Rozmowa o błędach medycznych z lekarzem, któremu nie jest wszystko jedno

Jolanta Budzowska        14 października 2018        20 komentarzy

Mój rozmówca, z którym los zetknął mnie nieprzypadkowo, jest specjalistą z zakresu ortopedii i traumatologii, ordynatorem we wiodącym podmiocie leczniczym. Wykonuje artroskopie. Tyle mogę napisać, żeby go nie zdekonspirować🙂 

Uwaga, tekst zawiera zwroty, które mogą być odebrane jako wulgaryzmy

*                  *                 *

Dlaczego właściwie zgodził się Pan na rozmowę ze mną? Pan jest lekarzem, a ja „złym” prawnikiem, występującym po stronie pacjentów, czyli siłą rzeczy przeciwko lekarzom.

– Bo są lekarze w moim województwie, którzy generalnie indukują takie same problemy i błędy techniczne śródoperacyjnie i na przestrzeni 3 czy 4 lat nic się nie zmienia w ich technice operacyjnej. To są lekarze, których ja nie widuję i nie spotykam na żadnych kongresach, które są poświęcone tym tematom. A przecież to nie jest wiedza tajemna, której się nie można nauczyć. W samej Warszawie, nie mówiąc już o Polsce czy bliskiej Europie, w skali roku jest przynajmniej 10-12 kongresów poświęconych tematom, wokół których się kręcimy i nie spotykam tych lekarzy na tych kongresach. Nie ma ich na wykładach, nie ma na konferencjach, finał jest taki, że przez cały czas robią te same błędy i te same operacje w sposób nieprawidłowy. I gdzieś na jakimś etapie mi się przelewa.

I co Pan z tym robi?

– Finał tego jest taki, że przychodzi do mnie pacjent mówi ok, jest taki i taki problem. Ja go badam i mówię: proszę Pana ta operacja poprzednia jest zrobiona – mam wtedy takie powiedzenie – „suboptymalnie”. Albo „ja bym zrobił to inaczej”. I gdzieś dochodzę z tym pacjentem do etapu, że trzeba to zoperować jeszcze raz i na samym końcu pacjent mówi:

No dobrze. Zrobił Pan operację, jest wszystko fajnie i super, po Pana operacji jest ok, to dlaczego tamten lekarz zrobił inaczej?

– Proszę Pana, ja nie wiem.

– A czy on to zrobił źle?

– Proszę Pana, według mojej wiedzy tak, ale nie jestem od ocenienia tego.”

Co zrobi z tą wiedzą i jak sobie ją dalej wykorzystuje, to jest jego sprawa, natomiast każdy pacjent, który do mnie trafia po źle przeprowadzonej operacji, zostaje przeze mnie o tym poinformowany.

Na kanwie takich rozmów niektórzy pacjenci decydują się na dochodzenie swoich praw. Jeśli pacjent prosi mnie o pomoc, to ja, jako lekarz, który go leczył na którymś etapie, czuję się w obowiązku mu pomóc.

Opisuje Pan w dokumentacji medycznej to, co Pan zastał w polu operacyjnym w sposób zawoalowany, tak, żeby nie pogrążyć poprzedniego operatora, czy wprost – to, co Pan widzi?

– Nie, opisuję dokładnie, z pomiarami. Piszę to, bo przecież mi jest to potrzebne. Później, kiedy pacjenta widzę po dwóch tygodniach czy trzech miesiącach, jeżeli sobie tego wcześniej dokładnie nie opiszę, to ja mogę popełnić błąd. Nie robię żadnych ukrytych skrótów, „BDGH i J” i że to ma oznaczać, że doktor J spod Gdańska coś schrzanił, tylko odnotowuję bezpośrednio taki stan, jaki zastałem w badaniu. Potem tak samo w opisie operacji.  Tu jeszcze bardziej jestem bezwzględny, bo pomiary podaję czasem w milimetrach.  Poza tym te szczegółowe informacje w dokumentacji medycznej to też jest informacja dla mnie i moja obrona, gdy ktoś powie, że to ja coś źle zrobiłem, wykonując poprawkę. Jak mam wszystko dokładnie opisane i zaznaczone, to jest jasne, z czym miałem do czynienia. Opisuję też swoje powikłania czy problemy śródoperacyjne; dlaczego zrobiłem coś tak, a nie inaczej. Na podstawie tego opisu pacjent wie, co miał wykonane i co robić dalej.

Wspomniał Pan, że ma Pan kilka stałych – nazwijmy to – źródeł tych pacjentów, którzy wymagają operacji naprawczej. Czy Pan kiedykolwiek kontaktował się z tymi lekarzami, którzy notorycznie robią te same błędy operacyjne?

– Z niektórymi z nich tak, z innymi nie. Faktycznie, słuszna uwaga. Nie, zasadniczo nie próbowałem.

A jak wyglądały te kontakty?

– Były zawsze z mojej inicjatywy. Dzwoniłem do doktora i mówiłem:

„Panie doktorze, rozpoznał Pan na RTG coś takiego i takiego, a to jest zupełnie inna choroba, pacjent jest zapisany u Pana na operację, ale gdyby Pan doktor mógł się temu przyjrzeć i zweryfikować swoje zdanie…”

I to mi się w moim życiu zawodowym zdarza. Zanim jednak coś takiego zrobię, to naprawdę długo się zastanawiam, bo jest to bardzo niesympatycznie i bardzo niemiło przyjmowane w środowisku lekarzy. Często problem dotyczy na przykład ordynatora dużego szpitala urazowego. To nie są ludzie, którzy chętnie akceptują informacje o swoich błędach czy niepowodzeniach.

I jaka jest reakcja?

 – Różna. Są ludzie, których znam. Dzwonię do niego i mówię:

„Stary! Operowałeś człowieka, wydaje mi się, że jest to źle zrobione.”

A on mówi:

„Słuchaj, wyślij mi zdjęcia.”

Wysyłam. Mówię:

„Pacjentka u Ciebie będzie, musisz to poprawić.”

I jest ok. Więc są lekarze, do których dzwonię i nie mam oporów, bo wiem, że zareagują normalnie. Jakieś 70% reaguje pozytywnie mówiąc:

„Słuchaj, dawaj ją, faktycznie jest to do dupy zrobione, poprawię.”

Ale jest część lekarzy, którzy w ogóle nie uznają tego typu argumentów. Problem jest też taki, że części z tych lekarzy, którzy są stałymi „dostawcami” pacjentów do poprawy, ja nie znam osobiście.  Nigdy takiego doktora nie spotkałem na żadnym kongresie, na żadnym sympozjum, na żadnym kursie, które są organizowane. Ja nie wiem, jak on wygląda. Znam go z nazwiska, mam w głowie kilku – kilkunastu pacjentów, których ostatnio po nim operowałem.  To są takie nazwiska, że jak słyszę od pacjenta, że był operowany przez tego i tego doktora, to mi się zapala czerwona lampka i kojarzę, że to jest kolejny pacjent od tego człowieka. Ale dotrzeć do niego byłoby mi trudno, bo przecież nie musi chcieć wysłuchiwać uwag od kogoś, kogo nie zna.

Jakie są, Pana zdaniem, najczęstsze przyczyny błędów medycznych? Czy to jest kwestia braku doświadczenia lekarza, czy jego niedouczenie? Czy też może dominują inne przyczyny: organizacyjne, systemowe, finansowe?

– Nie. Jeżeli są to przyczyny finansowe, to ja to widzę między wierszami. Jeśli był to problem śródoperacyjny, coś poszło nie tak, doszło do typowych powikłań, to też jestem w stanie to zobaczyć, bo wiem, jaki problem mógł się pojawić.

A to, o czym mówimy, to są ewidentnie błędy niedouczenia, nieumiejętności. To tak jakbym do kogoś powiedział:

Przeczytaj sobie instruktaż latania samolotem i startuj boeingiem”.

 Część ludzi by mi odpowiedziało:

Stary, powaliło Cię? Zabiję siebie i 250 pasażerów!”

A część powie:

O! Fajnie! Dawaj! Poczytam i wystartuję.

I to jest właśnie grupa takich lekarzy, którzy mówią:

Hurra! Widziałem fajną operację artroskopową, to ją zrobię”.

Problem tylko w tym, że do tego potrzeba: raz – sporo wcześniej poćwiczyć, a dwa – pamiętać, że mowa o artroskopii. To jest zupełnie inna technika operacyjna.

Jak ktoś umie jeść nożem i widelcem, to może zrobić operacje na otwartym. I nie ma problemu, żeby rozciął skórę, zeszył, przywiązał, przymocował, przyszył czy zespolił kość. Bo robi to całe życie, porusza się nożem i widelcem. I ma to wszystko w otwartym polu.

Natomiast w przypadku technik artroskopowych, to mamy całkowicie inną technikę operowania i poruszania się narzędziami. Czyli operujemy w obrazie 2D. Widzimy coś na kształt płaskiego obrazu telewizora, ale w ciele poruszamy się z głębią, czyli mamy trzeci wymiar, którego nie widzimy w telewizorze. Kamera, którą operujemy nie patrzy na wprost, tylko jest to forma takiego rybiego oka i ona patrzy pod kątem 30 stopni albo 70 stopni. To jest naprawdę bardzo trudne technicznie i wymagające długiego, długiego szkolenia, żeby się tego nauczyć.

Ja robię 400 operacji artroskopowych rocznie. Jak wracam po dwutygodniowym urlopie, to pierwsze 2-3 operacje, które sobie rozpisuję, to są proste operacje, żeby przypomnieć sobie ruch kamerą i ruch narzędzia. To naprawdę się strasznie szybko zapomina. To nie jest jak jazda na rowerze, że jeżdżę i już będę jeździł do końca życia. Miesiąc człowiek nie operuje artroskopowo, bo miał awarię sprzętu, nie było go, miał urlop czy kongres i kilka pierwszych operacji wymaga naprawdę olbrzymiego skupienia. Po trzeciej operacji z rzędu człowiek to już robi jak małpa i o tym nie myśli.

Natomiast jeśli się ktoś tego nie nauczył i zaczyna od razu robić trudne operację, nie mając opanowanych podstawowych ruchów, no to popełnia podstawowe błędy. To są procedury bardzo ściśle i bardzo szczegółowo opisane. Co do milimetra, w którym miejscu co wywiercić.  Z drugiej strony, to nie jest jakaś wielka filozofia, że trzeba dodać 2+4-15 pomnożyć przez 68 i zrobić to wszystko w pamięci. To jest jak proste działanie matematyczne. Ja mówię, że jestem ortopedą i liczę do trzech: raz, dwa, trzy, mam punkt jeden, dwa i trzy i mam je połączyć. I to nie jest magia czy sztuka wysoka. Tylko trzeba wiedzieć.

Skoro jednak, wracając do tego przykładowego lekarza, nie widział go Pan na żadnym kongresie, na żadnym szkoleniu, to jak Pan myśli, gdzie on zdobywał swoje doświadczenie, jeśli chodzi o techniki artroskopowe? Na pacjentach?

– Jak Pani ma specjalizację z ortopedii traumatologii, to my się śmiejemy, że to jest „licence to kill”, nikt nie wymaga posiadania żadnych więcej umiejętności i certyfikatów. Przecież, gdy do szpitala przychodzi pacjent i chce się zoperować, to go Pani operuje. A kto zweryfikuje, czy Pani umie robić artroskopię czy nie? Pracuje Pani w szpitalu publicznym, gdzie przychodzi dziennie 80 pacjentów do poradni, z czego 10 jest do operacji. W tygodniu 50 osób jest do operacji z tej całej puli. Połowa do artroskopii. Nikogo nie interesuje, czy człowiek, który wszedł jako ortopeda do systemu, i mówi, że robi artroskopię, ma jakieś certyfikat czy potrafi to robić. Kto to weryfikuje? NFZ? ZUS? Ministerstwo Zdrowia? Nikt. Pacjenci? Czy ma Pani bazę danych powikłań?

W krajach skandynawskich, gdy idzie się Pani operować do doktora X, wchodzi Pani w bazę powikłań i widzi co ten facet robi i jakie ma powikłania. Tak jak w towarzystwach ubezpieczeniowych niemieckich albo amerykańskich.

W Austrii też jest podobnie.

– Jeżeli danemu lekarzowi powikłania przekraczają ilość, która jest statystycznie opisana dla danej procedury, to przychodzą do niego mili Panowie i mówią:

„Panie doktorze czy jest jakiś problem, czy można Panu jakoś pomóc, czy potrzebuje Pan dodatkowych kursów, pieniędzy? O co chodzi?”

A w Polsce? W ogóle tabula rasa. Problem nieistniejący. Nikt nie ma żadnych powikłań.

A w placówce, w której Pan pracuje, jest jakiś system raportowania?

– Tak. My po pierwsze raportujemy to do naszego wewnętrznego zespołu do spraw powikłań medycznych. Po drugie ja, jako koordynator, nadzoruję jakość leczenia. Wiem, kto i ile ma powikłań określonego typu i z czego wynikają problemy śródoperacyjne. Omawiamy przyczyny i szukamy konstruktywnych rozwiązań.

Kilka dni temu rozmawiałam z prawnikiem jednego z publicznych warszawskich szpitali. Jako ciekawostkę powiedział mi, że po przegranym ze mną kilka lat wcześniej procesie o błąd medyczny próbował zachęcić dyrekcję i lekarzy, żeby wrócić do tematu, żeby omówić popełnione w szpitalu błędy i wyciągnąć wnioski. Nikt nie był zainteresowany.

– A kogo to interesuje? Przecież wszyscy to mają w dupie. Ubezpieczyciel płaci odszkodowanie, NFZ w ogóle tego nie kontroluje, który szpital ma jakie powikłania. Jest kontrakt i nie ma żadnego systemu weryfikacji. Swoją drogą, ośrodki, które robią wiele operacji rewizyjnych czy poprawkowych, powinny mieć lepszą punktację i więcej punktów za takich pacjentów, czyli w efekcie więcej pieniędzy w budżecie.  Nie istnieje coś takiego.  NFZ finansuje wszystko w tym kraju, dobrze czy źle zrobione.  Płatnik potrzebuje szpitali, w których będą robione procedury, żeby się wykazać krótką kolejką. Ale to, że część tych procedur jest źle robiona, to NFZ-tu już nie interesuje. Kolejka się zmniejsza.

A może problemem jest to, że W Polsce nie ma dziś systemu raportowania, który by zapewniał anonimowość zgłoszeń i chronił przed roszczeniami pacjentów? Może taki lekarz, któremu raz coś nie wyszło, boi się napiętnowania, tego, że zostanie pokazany palcem na odprawie czy naradzie, która ma w teorii służyć omawianiu i eliminowaniu błędów medycznych? 

– Ale i tak wszyscy wiedzą, kto ma jakie powikłania! Ludzie się spotykają na kongresach, rozmawiają. „Ja ostatnio miałem pacjenta od doktora Y”, „A ja miałem dwóch”, „A ja trzech”. I nagle się okazuje, że we trzech zbieramy z Polski 15 takich samych powikłań, więc udawanie, że to się nie zdarza, to jest głupota, chowanie głowy w piasek.

Jeżeli nikt nie przyjdzie i jeśli nikt z tym doktorem nie porozmawia, i nie uświadomi mu tego problemu, to on będzie miał poczucie pełnej zajebistości. I to jest niestety problem chirurgów. Poczucie wspaniałości i zajebistości jest uzależniające. Niestety, nic tak nie psuje samopoczucia jak dobry rezonans czy tomografia pooperacyjna i obserwacja pacjenta przez następne 5-10 lat. Bo nagle się okazuje, że to świetnie weryfikuje poczucie zajebistości.

A w ogóle, o jakiej anonimowości mówimy? Ja pacjent nie siedzi cicho i sprawa jest na wokandzie sądowej, to wszyscy na oddziale wiedzą, że jest taki problem. Dyrekcja wie, ubezpieczyciel szpitala wie, więc kto tutaj jeszcze musi szpital zmusić do wyciagnięcia wniosków z takiej sprawy, skoro wszystkie organy nadrzędne nad doktorem wiedzą? Wie ordynator, wie dyrektor, dyrektor medyczny i wie ubezpieczyciel szpitala, wiedzą koledzy? Tylko co z tym zrobią?

Czy liczył Pan kiedyś, ilu z pacjentów, którzy do Pana trafiają, to są pacjenci, którzy są już „do poprawki”, czyli wymagają powtórnej operacji, bo wcześniej byli źle leczeni?

Myślę, że około 20 % moich operacji, to są operacje rewizyjne, czyli poprawkowe. Z tego więcej niż połowa to konsekwencja błędów lekarskich.  Ale trzeba pamiętać, że ja mam dość dużą specyfikę i dość wąską specjalizację, trafiają do mnie najtrudniejsze przypadki, bo zajmuję się patologiami, jeżdżę po Polsce i świecie z wykładami i kursami.

Jakie ma Pan rady dla pacjentów, aby uniknęli błędów medycznych?

 – Ufać, ale kontrolować. Jak masz mieć jakiś zabieg, to poszukaj wśród znajomych, kto miał taką operację, gdzie była zrobiona i jak to wyszło.  Czyli zweryfikuj lekarza wśród swoich znajomych, umów się z lekarzem, do którego ktoś Cię wyśle. Jak lekarz ma kiepskie opinie, to nie idź pod ten nóż.

Są też portale internetowe. Nie wszystkie są wiarygodne, ale „Znany lekarz” jest portalem dość obiektywnym i niepozwalającym do końca robić sobie samemu reklamę. Więc warto poczytać opinie o danym lekarzu, a jeśli go nie ma na takim portalu, to trzeba się zastanowić, dlaczego, bo w obecnym świecie jest to bardzo dziwne.

A Pan jest na „Znanym lekarzu”?

– Jestem. Sam się z nimi kiedyś boksowałem. Teraz ten portal działa coraz lepiej. Dawniej, z jednej strony usuwali na prośbę lekarza wpisy negatywne, a z drugiej, znam lekarzy, którzy sobie z różnych IP komputerów robili wpisy pozytywne i nie było to w żaden sposób weryfikowane. To pewnie dalej ma miejsce natomiast myślę, że na mniejszą skalę. Nie da się jednak ukryć, że wystarczy wynająć firmę, która za 5000 zł w ciągu roku zbuduje 100 takich wpisów i człowiek już jest wtedy mistrzem świata w Internecie. Więc oczywiście do portali i różnych forów internetowych też trzeba podchodzić krytycznie.

Możemy podać jeszcze jakieś dalsze wskazówki dla pacjentów?

– Pamiętajmy, że między pacjentem a lekarzem musi być też jakaś nić zrozumienia i zaufania. Jeżeli lekarz nie potrafi tej nici zbudować i przekonać pacjenta do tego, co robi, to szukajmy dalej.

We współczesnym świecie jestem zwolennikiem tego, żeby zanim zdecydujemy się na jakąś operację, przejść się po dwóch czy trzech lekarzach i posłuchać, jakie jest ich zdanie. Często te opinie mogą w jakimś stopniu się różnić, ale pacjent powinien pytać, słuchać, czytać i wyciągać własne wnioski. Jest XXI wiek. Ja też chodzę do lekarzy, którzy mnie leczą, szukam wyjaśnień i uzasadnień. Więc jeżeli ktoś tego nie daje, to mówię sorry Winnetoui idę dalej.  Jeżeli mój pacjent chce, żebym mu coś wyjaśnił, dlaczego tak a nie inaczej robię, czy skąd taka decyzja, no to tłumaczę. I pytam na koniec, czy wszystko zrozumiał i czy ma jakieś pytania. A jeżeli pacjent trafia na lekarza, który uznaje arbitralnie narzuca własne zdanie, to jest to całkowite nieporozumienie.

Kolejna rada dla pacjentów: zawsze w przypadku operacji czy planowania leczenia trzeba omówić z lekarzem, co się będzie działo. Czyli na przykład przy operacji kolana: kiedy odbędzie się operacja, kiedy wyjdę ze szpitala, kiedy będę mógł chodzić, do kiedy orteza, kiedy będę zginał, kiedy będę mógł wsiąść na rower, kiedy będę mógł biegać.

Proszę podać przykład błędu lekarskiego, z którym się Pan zetknął, a który Pana szczególnie zbulwersował.

– Ja na szczęście, w mojej specjalizacji, nie poruszam się w kategoriach życia i śmierci. Moi pacjenci nie umierają, nie mam sytuacji, gdzie wycięto pomyłkowo nerkę czy zabito pacjenta. Natomiast często gęsto oglądam tragedie młodych ludzi, gdzie komuś pozostawiono druty w kolanie, ktoś został źle zoperowany. Mnie już nic nie szokuje. Naprawdę. Widziałem usuwane zdrowe więzadła krzyżowe, widziałem u 15-latki wyciętą łąkotkę, co dla mnie jest przestępstwem. To zbrodnia, ale mnie to już nie szokuje.

Widzę też duży problem z leczeniem dzieci. Decyzję o operacji dzieci podejmują rodzice i bywa, że jest to takie pójście na łatwiznę. Czyli byle szybko, byle łatwo, byle bez kolejki. A potem nagle się okazuje:

 „No, Jezu, to moje dziecko będzie kaleką?”

Tak, proszę Pani, ale to Pani podpisywała zgody na operacje przez trzy kolejne lata…

Odnośnie skandalicznego leczenia i lawiny zdarzeń, to mam takie powiedzenie: „Wszystkie operacje były potrzebne oprócz tej pierwszej.” Trafiła do mnie kiedyś pacjentka z przedziwną historią leczenia. Pierwszą operację zrobiono, bo bolało ją kolano. Bez sensu, bo nie robi się w takiej sytuacji artroskopii. Potem bolało ją jeszcze bardziej i zrobiono jej drugą artroskopię.  Potem ktoś wpadł na pomysł, na tym samym oddziale, że ma uszkodzone więzadło krzyżowe, to jej to krzyżowe usunął.  To była trzecia operacja. Potem jej to kolano zesztywniało, więc musieli je zmobilizować – czwarta operacja. Potem jej zrekonstruowano wcześniej usunięte więzadło i zrobili to źle – piąta operacja. Inteligenta dziewczyna, studentka nomen omen prawa, 3-4 rok. Na przestrzeni 3 lat ten sam lekarz operował ją 6 czy 7 razy. Dla mnie to jest szokujące. Po pierwsze: ten lekarz i jego działanie. Po drugie: ta pacjentka, która będąc inteligentną osobą, z maturą, studiując, wykazuje się jakimś totalnym brakiem instynktu samozachowawczego tak dalece, że dopiero po 6-tej nieudanej operacji zaczyna szukać pomocy gdzieś indziej.

Nie winiłabym pacjentki. W takiej sytuacji rodzi chyba coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego?

– Niestety, na przestrzeni wielu lat nauczyłem się, żeby nie wierzyć ślepo. Jeżeli pacjent uważa, że leczenie nie przebiega zgodne z tym, co lekarz przed operacją planował lub jak się okaże, że kolejne etapy powrotu do zdrowia nie są osiągnięte, to trzeba się zacząć zastanawiać, z czego to wynika.

Oczywiście, czasem jest tak, że mieścimy się w widełkach normalności i rekonwalescencja tylko trochę się przedłuża, ale idziemy do przodu. Gdy jednak czas mija, lekarz mówi, że w ogóle wszystko zajebiście i super, a pacjent nadal ma minimalną sprawność, to gdzieś tutaj jest rozmijanie się z prawdą. No i to jest ten moment, kiedy trzeba spotkać się z doktorem, zweryfikować swoje odczucia lub spotkać się z innym lekarzem. W Niemczech te kwestie, wątpliwości lekarzy i pacjentów co do efektów leczenia, są znakomicie rozwiązywane. Lekarze po prostu piszą sobie liściki na temat pacjenta: „Sehr Geehrter Herr Doktor (…)”  – czy mógłbyś zobaczyć pacjenta. Tam jest na porządku dziennym pisanie takich listów i konsultowanie pacjenta.

U nas, niestety pacjenci sami muszą o siebie zadbać… Bardzo dziękuję za rozmowę!

Rozmawiała: Jolanta Budzowska

Dwie sprawy o błąd medyczny

Jolanta Budzowska        30 września 2018        2 komentarze

Przypadek sprawił, że dwie sprawy o błąd medyczny, którymi się w ostatnich dniach zajmowałam, są niemal identyczne. Obie dotyczą, niestety, śmierci dzieci.

Pierwsze zdarzenie miało miejsce blisko 10 lat temu, w stolicy. Rodzice wybrali drogę karną, aby ustalić, kto ponosi odpowiedzialność za śmierć ich syna. Proces karny trwał 8 lat i zakończył się wyrokami skazującymi dla lekarzy. Dopiero po tym został wszczęty proces cywilny. Kilka dni temu zawarliśmy ugodę przed mediatorem, ubezpieczyciel szpitali wypłaci wynegocjowane zadośćuczynienie. Nie doszło nawet do pierwszej rozprawy w sądzie cywilnym.

Druga z opisywanych tragedii wydarzyła się dwa lata temu, podczas leczenia innego dziecka w przychodni i szpitalu powiatowym na zachodzie Polski. Prokurator wszczął postępowanie, kiedy raban podnieśli lekarze ze szpitala klinicznego, do którego dziecko trafiło zbyt późno. W tak ciężkim stanie, że już nie byli w stanie pomóc chłopcu. Równolegle trwa proces cywilny o błąd medyczny, postępowanie przed rzecznikiem odpowiedzialności zawodowej lekarzy, postępowanie karne. Przed rodzicami lata uczestniczenia w rozprawach i czytania dokumentów sądowych. Dziś przesłuchiwaliśmy kolejnych świadków, tym razem zeznania składały pielęgniarki.

Jak napisałam na wstępie, obie sprawy dotyczą śmierci kilkuletnich dzieci. Obaj chłopcy zmarli na początku stycznia, choć w różnych latach. Obaj zmarli na sepsę, która była powikłaniem ospy, na którą zachorowali kilka dni wcześniej. W obu sytuacjach rodzice ściśle trzymali się zaleceń lekarskich.  Byli niezwykle uważni, kompetentni, opiekuńczy i rozpaczliwie poszukiwali pomocy medycznej. W jednym i drugim przypadku pierwsze symptomy infekcji wystąpiły w okolicy Świąt Bożego Narodzenia, a lekarze zlekceważyli postępujące objawy posocznicy. Pomoc nadeszła z opóźnieniem. Gdyby lekarze byli bardziej uważni, gdyby przywiązywali wagę do tego, że czas ma znaczenie, gdyby… W obu przypadkach najbliżsi do dziś nie pogodzili się ze tą śmiercią. Wiedzą, że ich dzieci pozbawiono szans na wyzdrowienie, że nie otrzymali takiej pomocy lekarskiej, jak należało.

Co jeszcze łączy te dwie sytuacje? Fakt, że szpitale mają polisy ubezpieczeniowe OC, czyli  ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej za leczenie niezgodne ze sztuką. Odszkodowanie i zadośćuczynienie za popełnione błędy w leczeniu nie obciąży więc budżetów tych lecznic, chyba że suma gwarancyjna nie wystarczy na zapłatę rekompensaty dla poszkodowanych.

Co różni?

Podejście szpitali i ubezpieczycieli do sprawy.

W pierwszym przypadku, już w odpowiedzi na pozew pełnomocnicy szpitali wnieśli o to, aby sprawę skierować do mediacji. Byli gotowi zgodzić się, że co do zasady ponoszą odpowiedzialność za śmierć dziecka, bez wnikania w szczegóły. Ubezpieczyciel nie był początkowo zainteresowany wspieraniem szpitali w procesie, ale na sygnał, że myślą o ugodzie, chętnie zaangażował się w negocjowanie warunków porozumienia i kwot, jakie mają zostać wypłacone poszkodowanym.

Efektem postępowania mediacyjnego jest zawarta ugoda przed mediatorem, która po zatwierdzeniu przez sąd, zakończy definitywnie spór sądowy. Sąd zwróci moim klientom całą uiszczoną opłatę od pozwu, nikt też nie poniesie żadnych dalszych kosztów procesu, poza niewysokim honorarium mediatora.

W drugim przypadku szpitale idą w zaparte. Ubezpieczyciel, choć formalnie uczestniczy w procesie, jest bierny. Nie zachęcony przez szpitale, nie analizuje, kto ma rację, nie waży szans procesowych, bo jego klienci nie dali mu zielonego światła. Proces się więc toczy, lekarze utrzymują, że są bez winy, pełnomocnicy walczą o ich honor (i pieniądze) na sali sądowej, okopując się przy swoich stanowiskach, a dyrektorzy pozwanych szpitali być może nie wiedzą nawet, że siedzą na tykającej bombie. A właściwie: na granacie. Lont zacznie się palić, gdy pojawią się opinie biegłych w tej sprawie. A wybuch nastąpi w momencie wydania wyroku, kiedy przyjdzie zapłacić koszty procesu i zasądzone zadośćuczynienie z odsetkami za czas trwania postępowania (oby polisa nie okazała się “pusta”…). Wtedy będzie już oczywiście za późno na ugodę.

Na koniec powinien być morał, ale nie mam na niego pomysłu. W zamian smutna konstatacja, że   normalność i dążenie do cywilizowanego rozstrzygania sporów w drodze ugody nadal jest wyjątkiem. A powinno być odwrotnie. Może jesteśmy w stanie wspólnie to zmienić?

 

“Agonia” Pawła Kapusty – czyli lektura obowiązkowa dla klientów SOR i nie tylko

Jolanta Budzowska        16 września 2018        4 komentarze

Agonia. Paweł Kapusta

Paweł Kapusta

Co jakiś czas w mediach pojawia się informacja, że pacjent, który zgłosił się na SOR, został odesłany do domu z kwitkiem. Nawet dziś przeczytałam oświadczenie pewnego szpitala w sprawie śmierci 29-latki, która szukała pomocy na tamtejszym SOR, skarżąc się na silny ból brzucha. Podczas drugiej wizyty zmarła. Szpital tłumaczy, że nie jest w stanie pomóc każdemu.

W innej sprawie media donoszą o zastosowaniu wobec lekarza przez prokuraturę środka zapobiegawczego w postaci zakazu wykonywania zawodu. Lekarz jest oskarżony o dwukrotne nieudzielenie pomocy choremu na serce, raz na SOR, za drugim razem w domu po wezwaniu karetki pogotowia. Grozi mu rok więzienia.

Takie informacje wzbudzają powszechną złość. Ja też zawsze się zastanawiam, jak to się stało, że nie uratowano pacjenta. Jestem nieco mądrzejsza, gdy trafia do mnie dokumentacja medyczna z takiego zdarzenia. I choć i tak jest wyrwana z kontekstu tego, co się wówczas działo na SOR, to znacznie więcej mówi o winie lub jej braku po stronie lekarzy, ratowników czy pielęgniarek. To już jednak nie trafia do czytelników portali i gazet codziennych.

Takie doniesienia medialne odbierze jednak inaczej każdy, kto przeczyta „Agonię”* – zbiór reportaży Pawła Kapusty, laureata nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej, dziennikarza nominowanego w 2017 roku do nagrody Grand Press i europejskiego Pulitzera.

To książka o nieustającej walce o życie. „Lekarze i pacjenci w stanie krytycznym”, jak podpowiada podtytuł. Przejmujące obrazy. Kolejne rozdziały jak kadry z filmu o polskiej służbie zdrowia. Tak, tak, wiem: podniosą się głosy lekarzy, którzy powiedzą: „nie oczekujcie od nas służby, bo nie jesteśmy na wojnie”. Teksty Kapusty są jednak o służbie. Służbie, bo przecież nie biznesie, jaki robią na pacjentach ratownicy, za 1500 zł. na rękę miesięcznie. Pierwszy reportaż ma tytuł „Trudno kogoś ratować, gdy życie rozlewa się po podłodze i kapie z piątego na czwarte piętro”. I nie potrzeba do niego komentarza.

Każdy z rozdziałów rozgrzebuje inną z wielu jątrzących się ran na ciele systemu opieki zdrowotnej w Polsce. Drugi rozdział jest o tym, jak decyzje NFZ decydują o przedłużeniu lub skróceniu ludzkiego życia. Nie w teorii, ale w praktyce, gdy brak refundacji leku dla Maćka cierpiącego na chorobę uznaną za ultra rzadką, doprowadził do jego śmierci. A pacjent nawet nie może się odwołać od decyzji, która ostatecznie prowadzi do jego śmierci.

Kolejny rozdział jest o szpitalnych oddziałach ratunkowych, czyli “SOR-towniach“, gdzie każdy dyżur lekarski jest ciężki albo bardzo ciężki. Minuta po minucie, doba na SOR. Przejmujące, tak dalece różne opisy tej samej sytuacji z perspektywy personelu medycznego i pacjenta, który „płaci i wymaga”. Nad wyraz wymowna relacja ze zdarzenia, gdy ostatecznym argumentem podczas awantury wszczętej przez pacjentkę, która musi czekać na SOR, stało się oprowadzenie jej po oddziale:

„Ratownik uchyla drzwi. A tam – łóżka zajęte, ludzie na wózkach i krzesłach, nawet na materacach na ziemi.

-No, proszę teraz do kogoś podejść i zrzucić go z łóżka. Tutaj leży pani z ostrym bólem brzucha, tutaj pani , która jeszcze dwie godziny temu była reanimowana. Tu pan z podejrzeniem udaru. Proszę, niech pani kogoś wyprosi i położy się na jego miejscu”.

Każda z interwencji Pawła Kapusty, bo tak trzeba nazwać kolejne reportaże, jest podjęta w słusznej sprawie. Tu nie ma przekłamań, nie ma owijania w bawełnę. Strzały między oczy. Każdy z rozdziałów przemawia do czytelnika w taki sposób, że długo nie można wyprzeć go z myśli, że gorzej się śpi.

Warto przeczytać „Agonię”. To nie jest przyjemna do czytania książka, ale nasza codzienność też nie jest łatwa. Szczególnie, gdy jesteśmy elementem – jakimkolwiek: jako pacjent, członek rodziny pacjenta, lekarz, pielęgniarka czy ratownik – systemu służby zdrowia w Polsce, czyli medycyny (niemal) wojennej.

Po lekturze tej pozycji będziemy mieli dla siebie więcej szacunku, zapewniam.

Inne moje recenzje książek o tematyce medycznej można przeczytać tutaj: “W szoku. Moja droga od lekarki do pacjentki” i tutaj: “Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy”.  

*Premiera 19.09.2018 roku. Ja otrzymałam i przeczytałam egzemplarz recenzencki, za co dziękuję wydawnictwu „Wielka Litera” sp. z o.o.

Czy najwyższe zadośćuczynienie za śmierć osoby bliskiej wynagrodzi krzywdę?

Jolanta Budzowska        10 września 2018        2 komentarze

W rozmowie towarzyskiej podczas przerwy między wykładami na konferencji PEOPIL, z której właśnie wróciłam, pewien brytyjski prawnik powiedział mi, że jeden z trudniejszych momentów w rozmowach z osobami, które straciły członka rodziny, to konieczność poinformowania rodziców, że w Anglii nie przysługuje im żadne zadośćuczynienie za śmierć dziecka.

I nie ma znaczenia, czy zmarł noworodek, czy też na przykład jedyne, dorosłe już dziecko, utrzymujące i wspierające schorowanych rodziców. Nie ma też znaczenia czy śmierć nastąpiła na skutek błędu medycznego, wypadku drogowego czy innego zdarzenia, za które – przynajmniej w teorii – sprawca powinien ponieść odpowiedzialność, także finansową.

W brytyjskim systemie prawnym zadośćuczynienie przysługuje, owszem, ale wyłącznie współmałżonkowi i wynosi w granicach 15 tys. funtów brytyjskich (około 17 tys. euro). Zbyt mało, prawda? Szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę koszty codziennego utrzymana w UK, co oczywiście przekłada się na szczególnie trudną sytuację życiową i materialną małżonka, który stracił partnera życiowego.

Zadośćuczynienie za błąd medyczny

Tymczasem, poszkodowani pacjenci i ich rodziny, z którymi rozmawiam, często są zdania, że kwoty, jakie przyznają polskie sądy są zbyt niskie. Że nic nie zwróci im zdrowia lub życia osoby najbliższej, ale odszkodowanie za błąd medyczny powinno być na tyle wysokie, żeby było w odczuwalne. I dla sprawcy (jako kara), i dla ofiary, jako rekompensata, która w jakiś sposób umożliwi ułożenie sobie życia na nowo.

Trudno odmówić im racji, jednak już przykład podany na początku pokazuje, że… może być gorzej.

Rzeczywiście, nawet u naszego najbliższego sąsiada, w Niemczech, jest gorzej. Rodzice i małżonek mogą liczyć co najwyżej na 10 tys. euro zadośćuczynienie w przypadku śmierci osoby bliskiej. Dwa razy większe sumy za śmierć osoby bliskiej przyznają ubezpieczyciele i sądy w Holandii.

Wysokie zadośćuczynienie za śmierć – nie wszędzie

Może też być oczywiście lepiej. W tym trudnym „rankingu” przoduje Grecja, gdzie najbliżsi otrzymują zadośćuczynienie na poziomie 100-150 tys. euro (w tym mieści się rekompensata finansowa za ewentualny uszczerbek na zdrowiu psychicznym osoby bliskiej, spowodowany cierpieniem i traumą po śmierci małżonka czy dziecka), oraz Hiszpania, gdzie zadośćuczynienie wynosi nie mniej niż 90 tys. euro.

W Hiszpanii obowiązuje przy tym dość czytelny system punktowy, gdzie bazowe odszkodowanie, utrzymane w „widełkach” określonych w przepisach, zwiększa się lub zmniejsza uwzględniając różne czynniki, jak na przykład wiek zmarłego, to, czy był jedynym dzieckiem rodziców, czy mieszkał z rodzicami i tym podobne. Z jednej strony więc system – dzięki „widełkom” kwot „od – do” – pozostawia szeroki margines dla dyskrecjonalnej władzy sądowej (czyli prawa do indywidualnej oceny konkretnego przypadku), a z drugiej wprowadza pewną przewidywalność, pewność co do tego, że wypłacone przez ubezpieczyciela czy zasądzone przez Sąd odszkodowanie nie będzie rażąco zaniżone lub zawyżone.

Co z Polską?

Odpowiem na raty. Dwa tygodnie temu zakończyłam przed Sądem Apelacyjnym proces związany z tragiczną śmiercią czterdziestokilkuletniego mężczyzny. Ubezpieczyciel nie przeczył, że co do zasady ponosi odpowiedzialność, ale też arbitralnie uznał, że odpowiednim zadośćuczynieniem dla czternastoletniego syna zmarłego będzie… 15 tys. zł., a dla żony 10 tys. zł.

Proces trwał cztery lata. W prawomocnym już wyroku Sąd zasądził dodatkowo 185 tys. zł. zadośćuczynienia dla syna (łącznie 200 tys. zł., czyli około 50 tys. euro) i dla żony poszkodowanego – 150 tys. zł. (łącznie 160 tys. zł., czyli około 40 tys. euro).

Warto podkreślić, że mowa o zadośćuczynieniu za śmierć osoby bliskiej, czyli wynagrodzeniu krzywdy. Dodatkowo należne jest odszkodowanie za znaczące pogorszenie sytuacji życiowej na skutek śmierci osoby bliskiej oraz ewentualna renta – jeśli na zmarłym ciążył obowiązek alimentacyjny. Sprawca powinien też pokryć koszty pogrzebu.

Jaki z tego wniosek? Zadośćuczynienie w przypadku śmierci osoby bliskiej, na jakie możne liczyć współmałżonek czy dziecko osoby bliskiej kształtuje się na poziomie średnim, biorąc pod uwagę reguły obowiązujące w innych krajach Europy. Czyli prawo mamy dobre, a i sądy coraz częściej odpowiednio je stosują, stając na straży praw poszkodowanych.

Diabeł tkwi w szczegółach

Po pierwsze: ubezpieczyciele ostentacyjnie i bez szacunku dla ofiar i ich rodzin rażąco zaniżają wypłacane dobrowolnie zadośćuczynienia. Liczą, że uporem skutecznie zniechęcą poszkodowanych do zatrudnienia prawnika i walki o swoje w sądzie. Najwyraźniej nadal im się to opłaca, skoro po takim procesie, jakie opisany wyżej, bez mrugnięcia okiem płacą odsetki za czas trwania procesu. W końcu zarobili na te odsetki. Zarobili na tych poszkodowanych, którzy zadowolili się jałmużną, wypłaconą łaskawie jako „bezsporne zadośćuczynienie” i uwierzyli w standardowe argumenty zawarte przez ubezpieczyciela w decyzji odmawiającej wypłaty.

Po drugie: Sądy, jakkolwiek zarzekają się, że nie sugerują się orzecznictwem, to wciąż się zdarza, że przy ustalaniu wysokości zadośćuczynienia, ulegają pokusie trzymania się w granicach wyznaczonych przez już opublikowane, wydane w innych sprawach wyroki.

Na szczęście, coraz częściej Sądy dostrzegają, że najważniejszy jest człowiek. Człowiek, który zginął i człowiek, który go opłakuje.

 

 

 

 

Biegły medyk czy polityk?

Jolanta Budzowska        30 sierpnia 2018        16 komentarzy

Temat biegłych lekarzy i wydawanych przez nich opinii na temat leczenia poszkodowanych pacjentów powraca jak bumerang. Trudno się dziwić, bo opinie to esencja sporów w sprawach o błędy medyczne. Od opinii zależy “być albo nie być”, czyli wygrać lub przegrać. Od opinii zależy też w dużej mierze – na szczęście już nie tylko biegły ma na to wpływ – to, jakie odszkodowanie za błąd medyczny uzyska poszkodowany i jakie zadośćuczynienie za krzywdę pacjenta sąd uzna za odpowiednie.

 

Na ocenę biegłego czekam więc zawsze z niecierpliwością. Opinie bywają różne: rzetelne (niezależnie od tego, dla której ze stron procesu ich wnioski są korzystne) i nierzetelne, szczegółowe i “po łebkach”, obiektywne i “zaangażowane”. Zdarzają się też dowcipne: te lubię czytać najbardziej, bo jeśli zarazem są rzetelne, szczegółowe i obiektywne, to nie ma lepszej lektury, nawet w czasie urlopu:-)

 

Nigdy dotąd nie zdarzyło mi się jednak przeczytać opinii, która jest w całości nie na temat.  Aż do teraz.

 

W sprawie chodziło o zbyt wczesne – wbrew zaleceniom anestezjologa –  przekazanie chorego po operacji  z zakresu chirurgii twarzowo-szczękowej na salę ogólną, na której nie był monitorowany i odpowiednio nadzorowany. Doszło do obrzęku krtani i niedotlenienia. Nie wykryto na czas powikłań, nie udzielono odpowiednio sprawnie skutecznej pomocy. Pacjent zmarł. W trakcie kontroli NFZ wskazał na rażące nieprawidłowości w organizacji pracy szpitala.

 

Zacytuję opinię obszernie, aby każdy mógł wyrobić sobie własne zdanie.  Na podstawie tej opinii, wydanej przez pewnego profesora medycyny, pewien rzecznik odpowiedzialności zawodowej lekarzy umorzył postępowanie, czyli uznał, że nikomu z personelu medycznego, żadnemu lekarzowi, nie można postawić jakiegokolwiek zarzutu. A że pacjent zmarł?

 

“Aby dobrze uzasadnić moją opinię muszę podać kilka informacji wstępnych, które były w kilku miejscach poruszane w aktach sprawy.

Zaskakująca jest opinia płatnika (NFZ) o niewystarczającym personelu dla realizacji kontraktu. Personelu pod względem jakości i ilości jest tyle, na ile wystarcza pieniędzy przekazanych od płatnika.

 

Konsekwencją permanentnego niedofinansowania oddziałów zabiegowych, w tym oddziałów chirurgii szczękowo-twarzowej jest tworzenie konglomeratów z innymi oddziałami, np. z neurochirurgią, laryngologią czy chirurgią. Dyrektorom szpitalowi (szpitali) pozwala to zbilansować budżet poprzez pracę tego samego personelu na 2-ch lub kilku oddziałach. Oczywiście skutkiem administracyjno-medycznym jest większe obciążenie personelu.

 

Kolejnym wynalazkiem biednej medycyny jest redukcja liczby lekarzy dyżurujących na oddziałach zabiegowych. Cywilizowane minimum to 2 lekarzy, najlepiej specjalistów jednoimiennej specjalizacji z profilem oddziału, na jakim pełnią dyżur. W chirurgii szczękowo-twarzowej operuje  się zwykle w zespołach 3-osobowych. A zatem trzyosobowy ostry dyżur jest w pełni wydolny medycznie. Może zapewnić specjalistyczną opiekę każdemu przywiezionemu lub obecnemu na oddziale pacjentowi. Nawet dyżur 2-ch lekarzy, w tym 1 specjalista, a drugi specjalizujący się, jest rozwiązaniem akceptowalnym. Taki kompromis zapewnia opiekę pacjentom i szkolenie lekarzom. Mniejsze obsady nie są już kompromisem. Są kompromitacją Kraju, Narodowego Funduszu Zdrowia i Służby Zdrowia.

 

Praktyką naszego kraju jest pełnienie dyżurów w oddziałach zabiegowych przez 1 lekarza zwykle niespecjalistę, często bez możliwości telefonicznego skonsultowania swoich poczynań drogą telefoniczną.

 

To samo dotyczy zespołu pielęgniarskiego. Decyzja o pracy 1 pielęgniarki na oddziale laryngologicznym i chirurgii szczękowo-twarzowej, zarówno na salach chorych, odcinku pielęgniarskim i na sali pooperacyjnej, to zbyt wielkie obciążenie. Zbyt wielkie nawet dla 2 pielęgniarek. Powinno ich być minimum trzy. Ale trzeba tym osobom zapłacić należytą pensję, za tą bardzo odpowiedzialną i trudną pracę. Gdzie jest płatnik?

 

Ta ekstremalnie trudnia sytuacja trwa od lat. Jak to możliwe ? Czy w naszym kraju jest wojna, kataklizm, zniknęły potrzeby lecznicze lub lekarze?

 

Mimo powyższych trudności i obciążeń, w przedmiotowej sprawie, zespół 2-ch osób dyżurnych spełnił swoje zadanie. Zatem uważam, że poszukiwanie winnych wśród lekarzy i pielęgniarek, którzy byli przy Panu [xx] jest niezasadne. Zrobili więcej niż mogli.

 

Warto patrząc na dokumentację tej tragicznej sprawy zrozumieć, jak działa oddział chirurgii szczękowo-twarzowej, a jak powinien.

 

Oddział chirurgii szczękowo-twarzowej powinien być samodzielnym oddziałem w szpitalu (może nie w każdym szpitalu, ale w dwóch lub trzech w każdym województwie). Powinien mieć codzienny dostęp do sali operacyjnej, mieć salę pooperacyjną, kilka sal chorych, personel lekarski i pielęgniarski w wystarczającej liczbie, aby mógł rzetelnie pełnić swoje obowiązki, pełnić całodobowe stacjonarne dyżury lekarskie minimum 2-osobowe (specjalista i specjalizant lub dwóch specjalistów).

 

Na to ma obowiązek łożyć państwo, w takiej wysokości, aby dyrektor szpitala mógł utrzymać możliwość leczenia specjalistycznego.

 

Odpowiadając na zadane przez Pana Rzecznika pytania:

  1. postępowanie lekarzy było prawidłowe i zgodne z zasadami sztuki,
  2. nie było uchybień,
  3. postępowanie prowadzone przez lekarz medycyny [lekarz bez specjalizacji] było prawidłowe.

Bardzo chciałbym, aby ktoś decydujący o finansowaniu i działaniu Polskiej Służby Zdrowia przeczytał, załączony do akt, list  matki zmarłego pacjenta i pomyślał nad nim.”

 

Z biegłym częściowo się zgadzam: system ochrony zdrowia nie jest racjonalnie zorganizowany, a pieniądze przeznaczane na lecznictwo szpitalne mogłyby być na pewno lepiej wydawane.

 

Jednak szpital, którego nie stać na bezpieczne dla pacjentów leczenie, powinien być zamknięty. Jeśli lekarze pracują w warunkach nie pozwalających im na leczenie zgodne z aktualną wiedzą medyczną, to nie powinni biernie akceptować tego stanu, skwapliwie przyjmując co miesiąc  (w ramach protestu?) wynagrodzenie wpływające na ich konto. Pacjent ma prawo wiedzieć, że będzie leczony w warunkach medycyny wojennej, że po przekroczeniu progu szpitala naraża się na ogromne niebezpieczeństwo, jak wynika z opinii biegłego! Może wtedy podjąłby inną decyzję, wiedząc, że na szali jest jego życie…

 

Nie zgadzam się z biegłym fundamentalnie co do jednego, że:

  1. postępowanie lekarzy było prawidłowe i zgodne z zasadami sztuki,
  2. nie było uchybień,
  3. postępowanie prowadzone przez lekarza medycyny [lekarz bez specjalizacji] było prawidłowe.

 

Nie, nie było. I nie jest w porządku, kiedy “merytoryczna” część opinii ogranicza się do takich trzech stwierdzeń, wygłoszonych ex cathedra, bez jakiegokolwiek uzasadnienia. i to po tyradzie nie na temat, a właściwie na temat “błędów systemu”, dla której miejsce jest na biurkach polityków, w mediach czy gdziekolwiek indziej, ale z pewnością nie w postępowaniu zainicjowanym przez zrozpaczoną matkę zmarłego syna.

*(w kwadratowych nawiasach moje zmiany, ja też zaznaczyłam boldem niektóre fragmenty)