Dwie sprawy o błąd medyczny

Jolanta Budzowska        30 września 2018        2 komentarze

Przypadek sprawił, że dwie sprawy o błąd medyczny, którymi się w ostatnich dniach zajmowałam, są niemal identyczne. Obie dotyczą, niestety, śmierci dzieci.

Pierwsze zdarzenie miało miejsce blisko 10 lat temu, w stolicy. Rodzice wybrali drogę karną, aby ustalić, kto ponosi odpowiedzialność za śmierć ich syna. Proces karny trwał 8 lat i zakończył się wyrokami skazującymi dla lekarzy. Dopiero po tym został wszczęty proces cywilny. Kilka dni temu zawarliśmy ugodę przed mediatorem, ubezpieczyciel szpitali wypłaci wynegocjowane zadośćuczynienie. Nie doszło nawet do pierwszej rozprawy w sądzie cywilnym.

Druga z opisywanych tragedii wydarzyła się dwa lata temu, podczas leczenia innego dziecka w przychodni i szpitalu powiatowym na zachodzie Polski. Prokurator wszczął postępowanie, kiedy raban podnieśli lekarze ze szpitala klinicznego, do którego dziecko trafiło zbyt późno. W tak ciężkim stanie, że już nie byli w stanie pomóc chłopcu. Równolegle trwa proces cywilny o błąd medyczny, postępowanie przed rzecznikiem odpowiedzialności zawodowej lekarzy, postępowanie karne. Przed rodzicami lata uczestniczenia w rozprawach i czytania dokumentów sądowych. Dziś przesłuchiwaliśmy kolejnych świadków, tym razem zeznania składały pielęgniarki.

Jak napisałam na wstępie, obie sprawy dotyczą śmierci kilkuletnich dzieci. Obaj chłopcy zmarli na początku stycznia, choć w różnych latach. Obaj zmarli na sepsę, która była powikłaniem ospy, na którą zachorowali kilka dni wcześniej. W obu sytuacjach rodzice ściśle trzymali się zaleceń lekarskich.  Byli niezwykle uważni, kompetentni, opiekuńczy i rozpaczliwie poszukiwali pomocy medycznej. W jednym i drugim przypadku pierwsze symptomy infekcji wystąpiły w okolicy Świąt Bożego Narodzenia, a lekarze zlekceważyli postępujące objawy posocznicy. Pomoc nadeszła z opóźnieniem. Gdyby lekarze byli bardziej uważni, gdyby przywiązywali wagę do tego, że czas ma znaczenie, gdyby… W obu przypadkach najbliżsi do dziś nie pogodzili się ze tą śmiercią. Wiedzą, że ich dzieci pozbawiono szans na wyzdrowienie, że nie otrzymali takiej pomocy lekarskiej, jak należało.

Co jeszcze łączy te dwie sytuacje? Fakt, że szpitale mają polisy ubezpieczeniowe OC, czyli  ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej za leczenie niezgodne ze sztuką. Odszkodowanie i zadośćuczynienie za popełnione błędy w leczeniu nie obciąży więc budżetów tych lecznic, chyba że suma gwarancyjna nie wystarczy na zapłatę rekompensaty dla poszkodowanych.

Co różni?

Podejście szpitali i ubezpieczycieli do sprawy.

W pierwszym przypadku, już w odpowiedzi na pozew pełnomocnicy szpitali wnieśli o to, aby sprawę skierować do mediacji. Byli gotowi zgodzić się, że co do zasady ponoszą odpowiedzialność za śmierć dziecka, bez wnikania w szczegóły. Ubezpieczyciel nie był początkowo zainteresowany wspieraniem szpitali w procesie, ale na sygnał, że myślą o ugodzie, chętnie zaangażował się w negocjowanie warunków porozumienia i kwot, jakie mają zostać wypłacone poszkodowanym.

Efektem postępowania mediacyjnego jest zawarta ugoda przed mediatorem, która po zatwierdzeniu przez sąd, zakończy definitywnie spór sądowy. Sąd zwróci moim klientom całą uiszczoną opłatę od pozwu, nikt też nie poniesie żadnych dalszych kosztów procesu, poza niewysokim honorarium mediatora.

W drugim przypadku szpitale idą w zaparte. Ubezpieczyciel, choć formalnie uczestniczy w procesie, jest bierny. Nie zachęcony przez szpitale, nie analizuje, kto ma rację, nie waży szans procesowych, bo jego klienci nie dali mu zielonego światła. Proces się więc toczy, lekarze utrzymują, że są bez winy, pełnomocnicy walczą o ich honor (i pieniądze) na sali sądowej, okopując się przy swoich stanowiskach, a dyrektorzy pozwanych szpitali być może nie wiedzą nawet, że siedzą na tykającej bombie. A właściwie: na granacie. Lont zacznie się palić, gdy pojawią się opinie biegłych w tej sprawie. A wybuch nastąpi w momencie wydania wyroku, kiedy przyjdzie zapłacić koszty procesu i zasądzone zadośćuczynienie z odsetkami za czas trwania postępowania (oby polisa nie okazała się “pusta”…). Wtedy będzie już oczywiście za późno na ugodę.

Na koniec powinien być morał, ale nie mam na niego pomysłu. W zamian smutna konstatacja, że   normalność i dążenie do cywilizowanego rozstrzygania sporów w drodze ugody nadal jest wyjątkiem. A powinno być odwrotnie. Może jesteśmy w stanie wspólnie to zmienić?

 

{ 2 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

B Wrzesień 30, 2018 o 18:21

Dwie opisane sprawy, a jednak tylko pierwszą bardzo nagłośnioną w mediach kojarzę, Tak myślę, że mogło to mieć znaczenie dla szpitala, aby ucichł czarny PR. Sprawa przycichła, nie podano w mediach kto ostatecznie został uznany za niedbalstwo skutkujące śmiercią tego chłopca.
Uważam, że szpitale będą bronić swoich racji w 99% do ostatecznego wyroku. Zawsze jest potencjalna szansa, że biegły spojrzy przychylnym okiem, może sędzia nie uzna dowodów za wystarczających.
W naszym przypadku stanowisko ubezpieczyciela i szpitala było odmienne. Ubezpieczyciel na podstawie własnego dochodzenia uznał winę szpitala i wypłacił odszkodowanie 100% swojej odpowiedzialności, natomiast szpital chciał iść na ugodę, ale proponował bardzo nieadekwatną kwotę w stosunku do skutków zdarzenia błędu medycznego. Podczas procesu przez kilka lat szpital szedł w zaparte. Na przedostatniej rozprawie padło pytanie od pełnomocnika szpitala ” a może dojdziemy do porozumienia?”. Przykre i niepotrzebne lata procesu. Nie wierzę w dobrą wolę szybkiego zakończenia sporu.

Odpowiedz

Anna, wiejska lekarzyna Październik 2, 2018 o 22:53

Jaka jest różnica między Bogiem a lekarzem?

Bóg nie uważa, że jest lekarzem…

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: