4 różnice między polskim, a brytyjskim sądem

Jolanta Budzowska        22 maja 2016        4 komentarze

Właśnie wróciłam z Londynu, gdzie miałam okazję zobaczyć „od środka” angielski proces o odszkodowanie za rozstrój zdrowia i uszczerbek na zdrowiu. Kilka tygodni wcześniej byłam na konferencji w Birmingham, również na temat personal injury. Ponieważ nadal jestem pod wrażeniem różnych rozwiązań i dorobku tamtejszego orzecznictwa, na gorąco podzielę się swoimi spostrzeżeniami. I – obawiam się;-) – będzie to powieść w odcinkach, bo tradycje wyspiarskiego systemu common law w zakresie procesów odszkodowawczych są nieporównywalnie  bogatsze niż nasze i zdecydowanie mamy od kogo się uczyć.

Tym razem będzie na temat postępowania sądowego, czyli fakty i mity na przykładzie sprawy, w której właśnie bezpośrednio uczestniczyłam.

Często narzekamy, że polski proces cywilny o odszkodowanie toczy się długo. Fakt, w sprawach błędów medycznych trwa przeciętnie 2 do 4 lat, czasem znacznie dłużej. Angielski? Najczęściej… nie trwa w ogóle, bo ponad 90 % sporów jest rozstrzyganych polubownie. Ugoda przedsądowa jest powszechnym rozwiązaniem. Kiedy jednak strony nie mogą się dogadać i poszkodowany kieruje pozew, a potem wpływa odpowiedź na pozew, sąd w porozumieniu z pełnomocnikami ustala termin, w jakim sprawa będzie rozpatrywana. W „moim przypadku” (w sprawie, o której piszę, byłam ekspertem od prawa polskiego) to uzgodnienie terminu nastąpiło 8 miesięcy wcześniej: już  listopadzie 2015 roku byłam poproszona o rezerwację dwóch tygodni w maju 2016 roku!

Ponieważ proces jest w pełni kontradyktoryjny, a wszystkie dowody są prezentowane przez strony sporu (podobnie jak u nas), to w interesie tych stron jest, żeby świadkowie i biegli stawili się w sądzie w wyznaczonym dniu. Jeśli tego nie zrobią – dowodu nie ma. W Polsce jest inaczej – terminy narzuca sąd, a potem je często zmienia, bo wpływa: zwolnienie dla świadka od lekarza sądowego, prośba o przełożenie terminu rozprawy, prośba o odroczenie, bo pełnomocnik ma inną rozprawę albo świadek bierze udział w ważnej konferencji lub właśnie wyjeżdża na zaplanowany urlop itp.

W Anglii na około 1 tydzień przed tym, kiedy sprawa wchodzi na wokandę, terminy są doprecyzowywane (znów: sąd uzgadnia to z pełnomocnikami) i wówczas już dokładnie wiadomo, kto i kiedy dokładnie będzie przesłuchiwany. Proces trwa nieprzerwanie kilka dni, np. od poniedziałku do piątku, czasem kilka dni dłużej, w zależności od ilości dowodów. To znaczy są przerwy: na lunch i na sen;-) A konkretnie rozprawa zaczyna się o 10:30, trwa do 13:00, potem jest godzinna przerwa, następnie 14:00 do 16:30.

W sądzie trzeba być wcześniej, bo do sali najpierw wchodzą strony i pełnomocnicy (barristerzy i solicitorzy wszystkich stron), przygotowują dokumenty itd. – a dopiero na końcu sędzia, który kłania się w pas obecnym na sali, a ci odwzajemniają ukłon.  Symboliczne przypomnienie, że obowiązuje wzajemny szacunek.

Co ciekawe, w trakcie rozprawy: sędzia sam robi notatki na laptopie. Nie ma protokolantka/tki. Rozprawa jest nagrywana (tylko audio, nie audio-video, jak u nas), więc  w razie sporu można w każdej chwili odtworzyć  nagranie. To,  co  sędzia notuje, nie jest znane stronom, ale pisze cały czas;-), czasem w takcie przesłuchania zadaje dodatkowe pytania.

Wszyscy na sali dysponują identycznym zbiorem dokumentów, wpiętych do ponumerowanych segregatorów, oznaczonych tak, że łatwo można okazywać świadkom czy biegłym konkretną kartę.

Po tych kilku/kilkunastu dniach proces się kończy i zapada wyrok w pierwszej instancji. Niekiedy od razu, niekiedy po kilku tygodniach, w zależności od tego, ile czasu sędzia potrzebuje na dogłębną analizę zgromadzonego materiału dowodowego.

Podsumowując: zdecydowana przewaga brytyjskiej procedury według mnie polega na:

  • terminach. Jak już sprawa wejdzie na wokandę, to to kończy się wyrokiem po tygodniu, najdalej kilku tygodniach.  Nie ma wniosków o odroczenie, przesunięć terminu. Nie „doprowadzisz” świadka lub biegłego  – świadek nie zeznaje, dowodu nie ma. Sędzia jest „zanurzony” w tej jednej sprawie, może się w pełni na niej skoncentrować, nie musi co kilka miesięcy na nowo czytać całych akt, żeby przypomnieć sobie, o co w niej chodzi. To samo dotyczy oczywiście pełnomocników;
  • nie ma przerostu formy nad treścią. Sędzia, robiąc na bieżąco notatki w służbowym laptopie, wyłapuje to, co jest dla niego najważniejsze z tego co zeznają świadkowie i biegli. Wszystkie dowody pisemne ma już w komplecie jeszcze zanim sprawa trafi na wokandę. Nie ma dublowania rejestracji jak u nas: audio/video, czasem transkrypcja zeznań i dodatkowo  to, co zapisze protokolant, a sędzia i tak czasem nie pamięta, co dokładnie zeznawał który świadek i żeby przypomnieć sobie zeznania po np. roku – musi przesłuchiwać nagranie z rozprawy. Czysta strata czasu. Dla pełnomocników również;
  • jeśli już mowa o czasie: sędzia, mając do rozpatrzenie jedną sprawę w ciągu dnia, i to  z przerwą na lunch, jest niewątpliwie mniej zmęczony, niż sędzia, który ma tych spraw 4 czy 8, i w jednym dniu zajmuje się od 8.30 do 16 bez przerwy najpierw rozwodem, potem sporem o prowizję bankową, następnie zniesieniem współwłasności i wreszcie sprawą, gdzie ma orzekać o czyimś być albo nie być, o rekompensacie za utratę zdrowia albo śmierć osoby najbliższej. Nie mam wątpliwości, że taki sposób pracy przekłada się na jakość orzekania. Każdy z pełnomocników wie, że sędziemu, który od rana nie miał przerwy, przed godz. 15 ma prawo brakować cierpliwości i nie są to sytuacje wyjątkowe…;
  • i ostatnie:  taki sposób rozpatrywania sprawy na pewno jest mniej traumatyzujący dla strony. Świadomość tego, że ma się „sprawę w sądzie” jest stresująca i każdy chciałby mieć proces jak najszybciej za sobą. Kiedy rozprawy są wyznaczane co 4 miesiące i końca postępowanie nie widać,  trudno o optymizm i zapomnienie o dramatycznych przeżyciach, które były przyczyną wniesienia powództwa.

Czy sposób rozpatrywania sprawy przekłada się na jakość wyroków? Czy są one lepsze niż w Polsce? O tym w następnym odcinku;-)

{ 4 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Agnieszka Swaczyna Maj 22, 2016 o 21:38

No chyba złożę zażalenie – na blogu, jak w polskim sądzie. Z odroczeniem terminu :-). A chciałoby się przeczytać wszystko od razu. Będę czekać z niecierpliwością na następny odcinek.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Maj 23, 2016 o 06:31

Zażalenie zostało przyjęte:-) – w następnym odcinku napiszę, jak (drobiazgowo) sąd odnosi się do roszczeń z pozwu!

Odpowiedz

Hubert Sierpień 21, 2016 o 12:48

Pani Mecenas,

Bardzo dobry materiał, miałem okazje studiować prawo w Polsce oraz w UK i muszę przyznać, że to nawet nie inna planeta, ale po prostu inna galaktyka. Juz na studiach uczy się przede wszystkim „critical thinking” czyli jak sama nazwa wskazuje, szukania słabych punktów w argumentacji strony przeciwnej. Na każdy egzamin można przyjść ze ‚statutes’ czyli odpowiednikiem naszych kodeksów, kiedy zapytałem się „jak to?” usłyszałem: „no chyba nie myślisz, że ktoś tutaj będzie uczył się każdego przepisu na pamięć” :). Mówiąc w ogromnym skrócie, w UK stawia się na pragmatykę, w wymiarze które w Pl niezwykle ciężko sobie wyobrazić. Zawsze szuka się najkrótszej, najbardziej efektywnej drogi do rozwiązania. Ach, trochę się rozmarzyłem, powodzenia w kolejnych procesach!

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Sierpień 21, 2016 o 13:14

Bardzo dziękuję za komentarz, podobne głosy do mnie trafiają od podróżujących studentów. Po powrocie z zagranicy studiowanie na WSPIA UJ już nigdy nie będzie takie samo;-)
Od kilku lat jestem egzaminatorem z prawa cywilnego na egzaminie radcowskim, tu też można, a nawet trzeba przyjść z kodeksami. Na tym, niestety, analogie się kończą, długo by mówić o tym, jakie casusy trafiają na egzamin zawodowy i jak wygląda klucz.

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: