Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Czasem w sprawie o błąd medyczny trop prowadzi do samego początku problemów ze zdrowiem, czyli do momentu, gdy dzwonimy po karetkę. Wezwania do pacjentów wymagających pomocy medycznej w stanie zagrożenia życia przyjmuje dyspozytor medyczny. To od niego zależy, czy i gdzie skieruje karetkę. Czy możemy uzyskać nagranie z pogotowia?

Podstawowe znacznie dla oceny, czy dyspozytor medyczny postąpił właściwie i czy załoga karetki miała dobre, wstępne informacje o stanie zdrowia pacjenta, zależy od treści zgłoszenia. Telefon na numer alarmowy 112 i 999  wykonuje się w ogromnym stresie, pod presją. Rozmowy są nagrywane. Czy można sprawdzić, co właściwie powiedzieliśmy dyspozytorowi wzywając pogotowie?

Nie mam dobrych wiadomości. Ani pacjent, ani inna osoba wzywająca pogotowie nie ma bezpośredniego dostępu do nagrania z pogotowia. Dane z SWD PRM*, takie jak:

  • nagrania rozmów telefonicznych,
  • dane osobowe osoby zgłaszającej,
  • dane innych osób wskazanych w trakcie przyjmowania zgłoszenia,
  • pozycje geograficzne,
  • dane teleadresowe lub
  • opis zdarzenia

udostępnia się jedynie na wniosek sądu, prokuratury, Policji lub NFZ.

Nagranie z pogotowia nie jest dokumentacją medyczną. Nie można więc uzyskać nagrania realizując swoje prawo pacjenta do dokumentacji medycznej.

Jak uzyskać nagranie z pogotowia?

Jak uzyskać nagranie z pogotowia?

 

Inaczej wygląda sprawa, gdy już toczy się postępowanie przygotowawcze lub postępowanie sądowe. Prawo do analizy nagrań ma też NFZ w toku prowadzonej kontroli. W taki właśnie sposób – poprzez wgląd do akt sprawy – uzyskałam możliwość zapoznania się z treścią zapisów głosowych wezwań i transkrypcji z nagrań w sprawie Pawła Reka. Treść rozmów z dyspozytorem oraz trasa i czas przejazdu karetki były tu bardzo istotne.

Więcej o historii Pawła możesz przeczytać tutaj: “Dwa lata temu Paweł Rek walczył o życie. Kiedy ruszy proces?” i tutaj: “Wycieczka do Bangkoku”. Ten pierwszy tekst, red. Bartłomieja Furmanowicza, stracił nieco na aktualności, bo oba procesy, karny i cywilny, są już od jakiegoś czasu w toku. Niestety, na pewno jeszcze potrwają.

*System Dowodzenia Państwowego Ratownictwa Medycznego

Jolanta Budzowska:

– Proszę się przedstawić. Skąd Pana zainteresowanie odpowiedzialnością personelu medycznego za bezpieczeństwo pacjentów?

– Jestem diagnostą laboratoryjnym i pozostanę anonimowy, bo wie Pani, środowisko… Moja przygoda z bezpieczeństwem pacjentów zaczęła się w 2017 roku. Wtedy koleżanka, z którą współpracuję w zakresie serologii, przysłała mi pewnego wieczoru alarmującą wiadomość. Wynikało z niej, że mamy problem. Pacjent, który miał już przeciwciała, dostał jedną jednostkę krwi z antygenem. Pacjentowi na szczęście nic się nie stało, nie wystąpił wstrząs. Cały temat się zaczął jednak dla mnie w momencie, kiedy zorientowałem się, że właściwie nikt się tym nie przejmuje.

– Od tego momentu zacząłem przyglądać się takim „słabym punktom” systemu, gdzie niewiele trzeba, żeby wyeliminować ryzyko zdarzenia niepożądanego.

– Jakie błędy systemowe Pan dostrzega?

– Jednym z istotnych błędów systemowych, które powinno się wyeliminować, są trudności z identyfikacją pacjenta. To jest chyba jeden z większych paradoksów bezpieczeństwa pacjenta w Polsce. Przecież co najmniej od 2000 roku wiadomo, że ilość zdarzeń niepożądanych związanych z identyfikacją pacjenta jest bardzo duża. Mimo to temat do teraz jest niezałatwiony.

– Koleżanka opowiedziała mi niedawno taką historię: jest szpital, godzina 18:00, pielęgniarka ma podać pacjentce krew. Wchodzi na salę, podaje imię i nazwisko, pacjentka mówi: – To ja. Pielęgniarka podchodzi do niej, ale jakiś szósty zmysł podpowiada jej, że coś jest nie tak. Pyta drugą pacjentkę, która leży obok: – A jak się pani nazywa? Tak samo jak tamta pacjentka. To było w 2015 albo 2016 roku. Pacjenci, zgodnie z prawem, mają na opasce tylko znak identyfikacyjny, nie ma czytników, kodów kresowych, nic takiego. Po tej sytuacji dyrektor tego szpitala wprowadził zasadę, że na opasce identyfikacyjnej jest też imię i nazwisko, ale zadziałało to tylko na chwilę. Problem wrócił wraz z RODO.  I póki co, nie ma na to mocnych.

– Czy laboratorium ma jakąś rolę do odegrania, jeśli chodzi o bezpieczeństwo pacjenta?

– Omówmy to na przykładzie analityki. Jeśli w laboratorium porównamy aktualny wynik z wcześniejszymi tego samego pacjenta, to przy pewnym doświadczeniu i intuicji, na etapie zatwierdzania wyników, mamy szansę dostrzec nietypowe rozbieżności. Możemy wówczas zawnioskować o drugą próbkę. Bo być może nietypowy wynik glukozy czy markerów nowotworowych jest uzasadniony stanem klinicznym pacjenta? A być może nastąpił błąd w identyfikacji pacjenta? Tym sposobem, przez kontakt z lekarzem prowadzącym pacjenta i ew. powtórne pobranie materiału do badania, jesteśmy w stanie zweryfikować, czy wyniki są na pewno miarodajne.

– No tak, ale to jest wyjątkowa sytuacja. Pan pracuje w laboratorium szpitalnym, czyli zna Pan przynajmniej jakiś fragment historii leczenia pacjenta. Ma Pan możliwość kontaktu z klinicystami. Tego komfortu nie mają laboratoria zewnętrzne. 

– Tak, ale i te laboratoria dysponują wiedzą o krytycznych wartościach, czyli takich, które zagrażają życiu pacjenta. Może to być na przykład bardzo wysoki potas. Potas na poziomie 7-8 mmol/l (hiperkaliemia) może skutkować zatrzymaniem akcji serca. Mogą to być także bardzo wysokie lub bardzo niskie poziomy glukozy. W laboratorium szpitalnym działamy wówczas natychmiast: jedna osoba sprawdza jeszcze raz prawidłowość wykonania badania, a druga równolegle kontaktuje się z lekarzem, żeby przekazać mu informacje o wyniku badania.

– Ponieważ wiele laboratoriów wykonuje też badania na prywatne zlecenia pacjentów, kontaktują się wtedy bezpośrednio z pacjentami. W takiej sytuacji to na pacjencie spoczywa w dużym stopniu odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo.

– Laboratoria są obciążone, lekarze w szpitalach i ambulatoriach zabiegani. Jaką ma Pan gwarancję, że taka informacja, przekazana w rozmowie telefonicznej między Panem a lekarzem, gdzieś nie zaginie, szczególnie np. w porze zdawania dyżuru?

– W naszym szpitalu przepływ informacji jest wspomagany systemem informatycznym. Wartości krytyczne od razu są sygnalizowane: np. niskie wartości krytyczne są podświetlone na niebiesko, a wartości krytyczne powyżej dopuszczalnego poziomu w komputerze widać na czerwono. Jest też dodatkowe pole, w którym wpisuję konsultację z lekarzem. System od razu notuje, kiedy i kto jest zalogowany. Warto dodać, że lekarz musi potwierdzić, że odczytał wynik. Rzeczywiście, czasami mamy problemy z przekazywaniem informacji, najczęściej onkologom, oni nie zawsze odbierają, bo np. akurat badają pacjenta. To też odnotowujemy. Mamy więc jakiś rodzaj zabezpieczenia, możliwość wykazania, że jako laboratorium podjęliśmy próbę przekazania istotnej wiadomości w ciągu 30 min od uzyskania krytycznego wyniku.

– Informatyzacja jest z jednym z elementów bezpieczeństwa pacjentów.

– A co z badaniami na cito? Kiedy lekarz może się zapoznać z wynikami?

– Jak wejdzie do systemu, to może mieć od ręki w pełni wiarygodne informacje: kiedy próbka została pobrana, kiedy dostarczona do laboratorium, kiedy była na poszczególnych analizatorach, kiedy ten wynik był wykonany, kiedy był zatwierdzony. Czasami mam wstępny wynik nawet w pół godziny. On jest jeszcze w toku weryfikacji, ale zalogowany lekarz już ma do niego wgląd i może sobie podejrzeć, jeśli temat jest pilny. Nie czeka się, aż ktoś przyniesie fizycznie papierowe wyniki. Wyniki na cito są dostępne bardzo szybko: morfologia, elektrolity są gotowe w przeciągu 10 minut. Grupa krwi będzie do godziny.

– Problem jest w badaniami zlecanymi laboratoriom zewnętrznym. Na części wydruków, zwłaszcza dużych sieci laboratoryjnych, obserwuję, że na przykład podają tylko jedną datę.  To teraz, jak weźmie pani próbkę moczu, która była pobrana np. w Pruszkowie, dojechała do laboratorium w nieznanym czasie, i nie ma pani dat i godzin, to co jest pani w stanie powiedzieć na przykład na temat czy stabilność tej próbki jest prawidłowa?

– Czy szpitalne laboratorium ma pewną swobodę decyzyjną? Mam na myśli sytuację, gdy np. wykonujecie badanie CRP, które wychodzi trzycyfrowo, a lekarz nie zlecił przy tym prokalcytoniny. Czy możecie sami „dorobić” prokalcytoninę, żeby lekarz miał pełniejszy obraz wykładników stanu zapalnego u pacjenta?

– W pewnym stopniu tak. Szpitale już nie oszczędzają na badaniach, ale poradnie nadal tak. Jeśli lekarz z poradni zleca za złotówkę OB, które ma małą wartość analityczną, a nie zleca CRP, które kosztuje kilka złotych, to czasami z własnej inicjatywy robimy to CRP.

– Wyobraźmy sobie, że mamy sześcioletnie dziecko, któremu morfologię pobierzemy z palca. Na pobranie OB potrzeba aż 1,8 ml krwi, a na CRP znacznie mniej. A dodatkowo wyniki tego badania OB w przypadku dziecka, w traumatycznym pobraniu, czasami są wątpliwe. Robimy więc dodatkowo CRP i czasem zdarza się, że dzwoni lekarz i pyta czemu ma zrobione CRP, to wtedy tłumaczymy, że policzymy to w kosztach tego zleconego badania morfologii, ale z punktu widzenia bezpieczeństwa naszego i pacjenta należało tak zrobić.  Oczywiście, nie neguję generalnie przydatności OB.

– Często obserwuje Pan, że koszty wpływają na jakość leczenia „na NFZ”?

– Podam dwa przykłady: pacjent ma np. zleconą tomografię, a musi odpłatnie zrobić kreatyninę, co jest powszechne. Poradnie cedują ten koszt na pacjenta. Wszyscy to tolerują, choć jest to oczywiście nieprawidłowe. Wiadomo, dlaczego: lekarzom na kontraktach nie opłaca się zlecać badań, bo obniża to ich dochody.

– Czasem zła praktyka kliniczna jest skutkiem braku polityki diagnostycznej. W poradni typu alergologicznej lekarze na kontraktach nie są w stanie w ramach NFZ wykonać pacjentowi za jednym zamachem panelu badań pod kątem alergii, bo one są dosyć drogie. Więc rozpisują pacjenta na trzy, cztery wizyty rozciągnięte w czasie. A część poradni mówi wprost pacjentowi, że musi sobie odpłatnie zrobić badania.

– Jak zmniejszyć ilość zdarzeń niepożądanych?

– Młodzi lekarze używają teraz tylko sformułowania no fault i nie interesuje ich całość leczenia, tylko ten fragment, który dotyczy odpowiedzialności lekarzy. Takich na przykład mikrobiologów interesuje tylko zakażenie szpitalne. Ale całość zagadnień bezpieczeństwa pacjenta to jest połączenie wszystkich tych rzeczy w jednym systemie. Prześledźmy to na przykładzie.

– Jest godzina 11:00, do laboratorium na badania trafia matka z ośmioletnim dzieckiem. Morfologia, CRP, test na mononukleozę. Badanie wykonuje ze swojej inicjatywy, na własny koszt. Wyniki mamy po pół godzinie i podejrzewamy ostrą białaczkę. W związku z tym, że nic nie wiemy na temat tego dziecka, kontaktujemy się telefonicznie z matką. I dowiadujemy się, że dziecko było na SOR kilka godzin wcześniej, zostało wypisane z podejrzeniem mononukleozy. Leukocyty miało na poziomie 24 tys./μl. Ale nie był robiony wymaz. I zalecenie, że ma wykonać kontrolną morfologię później.

– Na wypisie ma pani dwie pieczątki – jedna to prawdopodobnie rezydent, druga jest tylko do góry nogami, nie ma podpisu, więc zakładam, że ten lekarz nawet nie widział tego dziecka, rozumie pani, „specjalista”.

– Wykonujemy barwienie, sprawdzamy, podejrzewamy, że jest białaczka, odsyłamy matkę do szpitala. Już znając geografię tej sytuacji, odsyłamy ją na inny SOR. Mija kilka godzin, jest już 17:00, matka do nas telefonuje i mówi, że jest odmowa przyjęcia dziecka w innym szpitalu. Nam się to w głowie nie mieści. W dużym mieście wojewódzkim dziecko tuła się od jednego renomowanego SOR, do drugiego.

– Więc proszę o możliwość rozmowy z lekarzem. W trakcie rozmowy pytam tę lekarkę czy ona widziała ten wynik. To, co myśmy tam napisali. A ona mi tłumaczy, że nie może przyjąć tego dziecka na SOR, bo ten pacjent był już tego samego dnia na SOR. To był jej argument! Po kilku minutach  decyduje się jednak zająć się dzieckiem, jest godzina 18:00. Kilka dni później mamy rozpoznanie – ostra białaczka limfoblastyczna.

 Co by się stało z tym dzieckiem, gdyby nie było przyjęte?

– W przypadku ostrych białaczek limfoblastycznych cenny jest czas. Im szybciej się włączy leczenie, tym odpowiedź jest lepsza.  Ja, patrząc z analitycznego punktu widzenia i bezpieczeństwa pacjenta, widzę ciąg zdarzeń, który potrafi doprowadzić do tragedii lub im zapobiec. Potrzebne są jednak doświadczenie, odwaga i poczucie odpowiedzialności.

– Kiedyś w Izbie Lekarskiej byłem na szkoleniu prowadzonym przez mec. Radosława Tymińskiego. Hasło mecenasa było takie: „Jak nie wiecie czegoś, to zajrzycie do słownika języka polskiego, zajrzyjcie do przepisu, szukajcie.” Łatwiej jest jednak odesłać pacjenta, niech sam szuka pomocy. A normalny człowiek nie ma przecież odwagi interweniować, bo od razu dostanie łatkę roszczeniowego pacjenta.

Podsumowując: non fault dla lekarzy tak, ale nie bez oglądania się na sytuację pacjenta.

Dziękuję za rozmowę!

Rozmowa była przeprowadzona przed erą COVID-19.

Winston Churchil powiedział kiedyś: “Wierzę tylko w te statystyki, które sam sfałszowałem”. Na statystyce się nie znam, ale to zdanie zapala w mojej głowie pomarańczowe światełko. Wyniki analiz zależą przecież od tak wielu czynników: od jakości danych wyjściowych aż do poprawności wnioskowania.

Nie zrażona tym, postanowiłam jednak przedstawić dziś garść nietypowych danych statystycznych związanych z błędami medycznymi.

Urodziny chirurga a błąd operacyjny

Do ciekawych wniosków doszli ostatnio amerykańscy badacze*.

Otóż przeanalizowali oni blisko 1 mln zabiegów wykonanych przez niemal 50 tys. chirurgów. Z tej liczby 0,2 % zabiegów odbyło się w dniu urodzin chirurga – operatora. Zabiegi miały podobną „ciężkość”, ale już ryzyko dla pacjentów nie. Okazało się bowiem, że po zabiegach, które wykonano w dniu urodzin chirurga śmiertelność była wyższa: o 1,3 %.  Od razu uprzedzę pytania: nie, przyczyną nie był alkohol.

Za czynniki zwiększające ryzyko operacji uważa się te, które rozpraszają uwagę chirurga: np. hałas, problemy ze sprzętem i rozmowy niezwiązane z zabiegiem chirurgicznym. Badacze przeprowadzili analizę  wyników operacji wykonywanych w dniu urodzin chirurga, bo uznali, że mogą one stanowić wyjątkową okazję do oceny związku między rozproszeniem uwagi z przyczyn osobistych, a wynikami pacjenta. Założyli, że chirurdzy mogą być mniej skoncentrowani na operacji lub mogą spieszyć się z zakończeniem zabiegów w dniu swoich urodzin. Efekty leczenia pacjentów mogą przez to być gorsze.  Jak widać po wynikach analizy, ta hipoteza się potwierdziła.

Powikłania, których można było uniknąć

Na marginesie: według danych przytoczonych przez autorów tego samego badania 5-10% pacjentów poddawanych poważnym operacjom szpitalnym umiera po zabiegu, a 20-30% pacjentów doświadcza powikłań. Z tych powikłań 40-60% uważa się za możliwe do uniknięcia. Podobnie, aż 20-40% zgonów po zabiegach chirurgicznych można byłoby zapobiec. Sformułowania “możliwe do uniknięcia” i “można byłoby zapobiec” ostrożnie wskazują na te przypadki, które nazywamy błędami medycznymi w leczeniu…

W Polsce nie dysponujemy porównywalnymi statystykami.

Statystyka błędów medycznych

Statystyka powikłań powinna jednak zdecydowanie się pojawić – nawet w okrojonej formie –  przynajmniej w dwóch momentach. Pierwszy, kiedy pacjent jest informowany o ryzyku zabiegu. Jeszcze zanim wyrazi zgodę na konkretną metodę. Bez rzetelnej informacji zgoda na zabieg nie może być uznana za prawnie skuteczną.

Drugi, jeśli już – niestety – dojdzie do powikłań. Wówczas powinno się przeanalizować, czy np. jatrogenne uszkodzenie było “możliwe do uniknięcia” czy też nie. Omówmy to na przykładzie jatrogennych uszkodzeń przy operacji cholecystektomii.

Jatrogenne uszkodzenie podczas cholecystektomii

Podczas usuwania pęcherzyka żółciowego u pacjentki doszło do jatrogennego uszkodzenia przewodu wątrobowego i prawej tętnicy wątrobowej. Biegły stwierdził, że podczas interwencji chirurgicznych nie zachowano należytej ostrożności operacyjnej. Przecięto i podwiązano istotne struktury, które wcześniej nie zostały prawidłowo zidentyfikowane.

Jatrogenne uszkodzenie

to uszkodzenie będące skutkiem leczenia, niekorzystne dla pacjenta następstwo leczenia. Nie każde uszkodzenie jatrogenne jest spowodowane przez błąd medyczny czy błąd lekarski.

Według danych zawartych w opinii biegłego, ryzyko uszkodzenia dróg żółciowych podczas operacji laparoskopowej to 0,5 %, a wskaźnik polski wynosi 0,4%. Wygląda więc na to, że w Polsce mamy mniej powikłań, niż w innych krajach. Nie wiadomo jednak, ile z tych przypadków, to tzw. dangerous surgery – czyli błędnie wykonana operacja chirurgiczna, a ile zostało spowodowanych dwoma innymi przyczynami niepowodzeń operacyjnych: nietypową anatomią lub zmianami patologicznymi w obrębie operowanych narządów.

Statystyczny pacjent ma 3 nogi

Według mnie słabym pocieszeniem dla pacjenta jest, że “zmieścił” się w (niskiej) statystyce błędów operacyjnych. Pełny obraz sytuacji mielibyśmy, gdyby dane zbierane i analizowane przez NFZ pokazywały na przykład, że co prawda mamy “jedynie” średnio 0,4 % powikłań przy cholecystektomii laparoskopowej, ale szpital X ma ich 0,6 %, z czego aż 90 % to dangerous surgery, czyli spowodowane przez błąd chirurga, a szpital Y ma ich 0,2 % i wszystkie są związane z tym, że szpital ten operuje jedynie najcięższe przypadki. Bo wiecie, jak to jest: ja i mój pies mamy statystycznie po 3 nogi:-)

Dlatego statystyka rzadko przydaje się w sprawach o błąd medyczny. I nie, twierdząc, że doszło do powikłań, bo chirurg miał w dniu operacji urodziny, nie mamy wygranej w kieszeni.  Ale już – mówiąc poważnie – kiedy do poważnych opóźnień w diagnostyce czy decyzji o operacji dochodzi w weekend, szczególnie tzw. długi weekend – warto przyjrzeć się szczegółom.

Jeśli chcesz, żebym przeanalizowała poprawność leczenia z punktu widzenia prawnika zajmującymi się błędami medycznymi, napisz do mnie: j.budzowska@bf.com.pl

 

*“Patient mortality after surgery on the surgeon’s birthday: observational study”

 

Od przeciwników procesowych można się sporo dowiedzieć:) Dzisiejszy post będzie o tym, że wiedzę przydatną pacjentom warto czerpać ze wszelkich dostępnych źródeł. Oczywiście, przede wszystkim z blogów o tematyce medycznej. I to nawet wtedy, gdy autorem jest co prawda adwokat od błędów medycznych, ale taki, który na co dzień występuje w obronie lekarzy.

Uwaga na reklamę: “adwokat od błędów medycznych”

Gdy w trakcie leczenia zwyczajnie szukasz informacji o (swoich) prawach pacjenta czytaj wszystko, jak leci.  Z prawnikami jest jak z lekarzami: warto z różnych źródeł dowiedzieć się, co pisze się na temat danego problemu. Z jednym jednak zastrzeżeniem.

Jeśli jesteś pacjentem, który wpisał w wyszukiwarkę “radca prawny/adwokat od błędów medycznych”, bo szukasz pomocy prawnej, sytuacja z zaufaniem do treści dostarczanej przez internet wygląda nieco inaczej. Ilość ofert, a nawet reklam, może Cię przytłoczyć. Warto więc krytycznie podejść do zamieszczanych na rozlicznych stronach treści i sprawdzić, czy ktoś, kto się przedstawia jako “adwokat od błędów medycznych”, na co dzień jest związany bliżej ze środowiskiem Twoich potencjalnych przeciwników procesowych, czy też służy swoją wiedzą i doświadczeniem pacjentom.

Wybierając swojego pełnomocnika, kierując się… intuicją. Ta na ogół nie zawodzi, szczególnie kobiet;) Mówiąc poważnie: pamiętaj, że prawnikowi i jego kancelarii powierzasz swoją sprawę, której prowadzenie będzie wymagać przede wszystkim wzajemnego zaufania.

Do rzeczy, czyli co czytać, by być świadomym pacjentem

Z czystym sumienia mogę polecić lekturę kilku blogów, które – jakkolwiek przeznaczone dla lekarzy i podmiotów medycznych – mogą się przydać także pacjentowi, który poszukuje odpowiedzi na konkretne pytania, czy zwyczajnie chce poszerzyć swoją wiedzę. Za ich prowadzeniem stoją radcy prawni i adwokaci od błędów medycznych – tyle, że na co dzień doradzający moim przeciwnikom z sal sądowych.

Mec. Bartłomiej Achler: Prawo dla zdrowia

Blog mec. Bartłomieja Achlera Prawo dla Zdrowia  to blog dla przedsiębiorców prowadzących działalność leczniczą. Moją uwagę przykuł ostatni wpis mec. Achlera o dokumentacji medycznej. Można się z niego dowiedzieć m.in. o tym, że okresy przechowywania dokumentacji medycznej są zróżnicowane. Wynoszą:

    • 30 lat w przypadku:
      • zgonu pacjenta na skutek uszkodzenia ciała lub zatrucia,
      • dokumentacji medycznej zawierającej dane niezbędne do monitorowania losów krwi i jej składników;
    • 10 lat w przypadku zdjęć rentgenowskich przechowywanych poza dokumentacją;
    • 5 lat w przypadki skierowań na badania lub zleceń;
    • 2 lata w przypadku skierowań lub zleceń, gdy pacjent się nie stawił;
    • 22 lata – w przypadku dzieci do 2 roku życia;
    • 20 lat – we wszystkich pozostałych przypadkach.

Przy okazji polecam Ci mój post o dokumentacji medycznej (którego możesz także posłuchać!): “Nowe rozporządzenie: dokumentacja medyczna”.

Mec. Łukasza Chmielniak – Białe Kołnierzyki

Mec. Łukasz Chmielniak, prowadzący blog Białe Kołnierzyki, nie jest  adwokatem wyłącznie od błędów medycznych. Zajmuje się generalnie sprawami karnymi gospodarczymi i karnymi skarbowymi, ale często bywa też obrońcą lekarzy. Stąd na jego blogu można znaleźć też sporo wpisów na temat odpowiedzialności karnej za błąd lekarski. Jego ostatni post “Czy adwokat powinien Ci towarzyszyć podczas przesłuchania w charakterze świadka” jest z kolei uniwersalny. Dobrze ilustruje, dlaczego w postępowaniu karnym warto mieć pełnomocnika.

Mec. Aneta Sieradzka – Prawo w transplantacji

Mec. Aneta Sieradzka to zdecydowanie nie “adwokat od błędów medycznych”. Choć jej pasją jest transplantologia i doradzanie podmiotom leczniczym, to prowadzony przez nią blog “Prawo w transplantacji” jest kopalnią wiedzy wszelkiej – przydatnej także pacjentom.

Z jednego z ostatnich wpisów “Informowanie o stanie zdrowia na odległość” można dowiedzieć się na przykład, że kiedy próbujemy uzyskać informacje o stanie zdrowia bliskiej osoby dzwoniąc do przychodni czy szpitala i w odpowiedzi słyszymy „NIE” bo… RODO, to nie wolno odpuszczać. Nie jesteśmy bez wyjścia. Powinniśmy walczyć o swoje prawa, bo można udzielać takich informacji przez telefon!  Jak wyjaśnia Rzecznik Praw Pacjenta, wystarczy, że

– przedstawiciel personelu medycznego zada osobie dzwoniącej kilka “sprawdzających” pytań, weryfikując jej tożsamość oraz uprawdopodobniając, że osoba ta jest osobą bliską dla pacjenta lub osobą upoważnioną.

I to by było na tyle, choć oczywiście wartościowych blogów jest znacznie więcej! O innych napiszę przy kolejnej okazji.

 

Pacjent winny?

Jolanta Budzowska18 grudnia 2020Komentarze (0)

O tym, że proces przeciwko szpitalowi o błąd medyczny wymaga od pacjenta żelaznych nerwów, już kilka razy pisałam (m.in. w poście “To wina matki”). Trzeba być gotowym na nagłe zwroty akcji. Na to, że nagle pojawią się nowe, mniej lub bardziej abstrakcyjne teorie na temat niezawinionych przez nikogo z personelu przyczyn pogorszenia się stanu pacjenta. Gorzej, gdy szpital oskarża samego pacjenta lub jego rodzinę o zaniedbania, a tym samym przyczynienie się do szkody na zdrowiu. 

Pacjent sam winny błędowi medycznemu?

Do najbardziej przejmujących zarzutów, do jakich uciekają się szpitale w procesie o błąd, należą te, które sprowadzają się do obwiniania samego pacjenta albo rodziny za przebieg leczenia. Nie trzeba mieć wielkiej wyobraźni, aby postawić się na miejscu rodzica, któremu zarzuca się, że zbyt późno zareagował na objawy, które – jak się później okazało – zwiastowały sepsę u dziecka. Albo na miejscu matki, której szpital wmawia, że na pewno źle dbała o sobie w trakcie ciąży i stąd ciężkie niedotlenienie, jakie stwierdzono u noworodka.

Nieodwracalne uszkodzenie mózgu

Jeden z tego typu zarzutów pojawił się w sprawie, zakończonej niedawno przeze mnie przed warszawskim Sądem.  Dla poszkodowanego młodego mężczyzny wygraliśmy  1 mln. złotych zadośćuczynienia, 11 tyś. zł. miesięcznie renty, kilkaset tysięcy złotych odszkodowania i odsetki za 5 lat trwania procesu o błąd medyczny. Samo postępowanie nie trwało długo jak na proces o błąd medyczny, bo 4 lata, w sprawie Sąd musiał jednak rozważyć wiele wątków.

W pozwie zarzucaliśmy, że przez opóźnienie w skutecznym przywróceniu oddechu u pacjenta doszło do nieodwracalnych zmian w OUN. Po planowej operacji laryngologicznej pacjent ekstubował się, wyciągnął sobie rurkę intubacyjną. Następnie, wskutek niedotlenienia doszło u chorego do nagłego zatrzymania krążenia. Obecny na sali operacyjnej personel medyczny nie potrafił przywrócić wentylacji. Dopiero wezwany laryngolog skutecznie wykonał intubację przy pomocy diretoskopu. Niedotlenienie i nagłe zatrzymania krążenia u pacjenta doprowadziło do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu. Wskutek tych zdarzeń mężczyzna znajduje się w stanie wegetatywnym.

Pacjent (nie)winny

Szpital twierdził, że to pacjent jest winny. Sam się przecież przyczynił do swojego stanu. Mógł się nie ekstubować…!  No tak, wydawałoby się, logiczne. Bylibyśmy zawsze bezpieczni w szpitalu, gdybyśmy byli zdrowi. Wtedy byśmy przecież w ogóle do szpitala nie trafili, a więc nie byłoby ryzyka, że będziemy źle leczeni. Proste? Proste.

Tyle, że ten pacjent jednak wymagał leczenia szpitalnego. Operacja się udała, ale po niej przez jakiś czas musiał jeszcze oddychać z użyciem rurki intubacyjnej. W chwili, której doszło do ekstubacji, pacjent znajdował się w stanie, w którym nie kontrolował swojego zachowania. Był nadal pod wpływem środka znieczulającego, działał odruchowo. Wyciągnięcie rurki dotchawicznej, które doprowadziło do niedotlenienia, zostało ocenione przez Sąd jako zachowanie niezależne od jego woli.

Przyczynienie się pacjenta

Teoretycznie,  jeżeli poszkodowany przyczynił się do powstania lub zwiększenia szkody, obowiązek jej naprawienia ulega odpowiedniemu zmniejszeniu stosownie do okoliczności, a zwłaszcza do stopnia winy obu stron. Tak mówi przepis.*

Przyczynienie się pacjenta

Tylko zachowanie zawinione lub obiektywnie nieprawidłowe poszkodowanego może stanowić podstawę zmniejszenia należnego mu odszkodowania

Jest jednak kilka warunków, które nie zostały spełnione w omawianej sprawie. Przede wszystkim zachowania pacjenta nie sposób ocenić jako obiektywnie nieprawidłowego. Najważniejsze jednak, co podkreślił Sąd w uzasadnieniu:

“To na personelu medycznym spoczywał obowiązek zapewnienia pacjentowi należytego nadzoru. Teza o przyczynieniu się poszkodowanego w świetle okoliczności sprawy jawi się jako przerzucająca odpowiedzialność na powoda za zachowania, którym powinien zapobiec pozwany Szpital. Zdaniem Sądu wywodzenie korzystnych skutków z własnych zawinionych zaniedbań pozwanego jest niedopuszczalne. Podsumowując stwierdzić należy, że nie było podstaw do przyjęcia się poszkodowanego do powstania szkody.”

*art. 362 Kodeksu Cywilnego

Ps O podobnej sprawie przeczytasz tutaj: “Trudności intubacyjne, czyli kiedy standardowa operacja kończy się tragedią”.