Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Brak informacji o wyniku badania

Jolanta Budzowska19 stycznia 2023Komentarze (0)

Zwykle problem z badaniami polega na tym, że ich wyniki są albo tzw. fałszywie dodatnie, albo tzw. fałszywie ujemne. Na przykład: wynik badania histopatologicznego pokazuje, że w tkankach usuniętych u pacjenta stwierdzono komórki nowotworowe. Tymczasem u pacjenta należało podejrzewać wyłącznie niegroźne zmiany. Bywa też odwrotnie, jeszcze bardziej niebezpiecznie dla pacjenta. Chodzi o sytuację, kiedy lekarz oceniający badanie nie doszacuje ryzyka. Na przykład w badaniu mammograficznym oceni, że zmiany w piersi są łagodne i nie wymagają dalszej diagnostyki. A jednak w rzeczywistości mają charakter patologiczny i dochodzi do rozrostu raka.

Tym razem chcę jednak napisać o innym wariancie błędów w diagnostyce. O braku informacji o wyniku badania i tego konsekwencjach. Jak można się domyśleć, chodzi tu o niekorzystny wynik, który nakazuje natychmiastowe leczenie, bo każdy dzień zmniejsza szanse pacjenta.

  • Lekarz ma obowiązek poinformowania pacjenta o wynikach badań diagnostycznych
  • Powinien w tym celu podjąć wszelkie możliwe działania: skontaktować się z pacjentem telefonicznie, mailem lub pocztą tradycyjną.
  • Szpital powinien uzupełnić kartę informacyjną o wyniki badań diagnostycznych i przekazać pacjentowi jakie ma możliwości dalszego leczenia.
  • Brak jest przepisów prawa ściśle określających procedurę powiadomienia pacjenta o wynikach badań.
  • W przypadku niepoinformowania pacjenta o niekorzystnym wyniku badania diagnostycznego podmiot leczniczy odpowiada za błąd medyczny, chyba że kontakt z pacjentem był niewykonalny.

Brak informacji o podejrzeniu raka

U pani Anny w rodzinie było szereg zachorowań na raka piersi. Bardzo więc dbała o swój stan zdrowia i regularnie się badała. Podczas ostatniej corocznej wizyty nie stwierdzono żadnych odchyleń od normy. Wydano skierowanie na kontrolne badanie mammograficzne, gdyż od poprzedniego mijały właśnie 2 lata. Pacjentka wykonała mammografię. Kolejna planowana wizyta w poradni odbyła się za rok, zgodnie z zaleceniem i dostępnymi terminami na NFZ.

Jakież było zdumienie pacjentki, gdy na tej wizycie dowiedziała się, że w mammografii – już wówczas sprzed blisko roku!- opisano zmianę „podejrzaną o npl”, co od początku wymagało pilnej dalszej diagnostyki i leczenia.

Dotąd, zgodnie z przyjętą praktyką, w razie niepokojącego wyniku badania pacjenci byli o tym informowani przez personel medyczny i proszeni o zgłoszenie się do placówki celem dalszej diagnostyki. Gdy wynik badania nie wskazywał na nic złego, pacjenci nie musieli sami zgłaszać się po wynik. W takim przypadku mogli spokojnie czekać na kolejną planową wizytę.

W przypadku pani Anny ktoś z personelu zignorował adnotację lekarza „wezwać”, a lekarz zapomniał, że prosił o wezwanie pacjentki. I tak minęło 12 bezcennych dla pani Anny miesięcy, kiedy nowotwór bez przeszkód rozwijał się w jej organizmie.

Brak informacji o wyniku badania hist.-pat.

W przypadku pani Kingi było jeszcze inaczej. Przeszła operację na jelicie grubym. Wszystko się udało, została wypisana w dobrym stanie. Zakończenie leczenia potwierdzono na wizycie kontrolnej 7 dni po zakończeniu hospitalizacji.

Pacjentka nie miała pojęcia, że podczas operacji pobrano materiał do badania histopatologicznego. Dowiedziała się o tym, kiedy po roku zdiagnozowano u niej przerzut raka płaskonabłonkowego. Lekarze poszukiwali ogniska pierwotnego.

I tak po nitce do kłębka dotarli do (własnej!) dokumentacji medycznej z poprzedniego pobytu pacjentki w szpitalu. Odnaleziono w niej wynik hist.-pat. z prawidłowym, choć niekorzystnym dla pacjentki rozpoznaniem. Wynik ten prawdopodobnie został omyłkowo przekazany do archiwum. Nie widział go żaden lekarz, nie mógł więc wdrożyć niezbędnego leczenia.

Brak informacji o wyniku badania – błąd medyczny

Czy w takich przypadkach jak opisane albo podobnych – braku informacji o niekorzystnym wyniku badania – podmiot leczniczy odpowiada za błąd medyczny? Czy pacjentowi należy się odszkodowanie za nie poinformowanie go o jego stanie zdrowia i pozbawienie go możliwości leczenia na wczesnym etapie choroby?

 

  1. Brak informacji o wyniku badania

    Brak informacji o wyniku badania

Wyroki, jakie zapadły w sprawach, które prowadziłam, nie pozostawiają wątpliwości. Szpital czy gabinet lekarski, a nawet pracownia diagnostyczna, odpowiada za nieprzekazanie pacjentowi informacji o niekorzystnym wyniku nawet wtedy, gdy to pacjent nie zgłosi się po wynik. Z jednym zastrzeżeniem: sytuacja, gdy z pacjentem w żaden sposób nie można się skontaktować, oczywiście nie może obciążać podmiotu leczniczego.

Wystarczy zdrowy rozsądek

Według sądów, obowiązek wykorzystania każdej możliwości, aby poinformować pacjenta o stanie zagrażającym życiu lub zdrowiu jest oczywisty i znajduje uzasadnienie zarówno przepisach ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty*, jak i w zasadach współżycia społecznego. Lekarz ma obowiązek udzielać pacjentowi przystępnej informacji o jego stanie zdrowia. Ma też obowiązek udzielać pomocy lekarskiej w każdym przypadku, gdy zwłoka w jej udzieleniu mogłaby spowodować niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia.

Wyrok SA w Krakowie I Aca 283/17

Wyrok Sądu Apelacyjnego w Krakowie z 31 stycznia 2019 r. (sygn. akt I ACa 283/18):

„Lekarz ma obowiązek informowania o wynikach badania pacjenta w sytuacji, która wymaga podjęcia niezwłocznych działań celem ratowania życia i zdrowia takiego pacjenta. Dlatego też zaniechanie odpowiedniej reakcji na wynik badania wskazujący chorobę nowotworową musi być ocenione jako naruszenie powinności”.

„Obowiązek należytej dbałości o życie i zdrowie człowieka może wynikać nie tylko z normy ustawowej, ale także ze zwykłego rozsądku, popartego zasadami doświadczenia, które nakazują unikanie niepodyktowanego koniecznością ryzyka”.

Wynik badania po wypisie

Wynik badania stanowi element dokumentacji medycznej indywidualnej. Zgodnie z odpowiednimi przepisami** podmiot przeprowadzający badanie lub konsultację przekazuje podmiotowi, który wystawił skierowanie, wyniki tych badań lub konsultacji. Karta informacyjna z leczenia szpitalnego jest sporządzana na podstawie historii choroby i musi zawierać m. in. wyniki badań diagnostycznych wraz z opisem,  oraz wskazania dotyczące dalszego sposobu leczenia.

Często się zdarza, że w momencie wypisywania pacjenta ze szpitala lekarz nie ma jeszcze „w ręku” kompletu badań histopatologicznych, bakteriologicznych czy obrazowych. W takiej sytuacji, w mojej ocenie, szpital ma obowiązek zaktualizować kartę informacyjną po ich uzyskaniu. Jeśli wyniki badań wskazują, że zalecane jest dalsze leczenie, szpital powinien pacjenta powiadomić o konieczności zgłoszenia się na wizytę. Podczas takiej wizyty lekarz, mając dostępny wynik badania, omówi z chorym możliwości terapeutyczne.

W praktyce często podaje się w karcie informacyjnej termin, po którym pacjent ma zgłosić się po wynik.  To nie jest dobra, ani zgodna z prawem praktyka, bo nawet jeśli pacjent odbierze taki wynik, to zostanie z nim sam. A powinien jednocześnie przynajmniej otrzymać od lekarza wskazania dotyczące możliwości dalszego leczenia.

Brak informacji o wyniku badania – tym niekorzystnym – obciąża szpital, a nie pacjenta. W takim przypadku pacjent ma prawo do zadośćuczynienia za naruszenie praw pacjenta i za szkodę na zdrowiu – jeśli opóźnienie w leczeniu spowoduje nieodwracalne straty.

 

*art. 31 ust. 1 w zw. z art. 30 i art. 4 ustawy z 5.12.1996r o zawodach lekarza i lekarza dentysty

*Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 6 kwietnia 2020 r. w sprawie rodzajów, zakresu i wzorów dokumentacji medycznej oraz sposobu jej przetwarzania (§ 9  ust. 4)

Yanek nawet próbował być uprzejmy i delikatny: „Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale SOR z założenia nie ma być miłym miejscem.”

Szybko jednak osobowość autora bierze górę. Jest twardo, dosadnie i przejmująco. 

Najlepsza „medyczna” książka ostatnich lat, jaką czytałam. Połączenie reportażu, thrillera medycznego, korepetycji z zachowań w sytuacji zagrożenia życia dla opornych, krytycznej analizy stanu systemu i założeń do reformy ochrony zdrowia, z elementami wprowadzenia do prawa dla ratowników i pacjentów oraz wątkami biograficznymi. 

Nie ma tam niczego, pod czym nie podpisałabym  się obiema rękami – mimo kompletnie innej perspektywy (prawnika poszkodowanych pacjentów, a nie medyków). 

Z tej książki dowiesz się: 

  • kto jest (lub może być) w zespole ratownictwa medycznego
  • jakie leki może, jakie powinien, a jakie podaje ratownik 
  • jak działa dyspozytornia medyczna
  • Do jakiego wezwania karetka (nie) jedzie na bombach?
  • jak (nie) są wyposażone karetki 
  • czy SOR przyciąga ćmy? 
  • co Manchester ma wspólnego z polskim SOR? 
  • czy po dwóch piwach można mieć powyżej 4,5 promila? 
  • czy Ordo Iuris powinno otworzyć własne kliniki?
  • kiedy wyciągać poszkodowanego z auta po wypadku?
  • czy należy się bać defibrylatora?
  • dlaczego seniorom przydają się pudełka życia?
  • wielu innych rzeczy, o których nawet ja – stykająca się na co dzień z najbardziej nieprawdopodobnymi przypadkami błędów medycznych, zdarzeń niepożądanych i brutalną rzeczywistością polskiej ochrony zdrowia – nie wiedziałam.

Yanek Świtała – Polski SOR

 

I jeszcze w książce znalazło się miejsce dla:

  • empatiii i zrozumienia dla pacjenta i jego bliskich
  • wielu zdementowanych miejskich legend
  • najlepszego wytłumaczenia idei no-fault (niezależnie od tego, czy się z nią zgadzam, czy nie) 
  • przerażającej prawdy o tym, co dzieje się na granicy białoruskiej
  • znakomitych anegdot.

Jedną z anegdot spalę:)  Poniżej skrót:

„Poród domowy. Po wszystkim pan tata pyta:

– Ej, w sumie skąd jechaliście? Bo zajęło wam to chyba z pół godziny?

– Tu obok byliśmy. A na kiedy był termin?

– No, na jutro.

– No to o Ci chodzi? Przecież jesteśmy przed czasem. Zaśmiał się, ja też.” 

Warto przeczytać, a nawet bardzo warto.

Moje wpisy o SOR i odpowiedzialności za błąd medyczny na SOR możesz znaleźć m.in. tutaj:

„Błędna diagnoza na SOR”

„Karta segregacji Medycznej – triaż na SOR”

„SOR, czyli punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”.

Odszkodowanie od dentysty

Jolanta Budzowska30 grudnia 2022Komentarze (0)

Na portalu infodent24 pojawił się właśnie artykuł pt. „Jakie pieniądze dla pacjentów po nieudanych zabiegach stomatologicznych? Siedem sądowych wyroków 2022”. Wydźwięk tej publikacji jest – w uproszczeniu – taki, że pacjenci żądają do dentystów wysokich kwot, podczas gdy sądy w tzw. sprawach dentystycznych często oddalają powództwa lub radykalnie obniżają żądania poszkodowanych.

Ponieważ ta teza nie jest w pełni zbieżna z moimi -jako pełnomocnika pacjentów – doświadczeniami zawodowymi, postanowiłam dla Państwa wspólnie z mec. Andrzejem Kuschem omówić kilka rozstrzygnięć zapadłych w prowadzonych przez nas sprawach.

Odszkodowanie od dentysty – o jakich kwotach mowa?

W ostatnim czasie do naszej kancelarii wpływa coraz więcej spraw związanych z możliwymi błędami popełnionymi w trakcie leczenia stomatologicznego. Na jaką rekompensatę może liczyć poszkodowany pacjent w takim przypadku? Oczywiście dokładna kwota zależy przede wszystkim od indywidualnej szkody na zdrowiu pacjenta. Znaczenie mają też dowody, jakimi dysponuje poszkodowany. Na podstawie dotychczas zakończonych postępowań w naszej kancelarii da się jednak przybliżyć rząd wielkości zadośćuczynienia i odszkodowania, na jakie można liczyć.

Złamanie żuchwy podczas usunięcia zęba mądrości

W pierwszym z omawianych przypadków doszło do złamania żuchwy pacjenta. Stało się to podczas usunięcia ósemki, czyli zęba mądrości, w jednej z dużych klinik stomatologicznych. Złamania nie rozpoznano w trakcie zabiegu. Prawidłowej diagnozy nie postawiono również później. I to mimo, że przez wiele miesięcy pacjent stawiał się na wizyty kontrolne i zgłaszał na niech występowanie dolegliwości bólowych oraz opuchlizny.

Personel medyczny zlekceważył niepokojące objawy. Lekarz nie zdecydował o wykonaniu niezbędnych badań obrazowych, które mogłyby zlokalizować źródło dolegliwości pacjenta.

Niezbędne zdjęcie pantomograficzne wykonano dopiero 6 miesięcy po zabiegu ekstrakcji. Złamanie oceniono już wówczas jako zastarzałe. Konieczna stała się rekonstrukcja żuchwy wraz z częściową resekcją kości objętej stanem zapalnym. Usunięty fragment kości zastąpiono sztucznym implantem.

Odszkodowanie od dentysty

Odszkodowanie od dentysty

 

W związku z tymi nieprawidłowościami, pacjent wystąpił z roszczeniami do kliniki stomatologicznej oraz lekarza prowadzącego leczenie pacjenta. Pacjent na drodze pozasądowej otrzymał łącznie ponad 90 tys. zł. rekompensaty, na co złożyło się przede wszystkim zadośćuczynienie.

Błędne leczenie implantologiczne

W drugiej sprawie spór powstał w związku z leczeniem implantologicznym pacjentki. Pacjentka zgłosiła się do gabinetu dentystycznego w celu wymiany starego mostu porcelanowego na łuku zębowym na pojedyncze implanty.

Już po usunięciu mostu okazało się, że wszczepienie większości implantów u pacjentki, tj. na 3 zębach, nie jest możliwe, ze względu na zanik kości. Wcześniej lekarz zapewniał, że będzie w stanie dokonać wszczepienia implantów. Niestety były to gołosłowne deklaracje. Nie wykonano bowiem stożkowej tomografii komputerowej CBCT, która jest standardem w takich przypadkach.

Lekarz podjął  jednak próbę wszczepienia implantów, co zakończyło się niepowodzeniem.  Jedna ze śrub osadzonych implantów uległa pęknięciu podczas procesu jej zakładania.

W wyniku tych działań oraz wielokrotnego podejmowania prób naprawy swoich wcześniejszych błędów przez lekarzy z tej kliniki u poszkodowanej doszło do wytworzenia się stanów zapalnych w szczęce i żuchwie. Uszkodzono również  korzeń zęba, powstała przetoka ropna. Poszkodowana poniosła wysokie koszty leczenia naprawczego.

Po negocjacjach z ubezpieczycielem lekarzy prowadzących leczenie zakończyliśmy spór w drodze ugody pozasądowej.  Pacjentka otrzymała łącznie 73 tys. zł. tytułem odszkodowania oraz zadośćuczynienia za doznane cierpienia.

Odszkodowanie od dentysty za nieprawidłowe leczenie endodontyczne i implantologiczne

Następna sprawa dotyczyła założenia koron na oszlifowane zęby nr 12, 11, 21, 22 pacjentki. Założenie koron było podyktowane względami estetycznymi. Ze względu na liczne nieprawidłowości, okres leczenia dentystycznego i protetycznego pacjentki rozciągnął się w czasie na ponad cztery lata. Sprawa trafiła do sądu.

Na podstawie sporządzonych opinii biegłych jednoznacznie stwierdzono, że działania dentysty nie cechowały się należytą starannością. Biegli podkreślili szczególnie brak prawidłowego przygotowania zębów pod korony. Polegało to na  nieprzygotowaniu kanałów korzeniowych zębów.

Jako błąd wskazali również zbyt radykalne opracowanie tkanek zębów, na których miały zostać umieszczone korony. Ponadto, same korony znacznie odbiegały kolorem od innych zębów, a także były krzywe. To niweczyło cel estetyczny zabiegu.

Sąd Okręgowy w Krakowie uznał powództwo za zasadne i zasądził kwotę zadośćuczynienia w wysokości 50 tys. zł oraz kwotę 28,5 tys. zł tytułem odszkodowania za poniesione koszty leczenia. Wraz z odsetkami ustawowymi za czas trwania procesu oraz kosztami zastępstwa procesowego pacjentka otrzymała łącznie ponad 100 tys. zł rekompensaty.

Odszkodowanie od dentysty za wadliwe leczenie endodontyczne

Kolejne postępowanie było związane z leczeniem kanałowym zębów pacjenta. Pacjent pozostawał pod opieką tego samego dentysty przez wiele lat. W tym czasie przeprowadzono u pacjenta leczenie endodontyczne zębów.

Niestety jednak po jego zakończeniu u pacjenta pojawiły się dolegliwości bólowe. W okolicach dziąseł leczonych zębów zbierała się ropa. Badanie wolumeryczne części twarzowej czaszki CBCT wykazało, że kanały trzech zębów zostały wypełnione z nadmiarem.  Także w zatoce szczękowej uwidoczniono wtłoczony tam materiał stomatologiczny.

Kolejne badania obrazowe wykazały, że na poziomie jednego z zębów, którego niektóre kanały zostały wypełnione jedynie fragmentarycznie, doszło do powstania stanu zapalnego okołowierzchołkowego. U pacjenta rozpoznano zapalenie trzonu żuchwy. Pacjent musiał poddać zabiegowi usunięcia blaszki zewnętrznej trzonu kości żuchwy. Konieczne było także leczenie za pomocą komory hiperbarycznej.

Pacjent na drodze postępowania pozasądowego uzyskał kwotę 40 tys. zł tytułem zadośćuczynienia.

Pomyłkowe usunięcie „nie tego” zęba

W kolejnej sprawie pacjentka w związku z utrzymującymi się dolegliwościami bólowymi zgłosiła się do stomatologa. Ten  zakwalifikował ją do usunięcia konkretnego zęba.

Powyższą diagnozę i formę leczenia potwierdził inny lekarz stomatolog, posiadający specjalizację z zakresu chirurgii stomatologicznej. Następnie poszkodowana odbyła wizytę, w trakcie której ten właśnie dentysta wykonał zabieg ekstrakcji zęba.

Po ustąpieniu obrzęku rany pacjentka uświadomiła sobie, że lekarz dokonał usunięcia niewłaściwego zęba: zęba zdrowego zamiast chorego. Błędnie usunięty ząb nigdy nie został zakwalifikowany do ekstrakcji, jak również nie istniały obiektywne wskazania do przeprowadzenia zabiegu jego usunięcia. Pacjentka straciła zdrowy ząb.

Sprawa zakończyła się ugodą. Poszkodowana otrzymała ponad 52 tys. zł, obejmującą przede wszystkim zadośćuczynienie oraz odszkodowanie od dentysty, pokrywające koszty leczenia naprawczego.

Podsumowanie

Jak można zauważyć, kwoty odszkodowanie od dentysty i zadośćuczynienie za krzywdę w sprawach dotyczących błędów medycznych związanych ze stomatologią i implantologią częstokroć wynoszą kilkadziesiąt tysięcy złotych i więcej.

W dalszym ciągu jednak kwoty te nie są w pełni satysfakcjonujące. Zawinione przez stomatologów problemy z uzębieniem znacząco przecież wpływają na funkcjonowanie pacjentów w życiu prywatnym i społecznym. Krzywda ma często charakter trwały. Leczenie naprawcze jest długie, bolesne, kosztowne, a co najważniejsze – nie zawsze daje dobre efekty z uwagi na nieodwracalne szkody na zdrowiu spowodowane wcześniejszymi zabiegami.

Dlatego warto walczyć o to, by uzyskać rekompensatę na odpowiednio wysokim poziomie, nawet gdy ubezpieczyciel dentysty rażąco zaniża należne zadośćuczynienie i odszkodowanie.

Czy lekarz odpowiada za powikłania?

Jolanta Budzowska04 listopada 2022Komentarze (0)

Uprzedzę z góry, że tytuł jest uproszczeniem i pewnego rodzaju prowokacją. Dlaczego? Bo lekarze na tak zadane pytanie odpowiedzieliby zgodnym chórem: „oczywiście nie”. Z kolei pacjenci skłonni są wiązać większość powikłań z brakiem staranności w leczeniu i zaniedbaniami po stronie lekarza, czyli że powikłanie to mniej więcej to samo co błąd lekarski.

A jak wygląda ten problem z punktu widzenia prawnika? Prześledźmy to  na przykładzie przypadku śmierci pacjentki, opisywanego ostatnio szeroko w mediach. Najpełniej sytuację relacjonuje red. Patryk Słowik w artykule „Profesor wyszedł, pacjent zmarł, sąd orzekł” , ale dorzucę tu swoje trzy grosze.

  • Powikłania się zdarzają i są wpisane w ryzyko zabiegu.
  • W niektórych ośrodkach i niektórym lekarzom powikłania zdarzają się jednak częściej, niż jest to statystycznie akceptowalne.
  • Oceny sposobu postępowania lekarza dokonuje się wg wzorca profesjonalnego lekarza – tzn. pacjenta nie powinno interesować, czy lekarz miał uprawnienia, czy dopiero się uczył i czy miał doświadczenie.
  • Lekarz, który uczy się danej procedury musi ją wykonywać pod nadzorem specjalisty.
  • Jatrogenne powikłanie powinno być dostrzeżone, a przynajmniej podejrzewane przez lekarza i diagnozowane, a następnie leczone.
  • W przypadku powikłań i diagnostyki przyczyn pogorszenia się stanu pacjenta, kluczowe są rzetelne informacje na temat dotychczasowego przebiegu leczenia.

W opisywanej sprawie doszło do śmierci pacjentki na skutek zaniedbań kilku lekarzy i kaskady zdarzeń, których początkiem był zabieg z zakresu neuroradiologii zabiegowej.

Rezydent to nie specjalista

Głównym operatorem podczas tego zabiegu był lekarz w trakcie specjalizacji z zakresu neurochirurgii. W trakcie kontroli, przeprowadzonej kilka lat po feralnym zabiegu, NFZ uznał, że ten lekarz w dacie zdarzenia nie miał właściwych kwalifikacji. Nie wolno mu było samodzielnie, bez nadzoru wykonywać zabiegów takich, jak w przypadku tej pacjentki.

Specjalisty – profesora neurochirurgii, który powinien był nadzorować lekarza, nie było jednak przez większość czasu, gdy rezydent jednoosobowo przeprowadzał zabieg.

Niezauważone powikłanie

Rezydent ocenił, że zabieg przebiegł bez powikłań. Było jednak inaczej: w toku zabiegu mechanicznie uszkodził nerkę. Doszło do jej rozfragmentowania i w konsekwencji do masywnego krwawienia.

Orzekający w sprawie sąd, posiłkując się opiniami biegłych uznał, że doświadczony operator zauważyłby, że doszło do uszkodzenia nerki i przystąpiłby do zaopatrzenia uszkodzenia. Subiektywne przekonanie rezydenta, że zabieg przebiegł bez powikłań nie zwalnia w tej sytuacji szpitala od odpowiedzialności.

Dodatkowo, odpowiedzialność szpitala była w tej sprawie także konsekwencją szeregu innych błędów i zaniedbań.

Profesor obecny duchem

Do zaopatrzenie uszkodzonej nerki jednak nie doszło, bo rezydent prawdopodobnie nawet nie zorientował się w spustoszeniu, jakie wyrządził w nerce pacjentki, a operatora z tytułem profesorskim, który był wpisany w dokumentację medyczną jako asysta niedoświadczonego i działającego bez uprawnień rezydenta, nie było fizycznie na sali operacyjnej.

Nagranie z zabiegu, które pozwoliłoby odtworzyć przebieg wydarzeń podczas operacji, nie zachowało się w całości. Brakuje na nim – cóż za przypadek! – kluczowego zapisu wstępnej części zabiegu, obejmującej moment, w którym najpewniej doszło do mechanicznego uszkodzenia nerki.

Znikające dowody

Po zabiegu rezydent utrzymywał, że niepokojących objawów obserwowanych u pacjentki, nie należy wiązać z zabiegiem.

Prowadzona przez niego i innych lekarzy diagnostyka nie uwzględniała więc najbardziej prawdopodobnego w tym przypadku scenariusza , czyli jatrogennego uszkodzenia nerki. I to mimo  objawów prezentowanych przez chorą i wyników badań laboratoryjnych, które wskazywały na rzeczywistą przyczynę pogarszającego się stanu pacjentki.

Ciężki stan pacjentki

Po interwencji rodziny pacjentka została przeniesiona do innego szpitala. Choć w karcie informacyjnej odnotowano, że została wypisana „w stanie ogólnym dobrym”, szpital przyjmujący chorą określił jej stan jako ciężki. W wypisie brak było informacji o podejrzeniu jatrogennego uszkodzenia nerki prawej w trakcie wykonywania zabiegu.

Jak widać lekarze leczący pacjentkę w pierwszym szpitalu prawdopodobnie do końca wierzyli, że dzięki „przypadkowym” brakom kluczowych fragmentów w nagraniu z zabiegu, nieprawdziwym wpisom w dokumentacji medycznej – można zaklinać rzeczywistość, a prawdziwy przebieg wydarzeń będzie nie do odtworzenia.

Błąd lekarski czy powikłanie wliczone w ryzyko zabiegu?

Sąd dokonując oceny zgromadzonego w sprawie materiału dowodowego, miał jednak inne zdanie. Uzasadniając wyrok w sprawie cywilnej przeciwko szpitalowi podkreślił m.in., że:

„powikłania w postaci uszkodzenia nerki są wkalkulowane w ryzyko zabiegu, jednakże fachowość lekarza polega na tym, aby powikłanie jak najszybciej zlokalizować i zaopatrzyć. W realiach niniejszej sprawy powikłanie nie zostało rozpoznane w trakcie zabiegu, co spowodowało opóźnienia w jego leczeniu. Przy zachowaniu należytej staranności i przy wykorzystaniu wszelkich dostępnych w danych okolicznościach metod i środków można było tego błędu uniknąć. W ocenie sądu operator nie zachował wymaganej staranności, powinien był bowiem zauważyć, że doszło do zboczenia prowadnika. Ponadto przy zabiegu zabrakło asysty doświadczonego specjalisty, który w trakcie zabiegu mógłby weryfikować na bieżąco działania operatora.”

Usunięcie krwawiącej nerki mogło uratować życie pacjentki. Niestety, tego nie wykonano.

Łańcuch błędnych decyzji

Do śmierci pacjentki doprowadził więc łańcuch błędnych decyzji:

  • zaniedbanie przez specjalistę o tytule profesora swoich obowiązków i niewykonywanie należytego nadzoru nad rezydentem,
  • dopuszczenie przez szpital do samodzielnego wykonywania zabiegów przez niedoświadczonego i nieposiadającego odpowiednich kwalifikacji rezydenta,
  • błędne postępowanie diagnostyczne,
  • niewłaściwa interpretacja wyników badań oraz konsultacji,
  • niezdiagnozowanie  źródła krwawienia
  • nieusunięcie krwawiącej nerki
  • nieprawdziwe wpisy w dokumentacji medycznej, które utrudniły dalsze leczenie.

Powikłanie, czyli błąd lekarski

Opisany przykład tragicznej śmierci pacjentki pokazuje, że powikłanie powikłaniu nie równe.

Jeśli powikłania można było obiektywnie uniknąć, a w danym przypadku doszło do niego z winy zespołu leczącego pacjenta, to jest to błąd lekarski.

Jeśli doszło do nawet niezawinionego powikłania, ale nie zostało ono na czas rozpoznane i leczone – to jest to błąd lekarski.

Przeczytaj także: „Pęknięcie krocza przy porodzie błąd lekarski czy powikłanie?”

6-miesięczny Kubuś połknął agrafkę, którą był przypięty medalik do jego wózka. Prokuratura wszczęła śledztwo. O błąd lekarski  – narażenie dziecka na niebezpieczeństwo utraty życia – oskarżyła lekarkę. Podstawą zarzutów było to, że rodzice dziecka zostali przez nią odesłani do innego szpitala. Po czterech latach procesu sprawa znalazła swój zaskakujący finał. Lekarka oskarżona o błąd lekarski nie usłyszy wyroku.

  • 6-miesięczne dziecko połknęło agrafkę
  • zdjęcie rentgenowskie wykonane w szpitalu potwierdziło, że  w przełyku chłopca utknęła 2-centymetrowa agrafka
  • rozwarta ostrzem w dół w przełyku dziecka agrafka narażała niemowlę na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia
  • mimo to lekarka pełniąca dyżur w SOR kazała rodzicom zawieźć chłopca do innego szpitala ich własnym autem
  • operacja laparoskopowa powiodła się, agrafkę wydobyto bez powikłań
  • prokuratura oskarżyła lekarkę o błąd lekarski 
  • po 4 latach rodzice uznali, że nie chcą ścigania lekarki i sąd karny umorzył postępowanie karne.

„Typowa” sprawa o błąd medyczny

Na pozór przebieg tego postępowania o błąd lekarski był typowy. Po tym, jak lekarka z SOR zlekceważyła zagrożenie i nie zdecydowała o przewiezieniu dziecka do innego szpitala karetką, rodzice zawiadomili prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa narażenia ich syna na niebezpieczeństwo utraty życia i zdrowia. Śledczy przesłuchali świadków i powołali biegłych.

Zaniedbania lekarki

Biegli potwierdzili zarzuty rodziców. Ich zdaniem lekarka powinna była:

  • zbadać pacjenta,
  • zlecić niezbędne badania dodatkowe
  • uzgodnić przyjęcie dziecka w szpitalu o wyższej referencyjności
  • zorganizować bezpieczny transport sanitarny dla niemowlaka.

Dalsze działania prokuratury także były „typowe” w tej sytuacji. Do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko lekarce.

art. 160 Kodeksu Karnego

§  1.

Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

§  2.

Jeżeli na sprawcy ciąży obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

§  3.

Jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 lub 2 działa nieumyślnie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

§  4.

Nie podlega karze za przestępstwo określone w § 1-3 sprawca, który dobrowolnie uchylił grożące niebezpieczeństwo.

§  5.

Ściganie przestępstwa określonego w § 3 następuje na wniosek pokrzywdzonego.

Proces karny o błąd lekarski

Lekarka nie przyznała się do winy. Pierwszy wyrok – w I instancji – zapadł w lipcu 2021 r., po blisko 3 latach od zdarzenia. Sąd uznał lekarkę winną zarzucanego jej czynu. Wbrew ocenie prokuratury przyjął jednak, że zachowanie oskarżonej było nieumyślne. Lekarkę skazano na grzywnę w wysokości 45 tys. zł i obowiązek pokrycia kosztów postępowania sądowego w wysokości 8 tys. zł.

Zarówno obrona, jak i prokurator złożyli do Sądu Okręgowego apelacje. Sąd odwoławczy  uchylił wyrok sądu I instancji i… umorzył postępowanie. Sprawę zamknięto. Dlaczego tak się stało?

Pokrzywdzeni muszą złożyć wniosek o ściganie lekarza

Jeśli postępowanie dowodowe wykaże, że błąd lekarski został popełniony nieumyślnie, takie przestępstwo nie jest ścigane „z urzędu”. Niezbędny jest wniosek pokrzywdzonych o ściganie. W tym przypadku pokrzywdzeni po 4 latach od zdarzenia zdecydowali, że już nie chcą ukarania lekarki wyrokiem karnym.

Długa droga do pojednania

Dlaczego aż 4 lata angażowania prokuratury i sądów zajęło rodzicom dojście do wniosku, że jednak nie zależy im na wyroku karnym przeciwko lekarce?

Myślę, że złożyło się na to kilka powodów.

Równolegle z zawiadomieniem prokuratury o zdarzeniu rodzice doprowadzili do kontroli w szpitalu. Początkowo dyrekcja bagatelizowała sprawę, ostatecznie lekarka został ukarana upomnieniem.  Szpital wydał też oświadczenie, że ocenia postępowanie lekarki jako niewłaściwe. Dyrekcja zapowiedziała też nadzór nad dalszą pracą lekarki.

Ciało obce - zdjęcie poglądowe, nie przedstawia rzeczywistego obrazu

Ciało obce – zdjęcie poglądowe, nie przedstawia rzeczywistego obrazu

Zadośćuczynienie

W sprawę zaangażował się także Rzecznik Praw Pacjenta i dzięki jego działaniom dziecko otrzymało odszkodowanie za błąd lekarski.  I znów: wymagało to niestety szeregu starań rodziców. Najpierw toczyło się postępowanie wyjaśniające przed Rzecznikiem Praw Pacjenta, a następnie do sądu cywilnego trafił pozew.

A może by tak ugoda w mediacji w sprawie o błąd medyczny?

Policzmy, ile organów zaangażowało się w sprawę i ile publicznych pieniędzy musiało być przeznaczonych w ciągu 4 lat na wszystkie przeprowadzone postępowania, by sprawa znalazła swój szczęśliwy finał:

  • postępowanie kontrolne w szpitalu
  • postępowanie karne przygotowawcze (w prokuraturze)
  • sąd karny I instancji
  • sąd karny II instancji
  • postępowanie przed Rzecznikiem Praw Pacjenta
  • sąd cywilny

Dodać trzeba, że była to tzw. „prosta” sprawa o błąd medyczny – stan faktyczny nie był skomplikowany, a dziecko najprawdopodobniej wyszło z tego zdarzenia bez istotnej szkody na zdrowiu.

Z pewnością jednak i rodzice, i winna lekarka bardzo przeżywali toczące się postępowania.

A można było tego łatwo uniknąć.

Jestem przekonana (choć nie prowadziłam tej sprawy), że gdyby:

  • lekarka i szpital przyznali, że doszło do zdarzenia medycznego,
  • przeprosili rodziców,
  • szpital wdrożył procedury poprawiające bezpieczeństwo pacjentów
  • strony – angażując ubezpieczyciela – zawarły ugodę w mediacji o błąd lekarski i poszkodowane dziecko dostałoby zadośćuczynienie za krzywdę,

to nie byłoby ani postępowania karnego, ani żadnego innego.

Ubi concordia, ibi victoria – gdzie zgoda, tam zwycięstwo. Sprawy o błąd medyczny nie są wyjątkiem. Warto pomyśleć o mediacji. Jest możliwa i w postępowaniu karnym, i cywilnym.