, że lekarz winien zabiegać o wykonywanie swego zawodu w warunkach, które zapewniają odpowiednią jakość opieki nad pacjentem – a więc sam winien dbać między innymi o to, aby wymogi administracyjne nie ograniczały go w udzielaniu adekwatnej, zgodnej z jego wiedzą, pomocy medycznej.

Ustawa o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych (art. 19) przewiduje, że świadczenia w stanach nagłych mają być udzielane i są refundowane ponad limit, a podmiot leczniczy, który z przyczyn organizacyjnych nie ma możliwości zapewnienia odpowiedniego leczenia, ma obowiązek skierowania pacjenta do innego podmiotu, gdzie takie świadczenia są dostępne (art. 19 ust. 3 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych).

Podmioty lecznicze mają zatem możliwości, żeby leczyć, a nie szkodzić pacjentowi, zasłaniając się ograniczeniami finansowymi.

Z punktu widzenia pacjenta, obowiązek wykonywania zawodu (leczenia) zgodnie z aktualną wiedzą medyczną pozostaje więc nadrzędną zasadą.  Mówi o niej nie tylko wspomniany wyżej artykuł 4 ustawy o zawodzie lekarza, ale również, między innymi:

  • art. 18 ustawy o zawodach pielęgniarki i położnej: Pielęgniarka, położna wykonuje zawód zgodnie z aktualną wiedzą medyczną, dostępnymi jej metodami i środkami, zgodnie z zasadami etyki zawodowej oraz ze szczególną starannością.;
  • art. 11 ust. 2 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym: Ratownik medyczny postępuje zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej oraz z należytą starannością.;
  • art. 4 ust. 1 ustawy o zawodzie fizjoterapeuty: Fizjoterapeuta wykonuje zawód z należytą starannością, zgodnie z zasadami etyki zawodowej, poszanowaniem praw pacjenta, dbałością o jego bezpieczeństwo i wykorzystując wskazania aktualnej wiedzy medycznej;
  • art. 3 ust. 3 Rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie świadczeń gwarantowanych
    z zakresu leczenia szpitalnego: Świadczenia gwarantowane są udzielane zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, z wykorzystaniem metod diagnostyczno-terapeutycznych innych niż stosowane w medycynie niekonwencjonalnej, ludowej lub orientalne.

I koronny przepis, art. 6.  Ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta: Pacjent ma prawo do świadczeń zdrowotnych odpowiadających wymaganiom aktualnej wiedzy medycznej. 

„Standardy NFZ”, czyli uwarunkowania administracyjne, nie mają więc przewagi nad aktualną wiedzą medyczną.

Gdy leczenie jest niezgodne z aktualną wiedzą medyczną, możemy mówić o błędzie medycznym, a pacjent ma prawo do odszkodowania.

Chyba, że sądy przypomną sobie o przysłowiu: „tak krawiec kraje, jak mu materiału staje”…  Oby nie, bo chronienie finansowych interesów szpitali i lekarzy kosztem pacjentów na pewno nie poprawi jakości leczenia:-(

Zasiłek opiekuńczy, świadczenie pielęgnacyjne czy renta na opiekę za błąd medyczny?

Jolanta Budzowska        27 sierpnia 2017        2 komentarze

Poszkodowanym w wyniku błędu medycznego pacjentom nie chodzi o zemstę.

Rodzice niepełnosprawnych dzieci i małżonkowie osób, które utraciły samodzielność już w dojrzałym wieku, najczęściej martwią się o to, kto zajmie się ich bliskimi, kiedy ich zabraknie. Jak wówczas – i za co – osoby niepełnosprawne zorganizują sobie opiekę?

Pomijając wszystko inne, z czegoś trzeba też żyć na bieżąco. Jeśli najbliżsi nie pracują zawodowo, by zająć się chorym, to za co utrzymać ma się rodzina? Kolejki do leczenia na NFZ rosną. Jak sfinansować leczenie prywatne?

Wszystkie te obawy są niestety uzasadnione. Za opiekę nad osobą, która utraciła sprawność po 18. roku życia, przysługuje obecnie 520 zł miesięcznie. Pozostali opiekunowie – opiekujący się dorosłymi niepełnosprawnymi – dostają 1406 zł. zasiłku pielęgnacyjnego. Trybunał Konstytucyjny w 2014 roku uznał różnicowanie świadczeń dla opiekunów za niezgodne z Konstytucją, ale póki co jest jak jest, a prawo nie zostało zmienione. Oprócz tego, że takie różne traktowanie osób w podobnej sytuacji jest zwyczajnie niesprawiedliwe, to i tak świadczenia wypłacane przez państwo są po prosu głodowe. Kropla w morzu potrzeb.

Sytuacja osób poszkodowanych w wyniku błędu medycznego jest jednak nieco inna. Mogą uzyskać 100 % potrzebnych środków na opiekę od sprawcy ich niepełnosprawności: podmiotu leczniczego lub jego ubezpieczyciela.

Jest to renta na zwiększone potrzeby, wypłacana najczęściej miesięcznie. „Zwiększone potrzeby” to nic innego jak dodatkowe wydatki, które powstały w nowej sytuacji życiowej, w jakiej dana osoba, poszkodowany pacjent znalazł się na skutek błędu lekarskiego.  Są to zwykle wydatki z tytułu opieki sprawowanej przez osoby trzecie – w tym członków rodziny, koszty wizyt lekarskich i zabiegów rehabilitacyjnych przeprowadzanych płatnie, koszty dojazdu do placówek służby zdrowia i lekarzy oraz na turnusy rehabilitacyjne, wydatki na lekarstwa, opatrunki czy płatne badania. Więcej na temat sposobu  wyliczania takiej renty napisałam w postach „Renta na zwiększone potrzeby, czyli londyńskiej przygody cd” oraz „Czy należą mi się koszty adaptacji domu i przystosowania samochodu?”.

Jeśli opiekę sprawuje rodzic czy współmałżonek, to też nie jest ona „darmowa”. Sądy przyjmują stawkę godzinową, jaka należy się opiekunowi zawodowemu.  Czasem punktem odniesienia mogą być też uzyskiwane wcześniej zarobki, gdy opiekun wcześniej pracował w swoim zawodzie i porzucił pracę, by zająć się najbliższym członkiem rodziny.

Oczywiście, od tak wyliczonych i udowodnionych miesięcznych kosztów na zaspokojenie zwiększonych potrzeb osoby poszkodowanej w zakresie opieki należy odjąć kwotę otrzymywaną przez jej opiekuna tytułem zasiłku opiekuńczego lub świadczenia pielęgnacyjnego.

Może się okazać, że proces sądowy to jedyna droga, aby zapewnić sobie środki do życia. Taka renta – na zwiększone potrzeby –  jest przyznawana w zasadzie do końca życia. Można domagać się też jej podwyższenia, jeśli ceny lub potrzeby poszkodowanego wzrosną.

A najpierw trzeba udowodnić, że do błędu medycznego w ogóle doszło…

To jest – rzecz jasna – najtrudniejsze. Im szybciej się zdecydujemy, tym jednak najczęściej łatwiej o dowody. Nie bez znaczenie jest też to, że wstecz możemy dochodzić renty tylko za 3 lata, więc czasu nie ma za dużo. Z dochodzeniem roszczeń za błąd w leczeniu nie warto więc czekać.

 

Bliskim zmarłego pacjenta (nie) zawsze należy się zadośćuczynienie

Jolanta Budzowska        17 sierpnia 2017        Komentarze (0)

Czego mogą się domagać najbliżsi zmarłego pacjenta, gdy przyczyną jego śmierci był błąd medyczny? Czy mają takie same prawa jak poszkodowany pacjent?

Takie pytania często zadają sobie członkowie rodziny zmarłego pacjenta, którzy nie mogą się pogodzić z tym, że nie zdołali zapobiec śmierci najbliższej osoby.

Musimy rozróżnić dwie sytuacje.

Pierwsza to ta, gdy poszkodowany pacjent umiera w trakcie procesu o odszkodowanie za błąd medyczny. Czyli, gdy zdawał sobie sprawę z faktu, że stał się ofiarą nieprofesjonalnego leczenia, wystąpił z pozwem do sądu, ale niestety nie dożył wyroku.

Wówczas jego spadkobiercy mogą wstąpić do toczącego się postępowania w jego miejsce. Gdy zapadnie korzystny wyrok, potwierdzający fakt błędu lekarskiego, to wówczas kwoty odszkodowania i zadośćuczynienia oraz renty naliczanej do chwili śmierci poszkodowanego, przypadną jego spadkobiercom.

Muszę przyznać, że – choć to trudne sytuacje – zdarza się, że przychodzi do mnie pacjent, który wie, że może nie dożyć końca procesu i absolutnie świadomie podejmuje decyzję o rozpoczęciu sprawy sądowej, żeby chociaż w tej formie zabezpieczyć finansowo na przyszłość swoją rodzinę…

Ma rację. Jest to forma zabezpieczenia. W przypadku śmierci ofiary błędu medycznego, jej spadkobiercy dziedziczą między innymi zadośćuczynienie, które – gdyby pacjent nie zmarł – byłoby przyznane w wysokości odpowiedniej dla jego sytuacji życiowej, z uwzględnieniem jego cierpień i jego uszczerbku na zdrowiu. Nie są to na ogół małe kwoty.

Inny przypadek ma miejsce wtedy, kiedy pacjent – mimo tego, że doszło do błędu w leczeniu, nie decyduje się na drogę sądową. Nie chce zaszkodzić lekarzom albo zwyczajnie cała rodzina koncentruje się na próbie ratowania chorego, a nie konsultacjach z prawnikami… Czas na refleksję: czy i w jaki sposób można dochodzić roszczeń odszkodowawczych, przychodzi dopiero po śmierci poszkodowanego pacjenta…

Wówczas sytuacja jest nieco inna. Jego bliskim przysługuje co prawda prawo do zadośćuczynienia, odszkodowania, a czasem i renty, ale są zupełnie inne roszczenia niż te, które byłyby należne samemu pacjentowi (gdyby to on wystąpił z pozwem przeciwko szpitalowi za życia).

Podstawowa różnica to ta w zakresie zadośćuczynienia.

Po pierwsze, przysługuje ono wtedy na podstawie art. 446 § 4 k.c. osobom bliskim zmarłemu pacjentowi. Te „bliskie osoby” to niekoniecznie spadkobiercy, bo przecież zmarły pacjent mógł chociażby pozostawić testament, w którym swój majątek przeznaczył na cele charytatywne. Nie pozbawia to jednak jego bliskich prawa do żądania roszczeń odszkodowawczych z tytułu błędu medycznego.

Sąd oceni jednak każdorazowo, po pierwsze stopień „bliskości”, czyli czy rzeczywiste relacje wiążące tego, kto ubiega się o zadośćuczynienie, z osobą zmarłego uzasadniają przyjęcie, że dany członek rodziny jest osobą najbliższą w rozumieniu art. 446 § 4 k.c.

Po drugie, sąd w toku postępowania oceni też stopień doznanej krzywdy. Oczywiście, wiadomo, że krzywdę doznaną wskutek śmierci osoby bliskiej jest bardzo trudno ocenić. Pisałam już o tym w kilku postach, między innymi w tym ”Zadośćuczynienie za śmierć osoby bliskiej”, „Zadośćuczynienie po śmierci pacjenta” czy „Zadośćuczynienie za śmierć żony”.

Wiadomo też, że nawet sędziom trudno jest zobiektywizować kryteria i ocenić, jaka wysokość zadośćuczynienie będzie sprawiedliwa w konkretnej sytuacji.

Dlatego też sąd, zanim zdecyduje o tym czy należy się zadośćuczynienie (lub nie…, ale o tym za chwilę) i w jakiej wysokości, zbada rodzaj, charakter, długotrwałość cierpień i ich intensywność.

Jeśli przebycie żałoby po śmierci poszkodowanego pacjenta nastąpiła w sposób naturalny, a śmierć nie wpłynęła szczególnie na życie jego bliskich, to w skrajnym przypadku może nawet uznać, że z uwagi na bardzo niewielki stopień doznanej krzywdy, zadośćuczynienie w ogóle nie będzie należne…

Ostatnio taki właśnie wyrok wydał w sprawie wypadku komunikacyjnego Sąd Apelacyjny w Warszawie który uznał, że jeśli człowiek po śmierci swojego krewnego w sposób naturalny przeżywa żałobę, doświadcza przykrych przeżyć, ale nie odczuwa szczególnie silnego cierpienia, to brak jest podstaw do przyznania mu zadośćuczynienia z tego tytułu. Zadośćuczynienia domagali się bratankowie, po śmierci stryjenki. Sprawę znam tylko z portalu Sądu Apelacyjnego*, ale takie rozstrzygnięcie wydaje się być słuszne. Zadośćuczynienie nie należy się przecież „automatycznie”…

Trzeba pamiętać, że to poszkodowani (osoby bliskie zmarłemu) muszą udowodnić przed sądem, że ich krzywda powinna zostać zrekompensowana.

A w sprawie o błąd medyczny jest jeszcze trudnej, bo przede wszystkim trzeba wykazać, że do niego doszło, i że był przyczyną śmierci najbliższej nam osoby.  I dlatego, bez pełnomocnika, „stety” albo  niestety, ani rusz.

 

* Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 23.02.2017 r., I ACa 2387/15, LEX nr 2279531