Na zaproszenie Rzecznika Praw Pacjenta i Rzecznika Finansowego

Jolanta Budzowska        19 kwietnia 2018        Komentarze (1)

Właśnie zakończyła się zorganizowana przez Rzecznika Praw Pacjenta i Rzecznika Finansowego konferencja: „Rekompensata za utratę zdrowia i życia – praktyczne aspekty dochodzenia roszczeń”. Bardzo bym chciała wziąć za dobrą monetę słowa mec. Aleksandra Daszewskiego z Biura Rzecznika Finansowego, który na koniec życzył wszystkim miłego weekendu. Jakiego weekendu?? Miły na pewno będzie, ale trzeba przeżyć jeszcze piątek:-) ! I wrócić do domu z Warszawy!

Byle więc do piątku, a potem do weekendu (wiadomo, miłego!) – bo to był ciężki tydzień. Dwie rozprawy w różnych miastach, posiedzenia Wojewódzkiej Komisji ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych, dwie konferencje, z których jedną mam właśnie za sobą.

Już jakiś czas temu przyjęłam zaproszenie Rzecznika Praw Pacjenta do wygłoszenia w ramach tego wydarzenia wykładu na temat „Praktycznych aspektów dochodzenia roszczeń za błędy medyczne”, a dziś przyszedł czas na realizację zobowiązania. Wykład podobno OK, miejmy nadzieję, że skutecznie dorzuciłam swoje trzy grosze do dyskusji na temat, na jakie – delikatnie rzecz ujmując – niespodzianki może natrafić poszkodowany pacjent, który w sądzie dochodzi zadośćuczynienia i odszkodowania za błąd medyczny.

Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta i mec. Jolanta Budzowska

Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta i mec. Jolanta Budzowska

Na konferencji pojawiło się sporo znanych nazwisk, między innymi prof. Dorota Karkowska, prof. Marcin Orlicki i faktyczni współautorzy naszego kancelaryjnego sukcesu – uznania przez SN praw osób najbliższych ciężko poszkodowanych do zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych – mec. Tomasz Młynarski i mec. Aleksander Daszewski z Biura Rzecznika Finansowego. Piszę o „współautorstwie”, ponieważ jedną z trzech jednobrzmiących uchwał SN wydał na wniosek Rzecznika Finansowego, a drugą w toku prowadzonej przeze mnie sprawy (więcej o tym w poście III CZP 60/17, czyli zadośćuczynienie dla rodziców i rodzeństwa).

Ze wszystkich, bardzo ciekawych głosów, szczególnie warty odnotowania jest referat prof. Marcina Orlickiego, który zastanawiał się nad tym, czy trwające prace nad tzw. standaryzacją zadośćuczynień, mają sens. Na czym miałaby polegać standaryzacja? W skrócie: na przypisaniu konkretnej kwoty zadośćuczynienia za konkretną szkodę na zdrowiu. Czyli lewa noga się źle zrosła? 20 tys. zł. Prawa ręka? Praworęczni otrzymują po 50 tys. zł. I tak dalej. Oczywiście, przykładowe kwoty są (przeze mnie) całkowicie wyssane z palca, tylko na użytek zobrazowania problemu. Tak właśnie – warto dodać, że źle – myślą ci, którzy uważają, że szkoda i krzywda poszkodowanego pacjenta = orzeczony procent uszczerbku na zdrowiu. Najczęściej oczywiście jest to argumentacja forsowana przez ubezpieczycieli.

Prof. Orlicki jest zdania, podobnie jak ja i większość prawników zajmujących się szkodami związanymi z utratą zdrowia i życia, że zadośćuczynienie, które sąd może przyznać próbując tą drogą wynagrodzić krzywdę poszkodowanemu, nie da się ująć w ścisłe, matematyczne ramy.

Jesteśmy zdania, że na przykład (przykład mój, nie Profesora), jeśli na skutek dwóch różnych błędów lekarskich konieczna będzie amputacja prawych nóg u dwóch czterdziestoletnich mężczyzn, to krzywda każdego z nich może mieć inny wymiar i co za tym idzie, wymagać będzie innego zadośćuczynienia.

Bo jeden z nich może bez problemu nauczyć się korzystania z nowoczesnego oprotezowania i zdobywać góry, założyć rodzinę, bez przeszkód zajmować się dziećmi. A drugi, u którego występują problemy z dopasowaniem protezy, może  stracić pracę, która była pasją jego życia, przestać wychodzić do ludzi, a na domiar złego porzuci go żona, bo stwierdzi, że zgorzkniał na tyle, że nie da się z nim żyć.

Krzywda każdego z nich jest inna i byłoby niesprawiedliwe zasądzić każdemu z tych poszkodowanych taką samą kwotę zadośćuczynienia.

Ale kij ma dwa końce. Bo mając pełną dowolność, zarówno podmioty lecznicze, jak i ubezpieczyciele, czy wreszcie – oczywiście w najmniejszym stopniu – sądy powszechne, w podobnych sprawach i stanach faktycznych, włącznie z podobnym wymiarem krzywdy, zasądzają jednak czasem krańcowo różne kwoty. Pół biedy, gdyby te rekompensaty były zawyżone, czyli na korzyść poszkodowanych.

Częściej są jednak zaniżane. I tak, w przypadku śmierci kilkuletniego dziecka, w jednym sądzie okręgowym zapadnie wyrok o zadośćuczynieniu na rzecz każdego z rodziców po 100 tys. zł., a w innym po 30 tys. Trudno nie mieć wrażenia, że to też jest zwyczajnie, po ludzku, niesprawiedliwe.

Pewnym rozwiązaniem, być może, byłoby wprowadzić widełki: nie mniej niż, nie więcej, niż. Z jednym dużym „ale”: nie więcej niż, CHYBA ŻE sąd, z uwagi na szczególne okoliczności uzna, że należne jest zadośćuczynienie przewyższające górną granicę stawki. I ta koncepcja, zaprezentowana dziś przez prof. Orlickiego do mnie jako tako przemawia.

Jako tako, bo wystarczyłaby dolna granica widełek – jako gwarancja dla poszkodowanych pacjentów, że zobowiązani do wypłaty odszkodowania i zadośćuczynienia za błąd medyczny nie będą mogli już nigdy więcej zaproponować jedynie symbolicznej złotówki, jako kwoty, która ma w pełni zrekompensować krzywdę*.

*Co – może trudno w to uwierzyć – ale kilkukrotnie miało miejsce.

 

 

Chcieć to móc: czy błąd lekarski to sprawa dla sądu lekarskiego?

Jolanta Budzowska        15 kwietnia 2018        3 komentarze

Tuż przed Świętami Wielkanocnymi dostałam postanowienie o mnie więcej takiej treści: „Sąd Lekarski Wojskowej Izby Lekarskiej przesyła w załączeniu postanowienie w sprawie zażalenia wniesionego przez pełnomocnika pokrzywdzonej XY  radcy prawnego Jolanty Budzowskiej na postanowienie Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej o umorzeniu postępowania wyjaśniającego w sprawie lekarzy Oddziału Chirurgii (…)  wraz z uzasadnieniem i jednocześnie informuje, że (…) postanowienie jest ostateczne i nie podlega zaskarżeniu”.

To była bardzo dobra wiadomość!

Błąd lekarski - pozew

Dokumentacja medyczna

Zażalenie, w którym wypunktowaliśmy wszystkie nierozpoznane dotąd zarzuty pod adresem jakości opieki pooperacyjnej nad pacjentem, zostało pozytywnie rozpatrzone, a decyzja doskonale uzasadniona. I to przez kogo! Przez Sąd Lekarski!

W sprawie o błąd lekarski pierwsze kroki do Izby Lekarskiej?

Zanim opiszę, czego sprawa konkretnie dotyczyła, kilka zdań wprowadzenia.

Nie jestem zwolenniczką prowadzenia postępowań przed organami samorządu lekarskiego, bo zwykle – jeśli chodzi o ten tryb – sprawdza się przysłowie kruk krukowi oka nie wykole (choć z wyjątkami, o jednym z nich napisałam w poście “Sąd lekarski: kiedy przegrana jest wygraną”). Jeśli już sądy lekarskie stwierdzają uchybienia w pracy lekarza czy naruszenie zasad etyki, to tak, żeby pacjent wychodził z poczuciem, że „wygrał”, ale żeby nawet nie chodziło mu po głowie  odszkodowanie za błąd lekarski w procesie sądowym.

Klasycznym przykładem jest koncentracja uwagi sądów lekarskich na błędach w prowadzeniu dokumentacji medycznej, przy jednoczesnym stwierdzeniu, że nie miały one jednak wpływu na przebieg leczenia, które było prawidłowe. Bo jakżeby inaczej… W efekcie, lekarz dostaje karę upomnienia, a władze izb lekarskich poprawiają statystyki stwierdzonych uchybień zawodowych (czyli nikt im nie zarzuci, że „zawsze” uniewinniają lekarzy i ignorują łamanie zasad etyki zawodowej). I nawet pacjent czasem bezkrytycznie uważa, że wygrał w sądzie lekarskim, bo nie do końca rozumie znaczenie i treść wydanego przez okręgowy sąd lekarski orzeczenia. Klasyczne: Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek (inaczej: Bogu służ, a diabła nie gniewaj), gdzie pacjent, nie da się ukryć, występuje w roli diabła:(

Są jednak sądy dyscyplinarne, które potrafią rzetelnie przeanalizować zarzuty dotyczące błędów lekarskich.

Z uzasadnienia postanowienia Okręgowego Sądu lekarskiego

W tej konkretnie sprawie, w której wydano zacytowane przeze mnie na początku postanowienie zrównujące z ziemią dotychczasowe działania Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej, OSL nakazał Rzecznikowi:

„uzupełnienie materiału dowodowego o:

  • powołanie biegłych z innej placówki medycznej,
  • powtórne wyczerpujące przesłuchanie lekarza [kluczowego świadka, który zajmował się zmarłym pacjentem – przyp. JB] pod kątem ogólnikowych i niezgodnych z dokumentacją zeznań, w szczególności dotyczących całego czasu poświęconego na ratowanie pacjenta od chwili wezwania, to jest od godziny xx:yy”.

Nic dodać, nic ująć

W sprawie podnieśliśmy zarzuty braku opieki nad pacjentem w pierwszej dobie po zabiegu operacyjnym, braku monitorowania pacjenta po zabiegu operacyjnym i opóźnienia oraz nieumiejętnego udzielenia pomocy w sytuacji, gdy wystąpiły powikłania pooperacyjne.

Zmarł młody mężczyzna, pacjent po pomyślnie przeprowadzonym zabiegu z zakresu chirurgii twarzowo-szczękowej.

Opinie biegłych wskazują na błędy i zaniedbania, ale w szpitalu nikt nie poczuwa się do winy. Prokuratura dwukrotnie próbowała zamknąć sprawę i jak dotąd udało nam się temu zapobiec. Sprawa cywilna jest w toku, bez jakiekolwiek woli ugody ze strony szpitala (do tego akurat jesteśmy przyzwyczajeni). Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej Lekarzy, podobnie jak prokuratura, umorzył kolejny raz postępowanie. Walka z wiatrakami…

Przełom po walce 

A jednak wreszcie nastąpił przełom! Po naszym zażaleniu na to umorzenie, trzyosobowy sąd lekarski, w skład którego wchodzą wyłącznie lekarze, dokonał tak rzetelnej analizy sprawy, jak dotąd żaden z biegłych czy śledczych!

Sąd lekarski zadał sobie tyle trudu, żeby między innymi skonfrontować zeznania lekarza (kluczowego świadka) złożone na Policji z jego wyjaśnieniami podczas przesłuchania przeprowadzonego przez prokuratora i potem – trzeci raz – przez RzOZL. Zauważył, na co konsekwentnie już wcześniej wskazywaliśmy wszystkim organom dotąd prowadzącym sprawę, że te zeznania są niespójne, mają charakter wymijający i pozostawiają wątpliwości co do postępowania lekarzy opiekujących się pacjentem po zabiegach operacyjnych.

W zasadzie płynie z nich wniosek, że decyzje lekarzy opiekujących się pacjentem po operacjach , są podejmowane pod wpływem kaprysu lub impulsu, a nie po analizie stanu zdrowia pacjenta.

Swoją drogą, może tak po prostu jest?  Może tolerowanie bylejakości w połączeniu z bezkarnością doprowadziło w tym szpitalu do takich standardów? Nie bez zdziwienia sam Sąd Lekarski konstatuje w uzasadnieniu, że wygląda na to, że lekarz podjął decyzję o przeniesieniu pacjenta na salę ogólną w pierwszej dobie po zabiegu operacyjnym bez osobistego zbadania i skontrolowania, czy stan chorego na to pozwalał.

Kluczem do ustalenia, czy i kto zawinił w tej sprawie, jest ocena jakie czynności wykonano i w jakim czasie, by udrożnić drogi oddechowe pacjenta i zapobiec nagłemu zatrzymaniu krążenia (NZK), a następnie śmierci młodego człowieka.

5 lat ciężkiej pracy Rzecznika i Prokuratury

Minęło 5 lat pracy organów, które są powołane do wyjaśniania spraw, gdzie zachodzi podejrzenie o błąd lekarski, a dziś jesteśmy niemal w punkcie wyjścia.

Wypunktowanie błędów w postępowaniach wyjaśniających prowadzonych dotąd przez różne organy, w tym prokuraturę i Odpowiedzialności Zawodowej i weryfikacja naszych zarzutów zajęło Okręgowemu Sądowi Lekarskiemu niespełna… dwie strony uzasadnienia. Żeby tak to sprawą zajmowano się od początku…

Dwie strony argumentacji trafionej w punkt.

Chcieć, to móc.

SĄD NAJWYŻSZY po stronie poszkodowanych – zadośćuczynienie za krzywdę

Jolanta Budzowska        27 marca 2018        9 komentarzy

Dzisiaj zapadła niezwykle ważna, przełomowa i bardzo korzystna dla poszkodowanych pacjentów uchwała wydana w sprawie, którą prowadzimy wspólnie z mec. Karoliną Kolary. Przyznaje prawo do zadośćuczynienia za krzywdę osobom najbliższym poszkodowanego.

Oto i ona:

Uchwała składu 7 sędziów Sądu Najwyższego z dnia 27 marca 2018 r. III CZP 60/17:

„Sąd może przyznać zadośćuczynienie za krzywdę osobom najbliższym poszkodowanego, który na skutek czynu niedozwolonego doznał ciężkiego i trwałego uszczerbku na zdrowiu”.

Krótkie wprowadzenie do sprawy, w toku której ten właśnie pogląd wyraził Sąd Najwyższy.

Sabina*, dzisiaj dziesięcioletnia już dziewczynka, choruje na lekoodporną padaczkę, nie mówi, nie siedzi, nie kontroluje czynności fizjologicznych, nie je samodzielnie, cierpi na czterokończynowe porażenie i nie ma z nią żadnego kontaktu intelektualnego.

Jak do tego doszło? Drastyczne zaniedbania lekarzy w czasie porodu, w tym zaniechanie natychmiastowego przeprowadzenia cesarskiego cięcia mimo jasnego obrazu KTG, że dziecko umiera, przeprowadzenie porodu kleszczowego co najmniej pół godziny później, niż powinno nastąpić cięcie cesarskie   – niech za odpowiedź wystarczy ten fragment uzasadnienia Postanowienia Sądu Najwyższego…

Wysokie zadośćuczynienie za błąd lekarski

SN zajmował się sprawą, bo od wyroku Sądu Apelacyjnego zasądzającego dla małoletniej powódki 1 milion 200 tysięcy zł, dla jej matki 300 tysięcy zł. i dla ojca 200 tysięcy zł. zadośćuczynienia – skargę kasacyjną wniósł winny tym wszystkim zaniedbaniom szpital. Pisałam o tej (i innych, już “nie naszych” sprawach) w poście na blogu bladprzyporodzie.com. 

Rozpoznając skargę, SN powziął jednak poważne wątpliwości prawne co do wykładni przepisów: czy prawo do zadośćuczynienia ma tylko ten poszkodowany, który doznał poważnego uszczerbku na zdrowiu, czy też także członkowie jego rodziny (jak w naszej sprawie, rodzice poszkodowanego dziecka).

Uchwała składu 7 sędziów Sądu Najwyższego

Sąd Najwyższy, który na co dzień rozpatruje sprawy w składzie 3-osobowym, postanowił więc przedstawić to zagadnienie prawne do rozstrzygnięcia składowi siedmiu sędziów Sądu Najwyższego. Jakie znaczenie ma taka uchwała?

Z wnioskiem o podjęcie uchwały w poszerzonym składzie uprawnione podmioty występują wówczas, gdy w orzecznictwie sądów powszechnych, sadów wojskowych lub Sądu Najwyższego ujawnią się rozbieżności w wykładni prawa. Takie rozbieżności występowały w sprawach o odszkodowanie za błędy medyczne i wypadki drogowe, bo niektóre sądy wychodziły z założenia, że skoro nie ma przepisu, który by wprost przewidywał zadośćuczynienie dla tzw. „pośrednio poszkodowanych”, to osobom najbliższym taka rekompensata nie przysługuje.

Uchwała Sądu Najwyższego podjęta w składzie „siódemkowym” oddziałuje na orzecznictwo sądów powszechnych siłą autorytetu tego Sądu. Można się więc spodziewać, że już nie będzie przypadków kwestionowania prawa najbliższych członków rodziny osób najciężej poszkodowanych do odpowiedniego zadośćuczynienia.

Uchwała III CZP 60/17 – zadośćuczynienie dla najbliższych

Dziś sprawą zajmował się taki właśnie poszerzony skład Sądu Najwyższego. I tenże Sąd przyznał nam rację! Nie znamy co prawda jeszcze treści uzasadnienia, ale już z samej sentencji uchwały, którą zacytowałam na początku, jasno wynika, że:

  • jeśli poszkodowany doznał ciężkiego i trwałego uszczerbku na zdrowiu, np. jest sparaliżowany lub niesprawny intelektualnie,
  • jeśli jest to spowodowane czynem niedozwolonym (przyczyną jest np. błąd medyczny czy zawiniony wypadek komunikacyjny lub wypadek w gospodarstwie rolnym),
  • naruszone są dobra osobiste osób najbliższych (np. męża, żony, rodzeństwa, rodziców poszkodowanego) w postaci możliwości budowania typowych relacji rodzinnych i osoby te doznały krzywdy,

to sąd może przyznać osobom najbliższym, nie tylko poszkodowanemu, zadośćuczynienie za tę krzywdę.

Gwarancja szczęścia?

Wielokrotnie prezentowałam stanowisko, że osoby bliskie poszkodowanemu powinny mieć prawo do rekompensaty. Cieszę się, że i tym razem Sąd Najwyższy przeciął spekulacje i jednoznacznie wypowiedział się po stronie poszkodowanych.

Oczywiście, stan szczęścia rodzinnego nie jest prawnie gwarantowany. Nikt nie zagwarantuje nam, że nie zapadniemy na ciężką chorobę. Ale kiedy ta ciężka choroba – jak w przypadku dziecka, które stało się mimowolnym bohaterem opisywanej batalii sądowej, jest skutkiem rażącego błędu przy porodzie, i ktoś – lekarz, położna, szpital – odpowiada za zniszczenie życie dziecka, to powinien odpowiadać też za dalsze szkody: zniszczenie życia jej rodziców.

Sąd Najwyższy przyznał nam rację. Uznał, że prawo dostarcza nam narzędzi ochrony. Że prawo daje nam gwarancje – nie, nie szczęścia, ale rekompensaty za bezprawne naruszenie dóbr osobistych nie tylko poszkodowanego, ale i osób najbliższych poszkodowanego.  Zrobiono mały krok w kierunku poprawy sytuacji poszkodowanych pacjentów. Chwała za to Sądowi Najwyższemu.

*imię zmienione

 

Na wstępie przepraszam za czarny humor w tytule, z tym “przyszłym” poszkodowanym pacjentem, to jakoś samo się napisało:-)

Mówiąc poważnie, wiadomo, że każdy z nas kiedyś będzie pacjentem, miejmy nadzieję jednak, że uda nam się uniknąć statusu ofiary błędów w leczeniu. Można sobie w tym nieco pomóc. Świadomy pacjent to bezpieczniejszy pacjent.

Powracając do tytułowego pytania: “Kiedy szukać prawnika od błędów medycznych”, podaję prawidłową odpowiedź:

“Jak naszybciej”. Ale bez przesady.

Przed leczeniem?

Zdarzyło mi się, że zaprzyjaźniona prawniczka, ale nie zajmująca się na co dzień sprawami o błędy lekarskie zatelefonowała do mnie z pytaniem, że niedługo ma termin porodu i na co powinna być wyczulona, jak już trafi do szpitala:-)

Hmm, w pierwszym odruchu chciałam powiedzieć, żeby nie przesadzała. Ale po chwili pomyślałam, że w zasadzie, wykonała dobry ruch. Przecież nic mi nie szkodzi powiedzieć jej (nie strasząc oczywiście), że  np. powinna dopilnować, żeby na wynik badania KTG na pewno rzucił okiem lekarz, żeby domagała się USG doppler, gdyby wynik KTG był w najmniejszym stopniu wątpliwy, żeby zgłaszała lekarzom i położnym każdy niepokojący objaw, np. krwawienie.  Poczuła się bezpieczniejsza. Wiedziała, na co zwrócić uwagę. Być może udało się nam wspólnie zminimalizować ryzyko zbagatelizowania przez personel pierwszych objawów zagrożenia dobrostanu płodu. I o to na tym etapie chodziło.

W trakcie leczenia?

Często dostaję też maile prosto ze szpitala, kiedy zaniepokojony pacjent pisze ze smartfona i wysyła zdjęcia na przykład swojej trudno gojącej się rany pooperacyjnej z zasadniczym pytaniem: CO ROBIĆ?

To też nie jest za wcześnie, aby zasięgać rady prawnika od błędów medycznych. Najczęściej jednak moja odpowiedź  brzmi wtedy mniej więcej tak: proszę pozwolić lekarzom się leczyć, na pewno jest Pan w dobrych rękach. Ale nie zaszkodzi upewnić się,  czy pobrano materiał na posiew, czy antybiotyk, jaki jest Panu podawany, jest zgodny z antybiogramem itd.

Jeśli mamy wątpliwości, czy nasze leczenie przebiega zgodnie z planem, to po pierwsze pytajmy. Po drugie, zabezpieczajmy dowody: róbmy zdjęcia rany, zdjęcia dokumentujące np. brak dbałości personelu o czystość, prośmy o kopię dokumentacji medycznej. Bo jeśli się okaże, że jednak doszło do błędy medycznego, to nasze szanse na wygraną będą wówczas większe.

Po operacji naprawczej?

Bywają też do mnie pytania od pacjentów na kolejnym etapie leczenia. Kiedy sytuacja jest już opanowana, ale jeszcze nie wiadomo, czym to wszystko się skończy i jaka była rzeczywista przyczyna komplikacji. Tzn. na przykład, wykryto przemieszczenie materiału zespalającego, ale była konieczna operacja naprawcza. Czy to skutek normalnego powikłania czy jednak ortopeda popełnił błąd przy pierwszej operacji? Pacjent na razie się rehabilituje, nie wiadomo czy uda się uzyskać prawidłowy zrost i pełną sprawność kończyny. Co wówczas?

Jak wyżej od słów “po drugie”:-) – czyli dokumentujmy na własną rękę proces leczenia i rehabilitacji, róbmy zdjęcia, prowadźmy notatki odnośnie wizyt, zabiegów i kosztów, i … swojego samopoczucia. W razie procesu, te informacje mogą się okazać bardzo przydatne.

Ponieważ leczenie nie zostało zakończone, trzeba  skrupulatnie gromadzić dokumentację medyczną (pełną, nie tylko karty informacyjne z leczenia szpitalnego, ale też kopie pełnej dokumentacji z leczenia szpitalnego i z wizyt kontrolnych, opisy badań itd.). oraz gromadzić rachunki. Wszystkie zalecenia brać od lekarzy i np. rehabilitantów na piśmie.  Zachowywać kopie recept.

W takiej sytuacji należy się do mnie ponownie odezwać po zakończeniu leczenia, a przynajmniej, kiedy sytuacja będzie ustabilizowana na jakimś etapie. Pamiętając jednak o przedawnieniu!  Kiedy leczenie jest w trakcie,  to na ogół nie jest możliwe ustalenie, jaką szkodę na zdrowiu (szeroko pojętą) pacjent poniósł i poniesie jeszcze w przyszłości, a zatem formułowanie roszczeń finansowych byłoby przedwczesne. Odszkodowanie za błąd lekarski musi odpowiadać rozmiarowi szkody pacjenta.

“Wciąż się zastanawiam: czy ruszać sprawę błędów w leczeniu?”

Jest jeszcze jeden etap: tzw. “ostatni dzwonek”. Leczenie, podczas którego doszło do błędów, miało miejsce już dość dawno, np. rok, dwa lata temu. Nie ma na co czekać! Lepiej nie zabierać się za sprawę pod presją grożącego przedawnienia! jak najszybciej do prawnika, on dalej powie, co robić!

Zapraszam!

Podsumowując: każdy etap leczenia jest dobry, aby skorzystać z rady prawnika od błędów medycznych:) Zapraszam: j.budzowska@bf.com.pl!

“W szoku. Moja droga od lekarki do pacjentki. Cała prawda o służbie zdrowia”

Jolanta Budzowska        16 marca 2018        7 komentarzy

Tytuł tego posta to zarazem tytuł książki, której premiera jest zaplanowana na 18 kwietnia br. Jak trafiła już teraz do moich rąk? Dostałam ją wprost od Wydawnictwa Znak Literanova, z prośbą o lekturę i recenzję*. Co oczywiście potraktowałam jako swojego rodzaju wyróżnienie!

*****

Odszkodowanie za błąd lekarski

Książka rzeczywiście, zgodnie z tym, co kierowało wydawcą, idealnie wpasowuje się w moje zawodowe i prywatne zainteresowania. Żeby nie zdradzić fabuły powiem tylko, że opowiada o szczegółach diagnozy i terapii z punktu widzenia pacjentki, która nie przestaje być lekarką: “na ból zareagowałam analizą diagnostyki różnicowej i rokowań typowych dla mojego przypadku”. Więc jest przy tym, hmm, dość detaliczna w opisach. Jednak po chorobie, już w pracy, jak pisze: sercem pozostała w królestwie pacjentów.

Mam wielu klientów, którzy są zarazem lekarzami i pacjentami, reprezentuję ich w ich własnych sprawach, po tym, jak zostali poszkodowani przez błędy lekarskie kolegów. Lekarze i pielęgniarki zwracają się też do mnie często w sprawach błędów medycznych popełnionych podczas leczenia ich  najbliższych.  Myślę, że wielu z nich mogłoby napisać równie fascynującą książkę, jak ta, której autorką jest lekarka, dr Rana Awdish. Biorąc jednak pod uwagę różnice w mentalności i przepaść, jaka dzieli – nazwijmy to – „amerykańskie” podejście do życia i polski sceptycyzm oraz skłonność do krytycznego oglądu rzeczywistości, zapewne nie byłaby tak pozytywna.

Bo książka, mimo bardzo trudnej tematyki, tchnie optymizmem. Fabuła jest w zasadzie prosta: autorka, a zarazem główna bohaterka opowieści (bo książka ma charakter autobiograficzny), w decydującym momencie swojego życia zawodowego musi odłożyć karierę na bok, bo sama zostaje pacjentką. W dodatku tego samego szpitala, w którym wcześniej pracowała…

Właściwie na tym powinnam zakończyć recenzję, bo opowieść jest naprawdę wciągająca i nie chcę “spalić” ani jednego wątku. Lepiej się w nie zagłębiać samemu, w swoim tempie.  Dodam tylko, że tchnie autentyzmem: opisy chorób, dolegliwości, procesu stawiania diagnozy, czynności podejmowanych w szpitalu – są momentami takie, że można by je przedstawiać jako case study na wykładach dla studentów medycyny. Nic dziwnego, w końcu przebieg wydarzeń relacjonuje lekarka!

Nie jest to zarazem suchy podręcznik medycyny, a właściwie zupełnie nie. Czyta się znakomicie, bo to książka o uczuciach. O miłości, o obojętności, o rezygnacji, o empatii. O wszystkim, co dotyka człowieka, który zachoruje.

Pacjenci z pewnością mogą z niej wynieść bardzo dużo, począwszy od wiedzy o tym, jak słuchać swojego organizmu, przez zakulisowe informacje o tym, co może kryć się za takim a nie innym zachowaniem lekarza, a skończywszy na bardzo konkretnych radach, jak przygotować się do wizyty u lekarza i jak się podczas niej zachować.

Mała próbka:

“Na szczególnie ważną wizytę zabierz ze sobą osobę towarzyszącą, która pomoże ci zapamiętać/zanotować zalecenia lekarza. (…) Przygotuj listę. Postaraj się jak najlepiej wykorzystać wizytę i z odpowiednim wyprzedzeniem zapisz pytania, niepokojące objawy oraz wszystkie kwestie, które twoim zdaniem winny zostać poruszone. Prowadź dziennik objawów.”

Pacjenci, przeczytajcie tę książkę. Uczy, jak być świadomym pacjentem i pokazuje, że można pokonać najcięższą chorobę.

Członkowie rodzin pacjentów, przeczytajcie tę książkę. Pomoże wam zrozumieć chorego i wspólnie przetrwać trudny okres choroby, a także podpowie, jak walczyć o prawa pacjenta.

Najwięcej jednak z lektury książki mogą wynieść lekarze. Autorka książki, po pokonaniu choroby, dzieliła się z kolegami lekarzami doświadczeniami z czasu, kiedy była pacjentką. Gdy zaproszono ją do wygłoszenia prezentacji na temat wstrząsu septycznego z perspektywy pacjenta, w wykładzie ujęła nie tylko opis kliniczny poszczególnych etapów leczenia. Przeplotła tę opowieść slajdami z wypowiedziami, które jako pacjentka słyszała na każdym etapie jej pobytu w szpitalu.

“Białe słowa na czarnym tle, wyświetlane przed milczącym audytorium.

(…)

Pani nerki nie pracują. 

(…)

Powinna pani przytulić dziecko. Nie chcę, żeby to zabrzmiało zbyt drastycznie, ale po kilku dniach w kostnicy skóra dziecka robi się bardzo delikatna i zaczyna się rozpadać. 

(…)

Przynajmniej pani nie umarła.

Lekarze, przeczytajcie tę książkę. Wiem, Polska to nie Ameryka, ale nie wszystko, co można zrobić dla siebie będąc lekarzem i nie wszystko, co można poprawić w relacjach pacjent – lekarz, jest uzależnione od pieniędzy.

*Na blogu zamieściłam już kiedyś recenzję innej książki: “Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy”.  Przeczytałam ten post teraz ponownie i widzę, że lekturę tamtej pozycji, mimo że oceniłam ją jako w istocie słabą, też polecałam pacjentom. No tak, wiedzy o zagrożeniach nigdy dość…