Trudności intubacyjne, czyli kiedy standardowa operacja kończy się tragedią

Jolanta Budzowska        05 września 2016        30 komentarzy

To miał być standardowy zabieg. Nic poważnego. Tak zwykle przebiega rozmowa z lekarzem: to typowa operacja, w zasadzie kosmetyczna.

Wyjdzie Pan do domu po dwóch dniach.

Nie tym razem. Operacja się udała, ale od jej zakończenia pacjent jest sparaliżowany. Mówiąc suchym językiem dokumentacji medycznej: „u pacjenta utrzymuje się czterokończynowy niedowład dużego stopnia”.  Jest leżący, posadzony siedzi z podparciem, nie kontroluje potrzeb fizjologicznych, jest karmiony przez PEG, podejmuje próby jedzenia łyżeczką pokarmów papkowatych. Wymawia pojedyncze słowa.

Co poszło nie tak?

Może było tak. Lekarz pracował cztery doby bez przerwy. Nie, nie umarł z przepracowania, jak media piszą o zmarłej lekarce anestezjolożce z Białogardu czy zmarłym lekarzu z Mielca. Gdyby umarł, pisałyby o nim wszystkie media.  Pracował zwyczajnie, jak każdy lekarz „stachanowiec”. Jaka była jakość jego pracy?  Może to na skutek przemęczenia nie zdołał zaintubować pacjenta przy pierwszej próbie? Może nie analizował sytuacji zbyt sprawnie i lekkomyślnie, niemal do końca liczył na to, że sam sobie poradzi?

Bo w tym przypadku, pierwsza próba intubacji, podjęta w ramach przygotowanie pacjenta do znieczulenia, nie powiodła się. Anestezjolog nie zdołał uwidocznić wejścia do krtani i intubował „na ślepo”, co nie przyniosło rezultatu. Podjęto próbę ponownej intubacji, podczas której również nie uwidoczniono wejścia do krtani. Manipulując rurką intubacyjną, anestezjolog skierował ją pod nagłośnię i uszczelnił rurkę.

W pewnej chwili anestezjolog zauważył jednak, że w bliżej nieokreślonym momencie z palca powoda zsunął się czujnik pulsoksymetru. Nie wiadomo, jak długo pomiar saturacji nie był prowadzony…

Po ponownym założeniu czujnika okazało się, że saturacja wynosi 60%, a zatem spadła do niedopuszczalnego, niebezpiecznego poziomu. Pacjent został po raz kolejny rozintubowany oraz natleniony. Dopiero wtedy antestezjolog prowadzący znieczulenie wezwał na pomoc drugiego anestezjologa, który podjął trzecią, również nieudaną próbę intubacji. W związku z wcześniejszymi problemami, ten drugi anestezjolog zdecydował się na zastosowanie prowadnicy typu Bougie, dzięki czemu wreszcie po 35 minutach, udało się skutecznie pacjenta zaintubować.

Rozpoczął się zabieg operacyjny. Po wybudzeniu u pacjenta, który był operowany na dyskopatię, zdiagnozowano uszkodzenie mózgu, niedowład czterokończynowy i zespół padaczkowy.

Co poszło nie tak?

Wiadomo, że do niedotlenienia pacjenta doszło w okresie przygotowania do operacji. Wiadomo, że przedłużona intubacja doprowadziła do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu.

Nie wiadomo tylko, dlaczego antestezjolog dokonywał kolejnych prób intubacji bez wznawiania wentylacji na tyle długo, że doszło do obniżenia prężności tlenu w organizmie poniżej bezpiecznego poziomu…

Z punktu widzenia procesu sądowego odpowiedź na to ostatnie pytanie nie jest najistotniejsza. Nie zajmujemy się intencjami czy dobrymi chęciami.

Powinien sobie jednak na nie odpowiedzieć dyrektor szpitala, w którym czy to na kontrakcie, czy na umowie o pracę, wykonywał czynności anestezjolog. Czy lekarz na pewno był w stanie prawidłowo wykonywać swoje obowiązki?  I jak zapobiec takim sytuacjom?

 

{ 30 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Mikołaj Wrzesień 6, 2016 o 13:39

Dzień dobry,
czy w takim przypadku można rościć o odszkodowanie od Ubezpieczyciela, bądź z OC sprawcy?

Odpowiedz

rafal Wrzesień 7, 2016 o 12:40

tak

Odpowiedz

Rafał Wrzesień 8, 2016 o 16:06

Odnośnie rekonstrukcji wydarzeń następującej po słowach: „Może było tak. ”
Lepiej jest zawsze opisywać fakty niż spekulować z wyobraźni. A już na pewno bardziej profesjonalnie. Zwłaszcza że tzw trudna intubacji to niebagatelny problem opisywany w monografiach, a może się przytrafić wypoczętym anestezjologom. W opisywany przypadku problemy mieli obaj. Czy ten drugi też był zmęczony?

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Wrzesień 8, 2016 o 18:02

Panie Doktorze, blog, to blog, a nie praca naukowa. Fakty opisałam, a przyczyny? Pan je zna i nie ma Pan wątpliwości? Dlaczego – na potrzeby postu – nie mogę snuć przypuszczeń? Nawet biegli tworzą hipotezy na potrzeby wyjaśnienia przyczyn danego zdarzenia.Ale sugestię wezmę pod uwagę na przyszłość;)

Odpowiedz

rafal Wrzesień 9, 2016 o 17:43

wtrącę się
„Pan je zna i nie ma Pan wątpliwości? ” nie

„Dlaczego – na potrzeby postu – nie mogę snuć przypuszczeń? ” to nie jest snucie przypuszczeń tylko opis wydarzeń na poziomie aspiracji profesora Harvardu lub lekarza, który tysiące razy zaintubował pacjentów, wydźwięk opisu jest jednoznaczny- dwójka konowałów dobrała się do biednego pacjenta!
już widzę jak pięknie w todze będzie Pani przed Wysokim Sądem intubować fantom i pokazywać jakie to jest super proste, a lekarze pewnie w łape nie dostali, więc efekt jest jaki jest

„Nawet biegli tworzą hipotezy na potrzeby wyjaśnienia przyczyn danego zdarzenia” – często są do tego zmuszeni, bo dok.med. w Polsce jest traktowana po spartańsku, z całym szacunkiem dla Pani, ale pomimo tego, że większość biegłych się swoim poziomem wiedzy do tej pracy opiniowania brać nie powinna to i tak jest bardziej do tego kompetentna niż Pani( bo uczestnictwo w x rozprawach o blad lekarski i przeczytanie x książek i wzięcie udziału w x konferencjach) jeszcze nie jest monopolem na wiedze medyczna;
w Polsce lekarze mają wiedze i umiejetnosci do leczenia, ale w papierach im się nie zgadza, w UK jest na odwrót wszystko zepsute, ale w papierach się zgadza- woli Pani taki system? no może pacjent nam umarł, ale przepisaliśmy podręcznik i leczenie było podręcznikowe, to o co Wam chodzi?

a z całej opowieści można wysnuć konkretny wniosek, mogli do Pani zadzwonić i zapytać co trzeba zrobić bo wtedy byłoby dobrze

tak na marginesie, bardzo mnie ciekawi jak wygląda Pani wizyta u lekarza? chyba Pani w ogole nie korzysta, bo jest madrzejsza
wiadomo każdy Polak jest najlepszym prawnikiem, lekarzem, mechanikiem, itd.
pytam przez ciekawość

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Wrzesień 9, 2016 o 19:04

Nie rozumiem poziomu agresji w Pana wypowiedzi.

Fakty przytoczone w poście są takie, jakie są, wynikają z dokumentacji i opinii biegłych. Przyczyn tragedii chyba żadne z nas nigdy nie pozna. Mam napisać, że zawiniła buta, niedouczenie, brak doświadczenia, brak wymaganej uwagi etc? Nie wiem tego, może było i tak, Gdybym jednak tak napisała, to dopiero byłoby krzywdzące dla lekarzy. Czasem – jak w opisywanej sprawie – w jakiś sposób biorę stronę lekarzy, bo każdy – nawet najlepszy – ma chwilę gorszej koncentracji. Poszkodowany pacjent nie powinien jednak zostać bez rekompensaty, bez względu na stopień winy. A dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane.

Przy przykładzie z fantomem to chyba Pana poniosło… Jestem prawnikiem, a nie lekarzem, i NIGDY o tym nie zapominam. A pytania może zadawać każdy. nie tylko lekarz.

Chodzę do lekarzy. Rozmawiam z nimi rzeczowo. Ściśle trzymam się zaleceń. Czytam ulotki przylekowe, a nawet CHPl, i staram się pójść przygotowana na wizytę. Nadal są lekarze, którzy leczą mnie i moją rodzinę.

Odpowiedz

przemek s Wrzesień 10, 2016 o 12:56

Jeżeli czyta Pani chpl i tym sie Pani Mecensa kieruje to szczerze współczuje… 😉 większość nowoczesnego leczenia jest spoza chpl.

Tutaj był błąd.
Ale nie dlatego że anestezjolog nie zaintubował. Zdarza się tak nie raz. W niektórych sytuacjach może kończyć się zgonem – skoro czyta Pani Gawande to tam był przypadek stanu astmatycznego.

Ponadto imo czas pracy nie powinien być argumentacją przeciw lekarzowi – analogicznie argumentem w obronie lekarza nie powinno być ze jest wypoczęty (tak samo jak kwestia doskonalenia zawodowego).

Z punktu widzenia tej sprawy liczy się (a) intubacja bez przerwy na wentylacje maską (mniej prawdopodobne) albo (b) zaintubowanie przełyku. Zdarza się tak, i to nie jest błąd ale ryzyko okołozabiegowe – tym niemniej ZOZ MUSI mieć na wyposażeniu kapnograf aby wykryć błędną intubacje. A (c) alarmy od pulsoksymetru włączają się natychmiast po spadku saturacji. Wiec nie mógł się „nie zauważony” zsunąć. Chyba że mają taki na palec za 200 złotych 😉 prawdopodobnie jednak pulsoksymetr w ogóle nie był podłączony. Lub maszyna do znieczulenia nie działała prawidłowo, niektórzy pracują na sprzęcie z lat 90tych. Ale wówczas to wina zozu, nie za bardzo lekarza.

Więc akurat to nie są intencje lub dobre chęci ale prawidłowe działanie i pomimo tego negatywne konsekwencje albo błąd w sztuce

Rafał Wrzesień 10, 2016 o 20:52

„Poszkodowany pacjent nie powinien jednak zostać bez rekompensaty, bez względu na stopień winy. A dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. ”
Czy rzeczywiście? Z tym drugim zgadza się, z tym pierwszym niezupełnie.
Elementem operacji chirurgicznej jest hazard. Podobnie – odnosząc się do powyższego przykładu- elementem znieczulenia ogólnego może być intubacja przełyku; hazard. A grając na giełdzie można stracić. Jeżeli świadomie poddajemy się operacji, intubacji, gramy na giełdzie, musimy liczyć się z odpowiednio ze zropieniem rany, zaintubowaniem przełyku, pójściem w skarpetkach.
To że lekarz był butny, nie ma znaczenia, to w ogóle pojęcie spoza kodeksu cywilnego i karnego oraz kanonu wiedzy medycznej, to sprawa kultury osobistej, „folkloru”, można butnego lekarza potępić moralnie (słusznie poniekąd), ale konstytucja daje mu prawa do bycia butnym (bo nie zabrania), ustawy nie łamie.
Do uzyskania odszkodowania należy udowodnić komuś jakąś winę. Niedouczenie, brak doświadczenia; no można, jeżeli lekarz nie ma wymaganych uprawnień, specjalizacji etc. Brak należytej uwagi? Trudniej, ale można, jeżeli czytał gazetę w czasie znieczulenia, albo wyszedł na kawę. Chwila gorszej koncentracji? Tego chyba nie da się udowodnić. Zwłaszcza, kiedy próbowało intubować dwóch- patrz wyżej.
W każdym razie, wystąpienie samej szkody to trochę za mało by płacić odszkodowanie. I dobrze, bo sądy zaleją pozwy od nieudacznych graczy giełdowych „bez względu na stopień winy”. I kto będzie płacić odszkodowania?

rafal sz Wrzesień 11, 2016 o 00:54

muszę zmienić nick, bo jest drugi Rafał?

przepraszam bardzo, ale w którym momencie byłem agresywny??? niekulturalny???
mam wysłać bukiet kwiatów???

teraz pisze Pani o faktach, a najpierw o przypuszczeniach, czy prawnicy nie nazywają sobie tego wewnętrzną sprzecznością?

z tą pamięcią co do bycia prawnikiem to bym u Pani nie przesadzał…

„Poszkodowany pacjent nie powinien jednak zostać bez rekompensaty, bez względu na stopień winy. A dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane.”

w przykładzie powyżej, wystarczyło wziąć przykład z kolegów z zachodu, informed constent form w stylu amerykańskim taka na kilkanaście stron, oczywiście z wypisanymi wszystkimi powikłaniami, bo przecież pacjent ma wiedzieć nie tylko o tych najczęstszych, ale również o tych bardzo rzadkich, które są ciężkie i powodują wielki uszczerbek, a na pewno porażenie 4konczynowe do takich należy
później w stylu brytyjskim do dok. med. przepisac podręcznik
no i coz zdarzylo się powikłanie, bardzo rzadkie, myśmy robili podręcznikowo, o co wszystkim chodzi! zadnej rekompensaty nie będzie.

a słowo nadal to słowo klucz?

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Wrzesień 11, 2016 o 05:04

Ciekawa rozmowa, będziemy chyba mieli okazję ją kontynuować (najpóźniej)w grudniu, na kolejnym Kongresie Prawa Medycznego, nieprawdaż?

Odpowiedz

przemek s Wrzesień 11, 2016 o 16:12

Ale dlaczego Kraków?

Takie blogi ( będące de facto także zakamuflowaną reklamą kancelarii, bo nie ma choćby najmniejszej wzmianki o jakimkolwiek przegranym procesie ) są niezwykle pouczające. Pokazują punkt widzenia prawnika – do których zaliczają się przecież sędziowie. Teraz już wiem że dokumentacja jest najważniejsza – kosztem Pacjenta. Zauważyłem również że sądy konsekwentnie odrzucają korzystne dla lekarzy opinie; w przypadku sprzecznych niemal zawsze ważniejsza jest ta mówiąca o błędzie. Etc.

Punkt dla Pani Mecenas jest taki że wydaje się być głęboko przekonana o swojej racji w sprawach sądowych. To wśród prawników wyjątek 🙂

Nawet jeśli za błąd uważa ryzyko okołooperacyjne (i niestety niektórzy sędziowie też). Lub autorytatywnie wypowiada się o przydatności karty żywieniowej / pzakrzepowej / ryzyka zakażenia (w obecnej formie wszystkie bezsensowne). Albo o pozytywnej roli rzecznika praw pacjenta. Co świadczy chyba o dość pobieżnym rozeznaniu w niektórych tematach.

Proszę tylko pamiętać że dzięki wyrokom sądowym nie uznającym ryzyka okołozabiegowego śmiertelność pewnie wzrośnie. Może nie dziś ale za 5 lat pewnie tak (mógłbym się wręcz założyć).

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Wrzesień 11, 2016 o 18:44

Zbyt ogólny poziom argumentacji, żebym mogła podjąć rzetelną polemikę.
Ostatnio zostałam poproszona, żebym opowiedziała o przegranych sprawach. Tak, jest takich kilka. Nauczyłam się na ich przykładzie m.in. że biegli zawsze usprawiedliwią brak właściwego rozpoznania choroby, jeśli tylko lekarze „się starali”. Czasami przegraną zawdzięczamy też biegłym, którzy w opinii potrafią zaprzeczyć nawet swoim własnym, adekwatnym do analizowanej sytuacji, tezom z publikacji naukowych. Cóż, póki co, nikt biegłych nie rozlicza z uczciwości i rzetelności.
I jeszcze jedno: do przegranych nie zaliczam sytuacji, kiedy opinie biegłych czy przebieg postępowania dowodowego mnie przekona do twierdzeń strony przeciwnej. Wtedy najlepszym rozwiązaniem jest cofnięcie powództwa ze zrzeczeniem sie roszczeń.

Odpowiedz

przemek s Wrzesień 11, 2016 o 19:20

W Krakowie jest smog. I kibice z maczetami. Jak czytam wiadomości o Krakowie to są tematy przewodnie 😉

Poważniej:
1. Ustalmy powiedzmy schemat przyjęcia do naszego oddziału w warunkach dyżuru. Na zebranie wywiadu, zbadanie, opisanie ww czynności w historii choroby, przeanalizowanie badan lab i radio zleconych na sor, zlecenie kolejnych na dziś lub następny dzień oraz wydanie kart zleceń mam godzinę.
2. Czas nie jest z gumy. Zakładając ilość przyjęć nie mogę przedłużyć czasu przyjęcia pojedynczej osoby (bo zabraknie dla innych nowoprzyjętych lub doraźnych interwencji).
3. Wykonanie tych obowiązkowych kart zajmuje mi 3-5 min. Ten czas musi być odjęty od pozostałych procedur.
4. Te karty (moim zdaniem) nic nie wnoszą. Przykładowo jakieś 95% osób przyjmowanych na nasz oddział ma najwyższą grupę ryzyka. I nic z tego nie wynika. Separatki są właściwie wyłącznie dla biegunek, chorób zakaźnych (pod gruźlicy grypy…) lub neutropenii. Żadna karta nic tutaj nic nie zmieni. Zresztą być może ta karta była tak konstruowana – w przypadku zakażenia zawsze można powiedzieć „ale byl on w najwyższej grupie ryzyka”.
5. Czas zużywany na wypełnianie tej karty odbywa się kosztem dokładności wywiadu czy ew sprawdzania w książce prawidłowości postępowania. Nikt nie jest w stanie wprost dowieść że wprowadzenie tej karty pogorszyło rokowanie. Ale równocześnie nikt nie dowiódł że w tej formie ona polepsza rokowanie Pacjenta.
6. Analogicznie – wyobraźmy sobie że kierowcy autobusów mają obowiązek przy każdym pasażerze wypełnić kartę ryzyka zagrożenia terrorystycznego ze strony tego pasażera składającą się z 40 punktów. Czy zmniejszy to ryzyko zamachów – nie wiadomo; na pewno wydłuży czas przejazdu.
7. Jestem zwolennikiem np list kontrolnych (zwłaszcza dla zaczynających prace lekarzy) ale te karty nie mają z nimi nic wspólnego.
8. Z powodów j/w twierdzenie iz karty ryzyka zakażenia są świetnym pomysłem a ich likwidacja to głupota jest… bardzo radykalne (post o absurdach szpitalnych).

Nie wiem czy mój tok rozumowania o kartach jest zrozumiały? Czy w innym miejscu tez napisałem cokolwiek zbyt ogólnie.

Ps. Szanuje Panią Mecenas za podjecie polemiki, a nie no kasowanie postów 🙂

Rafał Wrzesień 27, 2016 o 18:58

„Czasami przegraną zawdzięczamy też biegłym, którzy w opinii potrafią zaprzeczyć nawet swoim własnym, adekwatnym do analizowanej sytuacji, tezom z publikacji naukowych.”
Biegli w sądach zaznają pod przysięgą, prac naukowych pod przysięgą się nie pisze. Należy więc dać wiarę zeznaniom sądowym, wszak kłamstwa przez trybunałami są karalne.

Jolanta Budzowska Wrzesień 26, 2016 o 15:30

Kraków, bo w Krakowie już wkrótce odbędzie się V Kongres Prawa Medycznego
Nie było mnie przez jakiś czas, stąd brak odpowiedzi na korespondencję nadesłaną tradycyjną pocztą; odpowiadam teraz: dziękuję:)
Do Kongresu istotnie zostało jeszcze sporo czasu, dlatego na tematy niecierpiące zwłoki chętnie podyskutuję jeszcze przed grudniem.

Odpowiedz

Rafał Wrzesień 11, 2016 o 22:44

cyt:
Nauczyłam się na ich przykładzie m.in. że biegli zawsze usprawiedliwią brak właściwego rozpoznania choroby, jeśli tylko lekarze „się starali”.

Słusznie, nauka nie idzie w las. Lekarze mają obowiązek „się starać”, a właściwe rozpoznanie uda się postawić albo i nie. A biegli wcale nie są tacy źli i pozbawieni „uczciwości i rzetelności”, jak widać naocznie na powyższym przykładzie.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Wrzesień 12, 2016 o 10:02

„Się starali” było w cudzysłowiu. Gdyby wykorzystali dostępne możliwości diagnostyczne i przeanalizowali wszystkie dostępne informacji, byliby w stanie postawić prawidłową diagnozę, tak jak to się udało bez problemu zrobić w innym szpitalu, rok później.

Odpowiedz

Rafał Wrzesień 13, 2016 o 11:19

no bo to czas jest najlepszym diagnostą

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Wrzesień 26, 2016 o 15:20

Szczególnie, jak pacjent w międzyczasie umrze. Wtedy pomocna w diagnozie może być sekcja…

Odpowiedz

Rafał Wrzesień 27, 2016 o 18:50

Faktycznie. Internista wie dużo, ale mało może. Chirurg wie mało, ale przynajmniej może dużo. Za to patolog wie wszystko. To takie stare, medyczne prawdy.

QVX Wrzesień 12, 2016 o 11:32

Witam!

W tej burzliwej dyskusji mamy kilka zagadnień.
W opisie sytuacji wiemy, że doszło do trudności technicznych z intubacją, następnie do niedotlenienia pacjenta oraz do przeoczenia tego faktu.
O ile trudności techniczne są zrozumiałe i akceptowalne, więc nie powinny stanowić przedmiotu dyskusji, to fakt przeoczenia niedotlenienia obciąża albo sam szpital albo szpital i lekarza albo samego lekarza. Z punktu widzenia pacjenta to nie ma znaczenia, kto wypłaci odszkodowanie.
Wiemy, że pulsoksymetr się zsunął z palca i nie było alarmu. Nie wiemy też, czy był kapnograf, więc to pominę.
1. W ogóle nie założono pulsoksymetru. Tutaj wina lekarza jest ewidentna, bo pulsoksymetr ma służyć wykryciu skutków problemów, a największy wirtuoz aneztezjologii może kiedyś mieć problem ze zwykłą intubacją.
2. Aparat nie miał realnie funkcji alarmu bo np. Pan Józef szpitalna złota rączka odlutował kabelki, gdyż aparat regularnie piszczy, że nadszedł czas przeglądu, a to drogo, więc „Panie Józiu, niech pan coś z tym zrobi”. A anestezjolog o tym nie wiedział. Ewidentna wina szpitala.
3. Najtrudniejsza rzecz – aparat nie miał alarmu, anestezjolog wiedział, ale nie sprawdzał odczytu saturacji. Odpowiedzialność mieszana.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Wrzesień 12, 2016 o 12:01

Bardzo dziękuję za merytoryczny i wyważony głos w dyskusji:)

Odpowiedz

przemek s Wrzesień 14, 2016 o 09:06

1. Sprawa jest bardziej mętna. W przypadku (3) mam wątpliwości co do jakiegokolwiek błędu anestezjologa. Lekarz nie ma możliwości non stop kontrolować ekg, nastawy respiratora, pulsoksymetru, ustalać mieszaninę gazów, podawać i przygotowywać leki i.v. Od wyręczania części pracy są właśnie alarmy. Gdy one nie działają zoz powinien zatrudnić np dodatkową pielęgniarkę tylko i wyłącznie do patrzenia się na pulsoksymetr. Jeśli lekarz musiał robić coś innego przez 5 minut i nie mógł patrzeć na pulsoksymetr to jaka jest w tym jego wina? Wina byłaby gdyby pracował na normalnym sprzęcie. Inną możliwością (chyba bardziej prawdopodobną) było ignorowanie alarmów z powodu ich bezsensownego uruchamiania, to problem niektórych urządzeń (zwłaszcza starszych).
2. Dla mnie kto wypłaca odszkodowanie i kto jest winny ma kluczowe znaczenie. (w gruncie rzeczy dla Pacjenta też – gdyby oskarżono wyłącznie zoz za dostarczenie złego sprzętu przy braku zastrzeżeń co do pracy lekarza mogłoby nastąpić potwierdzenie takiego toku rozumowania ze strony anestezjologa – co właściwie skutkowałoby pewnym odszkodowaniem).
3. Tego typu sprawy mają prawie zawsze głębsze dno. Otóż nawet w przypadku błędnego działania lekarza zazwyczaj – to już tylko moje zdanie – główną a czasem jedyną odpowiedzialność ponosi zoz. Albo z powodu presji na ograniczanie ilości badań / nie przyjmowania chorych na oddział. Albo dany lekarz prowadzi 12-16 pacjentów zamiast 4-6; niby czegoś nie dopilnował, jednak nikt nie bierze pod uwagę że nie był w stanie; zoz oszczędza na zatrudnieniu personelu.
W Polsce niestety uważa się że za błędy powinien płacić lekarz, w innym wypadku odszkodowania pogarszają możliwości leczenia danej placówki (co jest prawdą). Jest to nie tylko pogląd obecny na forach (gdzie obok więzienia, odebrania prawa wykonywania zawodu, zabrania majątku co bardziej radykalni domagają się kary śmierci) ale także analizując wyroki stanowisko niektórych sędziów.
4. Do średniego kosztu zabiegu należałoby doliczyć koszt obsługi prawnej danej procedury. Jednak w pl mamy sztywne ceny. Z tego powodu za klika lat może być trudność z uzyskaniem planowo co bardziej ryzykownych procedur medycznych. Nawet jeśli ktoś jest świetnie ubezpieczony to wizja procesu karnego zniechęcić może wielu.

Odpowiedz

Rafał Wrzesień 14, 2016 o 20:20

Jeżeli pacjent domaga się odszkodowania, więcej może uzyskać od ZOZ-u „bogatszego” z definicji od indywidualnej osoby, lekarza, a zwłaszcza pielęgniarki.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Wrzesień 26, 2016 o 15:20

Oczywiście, ale problemem jest niedoubezpieczenie placówek leczniczych (czyli polisy na wartość minimum obowiązkowego OC lekarzy i szpitali) i – największym – groźba bankructwa prywatnych placówek. Lekarzowi jednak trudniej ukryć majątek. Przepisywanie wszystkiego na (aktualną) żonę bywa ryzykowne.

Odpowiedz

Rafał Wrzesień 27, 2016 o 18:52

Za to pielęgniarki nie muszą z reguły niczego ukrywać, zwłaszcza majątku.

Rafał Wrzesień 27, 2016 o 21:41

Tak nawiasem- lepiej się leczyć w państwowej służbie zdrowia. Państwo nie ukryje majątku.

QVX Wrzesień 15, 2016 o 08:43

Witam!

Problem leży tutaj w treści Art. 429 KC (domena Pani Mecenas) i próbie jej wykorzystania przez szpital. Normalnie powinno być tak, że pacjent dochodzi roszczenia od szpitala, w którym był leczony, a szpital w przypadku stwierdzenia błędów lekarza powinien następnie od niego bądź jego ubezpieczyciela żądać zwrotu stosownie do jego winy. Tutaj natomiast na podstawie tego artykułu szpital stara się uwolnić od płacenia twierdząc, że szpital nie ponosi odpowiedzianości za działania lekarza jako profesjonalisty.

I zgadzam się z tezami, że szpital „oszczędza”, a wszystko zrzuca na personel medyczny.

Dodam tylko, że czasami lekarze (a i pielęgniarki i inni też) w Polsce podchodzą do swej pracy w sposób „kowbojski” lub „wirtuozerski”, czyli „Po co zakładać to i tamto. Przecież to jest dla młodzików i niedoświadczonych, a ja jestem takim miszczem, że mi nie trzeba, bo nie dojdzie do powikłań.”. Dlatego też dałem punkt 1., że ten delikwent, który znieczulał mógł założyć, że on do przełyku nie zaintubuje, więc po co pulsoksymetr, kapnograf („To dobre dla rezydentów, a nie doświadczonych specjalistów.”); a za n-tym razem zaintubował przełyk i skutek.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Wrzesień 26, 2016 o 15:17

Ad. 1. Zgadzam się. Przy czym problem niedziałania alarmów z powodu stosowania nieautoryzowanych części czy ignorowania alarmów, bo nikt nie wie, jak dokładnie działają – jest częstszy, niż nam się wydaje.
Kilkakrotnie okazało się to przyczyną tragedii. Zwykle alarmy są ignorowane przez personel na zasadzie „znów wyje” (proponuję lekturę tekstu: o Piotrze Soszce albo – w drugą stronę – nadmiernie się ufa urządzeniom: „gdyby było coś nie tak, to przecież włączyłby się alarm”.
ad. 2. Pozywanie lekarza na ogół nie ma sensu, bo błąd rzadko sprowadza się do czystego błędu lekarskiego. Lepszym „płatnikiem” jest szpital i jego ubezpieczyciel. Lekarza pozywa się tylko wtedy, gdy polisa szpitala jest zbyt niska, a sam szpital prywatny (ma zdolność upadłościową) – wtedy im więcej potencjalnych zobowiązanych, tym lepiej.
ad. 3. 100 % racji. Przy czym wcale nie jest tak, że w praktyce płaci lekarz. Te głosy na forach to bardziej wyraz frustracji i bezradności poszkodowanych pacjentów, niż rzeczywistego kierunku działania. No, może poza zawiadamianiem prokuratury.
ad. 4. Koszt obsługi prawnej jest jednym z kosztów działalności.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Wrzesień 10, 2016 o 17:40

Dziękuje:)
Wiem, jaką ma wartość ChPL, ale jako punkt wyjścia jest ok.

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: