Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Jak długo potrwa sprawa w sądzie?

Jolanta Budzowska27 listopada 20193 komentarze

Pamiętacie Madagaskar? Jak mawiał Król Julian: “rzeczywistość wywołuje u mnie zadziwienie”.  U mnie też:)

Jeszcze nie tak dawno narzekałam, że czas rozpatrywania spraw o błąd medyczny niepokojąco się wydłuża. Od tego czasu na szczęście sporo się zmieniło. Z biegłymi nadal jest niewesoło, ale zmiana przepisów, według których sąd cywilny rozpatruje sprawy poszkodowanych pacjentów, usprawniła procesy lekarskie. Napiszę o tym w szczegółach przy okazji. Jedno jest pewne: poprzeczkę w stosunku do pełnomocników znów znacząco podniesiono, a każdy błąd pełnomocnika przed sądem może dużo kosztować jego klienta.

Ale miałam napisać o “zadziwieniu”.  Moje dzisiejsze, super pozytywne “zadziwienie” jest takie:

21.11.2019 czwartek – wysłaliśmy z kancelarii pozew o błąd medyczny wraz z wnioskiem o zwolnienie od kosztów oraz z wnioskiem o zabezpieczenie renty

22.11.2019 piątek – pozew wpłynął do Sądu Okręgowego w Nowym Sączu

25.11.2019 poniedziałek:

  • Sąd wydał postanowienie w przedmiocie zwolnienia od kosztów (powódka została w całości zwolniona)
  • Wydano zarządzenia: o doręczeniu powódce i pozwanemu postanowienia, o wezwaniu powódki na termin rozprawy, o zawiadomieniu pełnomocnika powódki i pozwanego o terminie, o zobowiązaniu pozwanego do złożenia odpowiedzi na pozew w terminie 14 dni

26.11.2019 wtorek:

  • wyznaczono termin rozprawy w przedmiocie zabezpieczenia renty na 18 grudnia 2019r.
  • wysłano pisma z Sądu do stron

 

I to wszystko w ciągu 3 dni roboczych od wpływu pozwu 😉 Bardzo się cieszymy! Nasza klientka ma szansę na sprawne rozpatrzenie sprawy!

Król Julian-cytaty (źródło: hopaj.pl)

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Ta książka, poza bezpośredniością wyznania zamieszczonego w tytule sugerującego, że tematem będą błędy lekarskie, zainteresowała mnie też z uwagi na narodowość autora. Christian Unge zaakcentował ją już w podtytule: “Wyznania szwedzkiego lekarza”. 

Szwedzki system ochrony zdrowia uchodzi u nas za wzorcowy. Począwszy od jakości, skończywszy na systemie wypłaty rekompensat poszkodowanym pacjentom za szkody poniesione w trakcie leczenia. Postuluje się więc u nas często “drugą Szwecję”.

“Należy  jak najszybciej wprowadzić szwedzki system odszkodowań dla pacjentów”

– tak twierdzi m.in. prof. Romuald Krajewski z Centrum Onkologii – Instytutu w Warszawie. W Szwecji nie szuka się winnych wśród lekarzy, bo żeby pacjent dostał odszkodowanie, wystarczy udowodnić, że błąd lekarski miał miejsce i chory poniósł szkodę (No-Fault Patient Insurance – NFPI).

Czy na pewno?

Błędy lekarskie

Błędy lekarskie

Z książką “Jeżeli będę miał zły dzień, ktoś dziś umrze” wiązałam więc duże nadzieje na weryfikację tych poglądów. Nie pomyliłam się. Autor nie owija w bawełnę. Pisze nie tylko o swoich błędach i pomyłkach, ale też o tym, jak wygląda rzeczywistość w szwedzkich szpitalach. Czy opis:

“Byłem tamtej nocy jedynym lekarzem i miałem się zajmować wszystkimi pacjentami. Ostry dyżur chirurgiczny pełnił tak samo zagubiony kolega stażysta, którego w zasadzie nie widywałem. Nasze dyżurne wsparcie spało w domowych pieleszach, a ja sam dopiero zaczynałem rozumieć, jak czytać kartę pacjenta.”

– nie brzmi znajomo? Założę się, że mógłby się pod nim podpisać niejeden rezydent z polskiego szpitala, pozostawiony na samodzielnym dyżurze nocnym. Autor idzie jednak dalej. Nie pisze jedynie o wadliwej organizacji szpitala i obciążeniu szwedzkich lekarzy, którzy tylko 40 % swojego czasu poświęcają pacjentom, a aż 37 % na obowiązki administracyjne. Stać go też na autorefleksję:

“Moim zdaniem na ten właśnie aspekt naszej pracy – umiejętność przyznania się do pomyłki i przedyskutowania jej z innymi – powinniśmy zwracać baczniejszą uwagę. W kręgach lekarskich panuje powszechny lęk, że ktoś przyłapie nas na popełnieniu błędu. Dlatego właśnie większość lekarzy stara się ukryć swoje pomyłki.”

Unge za przykład modelowego rozwiązania podaje przy tym nie Szwecję, a Stany Zjednoczone i projekt amerykańskiego chirurga, dzięki któremu w wielu klinikach wprowadzono konferencje M&M. Konferencje Morbidity and Mortality (zachorowalność i śmiertelność – w wolnym tłumaczeniu) to nic innego jak cykliczne spotkania lekarzy, którzy omawiają przypadki pacjentów, którzy zmarli lub podczas ich leczenia coś poszło nie tak. Pomyłki kwalifikuje się jako preventable, potentially preventable i non preventable –  czyli możliwe do uniknięcia (błędy lekarskie), potencjalnie możliwe do uniknięcia oraz niemożliwe do uniknięcia. Dyskutuje się otwarcie o niepowodzeniach po to, żeby ustalić co należy zrobić lepiej następnym razem.

Takie podejście wymaga jednak pokory. Szwedzcy lekarze, zdaniem Ungego, mają z tym problem. Brakuje im też pobudek do samokształcenia oraz systemu kontroli wiedzy.

“Większość lekarzy po rezydenturze jest w wieku trzydziestu pięciu do czterdziestu lat – przed nimi kolejne trzydzieści lat pracy jako specjaliści. Przez cały ten czas, jeśli jesteś dyploowanym specjalistą, twoje umiejętności nie są ani razu kontrolowane. Możesz pracować przez dziesięciolecia, nie słysząc od nikogo, że to, co robisz – stosowane przez ciebie leczenie albo sposób wykonania operacji – jest błędne. Dopiero, gdy popełnisz poważny błąd, który zostanie zgłoszony, być może – ale tylko być może – twój brak kompetencji wyjdzie na jaw.”

Czy o taką “Szwecję” nam chodziło? Autor rozwiał kolejny mit. Na marginesie wspomnę, że o tym, że mamy identyczny problem w Polsce, mówił także w głośnym już wywiadzie znany polski ortopeda: “Rozmowa o błędach medycznych z lekarzem, któremu nie jest wszystko jedno”.

Poza wszystkim, książkę pochłonęłam w jedno popołudnie. Z omawianych przeze mnie wątków nie wyciągajcie mylnych wniosków, że to super poważna, analityczna i – w związku z tym najpewniej – nudna publikacja. Nie.

Książka jest pasjonującym opisem wydarzeń związanych z pracą autora jako lekarza. Warstwę – nazwijmy ją – “beletrystyczną” wzbogacają trafne uwagi Ungego na temat organizacji świadczeń leczniczych i przyczyn niepowodzeń i błędów lekarskich. Co równie ważne: książka jest także relacją z pierwszej ręki o pracy wolontariuszy organizacji Lekarze Bez Granic.

Pasjonująca lektura, polecam!

Ps. Postuluje się też u nas “drugą Nową Zelandię”:)  Napisałam o tym w poście: “Błąd medyczny: zgłaszać czy nie zgłaszać”. 

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Rażące niedbalstwo lekarza

Jolanta Budzowska29 października 2019Komentarze (1)

Niedawno media obiegła wiadomość o wyroku skazującym lekarza za nieumyślne wycięcie pacjentowi zdrowej, prawej nerki zamiast lewej – która była objęta zmianami nowotworowymi. Potwierdziły się zarzuty, że lekarz przed zabiegiem nie zapoznał się z wynikami badań tomograficznych i usg. Nie przeprowadził też kontrolnych badań usg i nie znał innych wyników badań pacjenta. To rażące niedbalstwo, zdaniem prokuratury, doprowadziło do nieodwracalnego błędu w sztuce lekarskiej.

Prosty błąd lekarski, łatwy do uniknięcia. Skutki dla zdrowia pacjenta nie do naprawienia.

Podobnie jak w innej sprawie, która zakończyła się wyrokiem zasądzającym wysokie odszkodowanie za błąd lekarski dla rodziny pacjenta. Sam poszkodowany pacjent, ze zdiagnozowaną encefalopatią pourazową, nie dożył wyroku, choć z pozwem wystąpiliśmy niedługo po zdarzeniu.

Chory poddał się operacji czyszczenia zatok. Laryngolog przystąpił do zabiegu bez wcześniejszego zlecenia zdjęcia RTG w celu oceny głębokości zatoki czołowej. Nie zapoznał się nawet z wykonanym wcześniej TK obrazującym topografię zatok. Podczas operacji pomylił struktury anatomiczne. Otworzył czaszkę zamiast zatok. Źle założył też dreny, które mechanicznie uszkodziły płaty mózgu pacjenta. A następnie po operacji, nie dzieląc się z nikim swoimi obawami, że być może popełnił błąd operacyjny i otworzył pomyłkowo dół czaszki, pozostawił pacjenta bez szczególnych zaleceń. Nie udzielił rodzinie żadnych informacji i poszedł do domu.

Lekarz został uznany winnym nieumyślnego spowodowania choroby zagrażającej życiu pacjenta.  Sąd  skazał go na karę 1 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata.

Co łączy te dwie sprawy?

Niefrasobliwość lekarzy? Brak wyobraźni? Rażące niedbalstwo? To nie były operacje ratujące życie, które zwykle wykonuje się pod presją czasu, często bez pełnej diagnostyki. Mieli możliwości zlecenia badań przedoperacyjnych, mieli możliwości zapoznania się z wynikami pacjentów. Mieli czas.

Nie rozumiem, dlaczego nie zrobili tego, co do nich należało.

To tak, jakbym poszła na rozprawę, na której ważą się losy procesu o błąd medyczny i „być albo nie być” mojego Klienta, bez żadnej wiedzy o sprawie i bez akt.

To tak, jakby kasjerka, podliczając nasze zakupy, nabiła na kasę dowolną kwotą i uważała, że wszystko jest OK.

Niewyobrażalne? Błędy zdarzają się każdemu. Dlatego większość osób wykonujących “ryzykowne” zawody, od prawnika po hydraulika, jest ubezpieczona. Tyle, że lekarz jest panem naszego życia i śmierci, i żadne odszkodowanie nie zwróci poszkodowanemu pacjentowi zdrowia.

Czy jestem zwolenniczką „ścigania” lekarzy na drodze karnej? Nie, a szczególnie nie fanatycznie. Tam, gdzie w leczeniu chodzi niekiedy o niuanse, gdy na przykład lekarz wybiera między leczeniem zachowawczym a operacją, która może okazać się przedwczesna, niech o odpowiedzialności szpitala rozstrzygnie sąd cywilny. A wcześniej biegli niech się wypowiedzą, czy decyzje lekarza były zgodne z aktualną wiedzą medyczną.

Jednak tam, gdy zachowanie lekarza było skandaliczne i spowodowało bardzo poważne konsekwencje dla zdrowia pacjenta, jak w opisanych przypadkach – nie ma żadnego uzasadnienia dla braku sankcji karnych dla lekarza.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Nie po raz pierwszy okazuje się, że to, jakiego rodzaju sprawy wpływają do mojej kancelarii, jest swoistym papierkiem lakmusowym najbardziej niebezpiecznych dla pacjentów procedur leczniczych. Ostatnio wyjątkowo często analizuję dokumentację medyczną związaną z nieprawidłowym rozpoznaniem zmiany skórnej. Chodzi o niewykrycie czerniaka

I właśnie przyczytałam, że NIK sprawdza, czy badania patomorfologiczne wykonuje się prawidłowo. Kontrole Najwyższej Izby Kontroli wszczęto po doniesieniach o nieprawidłowościach w zewnętrznych, komercyjnych zakładach patomorfologii, które działają na zlecenie szpitali.

Czerniak w badaniu poniżej kosztów

Okazuje się, że oferowane ceny nie pokrywają nawet kosztów badania patomorfologicznego. Szkiełka do preparatów histopatologicznych i bloczki parafinowe bywają droższe, niż kwota płacona przez szpital. Lekarze pracują “na akord”. Zamiast więc spokojnie analizować i oceniać preparaty, badają nie  5 tys. preparatów rocznie (około 20 dziennie), a ponad 140 dziennie! Czy w takich warunkach można się nie pomylić?

Czerniak

Czerniak. Źródło: Wikipedia

Co z tego wynika dla pacjenta?

  1. Po pierwsze, czasem trzeba założyć, że otrzymany wynik badania histopatologicznego może być niewiarygodny. Mimo stwierdzenia w opisie badania hist.-pat. zmiany łagodnej, usunięte znamię może być np. czerniakiem.
  2. Po drugie, nie można się sugerować tym, że badanie histopatologiczne “musi” być prawidłowe, bo wykonano je w ramach leczenia w renomowanym szpitalu. Większość szpitali i poradni zleca badania “na zewnątrz”.
  3. Dlatego przy poważnych rozpoznaniach trzeba się zastanowić, czy nie zweryfikować badania histopatologicznego w innej placówce. Stawką jest nasze życie i zdrowie.
  4. Mamy prawo do odebrania preparatów histopatologicznych (“bloczków”, “szkiełek”) bezpośrednio z pracowni patomorfologii, która wykonywała badanie.
  5. Czerniak usunięty wcześnie, zanim pojawią się się przerzuty, a szczególnie zanim zacznie naciekać głębsze warstwy skóry, jest nowotworem dość dobrze rokującym. We wczesnych stopniach zaawansowania (grubość naciekania nowotworu do 1 mm) wyleczalność czerniaka sięga 90-100 %.  Jeśli jednak – po początkowym uspokojeniu pacjenta fałszywie ujemnym wynikiem hist.-pat. – dojdzie do rozsiewu nowotworu, rokowania w czerniaku są niekorzystne.
  6. Nie ma co zwlekać z weryfikacją badania. Czas jest kluczową kwestią.
  7. Jeśli czerniak nie został usunięty na czas, bo czujność chirurga i pacjenta uśpił błędny wynik histopatologiczny stwierdzający, że zmiana ma charakter łagodny, pacjent ma prawo do zadośćuczynienia.
  8. Im szybciej pacjent rozpocznie proces ubiegania się o odszkodowanie za błędne nierozpoznanie czerniaka, tym lepiej. Łatwiej będzie udowodnić winę.

Więcej na temat błędów w badaniu hist-pat przeczytacie tutaj:

“Histopatologia – czy mam raka?”

“Odszkodowanie za błąd lekarza – pomylenie próbek”

“Kiedy człowiek staje się peselem”

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Zosia zmarła przez błąd pielęgniarki

Jolanta Budzowska29 września 20194 komentarze

26 września br. zapadł wyrok w głośnej sprawie sześciomiesięcznej Zosi. Dziecko zmarło po błędnym podaniu leku przez pielęgniarkę GCZD w Katowicach. Sąd uznał winę szpitala za błąd medyczny i zasądził rodzicom łącznie 500 tys. zł.

Nie o pieniądze tu jednak chodziło. Rodzicom zależało na tym, aby zapadł sprawiedliwy wyrok, uznający odpowiedzialność szpitala za śmierć Zosi. Odszkodowanie, jakie uzyskali, ma wymiar symboliczny: wysokość zadośćuczynienia pokazuje, że nie można lekceważyć życia ludzkiego. Już raz ten sam szpital zapłacił najwyższe w tamtym czasie odszkodowanie za błąd medyczny za spowodowanie w 2002 r. ciężkiego kalectwa u dziecka w sprawie, jaką prowadziłam w imieniu Piotusia. Po 13 latach znów doszło do tragedii, niemal w takim samym mechanizmie. A o ilu podobnych przypadkach nigdy się nie dowiemy?

Roztargnienie pielęgniarki?

Malutka Zosia zmarła w marcu 2015 roku, dwa dni po tym, jak pielęgniarka, podając dziewczynce leki, pomyliła wejścia. Rozdrobione w płynie leki, zamiast podać do żołądka dziecka przez sondę nosowo-żołądkową, wstrzyknęła do wenflonu, dożylnie. Niemal natychmiast po pomyłkowym rozpoczęciu podaży leków dziecko posiniało, wygięło się w nienaturalny sposób i przestało oddychać. Dziewczynka doznała wstrząsu, nie udało się jej uratować. Mimo podjętej akcji reanimacyjnej niemowlę zmarło po dwóch dniach. Tragedia rozegrała się na oczach matki, która czuwała przy łóżku dziecka w szpitalu.

Historia się powtarza

Jak wspomniałam wcześniej, to nie pierwsza taka historia w tym szpitalu. Również w marcu, ale 2002 roku, czteroletniemu Piotrusiowi kroplówkę żywieniową podano do rdzenia – tam, gdzie po operacji miał być podawany środek przeciwbólowy. Pielęgniarka nie odróżniła cewnika do znieczulenia zewnątrzoponowego od centralnego wkłucia, do którego podaje się płyny.  Pacjent został sparaliżowany od pasa w dół, porusza się na wózku. Szpital przegrał proces cywilny, chory dostał odszkodowanie, 700 tys. zadośćuczynienia i rentę – najwyższe w tamtych czasach zadośćuczynienie za błąd medyczny.

Błąd człowieka, błąd pielęgniarki

I wtedy, i we właśnie zakończonym procesie cywilnym Zosi, pozwana lecznica konsekwentnie odrzucała oskarżenia o błąd w szpitalu, podając najróżniejsze wersje i hipotetyczne przyczyny obu tragedii. Nie brano pod uwagę, że stoi za tym błąd człowieka.  O tym, że tak było, i że to jednak szpital ponosi wyłączną odpowiedzialność za organizację udzielania świadczeń medycznych, zdecydować musiał dopiero po wieloletnich procesach sąd.

Prokuratorska sekcja zwłok

Taki wyrok w przypadku śmierci Zosi możliwy był wyłącznie dlatego, że rodzice na czas zawiadomili prokuraturę i przeprowadzono prokuratorską sekcje zwłok. Biegli w układzie krwionośnym dziecka odnaleźli substancję obcą,  zidentyfikowaną ostatecznie przez biegłych jako cząsteczki błędnie podanego dożylnie leku. Ich zdaniem przeprowadzone pośmiertnie badania jednoznacznie wskazują na to, w krwioobiegu dziecka znalazł się materiał obcy, który mógł być tam wprowadzony wyłącznie drogą dożylną, a więc przez wenflon, za życia dziecka. W efekcie doszło do ostrej niewydolności oddechowo-krążeniowej i śmierci niemowlęcia.

Co zeznali świadkowie?

W takcie procesu w sprawie śmierci Zosi świadkowie, matki, których dzieci były hospitalizowane w tym samym czasie, zeznawali także o innych niedopuszczalnych zwyczajach panujących w szpitalu. Rodzice, wyręczając pielęgniarki, mieli na przykład podawać dzieciom leki i tlen przez maski tlenowe, wykonywali też inne czynności, które leżały w zakresie obowiązków personelu pielęgniarskiego. Mimo zagrożenia epidemiologicznego wirusem RSV używano wymiennie dla kilku chorych tych samych strzykawek do karmienia doustnego, a dokładnej dezynfekcji sprzętów używanych do opieki nad dziećmi trzeba się było wyraźnie domagać. Według biegłych, praktyki obserwowane przez świadków mogły mieć negatywny wpływ na rozsiewanie się zakażenia wirusowego na oddziale.

Do rodziców i do mnie płyną sygnały od innych rodziców małych pacjentów, że szpital po śmierci Zosi poprawił procedury. Zaczął też wymagać ich przestrzegania przez personel. Matki już nie zastępują pielęgniarek przy czynnościach, które leżą w kompetencjach i zakresie obowiązków personelu medycznego. Strzykawki już nie pasują do obu wejść: i do sondy, i do wenflonu, co wyklucza możliwość pomyłek. O tym, jak uniknąć pomyłek w podaniu leku, można też przeczytać tutaj: “Błąd w podaniu leku”.

List mamy Zosi

Śmierć Zosi czemuś posłużyła. Dzięki jej rodzicom, którzy znaleźli w sobie siłę, aby podjąć walkę na drodze procesu cywilnego i karnego. List Mamy Zosi do mnie można przeczytać tutaj: “Z potrzeby serca”.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl