Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Sprawa dotyczy wydarzeń z 2017 roku, ale trudno uznać ją za historię nieaktualną. Przeciwnie: bardzo dobrze pokazuje, jak błąd organizacyjny w szpitalu może zniweczyć efekt specjalistycznego leczenia i doprowadzić do nieodwracalnych skutków dla pacjenta.

Wyrokiem z 30 czerwca 2026 roku Sąd Okręgowy w Warszawie* zasądził na rzecz klientki naszej kancelarii świadczenia, których łączna wartość — po uwzględnieniu odsetek oraz renty należnej za czas trwania procesu — przekracza 1,9 mln zł.

Sąd podzielił zasadnicze stanowisko, które konsekwentnie prezentowałam w toku postępowania: zakażenia można było uniknąć, a po jego rozpoznaniu leczenie nie było prowadzone prawidłowo.

Planowy zabieg, po którym pacjentka utraciła samodzielność

Nasza Klientka została przyjęta do szpitala na planowy zabieg neurochirurgiczny. Przed hospitalizacją była osobą samodzielną, aktywną zawodowo i funkcjonującą bez pomocy innych osób.

W trakcie pobytu w szpitalu doszło do zakażenia płynu mózgowo-rdzeniowego wielolekooporną bakterią Acinetobacter baumannii. Zakażenie wywołało ciężkie zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych i stworzyło bezpośrednie zagrożenie dla życia pacjentki.

Konieczne było zastosowanie intensywnej antybiotykoterapii, w tym leczenia lekami o znacznej neurotoksyczności. Życie pacjentki udało się uratować, ale następstwa zakażenia i koniecznego leczenia okazały się trwałe.

Doszło do rozległego uszkodzenia układu nerwowego, niedowładu wiotkiego kończyn dolnych, zaburzeń zwieraczy, pęcherza neurogennego oraz wodogłowia wymagającego wszczepienia zastawki komorowo-otrzewnowej. Biegli ocenili trwały uszczerbek na zdrowiu na 100 procent. Pacjentka porusza się na wózku, wymaga rehabilitacji i pomocy osób trzecich, a jej stan nie rokuje powrotu do sprawności sprzed hospitalizacji.

Zakażenie nie było nieuniknionym powikłaniem

W sprawach dotyczących zakażeń szpitalnych samo stwierdzenie obecności drobnoustroju nie przesądza jeszcze o odpowiedzialności placówki. Trzeba ustalić, czy zakażenie było możliwe do uniknięcia. W drugiej kolejności: czy szpital prawidłowo organizował opiekę i przestrzegał zasad zapobiegania zakażeniom.

W tej sprawie odpowiedź biegłych była jednoznaczna.

Do zakażenia doszło wskutek złamania zasad kontroli zakażeń oraz niewłaściwej aseptyki i antyseptyki przy obsłudze zewnętrznego drenażu lędźwiowego. Sterylne wyposażenie zostało zanieczyszczone podczas obsługi na sali chorych. Biegły podkreślił, że zakażenia można było uniknąć. Wystarczyło przestrzegać podstawowych zasad i zapewnić odpowiednio przeszkolony personel.

Nie chodziło więc o ryzyko wpisane w sam zabieg. Przyczyną szkody był błąd organizacyjny, obejmujący sposób przygotowania personelu, brak skutecznego nadzoru i nieprzestrzeganie standardów bezpieczeństwa.

Jak obsługiwano drenaż lędźwiowy

Materiał dowodowy wykazał, że worek z płynem mózgowo-rdzeniowym był opróżniany na różne sposoby, zależnie od osoby pełniącej dyżur.

Płyn wylewano do toalety, basenu albo wiadra używanego także do opróżniania worków z moczem. Następnie ten sam worek podłączano ponownie do drenażu. Zdarzało się, że odłączona rurka leżała na pościeli, a płyn odciągano strzykawką lub przez nakłucie filtra antybakteryjnego.

Świadkowie opisywali również sytuacje, w których pielęgniarki pytały się nawzajem, jak należy opróżniać worek. Niektóre przyznawały, że wykonują tę czynność po raz pierwszy i nie dysponują jasną instrukcją postępowania.

Szpital nie przedstawił własnej procedury regulującej obsługę drenażu ani listy osób przeszkolonych w tym zakresie. Powoływał się na instrukcję producenta sprzętu, choć — jak wskazał biegły — nie zastępuje ona lokalnej procedury dostosowanej do warunków konkretnego oddziału. Dodam, że instrukcji producenta także nie przestrzegano…

Właśnie w tym miejscu najlepiej widać, czym jest błąd organizacyjny w szpitalu. Nie polega on na pojedynczej błędnej decyzji lekarza. Może wynikać z tego, że personel nie został przeszkolony, nie zna jednolitego sposobu postępowania i wykonuje ryzykowne czynności według własnego uznania.

Zalecenie pojawiło się dopiero po interwencji rodziny

W dokumentacji pielęgniarskiej pewnego dnia znalazł się wpis: „Proszę o zlewanie z drenażu w sposób jałowy”.

Zalecenie pojawiło się dopiero po blisko dwudziestu dniach stosowania drenażu i po interwencji rodziny pacjentki u kierownika oddziału. Wcześniej nie funkcjonował jednolity, skutecznie egzekwowany standard postępowania.

Ta okoliczność miała istotne znaczenie dowodowe. Pokazywała, że problem nie sprowadzał się do jednostkowego przeoczenia, lecz dotyczył organizacji pracy całego oddziału.

Znaczenie miały również zeznania bliskich pacjentki. To oni obserwowali sposób postępowania personelu, zgłaszali zastrzeżenia i po latach mogli szczegółowo opisać przebieg zdarzeń.

Błąd organizacyjny - zmowa milczenia

Błąd organizacyjny – zmowa milczenia

W procesach o błąd medyczny dokumentacja wytworzona przez szpital jest zazwyczaj podstawowym materiałem, na którym pracują biegli. Jeżeli nie odzwierciedla rzeczywistego przebiegu leczenia, zeznania świadków, prywatne notatki i własna chronologia zdarzeń mogą mieć bardzo duże znaczenie.

Brak procedur, szkoleń i kontroli zakażeń

Biegły wskazał także na inne nieprawidłowości organizacyjne.

Personel nie był właściwie przygotowany do obsługi drenażu, a szpital nie opracował lokalnego standardu postępowania. Zabrakło również skutecznej oceny ryzyka zakażeń związanych z procedurami wysokiego ryzyka. Program poprawy jakości i bezpieczeństwa pacjentów nie funkcjonował prawidłowo.

Biegły określił brak takich działań jako poważny błąd organizacyjny.

Naruszano również zasady izolacji pacjentów zakażonych bakterią Acinetobacter baumannii. Pacjentka przebywała na sali wieloosobowej, brakowało dozowników do dezynfekcji rąk przy łóżku, nie stosowano wymaganej odzieży ochronnej, a zakażony płyn mózgowo-rdzeniowy wylewano do toalety zamiast traktować go jak materiał skażony.

Na oddziale już wcześniej odnotowywano zakażenia wywołane tym samym drobnoustrojem. Mimo to nie opracowano skutecznych działań naprawczych ani odpowiednich rekomendacji lokalnych. Kontrola wewnętrzna nie obejmowała wszystkich elementów koniecznych do rzeczywistego zarządzania ryzykiem zakażeń.

Nieprawidłowo prowadzona antybiotykoterapia

Odpowiedzialność szpitala nie dotyczyła wyłącznie doprowadzenia do zakażenia.

Po rozpoznaniu neuroinfekcji kluczowe znaczenie miało regularne podawanie kolistyny bezpośrednio do kanału kręgowego. Tymczasem lek podawano nieregularnie, z opóźnieniami, a część dawek całkowicie pominięto.

Biegli wyjaśnili, że skuteczność antybiotyku zależy nie tylko od dawki, lecz także od czasu podania. Zbyt długie przerwy między kolejnymi dawkami obniżają stężenie leku w miejscu zakażenia i mogą sprzyjać narastaniu oporności bakterii.

W kolejnych badaniach mikrobiologicznych obserwowano właśnie wzrost oporności drobnoustroju na kolistynę. Opinie potwierdziły, że antybiotykoterapia była prowadzona nieprawidłowo.

Co zasądził sąd

Sąd Okręgowy w Warszawie zasądził na rzecz pacjentki:

  • 550 000 zł zadośćuczynienia za krzywdę,
  • 111 851,79 zł odszkodowania,
  • 34 811,37 zł skapitalizowanej renty za okres sprzed wniesienia pozwu,
  • rentę za zwiększone potrzeby za czas trwania procesu, wynoszącą średnio około 8 000 zł miesięcznie,
  • rentę na przyszłość w wysokości 6 828,69 zł miesięcznie,
  • odsetki ustawowe za opóźnienie.

Łączna wartość zasądzonych świadczeń, renty i odsetek przekracza 1,9 mln zł.

550 tys. zł za nieodwracalną zmianę życia

Kwota niemal 2 mln zł może sprawiać wrażenie bardzo wysokiej. Trzeba jednak pamiętać, że obejmuje ona nie tylko zadośćuczynienie, lecz także odszkodowanie, zaległe raty renty, rentę na przyszłość i odsetki naliczane przez lata trwania procesu.

Samo zadośćuczynienie wyniosło 550 000 zł.

To rekompensata za trwałą utratę sprawności, konieczność poruszania się na wózku, zaburzenia pracy zwieraczy, zależność od pomocy bliskich, wieloletnie leczenie, rehabilitację i skutki psychiczne. Biegli potwierdzili, że pacjentka wymaga rehabilitacji do końca życia, a jej stan jest utrwalony i nierokujący poprawy.

Tego rodzaju kwot nie można oceniać w oderwaniu od rozmiaru szkody.

Kominy płacowe a wysokość zadośćuczynień

W ostatnich miesiącach wiele mówi się o bardzo wysokich wynagrodzeniach części lekarzy pracujących na kontraktach, o rozliczeniach uzależnionych od liczby wykonanych procedur i o zarobkach sięgających dziesiątek, a czasem setek tysięcy złotych miesięcznie.

Nie ma nic niewłaściwego w tym, że lekarze i osoby zarządzające oddziałem otrzymują wysokie wynagrodzenie za trudną, odpowiedzialną i wymagającą pracę. Wątpliwości pojawiają się wtedy, gdy wysokości tych wydatków nie towarzyszy równie duża dbałość o organizację opieki nad pacjentami i o jakość świadczeń.

Specjalistyczna procedura nie kończy leczenia. Jej efekt zależy także od tego, czy personel pielęgniarski został odpowiednio przygotowany, czy potrafi obsługiwać używany sprzęt, czy leki są podawane na czas i czy zasady kontroli zakażeń są rzeczywiście przestrzegane.

Ta sprawa pokazuje szczególnie wyraźnie, że błąd organizacyjny może zniweczyć efekt prawidłowo wykonanej operacji.

Trudno też nie dostrzec dysproporcji między kwotami, które system ochrony zdrowia potrafi wypłacać corocznie pojedynczym specjalistom, a wysokością jednorazowego zadośćuczynienia przyznawanego pacjentowi za trwałe zniszczenie zdrowia i samodzielności.

Jakość nie może istnieć wyłącznie w dokumentach

W jednym z ostatnich wywiadów „Zmowa milczenia w polskich szpitalach” mówiłam, że w Polsce systemy jakości zbyt często istnieją jedynie na papierze. Szpital posiada procedury i regulaminy, lecz nie zawsze przekładają się one na codzienną praktykę przy łóżku pacjenta.

Prawdziwa analiza zdarzenia niepożądanego powinna prowadzić do ustalenia:

  • czy zdarzenia można było uniknąć,
  • dlaczego personel postąpił w określony sposób,
  • czy procedura była jasna i znana pracownikom,
  • czy pracownicy zostali przeszkoleni,
  • czy podobne przypadki występowały wcześniej,
  • jakie działania naprawcze wdrożono.

Nie chodzi wyłącznie o ustalenie winy konkretnej osoby. Często ważniejsze jest wskazanie, dlaczego system pozwolił, aby nieprzeszkolony pracownik wykonywał czynność, której nie potrafił bezpiecznie przeprowadzić.

Z mojego doświadczenia procesowego wynika, że wiele ciężkich szkód nie jest skutkiem braku wiedzy jednego lekarza. Ich źródłem bywa błąd organizacyjny: niejasny podział obowiązków, brak nadzoru albo tolerowanie ryzykownych praktyk.

Co powinien zrobić pacjent po zakażeniu szpitalnym

Zakażenie szpitalne nie zawsze oznacza, że doszło do błędu medycznego. Warto jednak szczegółowo przeanalizować sprawę, gdy pojawiają się wątpliwości dotyczące:

  • obsługi drenów, cewników i wkłuć,
  • zasad aseptyki i antyseptyki,
  • izolacji pacjentów zakażonych,
  • opóźnienia rozpoznania zakażenia,
  • nieterminowego podawania antybiotyków lub ich podawania niezgodnie z antybiogramem,
  • braku reakcji na pogorszenie stanu zdrowia,
  • powtarzających się zakażeń tym samym drobnoustrojem na oddziale.

Pierwszym krokiem powinno być uzyskanie pełnej dokumentacji medycznej. Istotne mogą być nie tylko karty informacyjne i wyniki badań, ale także:

  • dokumentacja pielęgniarska,
  • karty zleceń i podania leków,
  • wyniki badań mikrobiologicznych,
  • raporty z dyżurów lekarskich,
  • dokumentacja dotycząca drenów i cewników,
  • karty obserwacji parametrów życiowych.

Warto również jak najszybciej sporządzić własną chronologię leczenia oraz zapisać nazwiska osób, które widziały nieprawidłowości lub uczestniczyły w rozmowach z personelem.

W bardziej złożonych sprawach potrzebna jest analiza nie tylko dokumentacji pacjenta, lecz także procedur wewnętrznych szpitala, dokumentacji zespołu kontroli zakażeń i danych dotyczących sytuacji epidemiologicznej oddziału.

Wyrok potwierdził odpowiedzialność szpitala

Wyrok jest dla naszej Klientki ważnym potwierdzeniem, że jej zarzuty były zasadne. Zapewnia także środki potrzebne na leczenie, rehabilitację i codzienne funkcjonowanie.

Nie przywróci jednak utraconego zdrowia ani samodzielności.

Ta sprawa pokazuje, że o wyniku leczenia może przesądzić nie sam zabieg, lecz jakość opieki w kolejnych godzinach i dniach. W przypadku naszej Klientki brak właściwych procedur, szkoleń i nadzoru doprowadził do skutków, z którymi będzie mierzyć się do końca życia.

*Wyrok jest nieprawomocny.

 

Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych działa już blisko 3 lata, mamy więc bagaż doświadczeń pozwalający ocenić, na ile ta ścieżka uzyskiwania przez pacjentów rekompensaty jest skuteczna i jakie pułapki czyhają na pacjentów chcących z niej skorzystać. Podstawowe wskazówki dotyczące Funduszu można znaleźć na stronie internetowej Rzecznika Praw Pacjenta. Ważne informacje o FKZM płyną jednak także z mojej praktyki jako pełnomocnika pacjentów w tych postępowaniach. 

Na wstępie zaznaczę, że zgodnie z tym, co twierdzi Rzecznik, w większości przypadków w postępowaniu przed FKZM nie jest potrzebna reprezentacja pacjenta przez radcę prawnego czy adwokata. Jednak w mojej (i wielu naszych klientów) ocenie, są sprawy o takim stopniu skomplikowania, że poszkodowany pacjent lub rodzina zmarłego pacjenta zwyczajnie mogą sobie nie poradzić z klarownym przedstawieniem przebiegu leczenia i analizą, czy i dlaczego doszło do zdarzenia medycznego. Kluczowe jest takie uzasadnienie zarzutów we wniosku do Funduszu, by zwiększyć szanse na wydanie korzystnej decyzji. Poniżej przestawię ważne informacje o FKZM, które trzeba znać, zastanawiając się nad skierowaniem sprawy na tę ścieżkę.

FKZM a przedawnienie

Wniosek do Funduszu składa się w ciągu 1 roku od dowiedzenia się o zakażeniu, uszkodzeniu ciała, rozstroju zdrowia albo śmierci pacjenta, ale nie później niż 3 lata od zdarzenia. Jest to więc termin krótszy niż na złożenie pozwu. Czy w takim razie można najpierw złożyć wniosek do FKZM, a w razie decyzji odmownej rozważać drodę sądową? Zasadniczo tak, ale trzeba pamiętać o przedawnieniu. Postępowania przed Rzecznikiem w praktyce trwają nie 3 miesiące, a niekiedy i rok.

Najważniejsza informacja jest taka, że przedawnienie zostaje „zamrożone” na czas postępowania przed Rzecznikiem, ale po jego zakończeniu biegnie dalej, z pozostałym wcześniej czasem. Dotyczy to wyłacznie roszczeń cywilnych o naprawienie szkody wynikłej z tego samego zdarzenia medycznego, którego dotyczy wniosek do Funduszu. Naprościej można to ując tak: wniosek do Funduszu chroni przed „uciekaniem” terminu przedawnienia na czas postępowania, ale po zakończeniu postępowania zegar rusza dalej, a nie od początku.

Ważne informacje o FKZM – czy pozytywna decyzja daje jakiś przywileje?

Przywilej w leczeniu przysługuje wtedy, gdy pacjent otrzyma świadczenie kompensacyjne, a RPP w decyzji stwierdzi, że zdarzenie medyczne spowodowało poważne następstwa zdrowotne. Po uprawomocnieniu decyzji pacjent otrzymuje zaświadczenie, na podstawie którego może korzystać poza kolejnością ze świadczeń opieki zdrowotnej. Ma do tego prawo przez okres wskazany w zaświadczeniu, ale nie dłużej niż 5 lat od jego wydania. NFZ wskazuje, że chodzi m.in. o świadczenia w szpitalach i ambulatoryjną opiekę specjalistyczną. W leczeniu ambulatoryjnym termin nie powinien być późniejszy niż 7 dni roboczych od zgłoszenia, gdy nie da się udzielić świadczenia w dniu zgłoszenia.

Ważna informacja o FKZM dla pacjenta: trzeba dopilnować, aby w toku postępowania złożyć wniosek o zawarcie w decyzji adnotacji, że zdarzenie spowodowało poważne następstwa zdrowotne.

Czy mogę złożyć wniosek do FKZM gdy toczy się postępowanie karne?

Tak. Samo toczące się postępowanie karne nie jest przeszkodą do złożenia wniosku do Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych. Zdarza się jednak, że Rzecznik w takim przypadku zawiesza postępowanie do czasu zakończenia sprawy karnej. W mojej opinii nie jest to jednak prawidłowa praktyka.

Przeszkodą do złożenia wniosku do FKZM są przede wszystkim sprawy cywilne i wcześniejsze uzyskanie jakiejkolwiek kwoty odszkodowania za błąd medyczny lub naruszenie praw pacjenta. Ustawa wymaga oświadczenia, że w sprawie objętej wnioskiem nie toczy się i nie zakończyło się prawomocnie postępowanie cywilne o odszkodowanie, rentę lub zadośćuczynienie. Wymaga też oświadczenia, że wnioskodawca nie uzyskał już odszkodowania, renty, zadośćuczynienia od osoby odpowiedzialnej albo z OC.

W kontekście sprawy karnej ważne jest natomiast coś innego: postępowania funduszowego nie wszczyna się albo wszczęte umarza, jeżeli sąd już orzekł na rzecz wnioskodawcy obowiązek naprawienia szkody wyrządzonej przestępstwem, zadośćuczynienie za krzywdę albo nawiązkę.

Warto też pamiętać, że wnioskodawca musi zawiadomić RPP, jeżeli w toku postępowania zmienią się okoliczności objęte oświadczeniami z wniosku.

Czy jeśli pacjent jest nieprzytomny, to czy ktoś z rodziny może za niego złożyć wniosek?

Tak — pacjent nieświadomy albo faktycznie niezdolny do składania oświadczeń może być stroną postępowania, jeżeli żyje i chodzi o jego zakażenie, uszkodzenie ciała albo rozstrój zdrowia. To pacjent jest wnioskodawcą. Wniosek musi jednak być złożony w jego imieniu przez przedstawiciela ustawowego. Chodzi np. o osobę małoletnią albo ubezwłasnowolnioną.

Gdy pacjent jest nieprzytomny, ciężko chory i nie może świadomie złożyć wniosku, ale nie ma przedstawiciela ustawowego, nie może go zastąpić osoba bliska,  jeśli nie jest ustanowiona odpowiednia reprezentacja, np. kuratora albo opiekuna.

Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych - ważne informacje

Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych – ważne informacje

Co zrobić, jeśli doszło do kilku zdarzeń medycznych, w kilku szpitalach?

Nalezy złożyć osobne wnioski.

Czy po śmierci pacjenta o świadczenie z Funduszu osoby uprawnione muszą wystąpić razem?

Po śmierci pacjenta świadczenie z Funduszu może uzyskać każda uprawniona osoba z najbliższego kręgu, czyli:

  1. dziecko pacjenta — w tym dziecko przysposobione,
  2. rodzic pacjenta — w tym osoba przysposabiająca,
  3. małżonek pacjenta, o ile nie pozostawał w separacji,
  4. partner (konkubent), czyli osoba pozostająca z pacjentem we wspólnym pożyciu.

Świadczenie jest ustalane dla każdej uprawnionej osoby osobno, a nie jako jedna wspólna pula dla rodziny. Każdy z uprawnionych może samodzielnie wystąpić do Funduszu, nawet jeśli inni na to się nie zdecydują.

Czy mogę przyjąć świadczenie z Funduszu w imieniu dziecka?

Tak, to ważna informacja o FKZM. Rodzice są przedstawicielami ustawowymi dziecka i mogą wystąpić z wnioskiem o świadczenie kompensacyjne dla dziecka, ale trzeba pamiętać, że przyjęcie świadczenia z Funduszu oznacza zrzeczenie się dalszych roszczeń, także gdy pacjentem jest osoba małoletnia.

Przyjęcie świadczenia jest równoznaczne ze zrzeczeniem się roszczeń o odszkodowanie, rentę i zadośćuczynienie wynikających z tego zdarzenia medycznego.

W przypadku małoletniego Rzecznik wymaga uzyskania  zgody sądu opiekuńczego przed złożeniem takiego oświadczenia o przyjęciu świadczenia, ponieważ skutkiem jest rezygnacja z potencjalnych roszczeń majątkowych dziecka. To jest czynność przekraczająca zwykły zarząd majątkiem małoletniego. Rodzicom nie wolno samodzielnie zrzekać się takich roszczeń w imieniu dziecka. Kodeks rodzinny i opiekuńczy wymaga zezwolenia sądu opiekuńczego w ważniejszych sprawach dotyczących osoby lub majątku małoletniego.

Podsumowując:

  • złożenie samego wniosku do Funduszu — nie oznacza jeszcze zrzeczenia się roszczeń i nie wymaga zgody sądu tylko z tego powodu
  • przyjęcie przyznanego świadczenia w imieniu małoletniego — oznacza zrzeczenie się roszczeń, więc należy wystąpić do sądu opiekuńczego o zezwolenie na złożenie oświadczenia o przyjęciu świadczenia.

Jak sprawdzić ile mogę otrzymać z Funduszu?

Przed złożeniem wniosku sprawdź, czy spełniasz przesłanki do uzyskania świadczenia. Możesz wykonać krótki test, składający się z kilku pytań – dzięki temu otrzymasz informację czy w Twojej sprawie możliwe jest ubieganie się o przyznanie świadczenia. Kliknij w link, żeby przejśc do testu: Świadczenie Kompensacyjne.

Pierwszym odruchem poszkodowanego pacjenta często jest skierowanie wniosku o ukaranie lekarza do rzecznika odpowiedzialności zawodowej. Czy to dobry krok? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie pokazując, jak odpowiedzialność zawodowa lekarzy przekłada się na twarde dane, czyli liczby. Ile skarg pacjentów kończy się ukaraniem lekarza?

W latach 2020–2024 do okręgowych izb lekarskich wpływało rocznie od 2786 do 4015 skarg i wniosków o podjęcie postępowania w przedmiocie odpowiedzialności zawodowej lekarzy. Tylko około 10% wszystkich skarg kończyło się orzeczeniem o ukaraniu.

To nie znaczy, że pozostałe 90% skarg było bezzasadnych. Oznacza natomiast, że pacjent, który kieruje skargę do organów odpowiedzialności zawodowej lekarzy, powinien wiedzieć, jak działa ten system, jakie są jego ograniczenia i czego realnie może się po nim spodziewać.

Dane, które przedstawiam poniżej, pochodzą z odpowiedzi Ministerstwa Zdrowia na wniosek o dostęp do informacji publicznej oraz z danych liczbowych uzyskanych z izb lekarskich. Ministerstwo Zdrowia wskazało, że w latach 2020–2025 samorząd lekarski otrzymał łącznie 41 516 206,46 zł dotacji z budżetu państwa na realizację określonych zadań, w tym zadań związanych z postępowaniami w sprawie odpowiedzialności zawodowej lekarzy i lekarzy dentystów.

Odpowiedzialność zawodowa lekarzy

Odpowiedzialność zawodowa lekarzy

Odpowiedzialność zawodowa lekarzy – najważniejsze liczby 

W latach 2020–2024 liczba skarg i wniosków kierowanych do okręgowych izb lekarskich rosła:

Rok    Liczba skarg do OIL
2020    2786
2021    3203
2022    3338
2023    4014
2024    4015

Oznacza to wzrost z 2786 spraw w 2020 r. do 4015 spraw w 2024 r., czyli o około 44%.

Dla porównania, w tym samym okresie okręgowi rzecznicy odpowiedzialności zawodowej wszczęli postępowania w następującej liczbie spraw:

Rok   Wszczęte postępowania przez rzeczników 
2020   1290
2021   1409
2022   1428
2023   1545
2024   1711

 

Te dane nie obejmują wszystkich izb — brakuje informacji m.in. z OIL w Szczecinie oraz Wojskowej Izby Lekarskiej, które nie udzieliły pełnych danych w tym zakresie. Dlatego należy je traktować jako dane ostrożne, raczej zaniżające pełną skalę aktywności rzeczników.

Ile skarg kończy się wnioskiem o ukaranie?

Liczba spraw, w których rzecznik skierował wniosek o ukaranie, wyglądała następująco:

Rok    Wnioski o ukaranie 
2020    379
2021    398
2022    379
2023    515
2024    580

 

To oznacza, że tylko część spraw przechodzi przez etap rzecznika i trafia do sądu lekarskiego. W przybliżeniu wniosek o ukaranie stanowił około 30% wszczętych postępowań.

Dla pacjenta to bardzo ważna informacja. Samo złożenie skargi nie oznacza, że sprawa zostanie rozpoznana przez sąd lekarski. Duża część spraw kończy się wcześniej: odmową wszczęcia, umorzeniem albo innym rozstrzygnięciem rzecznika.

Ile spraw kończy się ukaraniem lekarza?

W latach 2020–2024 okręgowe sądy lekarskie wydały następujące orzeczenia o ukaraniu i uniewinnieniu:

Rok      Orzeczenia o ukaraniu    Orzeczenia o uniewinnieniu 
2020      285   34
2021      368   80
2022      330   70
2023      382   48
2024      414   66

 

Z zestawienia wynika, że w stosunku do wszystkich skarg wpływających do izb lekarskich orzeczeniem o ukaraniu kończyło się około 10% spraw:

Rok   Skargi   Ukarania     Odsetek ukarań
2020   2786   285    ok. 10,2%
2021   3203   368    ok. 11,5%
2022   3338   330    ok. 9,9%
2023   4014   382    ok. 9,5%
2024   4015   414    ok. 10,3%

 

Wniosek: pacjent powinien mieć świadomość, że postępowanie przed organami odpowiedzialności zawodowej lekarzy jest systemem silnie selekcyjnym. Z punktu widzenia pacjenta nie jest to prosta droga do „rozliczenia lekarza”.

Statystycznie tylko około jedna na dziesięć skarg kończy się ukaraniem.

Sąd lekarski – kary

Inaczej wyglądają dane, gdy spojrzymy tylko na sprawy zakończone orzeczeniem o ukaraniu albo uniewinnieniu. Wtedy udział ukarań jest bardzo wysoki:

Rok    Ukarania     Uniewinnienia    Odsetek ukarań 
2020    285    34    ok. 89%
2021    368    80    ok. 82%
2022    330    70    ok. 83%
2023    382    48    ok. 89%
2024    414    66    ok. 86%

 

To prowadzi do dwóch możliwych interpretacji.

Pierwsza, korzystna dla systemu: rzecznicy odpowiedzialności zawodowej dokonują ostrej selekcji i kierują do sądów lekarskich głównie te sprawy, w których istnieją podstawy do ukarania.

Druga, bardziej krytyczna, i moim zdaniem bliższa prawdy: próg dojścia pacjenta do sądu lekarskiego jest wysoki. Najważniejszy etap dla pacjenta rozgrywa się wcześniej — przed rzecznikiem, często bez takiego poziomu jawności i kontradyktoryjności, jakiego pacjent mógłby oczekiwać w sprawie dotyczącej naruszenia zasad etyki przez lekarza.

Obie interpretacje mogą być częściowo prawdziwe. Same liczby nie odpowiadają na pytanie, czy sprawy umarzane były rzeczywiście bezzasadne, czy też pacjenci przegrywali z formalizmem, brakiem dowodów, przewlekłością albo nierównowagą proceduralną.

Jakie kary są najczęstsze?

W latach 2020 – połowa 2025 zapadły następujące kary:

Rodzaj kary  Liczba 
Upomnienie    971
Nagana    488
Kara pieniężna    542
Zakaz pełnienia funkcji kierowniczych      14
Ograniczenie prawa wykonywania zawodu      78
Zawieszenie prawa wykonywania zawodu    269
Pozbawienie prawa wykonywania zawodu      26

 

Łącznie daje to 2388 kar.

Najczęstsze były trzy kary: upomnienie, nagana i kara pieniężna. Stanowiły one razem około 84% wszystkich kar.

Kary najmocniej ingerujące w możliwość wykonywania zawodu — ograniczenie, zawieszenie albo pozbawienie prawa wykonywania zawodu — były znacznie rzadsze. W sumie było ich 373, czyli około 15,6% wszystkich kar.

Wniosek: system odpowiedzialności zawodowej lekarzy w praktyce najczęściej nie prowadzi do wyeliminowania lekarza z zawodu. Najczęściej kończy się sankcją łagodną albo średnią.

Interes pacjenta: czy warto składać skargę do izby lekarskiej?

Skarga do rzecznika odpowiedzialności zawodowej może mieć sens, gdy pacjent chce:

  1. zawiadomić organ zawodowy o zachowaniu lekarza,
  2. doprowadzić do oceny postępowania lekarza z perspektywy zasad etyki i wykonywania zawodu,
  3. uzyskać dodatkowe ustalenia, które mogą mieć znaczenie w innym postępowaniu,
  4. przeciwdziałać powtarzaniu podobnych zdarzeń wobec innych pacjentów,
  5. domagać się reakcji środowiska lekarskiego na zachowanie lekarza.

Ale pacjent powinien znać ograniczenia tej drogi.

  • Skarga do izby lekarskiej nie jest postępowaniem odszkodowawczym. Jej celem nie jest naprawienie szkody pacjenta. Jeżeli celem pacjenta jest uzyskanie odszkodowania, renty, zadośćuczynienia albo ustalenie odpowiedzialności cywilnej za błąd medyczny, postępowanie przed izbą lekarską nie zastępuje sprawy cywilnej. Może mieć znaczenie dowodowe lub moralne, ale nie jest drogą do uzyskania świadczenia pieniężnego dla pacjenta.

 

  • Statystycznie tylko około 10% skarg kończy się ukaraniem lekarza.

 

  • Pacjent może znaleźć się w trudnej pozycji proceduralnej. Lekarz, którego dotyczy sprawa, często korzysta z pomocy profesjonalnego pełnomocnika — radcy prawnego lub adwokata. Pacjent natomiast często działa sam, po traumatycznym doświadczeniu leczenia, bez znajomości procedury, bez dostępu do wiedzy medycznej i bez umiejętności formułowania zarzutów w sposób odpowiadający standardom postępowań dyscyplinarnych.

 

  • Organy odpowiedzialności zawodowej są organami samorządu lekarskiego. Rzecznikami i sędziami są lekarze. To nie musi automatycznie oznaczać stronniczości, ale z perspektywy pacjenta rodzi pytanie o niezależność, profesjonalizację i równowagę stron.

Czy rzecznicy i sądy lekarskie powinni być bardziej profesjonalni?

Moim zdaniem to jedno z najważniejszych pytań wynikających z tych danych.

Dziś lekarz, którego postępowanie jest oceniane, coraz częściej występuje z profesjonalnym pełnomocnikiem. Taki pełnomocnik zna procedurę, wie, jak kwestionować opinie, terminy, wnioski dowodowe, zakres zarzutów i sposób formułowania odpowiedzialności.

Po drugiej stronie często stoi pacjent albo rodzina pacjenta. Nie zawsze mają prawnika. Nie zawsze potrafią odróżnić błąd medyczny od niepowodzenia terapeutycznego. Nie zawsze wiedzą, jakie dokumenty złożyć i jak sformułować zarzut.

W tej sytuacji można zadać pytanie: czy system, w którym sprawy prowadzą lekarze-rzecznicy i rozstrzygają lekarze-sędziowie, jest wystarczająco przygotowany do postępowań coraz bardziej skomplikowanych prawnie?

Nie chodzi o prostą tezę, że lekarze nie powinni brać udziału w ocenie zawodowej innych lekarzy. Wiedza medyczna jest w takich sprawach konieczna. Ale można pytać, czy model powinien zostać wzmocniony przykładowo o udział prawników w składach orzekających i profesjonalne wsparcie proceduralne dla rzeczników.

Profesjonalizacja nie musi oznaczać „odebrania” spraw lekarzom. Może oznaczać, że sprawy odpowiedzialności zawodowej powinny być prowadzone w sposób bardziej przewidywalny, bardziej przejrzysty i mniej zależny od tego, na ile skutecznych obrońców zatrudni lekarz odpowiadający za naruszenie zasad etyki.

Finansowanie: państwo płaci za postępowania, ale nie za prewencję

Ministerstwo Zdrowia podało, że dotacja przekazana na prowadzenie postępowań w sprawie odpowiedzialności zawodowej lekarzy i lekarzy dentystów wyniosła:

Rok Dotacja na postępowania w sprawie odpowiedzialności zawodowej
2020    2 287 306,61 zł
2021    3 131 951,09 zł
2022    2 514 515,64 zł
2023    2 421 313,76 zł
2024    2 548 122,00 zł
2025    2 904 560,00 zł

 

Jednocześnie MZ wskazało, że nie przekazuje dotacji na działalność prewencyjną w zakresie odpowiedzialności zawodowej ani na prowadzenie rejestru ukaranych.

Państwo finansuje więc przede wszystkim obsługę postępowań, czyli reakcję po fakcie. Nie finansuje natomiast — przynajmniej w tej kategorii dotacji — działań prewencyjnych, które mogłyby ograniczać liczbę naruszeń w przyszłości.

Z perspektywy pacjentów to może być poważny problem. System bezpieczeństwa pacjenta nie powinien zaczynać się dopiero wtedy, gdy pacjent składa skargę po szkodzie. Powinien również zapobiegać powtarzaniu błędów.

Odpowiedzalność zawodowa – rzadka sytuacja

Według GUS w 2024 r. liczba lekarzy mieszkających w Polsce i posiadających prawo wykonywania zawodu wyniosła 166,5 tys., a liczba lekarzy pracujących bezpośrednio z pacjentem wyniosła 141 193. Główny Urząd Statystyczny podał też, że bezpośrednio z pacjentem pracowało 36 965 lekarzy dentystów.

Z kolei Naczelna Izba Lekarska publikuje zestawienia statystyczne z Centralnego Rejestru Lekarzy; najnowsze zestawienia dostępne na stronie NIL są aktualne na dzień 31 grudnia 2025 r.

Na tym tle skargi do organów odpowiedzialności zawodowej nie są zjawiskiem masowym w sensie procentowym. W 2024 r. 4015 skarg odpowiadało około 2% populacji lekarzy i lekarzy dentystów liczonej bardzo orientacyjnie według danych GUS/NIL.

Ale z perspektywy pacjentów to nadal tysiące konkretnych historii rocznie: opóźnionych diagnoz, błędów terapeutycznych, problemów z dokumentacją, komunikacją, zgodą na leczenie, poszanowaniem praw pacjenta albo standardami wykonywania zawodu.

Niska statystyczna skala nie oznacza niskiej społecznej wagi problemu.

Co z tych danych wynika dla pacjentów?

  1. Skarga do izby lekarskiej może być ważnym narzędziem, ale nie powinna być mylona z pozwem o odszkodowanie.
  2. Pacjent powinien wiedzieć, że najważniejszy etap sprawy rozegra się przed rzecznikiem odpowiedzialności zawodowej. To tam zapada decyzja, czy sprawa pójdzie dalej.
  3. Pacjent powinien dobrze przygotować skargę — opisać fakty, wskazać dokumentację, określić zarzuty i unikać ogólnych ocen bez dowodów.
  4. Dane pokazują potrzebę większej przejrzystości systemu. Społeczeństwo powinno wiedzieć nie tylko, ile było ukarań, ale także ile było odmów wszczęcia, ile umorzeń, ile spraw trwało ponad rok, ile uległo przedawnieniu i ile razy sąd wyższej instancji zmieniał rozstrzygnięcie.
  5. Jeżeli lekarze w takich sprawach korzystają z prawników, a pacjenci często występują sami, trzeba poważnie rozważyć, czy system nie wymaga większego wsparcia pacjenta i większej profesjonalizacji po stronie organów.

Z perspektywy pacjentów najważniejszy wniosek jest taki:

postępowanie przed izbą lekarską, podobnie jak postępowanie karne, może mieć znaczenie, ale nie jest prostą ani wystarczającą drogą dochodzenia sprawiedliwości po błędzie medycznym. Pacjent powinien znać statystyki, zanim zdecyduje, czego od tej drogi oczekuje.

O ciekawych przypadkach postępowań przed sądem lekarskim przeczytasz też w poście: „Sąd lekarski: kiedy przegrana jest wygraną.” oraz „Błąd lekarski: sprawa dla prokuratury czy sądu lekarskiego?”

Za udostępnienie danych do powyższej analizy dziękuję Fundacji Ośrodek Pomocy Poszkodowanym.

To będzie historia o tym, jak lekarz – orzecznik za wszelką cenę chce bronić innych lekarzy, ale ta chęć „wchodzi” tak mocno, że efekt jest odwrotny. Bo oparzenia na stole operacyjnym w zasadzie nie da się wybronić. Można jednak próbować załagodzić skutki. Niestety, nie tym razem.

Oparzenie na stole operacyjnym nie jest tak rzadkie, jak się wydaje. Do oparzenia pacjentki doszło i tym razem. To, co było nietypowe (o typowych sytuacjach przeczytasz m.in. w poście „Nie jestem strażakiem”), to to, że oparzenie nastąpiło od metalowego kubka z wrzątkiem.

Ten zwykły kubek miał niezwykłe zadanie: ogrzać lub „odparować” optykę laparoskopu, czyli końcówkę z soczewką, co poprawia widoczność. Pech, a właściwie brak wyobraźni kogoś z zespołu operacyjnego sprawił, że naczynie postawiono bezpośrednio przy pacjentce, na stole operacyjnym. I to tak, że przylegał do skóry i spowodował rozległe oparzenie II i III stopnia.

Oparzenie na stole operacyjnym – operacja się udała, ale blizny zostały

Pacjentka długo leczyła skutki poparzenia. Przeszła bolesne zabiegi przeszczepu skóry, na ciele pozostały szpecące blizny.

Wystąpiła do ubezpieczyciela szpitala z wnioskiem o wypłatę. Nie, nie do prokuratury. Nie do sądu. Tak, jak sobie życzyliby lekarze: jest wina, jest szkoda na zdrowiu spowodowana w szpitalu, to nie urządzamy polowania na czarownice. Nie wskazujemy palcem osoby, która zawaliła.  Nie ciągamy wszystkich, którzy byli na dyżurze, po prokuraturach i sądach, tylko kulturalnie likwidujemy szkodę z polisy OC szpitala.

Oparzenie na stole operacyjnym okiem biegłego

I tu wkracza cały na biało lekarz-orzecznik, powołany przez zakład ubezpieczeń. Otóż ten lekarz, najwyraźniej zaślepiony misją usprawiedliwiania każdego działania, które podejmował inny lekarz, albo chociaż ktoś, kto obok lekarza stał, albo może tylko przejęty tym, że w końcu wydaje opinię za pieniądze tego, kogo odpowiedzialność ma rozstrzygać, pisze tak:

„W technice laparoskopowej operuje się w zacienieniu (z wygaszonymi światłami na sali operacyjnej) ponieważ jego przebieg jest obserwowany na ekranie monitora. Poza tym pacjent jest „obłożony” jałowymi serwetami i ewentualny kontakt narzędzi, w tym wypadku kubek z gorącym płynem był nie do zauważenia. (…) Opisane zdarzenie nie jest powikłaniem, a jedynie zdarzeniem niepożądanym.”

Zdarzenie niepożądane, jatrogenna szkoda? Nic z tych rzeczy

To, że jest to zdarzenie niepożądane, to oczywiste. Nieoczywiste, a właściwie absurdalne jest jednak to, co dalej pisze biegły. Że świadczeń medycznych udzielono zgodnie ze stanem aktualnej wiedzy medycznej. Oraz: że dołożono należytej staranności podczas udzielania świadczeń w placówce medycznej. I jeszcze: że nie doszło do żadnego błędu medycznego.

Biegły- oparzenie na stole operacyjnym

Biegły- oparzenie na stole operacyjnym

Biegły niebiegły

Dlaczego pan orzecznik, AP chirurg z Hajnówki, się myli?

Otóż:

  • po pierwsze: chałupniczo wykorzystywany kubek z gorącym płynem nie jest żadnym narzędziem (ani wyrobem medycznym)

 

  • po drugie: nikt nigdy w żadnej publikacji naukowej nie uznał za dopuszczalne stawiania gorącego metalowego kubka w polu operacyjnym, gdzie może dotknąć skóry pacjenta

 

  • po trzecie: w laparoskopii światła na sali mogą być przygaszone, bo operator patrzy na monitor, ale nie znaczy to, że zespół jest zwolniony z kontroli pola, narzędzi, przewodów, płynów i źródeł ciepła. Standard bezpieczeństwa w chirurgii idzie w przeciwną stronę. Im gorsza widoczność i im bardziej pacjent jest przykryty, tym bardziej trzeba eliminować niekontrolowane źródła ryzyka

 

  • po czwarte: jeśli podczas operacji zespół operacyjny ma używać podgrzewacza optyki, to powinien to być dedykowany jałowy wyrób albo bezpieczna metoda przewidziana w procedurze. Na rynku dostępne są jednorazowe jałowe podgrzewacze optyki: urządzenia, które ogrzewają optykę do temperatury zbliżonej do temperatury ciała i które aktywowuje się przed obłożeniem pacjenta. W praktyce też często końcówkę laparoskopu ogrzewa się w ciepłym jałowym roztworze na stoliku instrumentariuszki. Następnie końcówkę osusza się jałowo i wprowadza przez trokar.

Oparzenie podczas operacji – błąd organizacyjny

To, do czego doszło w przypadku tego oparzenia, to wynik błędu organizacyjnego, który jest rodzajem błędu medycznego. Czy zabrakło procedur, czy też ich nie przestrzegano, wykaże dalsze postępowanie. Jedno jest pewne: taka treść opinii zakrawa na kpinę. A dodatkowo naraża biegłego na odpowiedzialność karną za wydanie fałszywej opinii oraz na odpowiedzialność zawodową – jest to przewinienie etyczne.

Czytaj więcej o odpowiedzialności biegłych m.in. tutaj: „Kiedy biegły sądowy zapłaci odszkodowanie

Co zrobi pacjentka?

Dlaczego na początku postawiłam tezę, że biegły taką opinią strzelił sobie i swojemu pracodawcy  (ubezpieczycielowi) w stopę? Otóż mając taką opinię, ubezpieczyciel prawdopodobnie nie będzie skory do ugodowego zakończenia sporu na rozsądnych warunkach. I taka jedna spolegliwa opinia lekarza może  uruchomić całą machinę prawną. Czyli to, czego lekarze postulujący uwolnienie ich od indywidualnej odpowiedzialności bardzo chcieliby uniknąć.

***

Czytaj więcej o no-fault tutaj: „No-fault w sprawach o błedy medyczne”

Czy zgłoszenie błędu medycznego do prokuratury ma sens? Emocjonalnie — bardzo często tak. Statystycznie — odpowiedź jest dużo mniej oczywista. 

Zawiadomienie prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa to często pierwszy krok rozważany przez pacjentów poszkodowanych przez błąd medyczny. I trudno się temu dziwić — dla wielu osób postępowanie karne wydaje się najbardziej naturalną drogą dochodzenia sprawiedliwości. Tyle, że warto zadać sobie pytanie: czy działania prokuratury w sprawach o błąd medyczny są rzeczywiście skuteczne i szybkie?

Szybkie? Na pewno nie. Sam czas oczekiwania na opinię biegłych to najczęściej rok albo i dłużej. Miałam ostatnio okazję wypowiedzieć się na ten temat w charakterze ekspertki dla TVN Uwaga (tu link).

A co ze skutecznością? Tu nie opieram się na intuicji, tylko na twardych danych z Prokuratury Krajowej.

Ile spraw o błąd medyczny trafia do prokuratury?

W 2020 roku do prokuratury wpłynęło 2.975 zawiadomień, w 2021 – 3.075, w 2022 – 2.823, w 2023 – 3.059, w 2024 – 2.732, a w 2025 – 2.264.

To oznacza, że w ostatnich 6 latach średnio 2.821 osób rocznie uznawało, że sprawą o błąd medyczny powinna zająć się prokuratura.

Wypada więc zapytać: z jakim efektem?

Jaka jest skuteczność prokuratury w sprawach o błąd medyczny?

W poszczególnych latach postępowania prowadzone przez prokuraturę kończyły się aktami oskarżenia albo wnioskami o wyrok skazujący w następującej liczbie:

  • 2020 – 176
  • 2021 – 198
  • 2022 – 142
  • 2023 – 115
  • 2024 – 84
  • 2025 – 86

Wniosek o wyrok skazujący w sprawach medycznych zdarza się zresztą baaardzo rzadko. Może zostać złożony przede wszystkim wtedy, gdy lekarz przyznałby się do popełnienia przestępstwa i nie kwestionowałby okoliczności sprawy.

Średnio więc tylko w 133 przypadkach rocznie prokuraturze udawało się — po przeprowadzeniu najczęściej wieloletniego śledztwa — skierować sprawę o błąd medyczny do sądu.

Tylko 4,7% spraw kończy się uznaniem odpowiedzialności karnej

I teraz liczba najważniejsza.

Jak wynika z danych statystycznych, w ostatnich 6 latach tylko 4,7% spraw o błąd medyczny prowadzonych przez prokuraturę zakończyło się konkluzją, że doszło do błędu i ktoś — lekarz, pielęgniarka czy inny członek personelu medycznego — powinien ponieść odpowiedzialność karną.

Czyli, mówiąc w uproszczeniu: tylko 5 na 100 osób zawiadamiających prokuraturę miało rację. A przynajmniej tak wynikało z dowodów zgromadzonych w toku postępowania przygotowawczego.

Jeśli zaś spojrzymy na najświeższe dane, czyli na rok 2025, statystyka jest dla pokrzywdzonych jeszcze bardziej niekorzystna. Ostatnio już mniej niż 4 osoby na 100 uzyskują oczekiwany przez siebie efekt zawiadomienia prokuratury o błędzie medycznym.

To dopiero pierwszy etap postępowania karnego

Warto mocno podkreślić jedną rzecz: mówię tu wyłącznie o pierwszym etapie procesu karnego, czyli o skierowaniu aktu oskarżenia.

To, czy później zapadnie wyrok skazujący czy uniewinniający, to już osobna historia. Z pewnością jednak odsetek wyroków uniewinniających jest znaczący. Czekam na konkretne dane z Ministerstwa Sprawiedliwości. Gdy je dostanę, z pewnością uzupełnię prezentowane tu wnioski. Tymczasem warto przeczytać wpis: „Jak stracić i odzyskać wiarę w sprawiedliwość„. I kolejny: o procesie skazanej za błąd medyczny pielęgniarki.

Lekarze boją się odpowiedzialności karnej? Statystyki pokazują coś innego

Odwracając perspektywę, widać jasno, że lekarze, którzy tak głośno argumentują, iż z powodu grożącej im odpowiedzialności karnej boją się wykonywać zawód — szczególnie w specjalizacjach takich jak ginekologia i położnictwo — są po prostu oderwani od realiów.

Jeżeli tylko niewielki ułamek spraw kończy się już na etapie aktu oskarżenia, to trudno poważnie twierdzić, że odpowiedzialność karna stanowi dziś realną, masową barierę w wykonywaniu zawodu lekarza.

Dlaczego do prokuratur trafia coraz mniej zawiadomień o błędzie medycznym?

To jest moim zdaniem pytanie równie ważne jak statystyki skuteczności.

Od 2024 roku wyraźnie maleje liczba zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w sprawach o błąd medyczny.

Czy aż tak bardzo poprawiła się jakość świadczeń zdrowotnych? Tę hipotezę odrzucam na wstępie. Myślę, że nie muszę tego szerzej uzasadniać — realia mówią same za siebie.

Błąd medyczny a prokuratura

Błąd medyczny a prokuratura

1. Likwidacja wyspecjalizowanych wydziałów prokuratury

Jednym z powodów może być utrata wiary pokrzywdzonych w skuteczność działań prokuratury po likwidacji specjalnych wydziałów zajmujących się błędami medycznymi. Zostały one utworzone w 2016 r., a zlikwidowano je w 2024 r.

Nie tylko ja, ale również obrońcy lekarzy uważają, że odbyło się to ze szkodą dla jakości postępowań. To, że śledztwa w sprawach błędów medycznych prowadzili wyspecjalizowani, doświadczeni w tej problematyce prokuratorzy, działało na korzyść wszystkich: pokrzywdzonych, lekarzy i Skarbu Państwa.

Pokrzywdzeni i lekarze mogli liczyć na rzetelne wyjaśnienie okoliczności sprawy, a Skarb Państwa — na to, że sprawnie prowadzone postępowanie będzie po prostu tańsze.

2. Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych

Druga przyczyna, która przychodzi mi do głowy, to utworzenie Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych.

Rzecznik Praw Pacjenta zaczął wypłacać świadczenia z FKZM od czerwca 2024 r., a w 2025 r. wydano aż 586 decyzji przyznających świadczenie kompensacyjne.

Fundusz ma swoje wady — o tym napiszę kiedy indziej — ale ma też jedną podstawową zaletę: jest w stanie dać poszkodowanym pacjentom konkret. Czyli decyzję o rekompensacie i wypłatę świadczenia – realnie – w terminie około roku.

Co ciekawe, ustawa nie zabrania równoległego złożenia wniosku do FKZM i zawiadomienia do prokuratury.

3. Ryzyko procesowe w sprawach cywilnych

Trzecia przyczyna jest mniej oczywista.

W ostatnich latach sądy cywilne zaczęły częściej korzystać z przepisu, który pozwala im oprzeć rozstrzygnięcie sprawy odszkodowawczej na opinii uzyskanej np. przez prokuratora w toku śledztwa dotyczącego błędu medycznego*.

A ponieważ opinie wydawane w toku postępowania karnego są na ogół niekorzystne dla poszkodowanych, taka „okrężna droga” dochodzenia rekompensaty — najpierw przez postępowanie karne — stała się po prostu strategicznie ryzykowna.

Czy warto zgłaszać błąd medyczny do prokuratury?

Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich.

Są sprawy, w których zawiadomienie prokuratury ma sens. Ale są też takie, w których pacjent — zamiast tracić lata i energię — powinien najpierw rozważyć inne ścieżki działania: postępowanie cywilne, wniosek do Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych albo równoległe prowadzenie kilku dróg.

Jedno jest pewne: warto podejmować decyzję strategicznie, a nie odruchowo.

A Ty, jak to oceniasz?

A może Ty masz własną teorię, dlaczego do prokuratur trafia coraz mniej zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w sprawach o błąd medyczny?

Chętnie zapoznam się z Twoimi przemyśleniami. Zapraszam do dyskusji w komentarzu.

* Art. 278¹ k.p.c.
Sąd może dopuścić dowód z opinii sporządzonej na zlecenie organu władzy publicznej w innym postępowaniu przewidzianym przez ustawę.