Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

To będzie historia o tym, jak lekarz – orzecznik za wszelką cenę chce bronić innych lekarzy, ale ta chęć „wchodzi” tak mocno, że efekt jest odwrotny. Bo oparzenia na stole operacyjnym w zasadzie nie da się wybronić. Można jednak próbować załagodzić skutki. Niestety, nie tym razem.

Oparzenie na stole operacyjnym nie jest tak rzadkie, jak się wydaje. Do oparzenia pacjentki doszło i tym razem. To, co było nietypowe (o typowych sytuacjach przeczytasz m.in. w poście „Nie jestem strażakiem”), to to, że oparzenie nastąpiło od metalowego kubka z wrzątkiem.

Ten zwykły kubek miał niezwykłe zadanie: ogrzać lub „odparować” optykę laparoskopu, czyli końcówkę z soczewką, co poprawia widoczność. Pech, a właściwie brak wyobraźni kogoś z zespołu operacyjnego sprawił, że naczynie postawiono bezpośrednio przy pacjentce, na stole operacyjnym. I to tak, że przylegał do skóry i spowodował rozległe oparzenie II i III stopnia.

Oparzenie na stole operacyjnym – operacja się udała, ale blizny zostały

Pacjentka długo leczyła skutki poparzenia. Przeszła bolesne zabiegi przeszczepu skóry, na ciele pozostały szpecące blizny.

Wystąpiła do ubezpieczyciela szpitala z wnioskiem o wypłatę. Nie, nie do prokuratury. Nie do sądu. Tak, jak sobie życzyliby lekarze: jest wina, jest szkoda na zdrowiu spowodowana w szpitalu, to nie urządzamy polowania na czarownice. Nie wskazujemy palcem osoby, która zawaliła.  Nie ciągamy wszystkich, którzy byli na dyżurze, po prokuraturach i sądach, tylko kulturalnie likwidujemy szkodę z polisy OC szpitala.

Oparzenie na stole operacyjnym okiem biegłego

I tu wkracza cały na biało lekarz-orzecznik, powołany przez zakład ubezpieczeń. Otóż ten lekarz, najwyraźniej zaślepiony misją usprawiedliwiania każdego działania, które podejmował inny lekarz, albo chociaż ktoś, kto obok lekarza stał, albo może tylko przejęty tym, że w końcu wydaje opinię za pieniądze tego, kogo odpowiedzialność ma rozstrzygać, pisze tak:

„W technice laparoskopowej operuje się w zacienieniu (z wygaszonymi światłami na sali operacyjnej) ponieważ jego przebieg jest obserwowany na ekranie monitora. Poza tym pacjent jest „obłożony” jałowymi serwetami i ewentualny kontakt narzędzi, w tym wypadku kubek z gorącym płynem był nie do zauważenia. (…) Opisane zdarzenie nie jest powikłaniem, a jedynie zdarzeniem niepożądanym.”

Zdarzenie niepożądane, jatrogenna szkoda? Nic z tych rzeczy

To, że jest to zdarzenie niepożądane, to oczywiste. Nieoczywiste, a właściwie absurdalne jest jednak to, co dalej pisze biegły. Że świadczeń medycznych udzielono zgodnie ze stanem aktualnej wiedzy medycznej. Oraz: że dołożono należytej staranności podczas udzielania świadczeń w placówce medycznej. I jeszcze: że nie doszło do żadnego błędu medycznego.

Biegły- oparzenie na stole operacyjnym

Biegły- oparzenie na stole operacyjnym

Biegły niebiegły

Dlaczego pan orzecznik, AP chirurg z Hajnówki, się myli?

Otóż:

  • po pierwsze: chałupniczo wykorzystywany kubek z gorącym płynem nie jest żadnym narzędziem (ani wyrobem medycznym)

 

  • po drugie: nikt nigdy w żadnej publikacji naukowej nie uznał za dopuszczalne stawiania gorącego metalowego kubka w polu operacyjnym, gdzie może dotknąć skóry pacjenta

 

  • po trzecie: w laparoskopii światła na sali mogą być przygaszone, bo operator patrzy na monitor, ale nie znaczy to, że zespół jest zwolniony z kontroli pola, narzędzi, przewodów, płynów i źródeł ciepła. Standard bezpieczeństwa w chirurgii idzie w przeciwną stronę. Im gorsza widoczność i im bardziej pacjent jest przykryty, tym bardziej trzeba eliminować niekontrolowane źródła ryzyka

 

  • po czwarte: jeśli podczas operacji zespół operacyjny ma używać podgrzewacza optyki, to powinien to być dedykowany jałowy wyrób albo bezpieczna metoda przewidziana w procedurze. Na rynku dostępne są jednorazowe jałowe podgrzewacze optyki: urządzenia, które ogrzewają optykę do temperatury zbliżonej do temperatury ciała i które aktywowuje się przed obłożeniem pacjenta. W praktyce też często końcówkę laparoskopu ogrzewa się w ciepłym jałowym roztworze na stoliku instrumentariuszki. Następnie końcówkę osusza się jałowo i wprowadza przez trokar.

Oparzenie podczas operacji – błąd organizacyjny

To, do czego doszło w przypadku tego oparzenia, to wynik błędu organizacyjnego, który jest rodzajem błędu medycznego. Czy zabrakło procedur, czy też ich nie przestrzegano, wykaże dalsze postępowanie. Jedno jest pewne: taka treść opinii zakrawa na kpinę. A dodatkowo naraża biegłego na odpowiedzialność karną za wydanie fałszywej opinii oraz na odpowiedzialność zawodową – jest to przewinienie etyczne.

Czytaj więcej o odpowiedzialności biegłych m.in. tutaj: „Kiedy biegły sądowy zapłaci odszkodowanie

Co zrobi pacjentka?

Dlaczego na początku postawiłam tezę, że biegły taką opinią strzelił sobie i swojemu pracodawcy  (ubezpieczycielowi) w stopę? Otóż mając taką opinię, ubezpieczyciel prawdopodobnie nie będzie skory do ugodowego zakończenia sporu na rozsądnych warunkach. I taka jedna spolegliwa opinia lekarza może  uruchomić całą machinę prawną. Czyli to, czego lekarze postulujący uwolnienie ich od indywidualnej odpowiedzialności bardzo chcieliby uniknąć.

***

Czytaj więcej o no-fault tutaj: „No-fault w sprawach o błedy medyczne”

Czy zgłoszenie błędu medycznego do prokuratury ma sens? Emocjonalnie — bardzo często tak. Statystycznie — odpowiedź jest dużo mniej oczywista. 

Zawiadomienie prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa to często pierwszy krok rozważany przez pacjentów poszkodowanych przez błąd medyczny. I trudno się temu dziwić — dla wielu osób postępowanie karne wydaje się najbardziej naturalną drogą dochodzenia sprawiedliwości. Tyle, że warto zadać sobie pytanie: czy działania prokuratury w sprawach o błąd medyczny są rzeczywiście skuteczne i szybkie?

Szybkie? Na pewno nie. Sam czas oczekiwania na opinię biegłych to najczęściej rok albo i dłużej. Miałam ostatnio okazję wypowiedzieć się na ten temat w charakterze ekspertki dla TVN Uwaga (tu link).

A co ze skutecznością? Tu nie opieram się na intuicji, tylko na twardych danych z Prokuratury Krajowej.

Ile spraw o błąd medyczny trafia do prokuratury?

W 2020 roku do prokuratury wpłynęło 2.975 zawiadomień, w 2021 – 3.075, w 2022 – 2.823, w 2023 – 3.059, w 2024 – 2.732, a w 2025 – 2.264.

To oznacza, że w ostatnich 6 latach średnio 2.821 osób rocznie uznawało, że sprawą o błąd medyczny powinna zająć się prokuratura.

Wypada więc zapytać: z jakim efektem?

Jaka jest skuteczność prokuratury w sprawach o błąd medyczny?

W poszczególnych latach postępowania prowadzone przez prokuraturę kończyły się aktami oskarżenia albo wnioskami o wyrok skazujący w następującej liczbie:

  • 2020 – 176
  • 2021 – 198
  • 2022 – 142
  • 2023 – 115
  • 2024 – 84
  • 2025 – 86

Wniosek o wyrok skazujący w sprawach medycznych zdarza się zresztą baaardzo rzadko. Może zostać złożony przede wszystkim wtedy, gdy lekarz przyznałby się do popełnienia przestępstwa i nie kwestionowałby okoliczności sprawy.

Średnio więc tylko w 133 przypadkach rocznie prokuraturze udawało się — po przeprowadzeniu najczęściej wieloletniego śledztwa — skierować sprawę o błąd medyczny do sądu.

Tylko 4,7% spraw kończy się uznaniem odpowiedzialności karnej

I teraz liczba najważniejsza.

Jak wynika z danych statystycznych, w ostatnich 6 latach tylko 4,7% spraw o błąd medyczny prowadzonych przez prokuraturę zakończyło się konkluzją, że doszło do błędu i ktoś — lekarz, pielęgniarka czy inny członek personelu medycznego — powinien ponieść odpowiedzialność karną.

Czyli, mówiąc w uproszczeniu: tylko 5 na 100 osób zawiadamiających prokuraturę miało rację. A przynajmniej tak wynikało z dowodów zgromadzonych w toku postępowania przygotowawczego.

Jeśli zaś spojrzymy na najświeższe dane, czyli na rok 2025, statystyka jest dla pokrzywdzonych jeszcze bardziej niekorzystna. Ostatnio już mniej niż 4 osoby na 100 uzyskują oczekiwany przez siebie efekt zawiadomienia prokuratury o błędzie medycznym.

To dopiero pierwszy etap postępowania karnego

Warto mocno podkreślić jedną rzecz: mówię tu wyłącznie o pierwszym etapie procesu karnego, czyli o skierowaniu aktu oskarżenia.

To, czy później zapadnie wyrok skazujący czy uniewinniający, to już osobna historia. Z pewnością jednak odsetek wyroków uniewinniających jest znaczący. Czekam na konkretne dane z Ministerstwa Sprawiedliwości. Gdy je dostanę, z pewnością uzupełnię prezentowane tu wnioski. Tymczasem warto przeczytać wpis: „Jak stracić i odzyskać wiarę w sprawiedliwość„. I kolejny: o procesie skazanej za błąd medyczny pielęgniarki.

Lekarze boją się odpowiedzialności karnej? Statystyki pokazują coś innego

Odwracając perspektywę, widać jasno, że lekarze, którzy tak głośno argumentują, iż z powodu grożącej im odpowiedzialności karnej boją się wykonywać zawód — szczególnie w specjalizacjach takich jak ginekologia i położnictwo — są po prostu oderwani od realiów.

Jeżeli tylko niewielki ułamek spraw kończy się już na etapie aktu oskarżenia, to trudno poważnie twierdzić, że odpowiedzialność karna stanowi dziś realną, masową barierę w wykonywaniu zawodu lekarza.

Dlaczego do prokuratur trafia coraz mniej zawiadomień o błędzie medycznym?

To jest moim zdaniem pytanie równie ważne jak statystyki skuteczności.

Od 2024 roku wyraźnie maleje liczba zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w sprawach o błąd medyczny.

Czy aż tak bardzo poprawiła się jakość świadczeń zdrowotnych? Tę hipotezę odrzucam na wstępie. Myślę, że nie muszę tego szerzej uzasadniać — realia mówią same za siebie.

Błąd medyczny a prokuratura

Błąd medyczny a prokuratura

1. Likwidacja wyspecjalizowanych wydziałów prokuratury

Jednym z powodów może być utrata wiary pokrzywdzonych w skuteczność działań prokuratury po likwidacji specjalnych wydziałów zajmujących się błędami medycznymi. Zostały one utworzone w 2016 r., a zlikwidowano je w 2024 r.

Nie tylko ja, ale również obrońcy lekarzy uważają, że odbyło się to ze szkodą dla jakości postępowań. To, że śledztwa w sprawach błędów medycznych prowadzili wyspecjalizowani, doświadczeni w tej problematyce prokuratorzy, działało na korzyść wszystkich: pokrzywdzonych, lekarzy i Skarbu Państwa.

Pokrzywdzeni i lekarze mogli liczyć na rzetelne wyjaśnienie okoliczności sprawy, a Skarb Państwa — na to, że sprawnie prowadzone postępowanie będzie po prostu tańsze.

2. Fundusz Kompensacyjny Zdarzeń Medycznych

Druga przyczyna, która przychodzi mi do głowy, to utworzenie Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych.

Rzecznik Praw Pacjenta zaczął wypłacać świadczenia z FKZM od czerwca 2024 r., a w 2025 r. wydano aż 586 decyzji przyznających świadczenie kompensacyjne.

Fundusz ma swoje wady — o tym napiszę kiedy indziej — ale ma też jedną podstawową zaletę: jest w stanie dać poszkodowanym pacjentom konkret. Czyli decyzję o rekompensacie i wypłatę świadczenia – realnie – w terminie około roku.

Co ciekawe, ustawa nie zabrania równoległego złożenia wniosku do FKZM i zawiadomienia do prokuratury.

3. Ryzyko procesowe w sprawach cywilnych

Trzecia przyczyna jest mniej oczywista.

W ostatnich latach sądy cywilne zaczęły częściej korzystać z przepisu, który pozwala im oprzeć rozstrzygnięcie sprawy odszkodowawczej na opinii uzyskanej np. przez prokuratora w toku śledztwa dotyczącego błędu medycznego*.

A ponieważ opinie wydawane w toku postępowania karnego są na ogół niekorzystne dla poszkodowanych, taka „okrężna droga” dochodzenia rekompensaty — najpierw przez postępowanie karne — stała się po prostu strategicznie ryzykowna.

Czy warto zgłaszać błąd medyczny do prokuratury?

Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi dla wszystkich.

Są sprawy, w których zawiadomienie prokuratury ma sens. Ale są też takie, w których pacjent — zamiast tracić lata i energię — powinien najpierw rozważyć inne ścieżki działania: postępowanie cywilne, wniosek do Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych albo równoległe prowadzenie kilku dróg.

Jedno jest pewne: warto podejmować decyzję strategicznie, a nie odruchowo.

A Ty, jak to oceniasz?

A może Ty masz własną teorię, dlaczego do prokuratur trafia coraz mniej zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w sprawach o błąd medyczny?

Chętnie zapoznam się z Twoimi przemyśleniami. Zapraszam do dyskusji w komentarzu.

* Art. 278¹ k.p.c.
Sąd może dopuścić dowód z opinii sporządzonej na zlecenie organu władzy publicznej w innym postępowaniu przewidzianym przez ustawę.

Jak podały media, nawet 20 lat więzienia grozi ginekologowi z Poznania, któryw 2024 r.  podczas operacji 24-letniej pacjentki wyciął narządy rozrodcze bez posiadania jej świadomej zgody na zabieg. Postawiono mu zarzut ubezpłodnienia.

O sprawie jako pierwsza napisała Gazeta Wyborcza w artykule „Obudziła się bez macicy i jajników”. Lekarz po tym, jak wyciął jeden jajnik, rzekomo gołym okiem zobaczył zmiany nowotworowe także w innych miejscach. Nie czekając więc na to, co pokaże tzw. intra – czyli wynik badania histopatologicznego wykonywanego w trakcie operacji,  wyciął pacjentce macicę z drugim jajnikiem, jajowody, sieć większą i ścianę otrzewnej zatoki Douglasa. W ten sposób ją ubezpłodnił i wywołał u 24-letniej kobiety menopauzę. Zainteresowanym bliżej tematem jaka odpowiedzialność karna grozi lekarzowi za ubezpłodnienie, polecam mój artykuł w Przeglądzie Prawa Medycznego: „Wykładnia pojęcia „zdolność płodzenia” w świetle art. 156 § 1 pkt 1 Kodeksu karnego.”

Zgoda na zabieg – nie na każdy zakres zabiegu

– Lekarz powinien poinformować, co się może wydarzyć i jakie będą konsekwencje. A pacjentka może się na rozszerzenie zabiegu zgodzić lub nie.  To jej prawo i lekarz nie może jej tego odmówić, bo ostateczna decyzja nie należy do niego. – podał prof. Mariusz Bidziński w rozmowie z GW. Lekarz ma prawo zmienić zakres zabiegu bez zgody pacjenta tylko w sytuacji, gdy zaniechanie takiego działania mogłoby prowadzić do ciężkiego uszczerbku na zdrowiu lub śmierci, np. gdy trzeba tamować masywny krwotok. Zagrożenie musi być jednak bezpośrednie – występować tu i teraz, w sali operacyjnej, a nie w przyszłości.

Zgoda na zabieg w praktyce

Zgoda na zabieg jest jednym z kluczowych etapów leczenia. Do świadomego uczestnictwa pacjenta w tym procesie należy zatem podchodzić ze szczególną uwagą. To teoria, z którą każdy się zgadza. W praktyce, jak to w życiu, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Zgoda na zabieg

Zgodna na zabieg

To, na co pacjent wyraża zgodę, jest ważne przede wszystkim dla pacjenta – wiadomo. Dla lekarza, uzyskanie zgody pacjenta na zabieg jest na ogół uciążliwym, biurokratycznym obowiązkiem, który najchętniej zredukowałby do minimum. Tak, pojawiają się nawet takie pomysły.

Spójrzmy zatem na problem nieco inaczej, bo oczami dyrektorów szpitali.

Brak skutecznej zgody na zabieg – odpowiedzialnośc szpitala

W kuluarach konferencji, na której ostatnio wygłaszałam wykład na temat odpowiedzialności podmiotów leczniczych i ubezpieczycieli za błędy lekarskie, porozmawialiśmy sobie miedzy innymi  o realiach. Dyrektorzy bezpośrednio nie leczą pacjentów, więc właściwie mogłoby być im wszystko jedno, jak wygląda rozmowa lekarza z „kandydatem” do operacji. Im jednak bardzo zależy, żeby zgoda pacjenta na leczenie była świadoma i żeby doktorzy potrafili się z chorymi porozumieć. Dlaczego? Ponieważ w razie braku wymaganych informacji przed operacją, a następnie powikłań po jej przeprowadzeniu, szpital może popaść w poważne kłopoty…

Skuteczna zgoda na zabieg to nie jakakolwiek zgoda

Właściwie wszystko na temat zgody na zabieg mówi wyrok wydany w prowadzonej i zakończonej przed laty przez moją kancelarię sprawie:

  1. „Jeżeli pacjentka nie została poinformowana o możliwości wystąpienia poważnych komplikacji zdrowotnych wskutek podania kontrastu w postaci roztworu błękitu metylowego, to nie można mówić o skutecznej zgodzie na zabieg, a tym samym o przejęciu przez nią ryzyka, jakie było z nim związane.

  2. W braku „poinformowanej” zgody pacjentki powstanie szkody wskutek wykonania zabiegu, także prawidłowego z punktu widzenia medycznego, uzasadnia odpowiedzialność lekarza (szpitala).”

Ten wyrok – Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z dnia 11 marca 2008 r. I ACa 846/07 –   wyznacza praktyczne i prawne granice odpowiedzialności szpitala i jest uznawany za jeden z ważniejszych w ramach tzw. dorobku orzecznictwa.

Co z niego wynika? Nawet, gdy zabieg (operacja) jest  wykonany poprawnie, zgodnie z aktualną wiedzą medyczną, a wystąpią powikłania, to jeśli pacjent ma prawo do odszkodowania. Kiedy? Gdy nie został odpowiednio poinformowany przed operacją o ryzyku wystąpienia tego konkretnego powikłania, którego stał się ofiarą. Może wówczas wystąpić o rekompensatę, czyli zadośćuczynienie, zapłatę odszkodowania i renty.

Gdyby jednak całe zagadnienie było tak proste, jak cytowana teza wyroku, to proces w tej sprawie nie trwałby 15 lat… A trwał  – ja byłam pełnomocnikiem „tylko” przez ostatnie 6 lat. Stało się to po tym, jak poprzedni pełnomocnik oświadczył klientce, że jego możliwości się wyczerpały.

Zgoda na zabieg, czyli treść rozmowy lekarza z pacjentem

To, na co się chory rzeczywiście zgodził i jaką wcześniej informację otrzymał, jest w procesie najczęściej osią sporu. Czyli my – pacjent i jego pełnomocnik – próbujemy udowodnić, że lekarz nie omówił rzetelnie z pacjentem tego, jakie są dostępne metody lecznicze i nie poinformował, jakie ryzyka wiążą się z każdą z nich.  W szczególności z metodą wybraną (najczęściej arbitralnie przez lekarza) w tym konkretnym przypadku.

Szpital i jego pełnomocnik twierdzą na ogół przeciwnie. Jeślu mamy do czynienia z tzw. zgodą blankietową, to sytuacja się komplikuje. Jest to na ogół mniej lub bardziej ogólny formularz. Zwykle brzmi podobnie: „wyrażam zgodę na proponowane leczenie w postaci zabiegu operacyjnego (…)”. I jeszcze: „oświadczam, że zostałem poinformowany o jego ryzykach oraz że miałem możliwość nieskrępowanego zadawania pytań”. Niestety to, jaka była dokładnie  treść informacji i na co konkretnie pacjent wyraził zgodę, sąd może ustalić opierając się na zeznaniach świadków.

Zgoda blankietowa „uzupełniona” pamięcią lekarza

Zaczyna się wówczas zabawa w przypominanie sobie rozmowy pacjent – lekarz sprzed – na ogół – kilku lat. To, że detaliczna pamięć członków personelu medycznego na temat 10-minutowej rozmowy z jednym z setek, jeśli nie tysięcy pacjentów, musi być fikcją, nikomu nie przeszkadza…

Kluczowe bywa ustalenie, o czym właściwie lekarz miał obowiązek poinformować pacjenta. Czy o wszystkich powikłaniach? Niewykonalne. Wystarczy na ogół o najczęstszych lub najbardziej poważnych.

Zakres przekazywanej wiedzy należy zindywidualizować, to znaczy dopasować do chorego. Do tego, co chce usłyszeć, do możliwości zrozumienia przez  niego określonych, czasem trudnych, informacji. Podobnie z ryzykiem: często jest diametralnie różne dla dwóch różnych pacjentów, w zależności na przykład od stanu zaawansowania choroby czy chorób współistniejących.

I tak dalej, i tak dalej. Tym postem nie wyczerpię tematu, ale o zgodzie będę jeszcze duuużo pisać, bo jak wspomniałam na początku, to bardzo ważny temat, także z punktu widzenia możliwości uzyskania odszkodowania za błąd medyczny.

Zgoda na zabieg – o czym pacjent powinien pamiętać

Będąc pacjentem przed zabiegiem diagnostycznym lub operacyjnym albo przed podjęciem leczenia metodą stwarzającą podwyższone ryzyko:

  • przeczytaj uważnie formularz „pisemnej zgody”, który otrzymujesz do podpisania;
  • jeśli masz wątpliwości lub pytania, nie bój się ich zadać;
  • gdy lekarz oczekuje od ciebie podpisania formularza „in blanco” – bez wypełnionej rubryki, gdzie ma być wpisany rodzaj operacji, bez daty lub bez nazwiska lekarza, który z  tobą rozmawia, poproś o wcześniejsze wypełnienie tych pól;
  • jeśli te rubryki są wypełnione, ale zostają jeszcze wolne miejsca obok – zakreśl je: często po zabiegach, szczególnie powikłanych,  w takich miejscach pojawiają się dodatkowe informacje, których wcześniej tam nie było…;
  • w sytuacji, gdy masz trudności z przeczytaniem formularza lub złożeniem podpisu, bo na przykład jesteś już po premedykacji, w drodze na salę operacyjną, przekaż lekarzowi albo osobie bliskiej, że nie jesteś w stanie się podpisać;
  • i najważniejsze: dopisuj przy swoim podpisie datę i godzinę – czasem minuty mają znaczenie.

Szczególnie  w sprawie o błąd medyczny

Więcej o zgodzie na zabieg i przykładach różnych sytuacji przeczytasz w moich artykułach:

Czy zgoda na zabieg wyklucza odszkodowanie za błąd lekarski?

Oparzenie pacjenta podczas operacji – tu o tym, że nie można dążyć w treści formularzy do aburdalnego założenia, że pacjent ma się zgodzić „na wszystko”.

Utrata wzroku po iniekcji

Styczeń 2026 roku w Polsce zapisał się jako miesiąc z ekstremalnymi mrozami. Temperatury spadały lokalnie poniżej -30°C (-39°C w niektórych doniesieniach, -27,7°C w Suwałkach). Takie warunki pogodowe, połączone z opadami śniegu i marznącego deszczu, spowodowały znaczący wzrost liczby urazów ortopedycznych. Nie ma więc lepszej okazji do zastanowienia się nad tym, co może pójść „nie tak” z rozpoznaniem i leczeniem złamania. Zapraszam więc do wspólnej analizy i omówienia konkretnego, prawdziwego przypadku. I choć dla mnie i dla poszkodowanego pacjenta to prawdziwe życie, a nie teoria, to za zgodą Klienta: uczmy się na  (cudzych) błędach. 

I. Pacjent doznał urazu nie na śliskim chodniku, a podczas gry w piłkę nożną. Wykonał zdjęcie RTG. W pewnej Bardzo Znanej Prywatnej Klinice zdjęcie to zostało opisane przez specjalistę radiologii A jako „drobna infrakcja paliczka środkowego – trzeciego – palca prawej stopy”.

Wizyta u ortopedy

II. W trakcie wizyty ortopedycznej odbytej tego samego dnia, lekarz ortopeda B, odczytał wynik badania RTG, i bez badania palpacyjnego stopy wydał zalecenia.  Pacjent miał szynować stopę butem i ograniczyć chodzenie. Miał też dbać o przeciwobrzękowe ułożenie kończyny. Uznał zatem, że – tak jak zostało to opisane w RTG – pacjent doznał drobnego złamania trzeciego palca stopy. W zasadzie: pęknięcia, niewymagającego szczególnego leczenia.

Zdjęcie RTG I

Zdjęcie RTG  I – opisane przez radiologa A i podstawa diagnozy ortopedy B

Nierozpoznanie złamania (właściwego palca)

III. Poszkodowany nadal jednak odczuwał ból w kontuzjowanej nodze. Problem był taki, że ból doskwierał mu nie w trzecim palcu, jakby na to wskazywał wynik badania, tylko w śródstopiu. Zrobił zdjęcie kontrolne (Zdjęcie II). To kolejne RTG zostało opisane przez innego specjalistę radiologa (C). Ponownie opisano je jednak jako „drobna infrakcja podstawy paliczka środkowego palca III stopy prawej.”

Zdjęcie RTG II

Zdjęcie RTG  II – opisane przez radiologa C

Pacjent i jego dwie prawe stopy

IV. Pacjent, zaniepokojony rozbieżnościami między opisem RTG a tym, w którym miejscu i jak bardzo go bolała stopa, zaczął podejrzewać, że doszło do nierozpoznania złamania. Skorzystał z teleporady u lekarza ortopedy D w tej samej Bardzo Znanej Prywatnej Klinice. Ortopeda analizując w systemie dotychczasową historię leczenia pacjenta, złapał się za głowę (tak można sobie to wyobrazić). Potwierdził przypuszczenia mojego klienta, że zdjęcie RTG I i zdjęcie RTG II przedstawiają dwie różne (prawe) stopy.

Napisał tak:

„Na zdjęciu RTG I obraz prawidłowy stopy, pęknięcie palca III, na zdjęciu RTG II złamanie II k. śródstopia kompletnie nieopisane przez radiologa, kostnina obfita (?) brak zrostu – pacjent nie miał nowego urazu – konieczna wizyta stacjonarna pilna celem wyjaśnienia sytuacji.”

Weryfikacja diagnozy

V. Pacjent zrezygnował z usług Bardzo Znanej Prywatnej Kliniki, bo wizyta stacjonarna mogła się odbyć jedynie u ortopedy B, do którego stracił zaufanie. Wykonał kolejne zdjęcie RTG  (Zdjęcie RTG III) w innym podmiocie leczniczym.

Zdjęcie RTG III

Zdjęcie RTG III

Ortopeda E w tej placówce potwierdził, że u pacjenta doszło do poważnego złamania drugiej kości śródstopia. Początkowa diagnoza postawiona w Bardzo Znanej Prywatnej Klinice była nieprawidłowa.

Pytania

  1. Czy popełniono błąd medyczny?
  2. Jeśli tak, to jaki?
  3. Jeśli tak, to kto popełnił błąd?
  4. Kto odpowiada w stosunku do pacjenta?

***

Odpowiedzi

ad. 1 Oczywiście, tak. Poniżej omówienie tragedii pomyłek, do których doszło.

ad. 2, 3 i 4

a) W Bardzo Znanej Prywatnej Klinice prawdopodobnie pomylono zdjęcia dwóch różnych pacjentów. Jest to błąd organizacyjny. Pacjent nie ma obowiązku dociekać, kto go popełnił. Odpowiada Klinika i jej ubezpieczyciel. Radiolog A prawidłowo opisał zdjęcie RTG I – tyle, że nie było to zdjęcie leczonego pacjenta.

b) Ortopeda B, dysponując zdjęciem innego niż mój Klient pacjenta, postawił błędną diagnozę i wydał błędne zalecenia. Popełnił błąd diagnostyczny i błąd terapeutyczny. Mógł go z łatwością uniknąć, gdyby przeprowadził dokładny wywiad z pacjentem i gdyby dokładnie zbadał stopę pacjenta. Na jego usprawiedliwienie w pewnym stopniu przemawia fakt, że zasugerował się błędnym zdjęciem RTG. Jeśli lekarza łączyła z Kliniką umowa cywilnoprawna, pacjent może domagać się odszkodowania solidarnie od lekarza i Kliniki, a także od  ich ubezpieczycieli.

c) Lekarz radiolog C, opisujący zdjęcie RTG II, popełnił rażący błąd. Dysponując właściwym zdjęciem RTG właściwego pacjenta, na którym było widoczne złamanie kości II, opisał złamanie palca III. Rozkład odpowiedzialności wygląda jak w punkcie b), z naciskiem na odpowiedzialność lekarza radiologa C i jego ubezpieczyciela.

Jak widać, podczas leczenia zdarzają się sytuacje, o których się nie śniło filozofom. Czy to tylko teoria, ciekawy kazus? Niestety nie. W wyniku zamiany zdjęć i postawieniu na tej podstawie nieprawidłowej diagnozy, poszkodowany pacjent nie dostał adekwatnych do stanu zdrowia zaleceń. Doszło do nierozpoznania złamania kości śródstopia. Złamanie nie zostało należycie zaopatrzone. Konsekwencją jest opóźniony i nieprawidłowy zrost kości.

Kiedy pacjentowi należy się odszkodowanie za usunięcie nerki? Najprostsza odpowiedź brzmi: kiedy utrata nerki spowodowana jest błędem medycznym. Ponieważ nerka jest narządem parzystym, wciąż zdarza się pomylenie organu.  Przykładowo, zamiast zaplanowanej nefrektomii lewej nerki, chirurg przez pomyłkę usuwa prawą. Inna możliwość to taka, kiedy początkowo mamy do czynienia z typowym powikłaniem, ale na skutek opóźnienia w jego rozpoznaniu, konieczne są działania radykalne, m.in. usunięcie nerki. Z taką właśnie sytuacją mieliśmy do czynienia w przypadku, kiedy chorej niesłusznie przypięto łatkę „pretensjonalnej” pacjentki.

Nefrektomia

chirurgiczne usunięcie całej (radykalna) lub części (częściowa) nerki, stosowane najczęściej w leczeniu nowotworów, ciężkich stanów zapalnych, urazów lub zablokowania dróg moczowych. Zabieg wykonywany jest w znieczuleniu ogólnym, klasycznie (otwarcie) lub laparoskopowo.

Pretensjonalny czy pacjent skarżący się na ból?

Ze słownika języka polskiego:

– pretensjonalny –

1. «zachowujący się sztucznie, krygujący się»
2. «zbyt wyszukany, świadczący o złym guście»

Kiedy pielęgniarka napisała o pacjentce w dokumentacji:

Zrzut ekranu 2016-04-27 o 23.35.17

„Uskarżała się na nudności, jest apatyczna i pretensionalna” (pisownia oryginalna), to zapewne  pielęgniarce chodziło o to, że pacjentka uporczywie „ma pretensje”, czyli skarży się na ból. Potwierdza to wpis z następnego dnia. „Pacjentka ogólnie osłabiona, zgłosiła ból brzucha.” – to napisano już inną ręką, pielęgniarki z kolejnej zmiany.

Powikłania histerektomii – usunięcie nerki

Czy pacjentka była „pretensjonalna” z charakteru? A może wzywała pielęgniarki, bo nie mogła wytrzymać z bólu? To drugie. Histerektomia nie obyła się bez problemów: pomyłkowe zaszycie moczowodu w tym przypadku to nie było normalne powikłanie… To błąd operacyjny.

Pacjentki nikt jednak nie słuchał, w efekcie konieczne stało się usunięcie nerki. Doszło do procesu, ale na szczęście pozwany szpital i jego ubezpieczyciel poszli po rozum do głowy i zawarli z pacjentką na pierwszej rozprawie ugodę sądową.  Pacjentka otrzymała 200 tys. zadośćuczynienia i odszkodowania za usunięcie nerki, w tym zwrot poniesionych kosztów leczenia i opieki.

Usunięcie nerki bez przyczyny

W innym prowadzonym przez kancelarię procesie dotyczącym usunięcia nerki sąd po latach procesu zasądził zadośćuczynienie w kwocie 300 tys. zł. Dodatkowo, odsetki za czas trwania procesu wyniosły 200 tys. zł. Ta sprawa była szczególnie bulwersująca. Chora została zakwalifikowana do operacji usunięcia torbieli jajnika, nie wyraziła jednak pisemnej zgody na zabieg. Co więcej: podrobiono jej podpis na formularzu zgody. W czasie operacji poszerzono zakres operacji i – oprócz zmienionej chorobowo części jajnika-  chorej usunięto także nerkę. Operator wskazywał, że rozpoznał guz nerki. Usunięte organy (część jajnika i nerka) miały zostać skierowane do badania histopatologicznego. Preparat nerki nigdy jednak nie trafił do pracowni histopatologicznej – zarówno nerka, jak i skierowanie na jej badanie zaginęły w pozwanym szpitalu. Więcej informacji o tym i innych postępowaniach o odszkodowanie za usunięcie nerki znajdziesz na www kancelarii BFP.

Co może pacjent?

Pacjent najczęściej zdany jest na przysłowiową łąskę i niełaskę pielęgnarek i lekarzy. A jednak, gdy nasze samopoczucie odbiega od doskonałości, nie bójmy się wzywać pielęgniarkę mimo, że jest środek nocy… Nawet za cenę łatki „pretensjonalnego” pacjenta. Podobnie, nigdy dość upewniania się, na jaką operację wyraziliśmy zgodę. I czy na pewno treść dokumentacji, a szczególnie pouczenia o ryzykach i formularz świadomej zgody na operację. odzwierciedla uzgodnienia z operatorem?

Chodzi przecież o nasze zdrowie, a czasem życie.