Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Pacjent zmarł. Przyczyną był tętniak aorty. Mimo, że pacjent dwukrotnie zgłosił się do szpitala, lekarz nie udzielił mu na czas pomocy. A następnie sfałszował dokumentację medyczną. Prokuratura nie widzi problemu.  

Już podczas pierwszego pobytu pacjenta w szpitalu pomiary ciśnienia tętniczego wskazywały na dużą asymetrię ciśnienia na kończynach. Jest to jednym z objawów mogących wskazywać na ryzyko rozwarstwiania aorty. Nie podjęto względem pacjenta żadnej dalszej diagnostyki. Zaniechano też dalszego leczenia i wypisano go do domu. Dopiero po ponownym zgłoszeniu się pacjenta do szpitala wykonano angio-CT, które wykazało cechy rozwarstwienia aorty typu A. Było już jednak za późno. Pacjent zmarł przed przekazaniem go do Oddziału Kardiologicznego.

Fałszowanie dokumentacji medycznej – dwie różne karty informacyjne

Ku zdumieniu rodziny okazało się, na karcie informacyjnej, którą otrzymał pacjent po pierwszej hospitalizacji, lekarz nie umieścił żadnych informacji na temat asymetrii tętna i nieprawidłowego ukrwienia kończyn, choć ten fakt potwierdziły i pielęgniarki, i ratownicy medyczni.  Natomiast na – tej samej – karcie informacyjnej, która została przekazana do Prokuratury po wszczęciu postępowania, widnieje wpis lekarza: „tętno na tętnicach szyjnych symetryczne. Ukrwienie kończyn prawidłowe”. Żadnych symptomów tętniaka aorty?

Śledztwo w sprawie fałszowania dokumentacji medycznej

Śledztwo toczyło się dwutorowo: w sprawie błędu medycznego oraz w sprawie poświadczenia nieprawdy przez lekarza.

Jak pisze prokurator:

„W realiach rozpatrywanej sprawy, przeprowadzone dowody wskazują jednoznacznie, że lekarz dokonał „poprawek” w „Karcie informacyjnej leczenia szpitalnego”. (…) Uczynił to, jak należy domniemywać, aby zatrzeć ślady własnego błędy diagnostycznego. Treść tego zapisku dotyczyła stanu zdrowia pacjenta, jego tętna i ciśnienia, a więc okoliczności faktycznych. Dane te (niezależnie od ich prawdziwości) nie są okolicznością mającą znaczenie prawne.”

Postępowanie w sprawie fałszowania dokumentacji medycznej umorzono!

Zacieranie śladów przez lekarza bezkarne?

Czy rzeczywiście nawet tak prymitywne metody zacierania śladów mają szanse ujść lekarzom na sucho?

Przeanalizujmy art. 271 k.k.:

1. Funkcjonariusz publiczny lub inna osoba uprawniona do wystawienia dokumentu, która poświadcza w nim nieprawdę co do okoliczności mającej znaczenie prawne, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. (…)

3. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

Krótki test

  • Czy lekarz może być sprawcą tego przestępstwa? Tak
  • Czy dokumentacja medyczna jest dokumentem? Tak
  • Czy w dokumentacji medycznej lekarz przeinaczył fakty, czyli poświadczył nieprawdę? Tak
  • Czy była to okoliczność, która miała znaczenie z punktu widzenia dalszego leczenia pacjenta? Tak
  • Czy poświadczenie nieprawdy przez lekarza było umyślne? Tak
  • Czy fałszowanie dokumentacji miało znaczenie prawne? Tak, choć zdaniem prokuratora nie.
Sfałszowana dokumentacja medyczna

Sfałszowana dokumentacja medyczna – problem w sądzie

Wg prokuratury przestępstwa nie ma

Prokurator wydał postanowienie o umorzeniu postępowania karnego i w sprawie błędu w rozpoznaniu tętniaka aorty, i w sprawie fałszowania dokumentacji. Nie pozostało nic innego, jak złożyć zażalenie.

Przestępstwo stypizowane w art. 271 k.k. należy do kategorii przestępstw przeciwko wiarygodności dokumentów.

Z perspektywy odpowiedzialności karnej z omawianego przepisu istotne znaczenie ma przesłanka „okoliczności mającej znaczenie prawne”, ponieważ prokuratur umarzający postępowanie karne uznał, że sfałszowanie istotnych treści karty informacyjnej nie ma znaczenia prawnego.

Faktem jest, że Kodeks karny nie precyzuje, które okoliczności mają znaczenie prawne. Nie zawiera listy czy specjalnych cech, jakie te okoliczności powinny posiadać. Nie można jednak przyjmować wykładni zawężającej, która prowadziłaby do pokrzywdzenia pacjenta!

Dokumentacja medyczna stanowi jeden z głównych dowodów w sprawach o błąd medyczny. Sfałszowana dokumentacja medyczna, w której potwierdzono nieprawdziwe informacje o stanie zdrowia pacjenta, może i najczęściej ma determinujący wpływ na to, czy lekarzowi zostaną, czy też nie zostaną postawione zarzuty w sprawie o błąd medyczny. Treść dokumentacji medycznej wpływa też na to, czy pacjent lub jego rodzina uzyska odszkodowanie i zadośćuczynienie za błąd lekarski w postępowaniu cywilnym.

Nie można więc w żaden sposób uznać, że celowe zacieranie śladów ewidentnego błędu diagnostycznego przez lekarza, który błąd popełnił, jest w świetle prawa bezkarne.

Komentarz eksperta

O dodatkowy komentarz poprosiłam eksperta, adw. Łukasza Chmielniaka. Pan Mecenas, specjalizujący się w ochronie menedżerów i organizacji przed odpowiedzialnością karną, autor bloga bialekolnierzyki.com.pl pisze tak:

„W przepisie art. 271 § 1 k.k. uregulowane zostało tak zwane przestępstwo fałszu intelektualnego. Przestępstwo to polega na poświadczeniu nieprawdy w dokumencie przez funkcjonariusza publicznego lub inną osobę uprawnioną do wystawienia dokumentu, przy czym poświadczenie nieprawdy musi dotyczyć okoliczności mającej znaczenie prawne, czyli okoliczności prawnie doniosłej. 

Co to oznacza? 

Okoliczność mająca znaczenie prawne to okoliczność, która bądź to wywołuje, bądź może wywołać skutki w świetle obowiązujących w momencie dokonania poświadczenia przepisów prawa, i to niezależnie od dziedziny prawa. 

W moim przekonaniu postawienie znaku równości pomiędzy okolicznościami faktycznymi, a okolicznościami nie mającymi znaczenia prawnego jest błędne. Nie można bowiem twierdzić, że poświadczenie nieprawdy co do okoliczności faktycznych nie może wywołać skutków w świetle prawa.

Celem przykładu przytoczyć należy chociażby orzeczenie Sądu Apelacyjnego w Katowicach o sygnaturze II AKa 319/18, w którym Sąd ów stwierdził, że wyczerpuje znamiona przestępstwa z art. 271 § 1 k.k. poświadczające nieprawdę wystawienie dokumentu w postaci dowodu wpłaty KW. Przecież w takim dokumencie również poświadcza się okoliczności faktyczne – dokonanie lub niedokonanie wpłaty określonej kwoty.

Odnośnie dokumentacji medycznej, jeżeli lekarz stwierdza w niej nieprawdę co do okoliczności odnoszących się do jej obowiązkowych elementów, czyli między innymi co do stanu zdrowia pacjenta, to takie działanie, moim zdaniem, wyczerpuje znamiona przestępstwa 271 K.k. 

Dokumentacja medyczna nosi bowiem cechę zaufania publicznego, a lekarz jest niewątpliwie podmiotem upoważnionym ustawowo do jej sporządzenia. Obowiązkowe informacje zawarte w dokumentacji medycznej wywierać mogą istotne skutki prawne w zakresie chociażby prawa pacjenta do uzyskania świadczeń opieki zdrowotnej.”

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Pytanie jest przewrotne, bo odpowiedź brzmi: nie liczyć.

Nie, nie o to chodzi, żeby odszkodowania za błąd medyczny nie wypłacać.

Sęk w tym, że nie ma żadnego uzasadnienia, żeby w sprawach o błąd medyczny nadmiernie przywiązywać się do tego, jaki procent uszczerbku na zdrowiu „przyzna” ten czy inny orzecznik czy biegły. Tym bardziej nie ma żadnych podstaw, aby kalkulować, ile złotówek (a raczej tysięcy złotych) „należy” się za każdy procent.

Uszczerbek na zdrowiu = zadośćuczynienie?

Przeświadczenie, że ustalony procent uszczerbku na zdrowiu matematycznie przekłada się na wysokość należnego za doznaną szkodę na zdrowiu zadośćuczynienia, jest błędne.

Nie będę tłumaczyć, z czego bierze się kult procentu uszczerbku na zdrowiu, bo szkoda czasu. Wspomnę tylko, że jego żarliwymi wyznawcami są niektórzy ubezpieczyciele szpitali i sprawców wypadków drogowych. Sugerują poszkodowanym, że „uczciwie” proponują np. kwotę zadośćuczynienia X zł. bo (w domyśle: tylko) tyle się należy za Y  %  przyznanego przez ich orzecznika biegłego sądowego.

Uszczerbek na zdrowiu? Tak, ale w ZUS.

Sąd Najwyższy wielokrotnie piętnował tego rodzaju praktykę. Ustalenie procentowego uszczerbku nie jest obowiązkowe dla przyznania adekwatnego zadośćuczynienia w sprawach o błędy medyczne.  Tym bardziej nie odgrywa kluczowej roli przy ustaleniu kwoty rekompensaty. Co najwyżej odgrywa jedynie rolę pomocniczą, i to jako jeden z wielu czynników, które Sąd winien wziąć pod uwagę.

Przepisy dotyczące procentowego uszczerbku na zdrowiu nie zostały wprowadzone z myślą o zadośćuczynieniu z art. 445 k.c., a dla celów ubezpieczenia społecznego (z ZUS) z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych. Tylko wysokość jednorazowego odszkodowania za stały lub długotrwały uszczerbek na zdrowiu z ustawy wypadkowej (zusowskiej) zależy od tego, jaki procent uszczerbku na zdrowiu ustali lekarz orzecznik ZUS. Jednorazowe odszkodowanie przysługuje w wysokości 20 proc. przeciętnego wynagrodzenia za każdy procent stałego lub długotrwałego uszczerbku na zdrowiu. Kwoty za jeden procent uszczerbku zmieniają się raz w roku. Obecnie (do 31 marca 2020 r) wynoszą 918 zł za każdy procent.

Ważne: te “zusowskie” procenty nie mają nic wspólnego z zadośćuczynieniami przyznawanymi poszkodowanym pacjentom czy ofiarom wypadków drogowych!

Jak biegli ustalają uszczerbek na zdrowiu?

I na koniec wisienka na torcie, czyli fragment pewnej opinii biegłych. W cytowanym fragmencie biegli odpowiadają na zarzuty jednej ze stron odnośnie ustalonego przez nich procentu uszczerbku na zdrowiu. Ten procent został przez nich ustalony na potrzeby sprawy o błąd medyczny. Ale uwaga: jedynie jako jeden z elementów opisu stanu zdrowia i rokowań poszkodowanego pacjenta! Zastosowali powszechnie znane i powszechnie nielubiane Rozporządzenie MPIPS ws zasad orzekania o stałym lub długotrwałym uszczerbku na zdrowiu.

Dlaczego biegli podłożyli głowę pod topór?  Ponieważ nie ma innego ustawowego źródła, według którego byłoby możliwe szacowanie procentu uszczerbku na zdrowiu w innych, niż „zusowskie”,  przypadkach.

„Należy pamiętać, że treść zarówno rozporządzenia, jak i załącznika ma charakter archaiczny. Pochodzi bowiem z 1974 r., a w 2002 r. jedynie przepisano je z kosmetycznymi zmianami. Zatem prowadzenie rozważań w jego kontekście ma nikłe merytoryczne uzasadnienie. Posługujemy się w/w załącznikiem wyłącznie dla stworzenia platformy porozumiewania się między biegłymi, Sądem i Stronami sporu. Rozporządzenie samo w sobie w postępowaniu cywilnym niebędącym wypadkiem przy pracy nie znajduje zastosowania. Niestety polski system prawny nie posiada żadnego innego narzędzia, które byłoby konsensusem prawników, ubezpieczycieli i lekarzy. Zatem nie pozostaje nic innego jak korzystanie z tego wadliwego narzędzia. Czynimy to jednak jedynie po to, aby skwantyfikować w jakikolwiek sposób rozmiar krzywdy powoda.”

Nieśmiertelny procent uszczerbku

I tak oto wciąż ustalamy  czasami w procesach o szkody na zdrowiu nieśmiertelny procent uszczerbku na zdrowiu, bo wystarczy, że jedna ze stron zapyta o to biegłych. W niektórych przypadkach bywam to nawet ja, bo czasem jest to korzystne dla moich klientów;) Niestety jednak bywa to początkiem długiej i jałowej dyskusji na sali rozpraw, czyja metoda jest lepsza i “czyj” procent prawidłowo ustalony. Bo stale – z braku laku –  posługujemy się tym nieszczęsnym Rozporządzeniem zusowskim.

O tym, czy można dostać odszkodowanie za błąd medyczny z polisy szpitala

Uszczerbek na zdrowiu

Uszczerbek na zdrowiu

Dla zainteresowanych bardziej niż przeciętnie tematyką poruszoną w poście załączam garść orzeczeń:

„Należne poszkodowanemu zadośćuczynienie nie może być bowiem mechanicznie mierzone przy zastosowaniu stwierdzonego procentu uszczerbku na zdrowiu, albowiem w prawie cywilnym wysokość zadośćuczynienia jest zindywidualizowana, a nie ma postaci ryczałtu (por. wyrok Sądu Najwyższego z dnia 5 października 2005 r. sygn. akt I PK 47/05 publ. M.P.Pr. 2006/4/208).” (Wyrok Sądu Okręgowego w Kaliszu z dnia 22 maja 2014 r. I C 426/14)

„W sprawach o zadośćuczynienie miernikiem należnej poszkodowanemu kwoty jest rozmiar krzywdy i cierpienia doznanych w związku z zaistniałym zdarzeniem, a określony procentowo rozmiar uszczerbku na zdrowiu ma jedynie charakter pomocniczy. (…)” (Wyrok Sądu Apelacyjnego w Łodzi z dnia 23 lutego 2017 r. ,

„Stopień uszczerbku na zdrowiu nie może być przyjmowany jako jedyna przesłanka ustalenia wysokości zadośćuczynienia z tytułu trwałego inwalidztwa, spowodowanego wypadkiem. Nie można przecież pomijać czasokresu leczenia się powoda i odczuwania dolegliwości fizycznych, uczucia krzywdy spowodowanej ułomnością, a w konsekwencji utratą przyjemności i radości z życia, szans rozwoju, nauki, pracy, aktywnego udziału w życiu rodzinnym, wychowaniu potomstwa, wreszcie potrzeby samorealizacji, w praktyce utratę, bądź znaczne ograniczenie ogólnej zdolności do życia, a zwłaszcza do samodzielnej egzystencji (wyrok SN z 10 kwietnia 1974 r., II CR 123/74, opubl. w LEX nr 7457).”  (Wyrok Sądu Apelacyjnego w Łodzi z dnia 29 stycznia 2013 r. I ACa 1095/12)

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Biegły sądowy ponosi odpowiedzialność odszkodowawczą za wyrok oparty na jego wadliwej opinii – orzekł Sąd Apelacyjny w Katowicach.  

Hmm, czuję, że taki wstęp natychmiast wywołał żywe zainteresowanie u moich czytelników. Zarówno tych, którzy zmagają się w procesach medycznych z absurdalnymi czasem opiniami biegłych, jak i tych, którzy wierzą, że funkcji biegłych nie będą się bali sprawować uczciwi lekarze. Swoją drogą, gdybym była swoim własnym czytelnikiem, to zaliczałabym się do obu tych grup.

Wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach z 29 listopada 2019 r. (sygn. akt V Aca 266/18), bo o nim tu mowa, dotyczy odpowiedzialności za opinię w sprawie budowlanej. Zakwestionowana opinia dotyczyła jakości robót budowlanych. Poszkodowany kolejną opinią udowodnił biegłej, że jej ekspertyza była nierzetelna. Mimo, że przegrał główny proces, to wygrał odszkodowanie od biegłego sądowego w odrębnym postępowaniu przeciwko niej.

Odszkodowanie od biegłego sądowego w sprawie medycznej?

Ten wyrok nie ma bezpośredniego wpływu na sytuację procesową poszkodowanych pacjentów w sprawach medycznych. Opinie medyczne – te złe – są najczęściej miałkie, niejednoznaczne, rozmywające odpowiedzialność lekarzy, oparte na subiektywnym przekonaniu biegłych. Albo po prostu: żadne. Nic z nich nie wynika. Takiemu biegłemu medykowi raczej nie uda się udowodnić, że jego opinia jest jednoznacznie sprzeczna z aktualną wiedzą medyczną. Dodatkowo, musiałoby się to udowodnić… opinią innego biegłego sądowego albo instytutu naukowo-badawczego.

Wczoraj w Dzienniku Gazecie Prawnej ukazała się rozmowa, jaką na ten temat przeprowadził ze mną red. Patryk Słowik (link do wywiadu: “Dziś sądy płacą tysiące za często bezwartościowe opinie”, bezpłatny jest tylko dostęp do części artykułu).

Dziennik Gazeta Prawna

Biegły sądowy – rozmowa z red. Słowikiem

Biegli medycy – ze świecą szukać

Katowicki wyrok ma pośredni, ale negatywny wpływ na sytuację poszkodowanych pacjentów. Ci biegli medycy, którzy tylko usłyszą, że dzwonią, ale nie będą wiedzieli, w którym kościele, bo nie wczytają się w szczegóły wyroku, szybko „wypiszą się” z listy biegłych przy sądzie okręgowym.

Już dziś często słyszę od rzetelnych biegłych sądowych, że noszą się z zamiarem rezygnacji, bo:

  • pieniądze żadne,
  • nie lubią być poganiani przez sądy,
  • mają za dużo pracy tak w ogóle,
  • „na co mi to”,
  • nie ma sensu się denerować
  • po co mam się narażać kolegom
  • itd.

Lepszy jakikolwiek biegły sądowy niż żaden?

Jeśli dojdzie do tego straszak, że biegły sądowy zapłaci ze swojego majątku odszkodowanie za wadliwą opinię, to katastrofa. Ostatni herosi rzucą robotą biegłego sądowego.

I do dyspozycji bezradnych sędziów zostaną ci, którzy piszą opinie takie jak te, z których fragmenty zamieszczam poniżej…

„Jak już pisałam, nie będzie ustnych wyjaśnień z powodu mojej nieobecności na rozprawie podyktowanej moim złym stanem zdrowia.”

“Jeżeli przedstawiłam we wstępie wiedzę na temat postępowania w przypadku jak wyżej, to znaczy, że wysokiej klasy specjaliści z pozwanego szpitala na pewno tę wiedzę posiadali i właściwie ją zastosowali”.

„Fakt działań ubocznych procedur diagnostycznych i terapeutycznych jest ZAWSZE przedstawiany pacjentowi!

„To nie jest praca poglądowa. W opiniach sporządzanych na zlecenie Sądu nie podaje się publikacji”.

„Od kilku lat wydałem wiele opinii dla Sądów Okręgowych, Rejonowych, Prokuratur z całej Polski. Żaden Sąd w Polsce nie podważył moich opinii.”

„Aktualna sprawa jest bardzo trudna i skomplikowana oraz stała i ciągła potrzeba wracania i szukania winnych choroby pani XY”.

„Opisując wielokrotnie ten sam temat można popełnić błędy zarówno merytoryczne jak i proceduralne, np. w piśmie z dnia (…) napisałem formalina, a miało być parafina.”

„Nadmieniam, że nie mam już cierpliwości ani zdrowia ponownie opiniować i pisać opinie uzupełniające, ponieważ pogubiłem się już w tej sprawie. PROSZĘ DALEJ NIE MĘCZYĆ MNIE PISMAMI, PYTANIAMI!!!!”

 

Dobranoc Państwu*.

 

* https://pl.wikipedia.org/wiki/Bajka_dla_dorosłych

 

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Na pierwszy rzut oka to to samo. Większość pacjentów używa zresztą tych określeń wymiennie. To lekarz jest osobą, która – przynajmniej w oczach pacjentów – ponosi odpowiedzialność za ostateczny efekt leczenia. Jest przecież “głównodowodzącym”! To z nim się rozmawia przed operacją i ustala przebieg leczenia. Tym trudniej jest zrozumieć, że kiedy przychodzi do rozliczeń, proces o odszkodowanie to najczęściej “sprawa o błąd medyczny” albo “sprawa o błąd w szpitalu”, a nie “sprawa o błąd lekarski”.  Dlaczego pozywamy szpital, a lekarza jedynie wyjątkowo? 

Kilka przyczyn, dla których rzadko pozywa się lekarza

  • Trudno ustalić, na jakiej podstawie prawnej lekarz świadczy usługi lecznicze w szpitalu. Jeśli jest pracownikiem, nie będzie miał obowiązku płacić odszkodowania. Chroni go kodeks pracy.
  • Trudno rozróżnić, co jest błędem organizacyjnym lub błędem medycznym innych osób, a co jest konsekwencją działania lub zaniechania konkretnego lekarza.
  • W przypadku odpowiedzialności szpitala wystarczy udowodnić w sądzie tzw. “winę anonimową”. Nie musimy wskazywać winnych. Jeśli zaś chcemy pozwać lekarza, to musimy wykazać, na czym konkretnie polegała jego wina.
  • Pozwany lekarz i szpital to potencjalnie czterech przeciwników. Po stronie każdego z nich mogą wystąpić ich ubezpieczyciele.

Kilka przyczyn, dla których czasem warto pozwać lekarza (a nie tylko podmiot leczniczy)

  • Dwaj pozwani to dwie – sumujące się – polisy ubezpieczeniowe. Może to mieć szczególne znaczenie w sytuacji, gdy podmiot leczniczy ma wykupioną jedynie obowiązkową polisę na 100 tys. euro. Taka suma bywa stanowczo zbyt niska, gdy szkoda na zdrowiu jest poważna, a sąd zasądza wysokie zadośćuczynienie i dożywotnią rentę.
  • Pozwany lekarz często bardziej realistycznie niż dyrekcja szpitala ocenia swoje szanse procesowe.  Gdy szacuje, że ryzyko jego przegranej jest duże, proponuje rozmowy ugodowe lub mediacje.

Kiedy lekarza przypozywa szpital

Bywa też tak, że to nie za sprawą poszkodowanego pacjenta lekarz “wmanewrowany” jest w proces. Czasem to pozwany podmiot leczniczy ocenia, że jeśli przegra, to będzie miał prawo do żądania od lekarza zwrotu zapłaconego pacjentowi odszkodowania. Sąd, na wniosek szpitala, może wtedy zawiadomić lekarza o toczącym się procesie. Ten może przystąpić do procesu przeciwko pacjentowi, popierając stanowisko szpitala. Działa wówczas jako interwenient uboczny.

Teoretycznie takie działanie jest jak najbardziej zgodne z prawem. Pacjent nie może sprzeciwić się temu, że nagle, zamiast jednego przeciwnika po drugiej stronie sali sądowej, na ławie dla pozwanych siedzi dwóch lub więcej pełnomocników, bo przeciwnicy się “rozmnożyli”. I co gorsza: każdy z nich śle do sądu pisma procesowe oraz składa wnioski dowodowe, którym trzeba stawić czoła. Wszystko to odbywa się nadal w majestacie prawa.

Dowody spóźnione i niedopuszczalne

Czasem jednak działania szpitali i lekarzy są zachowaniem z pogranicza nadużycia prawa. Jak wtedy na przykład, kiedy szpital “przypomina sobie” o roli lekarza w procesie leczenia pacjenta na etapie, kiedy wyrok jest tuż, tuż. Czyli nóż na gardle, a z budżetem krucho. Wtedy lekarz – jak filip z konopii – pojawia się jako interwenient uboczny, pełnoprawna “strona”. To nic, że po dobrych kilku latach procesu. Ale za to zaczyna działać bardzo aktywnie: kwestionować wszystkie wydane wcześniej opinie biegłych medyków, przedkłada nowe dokumenty i chce ponownie przesłuchiwać wszystkich świadków.

Na szczęście, poszkodowany pacjent nie jest bezradny w obliczu takich “wolt” procesowych.  Jak potwierdził niedawno Sąd Najwyższy,

“interwenient uboczny może podejmować tylko te czynności, które w stadium, w którym przystępuje do sprawy są dopuszczalne dla strony do której przystąpił. Dotyczy to w szczególności faktów i dowodów, które powinny zostać pominięte, gdyby taki sam rygor należało zastosować do ich zgłoszenia przez stronę.”* 

Plan sali rozpraw (rys.Arkadiusz Krupa)

Plan sali rozpraw (rys.Arkadiusz Krupa)  

 

Kogo dotyczą zarzuty pacjenta?

Tak więc, nie tylko poszkodowany pacjent musi zastanowić się już na wstępnym etapie procesu , czy ma to być proces “o błąd w szpitalu”, czy “o błąd lekarza”. A w konsekwencji oczywiście: kogo pozwać. Także lekarz – niezależnie od tego, czy szpital zawiadamia go o toczącym się procesie, czy też lekarz wie o pozwie, bo np. zeznawał już jako świadek, powinien przemyśleć swoją strategię. Czy na pewno udawanie, że to postępowanie go nie dotyczy, w ostatecznym rozrachunku będzie dla niego korzystne?

 

Ps. W uzupełnieniu ilustracji, polecam wpis na blogu mojego kolegi, mec. Leszka Blocha “Kto i gdzie siada na sali sądowej”.

*Postanowienie SN z dnia 6 marca 2019 r., sygn. akt: 456/18, Legalis

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Azbest i inne nietypowe sprawy

Jolanta Budzowska15 grudnia 2019Komentarze (0)

To prawda, że zajmuję się głównie błędami medycznymi. A ponieważ procesy o błędy medyczne uchodzą za najtrudniejsze, to może z tej przyczyny trafiają do mnie też inne trudne sprawy, związane z poważnymi szkodami na zdrowiu lub śmiercią poszkodowanego. Na zasadzie: „jak nie kancelaria BFP i Budzowska, to już nikt”:) Poprzednie zdanie jest w cudzysłowie, bo to oczywiście cytat z tego, co mówią nam Klienci, nie wyraz zadufania w sobie;)

Lubimy wyzwania 

Prawdą jest też, że lubimy wyzwania nawet, jeśli okazują się wyzwaniem wieloletnim. Do takich nietypowych spraw mogę zaliczyć proces, w którym chodziło o udowodnienie, że za śmierć młodej kobiety odpowiada azbest. A konkretnie: zaniedbania właściciela budynku i pracodawcy. Dopuścili oni do tego, że mimo fatalnego stanu technicznego, przez ponad 10 lat w nieremontowanym budynku zbudowanym niemal w całości z azbestu, mieściła się instytucja publiczna. Pracowali w niej ludzie, przyjmowano petentów. W tym dzieci.

Walka o zdrowie innych pracowników 

Walkę o usunięcie śmiertelnego zagrożenia z przestrzeni publicznej zapoczątkowała jeszcze sama poszkodowana. Kiedy już miała świadomość, że za zachorowanie przez nią na międzybłoniaka opłucnej odpowiada azbest w miejscu jej pracy, słała alarmujące listy do władz. Niestety bez pozytywnego  odzewu.

Choroba zawodowa tylko dla pracowników fizycznych

Po jej śmierci rodzina zmarłej powierzyła nam kontynuowanie sprawy. Postanowiliśmy zacząć od ustalenia, że międzybłoniak opłucnej należy uznać w tym przypadku za chorobę zawodową.

Zmiana mentalności (bo nie przepisów!) urzędników, którzy mieli wydać decyzję administracyjną, okazała się jednak niemal niewykonalna. Skoro zmarła nie wykonywała pracy przy produkcji azbestu, to międzybłoniak opłucnej nie jest w jej przypadku chorobą zawodową. Tak w skrócie można streścić stanowisko urzędu.

Sądy po stronie poszkodowanych

Sądy administracyjne uchyliły już dwie niekorzystne dla naszego klienta decyzje inspekcji sanitarnej o braku podstaw do stwierdzenia choroby zawodowej u jego zmarłej żony. Sędziowie nie mieli wątpliwości, że po spełnieniu innych przesłanek, dla stwierdzenia choroby zawodowej wystarczy, że w budynku, w którym wykonuje się pracę, występują czynniki szkodliwe dla zdrowia wywołujące choroby, które znajdują się w wykazie chorób zawodowych.

Nie jest konieczne, aby pracownik wykonywał pracę bezpośrednio związaną z użyciem tych szkodliwych dla zdrowia czynników. Wydawałoby się, że to kończy sprawę. Nic bardziej mylnego. Po 6 latach i przejściu przez wszystkie instancje, dziś chyba już po raz trzeci sprawą będzie zajmował się organ administracyjny – bo urzędnicy nie dają za wygraną.

Zadośćuczynienie za śmierć żony i matki 

Szybciej natomiast potoczyła się sprawa o zadośćuczynienia za śmierć osoby bliskiej, jaką ostatecznie zdecydowaliśmy się wytoczyć w imieniu męża i córki  poszkodowanej. Udowodnienie na drodze cywilnej, że za śmierć żony i matki, która zmarła na groźną odmianę nowotworu ‑ międzybłoniak opłucnej, odpowiada azbest w miejscu pracy, okazało się możliwe. I to w niespełna 5 lat! Sąd zasądził 100 tys. zł. zadośćuczynienia na rzecz męża, 120 tys. zł. dla córki.

Nie jest to najwyższe zadośćuczynienie, jakie kiedykolwiek wygraliśmy, ale piłka wciąż jest w grze. Wyrok nie jest prawomocny. Najważniejsze jest coś innego: budynek doczekał się w międzyczasie kapitalnego remontu i dziś już nie zagraża zdrowiu użytkowników. Przypadek? Nie sądzę.

O innych nietypowych procesach napiszę już wkrótce.

Wyrok ws azbestu: SO w Tarnowie

Wyrok ws azbestu: SO w Tarnowie

 

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl