Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Sytuacja, kiedy pacjenci z przerażeniem uświadamiają sobie, że ryzykowną operację kręgosłupa, której się poddali, trzeba będzie powtórzyć, wcale nie należy do rzadkich. To, że przyczyną jest błąd w identyfikacji miejsca operowanego, wydaje się być jednak nie do uwierzenia. Szczególnie, że żyjemy przecież w czasach zaawansowanej techniki i powszechnie dostępnych badań obrazowych. Najczęściej zawodzi jednak nie precyzja badań RTG, tomografu (TK) czy rezonansu (RM), a operator.

W ręce operatora oddajemy się z zaufaniem

Jak pacjent dowiaduje się o błędnie wykonanej operacji kręgosłupa? Zwykle późno i bynajmniej nie z inicjatywy lekarza. Dlaczego tak się dzieje?

Po pierwsze, zwykle na początku wierzymy, że tak, jak zapewnia nas ortopeda, operacja kręgosłupa jest jedynym wyjściem. Na marginesie, decyzja o operacji często z perspektywy czasu okazuje się być podjętą zbyt pochopnie. Moi klienci nie raz ze zdumieniem dopiero z opinii biegłych, wydanych już w trakcie postępowania sądowego, dowiedzieli się, że z leczeniem operacyjnym lepiej było zaczekać. Najpierw należało wyczerpać możliwości leczenia zachowawczego. Intensywna rehabilitacja być może pozwoliłaby uniknąć poważnego zabiegu, jakim jest operacja kręgosłupa. No ale, cóż, stało się.

Co dalej? Skoro pozostajemy w zaufaniu do lekarza, to gdy po operacji ból nie ustępuje, pierwszą myślą pacjenta wcale nie jest szukanie winnych. Nie można przecież wykluczyć, że mimo prawidłowo wykonanej operacji, zespół bólowy nie ustąpi. Ból powinien się jednak przynajmniej zmniejszyć. Jak piszą biegli:

„Po operacji przepukliny objawy zazwyczaj ustępują praktycznie od razu, tzn. od momentu usunięcia ucisku struktur patologicznych na korzenie nerwowe.”

Co, gdy ból jednak nie ustępuje?

Operacja kręgosłupa, powikłania

Operacja kręgosłupa, powikłania

Poszukiwanie przyczyny

Z reguły najpierw sięgamy do karty informacyjnej. Tam wydaje się być wszystko w porządku: na przykład do operacji był poziom L4/L5 i taki poziom wskazano w wypisie ze szpitala. Nie ma śladu w dokumentacji medycznej, że operator zmienił zakres planowanej operacji lub ją rozszerzył. Co więcej, taka decyzja wymagałaby przecież szczegółowej analizy stanu klinicznego i udokumentowania tego w badaniach obrazowych, uzasadniających ewentualne modyfikacje śródoperacyjne. Poza tym, pacjent powinien być powiadomiony przed zabiegiem o możliwych wariantach zabiegu operacyjnego i ich ewentualnych konsekwencjach. I oczywiście wyrazić na to zgodę na piśmie.

A więc, dokumentacja nie budzi na pierwszy rzut oka wątpliwości.

Ból nadal nie ustępuje…

… a wręcz się nasila. Co więc robi pacjent? Zwykle trafia na wizyty kontrolne do operatora, który nie widzi problemu. Co znamienne: często nie widzi też konieczności wykonania kontrolnych badań obrazowych. Albo: ocenia MR, widzi wskazania do pilnej, kolejnej operacji, ale nie tłumaczy pacjentowi w szczegółach,  z czego wynika taka potrzeba. Liczy na to, że argument o “postępującym schorzeniu” będzie wystarczający i pacjent da się przekonać do operacji, a on będzie miał okazję  naprawić błąd i cała sprawa przyschnie.

Pacjencie, lecz się sam?

Zdesperowany pacjent wykonuje czasem badanie RM na własną rękę. Przytomny i fachowy fizjoterapeuta dorzuca niekiedy swoje, jak w tym wpisie do dokumentacji z prowadzonej rehablitacji:

„Ze względu na niejasności i wynikające różnice –informacja z wypisu ze szpitala: lewostronna fenestracja L4/L5, a wynik MRI: zmiany pooperacyjne na poziome L/S1 po stronie lewej, odstąpiłem od wykonania zabiegów fizjoterapeutycznych i skierowałem pacjenta do ponownej konsultacji w celu wyjaśnienia powyższych rozbieżności.”

I co się okazuje?

Operacja w szpitalu została wykonana rzeczywiście na innym poziomie niż zaplanowano. Proces chorobowy na poziomie, który powinien był być zoperowany, nadal się toczy. To narastanie wielkości przepukliny jest źródłem zespołu bólowego, a nie gojenie się ran po operacji czy zmiany na innych poziomach kręgosłupa.

Skąd się biorą takie pomyłki?

Na podstawie ustaleń z procesów sądowych, które prowadzę, mogę powiedzieć, że źródłem błędów w identyfikacji pola operacyjnego mogą być:

  • pomyłka w przepisywaniu treści ze skierowania do dokumentacji szpitalnej – wówczas błąd lekarza “ciągnie się” za pacjentem od momentu przyjęcia, aż do wypisu. Pacjent wówczas na karcie informacyjnej ma prawdziwą informację, ale o zoperowaniu niewłaściwego poziomu kręgosłupa;
  • pośpiech przed samą operacją: główny operator nie bada pacjenta, nie analizuje wyników wcześniejszych badań obrazowych, przystępuje do operacji „z marszu”;
  • zmęczenie operatora – wykonywana operacja jest kolejną z kilku – kilkunastu danego dnia,
  • pomyłka w liczeniu kręgów podczas operacji (?);
  • jeden z lekarzy tłumaczył pacjentce zoperowanie niewłaściwego poziomu kręgosłupa w taki oto sposób: „ że są to w kręgosłupie tak bliskie struktury, że czasem operatorowi otworzy się niewłaściwy poziom”;
  • problemy techniczne (1): brak na sali operacyjnej systemu do analizy obrazów MR na nośnikach cyfrowych,
  • problemy techniczne (2): brak możliwości śródoperacyjnej kontroli operowanego poziomu metoda RTG – ramię C.

Liczę także na komentarze i sugestie odnośnie przyczyn i mechanizmów takich błędów ze strony moich czytelników – lekarzy (pozdrawiam szczególnie forumowiczów z portali konsylium24.pl i nowe.konsylium24.pl, którzy z zaangażowaniem śledzą i komentują moje wpisy:-))*.

Jak stwierdził pewien biegły: błąd polegający na nieprawidłowym poziomie operowanego dysku jest niewątpliwie niechlubną kazuistyką neurochirurgii. Analizując przyczyny, spróbujmy przed takimi błędami uchronić pacjentów i lekarzy.

 

Źle zoperowany kręgosłup

[Pomyłkowe zoperowanie zdrowego dysku to klasyczny błąd operatora podczas operacji kręgosłupa. Do takich błędów dochodzi  przez pośpiech, zmęczenie i brak staranności lekarza.]

 

*Wszystkie podane w tekście przykłady są z życia wzięte, aczkolwiek pochodzą z różnych analizowanych i prowadzonych przeze mnie spraw.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Udar na SOR: czy to stan zagrożenia życia?

Dzisiejsze media cytują Tomasza Ozimka, rzecznika Prokuratury Okręgowej w Częstochowie.

Prokuratura prowadzi postępowanie w sprawie narażenia  20-letniej mieszkanki Zawiercia na bezpośrednią utratę życia lub zdrowia przez personel szpitala powiatowego. Kobieta, przewieziona przez najbliższych na SOR po północy, uskarżała się na bóle głowy. Miała trudności z mówieniem i utrzymaniem równowagi. Z relacji jej partnera wynika, że po dwóch, trzech godzinach jej stan się pogorszył. Rano trafiła na oddział udarowy.  Stamtąd około trzynastej została przewieziona do Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Katowicach, gdzie stwierdzono, że jej stan jest już ciężki.

Wg partnera pacjentki, w Katowicach, na oddziale intensywnej terapii lekarka powiedziała, że na jakikolwiek zabieg udrożnienia zatoru jest za późno.  Dodała, że “teraz tylko lekami będą próbowali ją z tego wyciągnąć”.

Okno czasowe na leczenie udaru

Tę sytuację najtrafniej skomentowała dziś na profilu kancelarii na FB moja wspólniczka, mec. Karolina Kolary. Nawiązując do opisanego przez rzecznika Prokuratury przebiegu wydarzeń, napisała:

Biegli sądowi, wypowiadając się na temat udarów, wciąż powtarzają te same sformułowania: „najważniejsze jest okno czasowe” (4,5 godziny od wystąpienia udaru na rozpoczęcie leczenia), „walka z czasem”, „czas to mózg”.  Pacjent powinien jak najszybciej trafić do szpitala. Jednak równie ważne, lub nawet ważniejsze, jest to, co dzieje się później.

Bez dwóch zdań: pacjent, u którego podejrzewa się udar niedokrwienny, wymaga wnikliwej oceny neurologicznej i internistycznej.

Jak leczyć udar?

Przede wszystkim, każdy pacjent z udarem mózgu powinien być jak najwcześniej leczony na oddziale udarowym. Personel oddziału udarowego wie, jak postępować w takich przypadkach, a jednocześnie ma odpowiednią bazę diagnostyczną. Dalej, pacjent od początku powinien być pod stałą obserwacją, z opieką specjalisty neurologa włącznie. Monitoruje się wówczas uważnie czynności życiowe. I co najważniejsze: wdraża się leczenie trombolityczne albo zabiegowe, czyli przy pomocy interwencji śródnaczyniowej.

Czas to życie

Podsumowując, jak widać, najważniejsze w leczeniu udarów są dwie kwestie:

  • czas
  • leczenie na oddziale udarowym

W przypadku pacjentki z Zawiercia nie spełniono żadnego z tych warunków. Można zadać sobie pytanie: czy takie postępowanie to  błąd medyczny? Czy personel SOR odpowie za opóźnienie w diagnostyce i leczeniu udaru? Rozstrzygnie analiza minuta po minucie działań, jakie zostały podjęte na SOR. Nie ulega  jednak wątpliwości, że pacjentka, która prezentowała książkowe objawy udaru, czekała wiele godzin na pomoc. W konsekwencji, lekarze nie zapobiegli poważnym szkodom neurologicznym.

O podobnej sprawie, gdzie pacjent niestety nadal cierpi na zespół zamknięcia i porozumiewa się jedynie poprzez mruganie powiekami, możecie przeczytać tutaj: “Skarga nadzwyczajna”.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Pamiętacie tekst “Gaza, gazik, chusta: co można zostawić w “pacjencie”? Można go przeczytać klikając na tytuł. Ilość spraw, jakie prowadzę w związku z tym, że po operacji doszło do powikłań, których źrodłem okazał się wacik, gaza, dren, igła czy sączek – jest naprawdę spora.

Wyobraźcie sobie zatem moje zdumienie, kiedy podczas konferencji “Narodowa Debata o Zdrowiu” zobaczyłam taki slajd:

Ciało obce pozostawione podczas zabiegu

Ciało obce pozostawione podczas zabiegu

Bezpieczeństwo leczenia, trudne słowa

Slajd zaprezentował podczas swojej prelekcji prof. Jan Mainz, który jest duńskim liderem walki o jakość i bezpieczeństwo leczenia. Jak widać, słupki wykresu jasno pokazują, że jesteśmy najlepsi! Lepsi od wysoko rozwiniętych krajów skupionych w OECD!  Lepsi od Stanów Zjednoczonych! A już na pewno górujemy nad Szwajcarią, gdzie dochodzi do największej ilości przypadków pozostawienia w polu operacyjnym ciał obcych! Nasi lekarze i pielęgniarki instrumentariuszki są najstaranniejsi – najdokładniej liczą po operacji zużyte materiały!

Czyżby?

Niestety, nie. Smutna prawda jest zupełnie inna.

Może dlatego uczestnicy konferencji zbiorowo parsknęli śmiechem po wyświetleniu tego slajdu. Prof. Jan Mainz bazował na oficjalnych danych, bo innych brak. Informacje ze slajdu dowodzą więc jedynie tego, że nie mamy systemu monitorowania zdarzeń niepożądanych, jakimi są przypadki pozostawienia ciała obcego w polu operacyjnym. Nikt nie wie, w ilu przypadkach w ciele pacjenta pozostał gazik i dlaczego tak się stało. Nikt, może poza Centrum Monitorowania Jakości, nie jest zainteresowany tą wiedzą. Nawet w sądzie króluje  argumentacja, że “to nie w naszym szpitalu”.

Pacjencie, diagnozuj się sam

Ciało obce w polu operacyjnym

Lekarz i pielęgniarka instrumentariuszka odpowiadają za zgodność materiału operacyjnego. Pozostawienie w ciele pacjenta chusty, gazika czy drenu po operacji to błąd medyczny.

Co w tej sytuacji ma począć pacjent? To, co zwykle. Polegać na sobie i być wyczulonym na niepokojące objawy pooperacyjne. A kiedy okaże się, że po operacji w ciele pacjenta zostało ciało obce – starać się to jak najdokładniej udokumentować. Taka sytuacja to błąd medyczny o dużym ciężarze gatunkowym. Uprawnia poszkodowanego pacjenta do uzyskania zadośćuczynienia i odszkodowania, czasem też renty.

 

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Podmioty lecznicze mają obowiązek ubezpieczyć się od odpowiedzialności cywilnej (OC). Analogicznie jak właściciele samochodów. Jeśli spowodują błąd medyczny lub wypadek, płaci zakład ubezpieczeń. Właśnie trwają prace nad nowym rozporządzeniem MF w sprawie obowiązkowego ubezpieczenia OC. Sądziłam, że będzie okazja do podwyższenia sum minimalnego ubezpieczenia szpitali. Niestety, wygląda na to, że nie tym razem.

Ktoś mógłby zapytać, dlaczego akurat mnie zależy na urealnieniu polis szpitali?

Chyba w pierwszej kolejności larum powinni podnieść ich dyrektorzy? Z pewnością, ale interes w podwyższeniu progów OC w placówkach leczniczych mamy wszyscy. Dlaczego? O tym za chwilę.

Na początek słowniczek

  • suma gwarancyjna na jedno zdarzenie z polisy OC to górna granica odpowiedzialności zakładu ubezpieczeń za szpital w przypadku jednego błędu medycznego. Dziś 100 tys. euro.
  • suma gwarancyjna na wszystkie zdarzenia – to górna granica odpowiedzialności ZU za szpital w danym roku. Niezależnie od ilości błędów medycznych w danym okresie. Dziś 500 tys. euro.

Przykład*:

W prywatnej Klinice, na oddziale ginekologiczno-położniczym wystąpiło w 2016 roku ognisko epidemiologiczne. Sześć pacjentek zostało zakażonych podczas porodów bakterią paciorkowca ropotwórczego (streptococcus pyogenes). Przeszły sepsę i wielomiesięczne leczenie. Każda z nich musiała się poddać licznym operacjom. Stan kilku był tak poważny, że konieczne było usunięcie macicy. Poszkodowane pacjentki nie wystąpiły od razu, ani nawet w tym samym czasie z powództwem przeciwko szpitalowi. Musiały najpierw stanąć na nogi i zebrać siły na walkę za szpitalem w sądzie. Ostatecznie, pozwały szpital i ubezpieczyciela. Klinika miała wyłącznie ubezpieczenie OC obowiązkowe, bo nie widziała potrzeby się doubezpieczać. A i cena polisy dobrowolnego ubezpieczenia była wysoka. 

Wyroki w sprawie o błąd medyczny w różnym czasie

W 2017 – w dwóch wyrokach sąd przyznał pierwszym powódkom po 500 tys. zł. zadośćuczynienie, odszkodowanie i kilkutysięczną, miesięczną rentę. Ubezpieczyciel zapłacił jednak każdej z nich tylko po około 430 tys. zł. W ramach obowiązkowej polisy OC odpowiadał tylko do wysokości równowartości 100 tys. euro. na jedno zdarzenie. Resztę dopłaciła Klinika z własnych środków, w tym z kontraktu z NFZ. Czyli z pieniędzy, które powinny być przeznaczone na leczenie innych pacjentów.

W 2018 roku sąd wydał trzy kolejne wyroki. Tym razem zadośćuczynienie dla jednej pacjentki wyniosło 300 tys. zł. Dla dwóch kolejnych zasądzono po 450 tys. zł. Znów szpital dopłacił z własnej kieszeni, bo polisy nie pokryły w pełni przyznanego – obok zadośćuczynienia – odszkodowania i rent.

Szukaj wiatru w polu

Na początku 2019 roku zapadł ostatni wyrok. Polisa jednak była już „pusta”, bo wyczerpała się kwota „na wszystkie zdarzenia”. Łączna suma wypłat przekroczyła równowartość 500 tys. euro. Pacjenta wezwała klinikę o zapłatę zasądzonego zadośćuczynienia i odszkodowania za błąd medyczny. Jednak klinika wolała zgłosić wniosek o upadłość. Nie opłacało się  już dalej płacić poszkodowanym i ponosić konsekwencję błędów organizacyjnych z 2016 r. Upadłość została ogłoszona, „ostatnia” pacjenta została więc z niczym. Te, które uzyskały wyroki wcześniej od niej, też są stratne, bo nie otrzymują już renty.

Komu zależy, a komu nie?

Czy ten przykład jasno tłumaczy, dlaczego również pacjentom powinno zależeć, aby ubezpieczenie szpitali było realne? Mam nadzieję, że tak.

Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego Ministerstwo Finansów twierdzi, że obowiązujący pułap obowiązkowego OC dla szpitali jest wystarczający.

Ciekawostka

Zgodnie z przepisami dotyczącymi odszkodowań OC w komunikacji, suma gwarancyjna w przypadku szkód na osobie nie może być niższa niż równowartość 5 mln euro w odniesieniu do jednego zdarzenia.

Dlaczego więc gwarancje ubezpieczeniowe są dla pirata drogowego, który powoduje wypadek, 50- krotnie wyższe niż dla szpitala?

Czyżby osoba ciężko poszkodowana w wypadku komunikacyjnym doznawała innej, „droższej”, inaczej wycenianej szkody na zdrowiu niż osoba ciężko poszkodowana na skutek błędu medycznego? Zdecydowanie nie.

Trudno zatem zrozumieć tę dysproporcję.

Jak to tłumaczy Minister Finansów?

W uzasadnieniu do projektu czytamy:

„Należy wskazać, iż od momentu wejścia w życie obecnie obowiązującego rozporządzenia w tej sprawie, tj. od dnia 1 stycznia 2012 r., resort finansów nie otrzymał sygnałów, iż określone w tym rozporządzeniu wysokości minimalnych sum gwarancyjnych zostały wyznaczone na zbyt niskim poziomie.”

Czyli jak 100/500 tys. euro było aktualne, tak jest, zdaniem Ministerstwa.

Zaklinanie rzeczywistości

Moim zdaniem, zdecydowanie nie są to sumy wystarczające. Jeśli takich informacji nie przekazali  dotąd resortowi finansów ani dyrektorzy szpitali ani Minister Zdrowia, to mogę udostępnić dane z co najmniej kilkunastu prowadzonych przeze mnie procesach zakończonych w latach 2012 -2019. Zapadły tam prawomocne wyroki, w których zasądzono na rzecz pacjentów kwoty wielokrotnie przekraczające polisy OC pozwanych szpitali. Te szpitale pozostawiono same sobie z poważnym problemem finansowym.

Co ważniejsze jednak, w ryzykownej sytuacji znaleźli się też pacjenci. Publiczne szpitale nie mogą zbankrutować. Ale jeżeli jednak pacjenci mieli dodatkowe nieszczęście, że błąd medyczny zdarzył się w prywatnej placówce, nawet finansowej przez NFZ, to w każdej chwili mogą zostać bez zasądzonej renty. Z nic nie wartym świstkiem papier w postaci wyroku. Jak w podanym wyżej przykładzie.

 

*Przykład w podanym kształcie jest fikcyjny. Jest kompilacją kilku różnych, prowadzonych przeze mnie spraw. Ale sytuacja w nim opisana mogła zdarzyć się naprawdę.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

W mediach społecznościowych wywiązała się żywa dyskusja wokół przebiegu i efektów prac tytułowego Zespołu. Żeby uciąć spekulacje, czym zajmował się Zespół, poniżej zamieszczam 3 protokoły  (z załącznikami) z jego obrad. Aby przeczytać wszystkie strony, trzeba kliknąć w obrazek poniżej. Protokoły uzyskałam na wniosek o udzielenie informacji publicznej.

Jak wyjaśniono w piśmie przewodnim, podczas lektury należy uwzględnić, że

“załączniki do protokołów z posiedzeń w dniu 11 stycznia oraz 28 stycznia br. rekomendacje stanowią materiał roboczy, który może podlegać dalszym zmianom w toku prac Zespołu przed ich finalnym przekazaniem Ministrowi Zdrowia”.

Co ciekawe, w żadnym z protokołów nie znalazłam wypracowanego stanowiska Zespołu, o którym szeroko poinformowała media (za pośrednictwem PAP) w końcu lutego br. Pani Przewodnicząca, Urszula Jaworska.

– Chcemy, aby niezależnie od tego, czy pacjent będzie dochodził odszkodowania od szpitala, czy od komisji wojewódzkiej, otrzymał za ten sam uszczerbek na zdrowiu odszkodowanie w tej samej wysokości powiedziała Urszula Jaworska.”

Więcej, co sądzę na ten temat, napisałam w poście: “Zespół ds. praw i obowiązków pacjenta”.

 

 

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl