Upadek w szpitalu

Jolanta Budzowska        01 stycznia 2017        3 komentarze

W ostatnim poście „Uszkodzenie mózgu czy nieudana operacja” proponowałam wykonanie testu „gdyby nie” – dla sprawdzenia czy mamy rację sądząc, że ktoś powinien ponieść odpowiedzialność za pogorszenie stanu zdrowia lub śmierć pacjenta.

Niedawno miałam do czynienia z niecodziennym przypadkiem. To dobry przykład na to, jak działa taki test.

Choć okoliczności zdarzenia były dramatyczne, to ocena przebiegu leczenia nie przeszła testu „gdyby nie” (prawnicy nazywają to ustalaniem czy zachodzi w sprawie adekwatny związek przyczynowo-skutkowy).

Pacjent, u którego zdiagnozowano tętniaka piersiowo – brzusznego, został poddany w trybie pilnym operacji.  Pacjent – jeśli zmieniane jest w takcie operacji położenie stołu operacyjnego – jest przypinany pasami, które mają m.in. zapobiegać zsunięciu się operowanego ze stołu. Dodatkowo, przy takiej operacji kardiochirurg nie używa wielkiej siły. W trakcie zabiegu, w momencie wprowadzania stentu, chory zsunął się jednak ze stołu operacyjnego. Upadek został częściowo zamortyzowany przez operatora. Po upadku odstąpiono od dalszej części zabiegu (pozostawiono nie zaopatrzoną gałązkę stentgrafu do pnia trzewnego i nie połączoną gałązkę do tętnicy krezkowej górnej).

W badaniach obrazowych głowy i odcinka szyjnego kręgosłupa (NMR, KT) wykluczono zmiany pourazowe, jednak konsultacja ortopedyczna potwierdziła jatrogenne uszkodzenie splotu nerwowego – porażenie lewej kończyny górnej. Czternaście dni po przerwanej operacji pacjent był operowany w trybie planowym: dokończono pierwszą operację i wszczepiono stentgraf (T-B).

Stan pacjenta po operacji polepszał się, ustabilizował i dopiero po wystąpieniu niewydolności nerek uległ ponownemu pogorszeniu. Pacjent zmarł półtora miesiąca później na skutek powikłań – niewydolności nerek wymagającej  dializoterapii oraz zakrzepicy.

Są to niestety typowe powikłania zabiegu operacji tętniaka aorty. Śmiertelność wśród chorych z  ostrą niewydolnością nerek jest bardzo duża, sięga 50%, co wynika głównie ze złego rokowania związanego z chorobami, które są bezpośrednią przyczyną ostrej niewydolności nerek.

Podsumowując: gdyby bliscy zmarłego dzisiaj – po jego śmierci – chcieli dochodzić roszczeń związanych z błędami w przebiegu leczenia tego pacjenta, a konkretnie z niezapewnieniem mu odpowiedniej opieki i doprowadzeniem do upadku, to musieliby udowodnić, że gdyby nie upadek ze stołu operacyjnego, to pacjent by żył. To w opisanej sytuacji jest według mnie bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe.

Tak wygląda w praktyce test „gdyby nie” – jeśli chodzi o śmierć pacjenta.

Inaczej byłoby, gdyby to pacjent – jeszcze za życia – postanowił wystąpić z pozwem. Wtedy bez wątpienia przysługiwałoby mu zadośćuczynienie za przedłużenie leczenia, konieczność poddania się drugiej operacji, uszkodzenie splotu barkowego, cierpienia związane z tym wszystkim. Zsunięcie się ze stołu operacyjnego nie mogłoby być przecież w żaden sposób usprawiedliwione przez szpital jako „normalne powikłanie”….

 

{ 3 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

józef muniak Styczeń 3, 2017 o 00:31

Ta historia jest podobna do przypadku mojego ojca, który zmarł po ponad dwóch miesiącach hospitalizacji. Co prawda przypuszczałem ,że mój ojciec ponownie znalazł się w szpitalu z powodu błędu lekarza ale szpital , w mojej ocenie, dołożył wszelkich starań aby go uratować. I mimo tego , że zmarł nie miałem żadnych zarzutów wobec lekarzy. Dopiero pod wpływem dokumentacji medycznej zmieniłem całkowicie zdanie. Zatajono przede mną kilkunastokrotne zakażenia . Otóż , ze względu na stan zdrowia nierokujący ozdrowienia mój ojciec był leczony wraz z innymi pacjentami w krytycznym stanie zakażonymi patogenami. Wskutek czego dochodziło do nieuniknionych zakażeń. W efekcie toczy się postępowanie m.in w sprawie umyślnego zakażenia mojego ojca. Natomiast tutaj dostrzegam pewne analogie. Jeśli dopiero po ponownej operacji ustąpił stan krytyczny to także rokowania nie były najlepsze. Leczenie tego pacjenta było zapewne finansowane z funduszu szpitala . Tak więc on także mógł być leczony jak najtaniej w sprzeczności z obowiązującymi standardami. I te powikłania , które doprowadziły do śmierci mogły być skutkiem ukrywanych zakażeń. { być może chodzi o tę samą Intensywną Terapię na której leczony był mój ojciec} I dopiero analiza pełnej dokumentacji umożliwi właściwą ocenę postępowania lekarzy. Tym bardziej , ze szpital wie jak uchronić się przed odpowiedzialnością materialną. I przyczyna śmierci ustalona przez szpital zazwyczaj nie ma nic wspólnego z ujawnionym błędem lekarza. Wiec może warto jeszcze raz przejrzeć dokumentację .

Odpowiedz

Dawid Karlikowski Styczeń 3, 2017 o 07:53

Pani Mecenas, zsunięcie się pacjenta ze stołu operacyjnego nie jest aż tak nadzwyczajne jak mogłoby się wydawać w potocznym odczuciu. Różne mogły być przyczyny – od prozaicznej: przypadkowe uruchomienie pilota (mało prawdopodobne), przekładanie na bok pacjenta (ale to chyba była „standardowa” operacja więc nie było takiej konieczności), najbardziej prawdopodobne jest, że przestawiano położenie stołu z uwagi na wymogi zabiegu przy jednoczesnym pacjencie z dużą nadwagą (wówczas pasy mogą nie wystarczyć…). pozdrawiam

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Styczeń 5, 2017 o 09:09

Bardzo dziękuję za Pana uwagi!
Takich informacji „prosto z życia” niestety najczęściej brakuje na poziomie komunikacji pacjent (rodzina pacjenta) – lekarz. Gdyby pacjentowi i rodzinie wyjaśniono, co się stało, to pewno nie musieliby się nad tym zastanawiać prawnicy…
Serdecznie pozdrawiam,
Jolanta Budzowska

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: