Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

„Błąd polegający na nieprawidłowym poziomie operowanego dysku jest niewątpliwie niechlubną kazuistyką neurochirurgii. Zoperowano praktycznie zdrową część kręgosłupa, co spowodowało trwałe unieruchomienie tego segmentu, wpływając na ruchomość całego odcinka kręgosłupa szyjnego. Należy podkreślić, że nie usunięto przyczyny dolegliwości, które u pacjenta okresowo pojawiają się.”

– to fragment jednej z opinii biegłych, które zostały wydane w prowadzonych przeze mnie sprawach związanych ze źle wykonanymi operacjami kręgosłupa.

Wydawałoby się to niewiarygodne: jak może dojść do sytuacji, że pacjentowi został zoperowany np. poziom L4-L5, a miał mieć wykonaną operację na zupełnie innym poziomie kręgosłupa?

Takie pomyłki są niestety stosunkowo częste.

Trudno wytłumaczyć taki błąd, chyba nie tylko laikowi.

Przyczyny, jakie wskazują biegli, to:

  • brak analizy przez operatora w okresie bezpośrednio poprzedzającym operację dokumentacji medycznej, przede wszystkim badań obrazowych (RTG, MR, TK),

 

  • brak badania pacjenta przed zabiegiem,

 

  • niewłaściwa identyfikacja śródoperacyjna poziomu kręgosłupa, który ma być zoperowany,

 

  • pomyłka wynikająca ze zmęczenia operatora, np. dana operacja była 22 operacją neurochirurgiczną wykonaną przez tego neurochirurga w danym dniu, podczas gdy zazwyczaj wykonuje się po 7-8 operacji w danym dniu.

Dochodzi do pomyłki, i co potem?

Często lekarze sami nie wiedzą, że zoperowali zły poziom, a pacjent dowiaduje się o tym w jakiś czas po operacji.  Bo na przykład dolegliwości, które miały ustąpić, nie ustępują, a w badaniach obrazowych nagle okazuje się, że coś się nie zgadza.

Wtedy pacjent zgłasza się do szpitala, w którym był operowany. A tam?

Lekarzowi operatorowi rośnie nos jak u Pinokia. Nie spotkałam się z sytuacją, kiedy ktoś powie: „Ok, pomyliliśmy się, przepraszam”. Za to wymyślane są różne scenariusze:

  • doszło do tzw. omyłki pisarskiej. „Zoperowaliśmy inny poziom, niż ten w dokumentacji medycznej, bo był w gorszym stanie”. To najczęstszy i mój ulubiony plan pt. „Jak uratować sytuację”. Dlaczego ulubiony? Bo pięknie można obnażyć takie kłamstwo podczas postępowania dowodowego w sądzie, przesłuchując świadków;-)

 

  • musimy Panu/Pani wykonać drugą operację, bo w innym miejscu (tym już wcześniej pomyłkowo zoperowanym…) kręgosłup też wymaga leczenia. I podczas tej drugiej operacji próbuje się naprawić to, co powinno być zrobione już w trakcie pierwszej. Do tego dokłada się podkoloryzowanie dokumentacji – i (pozornie) gotowe. Tyle, że pacjent w najlepszym razie ma dodatkowo jedną – zupełnie niepotrzebną – operację za sobą. Co najważniejsze: to kłamstwo też ma krótkie nogi….

Osobnym zagadnieniem jest, jak mimo tak ewidentnego błędu operacyjnego, wykazać pogorszenie stanu zdrowia pacjenta. Biegli, solidaryzując się z lekarzami, mają skłonności do bagatelizowania następstw źle przeprowadzonej operacji. Twierdzą na przykład, że „zaobserwowano poprawę neurologiczną w okresie kilku tygodni po zabiegu pod postacią zmniejszenia się dolegliwości bólowych kręgosłupa”.

A zatem: właściwie nic się nie stało? Co to, to nie. Ale i taką ewidentną, wydawałoby się, szkodę na zdrowiu pacjenta, trzeba udowodnić. Od tego zależy przecież między innymi wysokość zadośćuczynienia!

Więc jak z każdym procesem o błąd medyczny: nic nie jest oczywiste i lepiej, żeby nie zakładać, że sprawa sama się wygra…

Sprawcą mojego największego zdziwienia ostatnich dni jest PZU SA.

Zwykła korespondencja z tym ubezpieczycielem nie wywołuje u mnie emocji. Schemat działania jest taki sam. Zazwyczaj to PZU SA jest wystawcą polisy dla szpitala, w którym doszło do błędu medycznego, bo inni ubezpieczyciele już właściwie zupełnie wycofali się z tego rynku. W pierwszej kolejności kieruję więc do PZU SA (albo szpitala) wezwanie do zapłaty, żeby pokazać dobrą wolę i chęć zawarcia ugody w sporze o błąd lekarski.

Najczęściej odpowiedzi od PZU SA, jakie dostaję na te wezwania, są prawie jednobrzmiące. Zawierają też niemal te same formułki dotyczące nieudowodnienia błędu medycznego, niewykazania poniesionych wydatków i tym podobne. Decyzja jest też dość przewidywalna: „odmawia się wypłaty żądanych kwot”.

Tym razem było jednak inaczej.

Decyzja była szeroko uzasadniona, przebieg leczenia pacjenta szczegółowo omówiony i przeanalizowany. Ubezpieczyciel odpowiedział na wszystkie zarzuty, stwierdzając między innymi (w nawiasach moje komentarze, pominęłam też niektóre szczegóły, bo sprawa jest w toku):

„- kwalifikacja do operacji i sposób jej przeprowadzenia były prawidłowe (mam częściowo inne zdanie),

– zaistniałe podczas zabiegu powikłania były niezawinione przez operatorów (hmm, każdą operację można wykonać lepiej lub gorzej, zależy od kwalifikacji lekarza i tego, w jakiej jest formie w danym dniu),

– niedołożeniem należytej staranności było nierozpoznanie powikłań w pierwszych dniach po zabiegu operacyjnym i brak ich wcześniejszego diagnozowania pomimo dolegliwości występujących u pacjent (pełna zgoda!).

Zgodnie z tabelą uszczerbków PZU SA uszkodzenie, do jakiego doszło w wyniku powikłań, powoduje u pacjenta trwały uszczerbek na zdrowiu w wysokości 35% (w tym miejscu warto podkreślić, że procent uszczerbku na zdrowiu, wyliczony na podstawie jakiekolwiek tabeli, nie ma decydującego znaczenia dla wysokości zadośćuczynienia).”

A następnie PZU SA pisze tak:

„Podsumowując powyższe informujemy, iż biorąc pod uwagę zgromadzoną dotychczas dokumentację medyczną oraz przeprowadzoną analizę należy stwierdzić brak cech popełnienia błędu w sztuce medycznej, niestaranności lub niedopełnienia obowiązków a także postępowania niezgodnego z aktualną wiedzą medyczną odnośnie zarzutu popełnienia błędu terapeutycznego podczas operacji. Fakt uszkodzenia sąsiedniego organu może być rozpatrywany jedynie jako powikłanie zastosowanego leczenia, nie zaś skutek nieprawidłowego postępowania personelu medycznego.

Odnośnie zarzutu błędu diagnostycznego (zwłoki w leczeniu, nieprawidłowego zdiagnozowania powikłania) uznajemy, iż do niego doszło, co skutkowało trwałym uszczerbkiem na zdrowiu, przedłużonego leczenia z tytułu niewydolności (…)”.

Jak łatwo się domyślić, moje zdziwienie dotyczy kluczowych aspektów:

– po pierwsze, w decyzji naprawdę rzetelnie omówiono sprawę pacjenta (co oczywiście nie oznacza, że się zgadzam ze wszystkimi ocenami i argumentami ubezpieczyciela),

– po drugie: kwota – wypłacona pacjentowi jako bezsporna – nie jest symboliczna,

– po trzecie: uzasadnienie decyzji kończy się propozycją rozmów ugodowych.

No proszę. Czyli jednak można traktować poszkodowanego pacjenta fair, niezależnie od pewnych różnic w ocenie przebiegu leczenia i rozbieżnych interesów (wiadomo, że celem ubezpieczyciela jest wypłacić jak najmniej, a celem pacjenta, którego reprezentuję,  jest uzyskać odpowiednie zadośćuczynienie i pełne odszkodowanie).

I nie stanęło na przeszkodzie takiemu rozpoznaniu sprawy o błąd medyczny przez ubezpieczyciela nawet to, że szpital jak zwykle poszedł w zaparte twierdząc, że lekarze i pielęgniarki nie popełniły żadnego błędu w sztuce medycznej.

No nie mogę się nadziwić:-)

Choć mądre decyzje nie powinny dziwić. Duże brawa dla PZU SA – takie podejście do sprawy na pewno zminimalizuje koszty po stronie zakładu ubezpieczeń i poprawi nieco nadszarpniętą reputację tego tuza ubezpieczeniowego…

Elementem wywiadu lekarskiego jest pytanie o uczulenie na leki i na inne substancje. Obowiązkiem lekarza jest też ustalić,  czy pacjent nie choruje na choroby alergiczne. Niestety, czasem pacjent sam dobrze nie wie, na co jest uczulony, a innym razem poda informacje nieprecyzyjnie (tak jak on je rozumie). Jeszcze częściej ten wywiad jest najnormalniej na świecie zebrany przez lekarza byle jak.

Niekiedy też lekarz nie wpisze do dokumentacji uzyskanych informacji, albo wpisze je tak, że biegli potem tak to oceniają w opinii:

„dokumentacja medyczna jest zdawkowa, nieprofesjonalnie  prowadzona, często miejscami nieczytelna”.

Od siebie mogę jeszcze dodać, że to, co jest w dokumentacji medycznej, i tak ulega jeszcze często „ewolucji”: pojawiają się odręczne adnotacje, których wcześniej w niej nie było. Szczególnie, gdy u pacjenta dochodzi do wstrząsu anafilaktycznego, a lekarz spodziewa się kłopotów. O tym, jakie znaczenie ma treść dokumentacji medycznej dla oceny, czy pacjent ma szanse wygrać w sądzie, pisałam między innymi tutaj i tutaj.

Czym właściwie jest wstrząs anafilaktyczny?

Wstrząs anafilaktyczny jest najbardziej gwałtowną, zagrażającą życiu reakcją organizmu człowieka na kontakt z alergenem. Następuje bardzo szybki spadek ciśnienia tętniczego. Pojawiają się uogólnione obrzęki, z których najgroźniejszy jest obrzęk krtani. Osoba bez pomocy z zewnątrz doznaje nagłego zatrzymania krążenia (NZK) i ginie.

Leki są przyczyną anafilaksji aż w około 34 %.

Jeśli więc lekarz niedokładnie zbierze wywiad medyczny albo nie wyciągnie właściwych wniosków z informacji podanych przez pacjenta i zaaplikuje mu niewłaściwy lek, który z dużym prawdopodobieństwem stwarza u tego chorego niebezpieczeństwo reakcji alergicznej (wstrząsu), może odpowiadać za poważne pogorszenie stanu zdrowia pacjenta, a nawet jego śmierć.

Może też odpowiadać za następstwa nieudzielenia profesjonalnej pomocy choremu. Do błędu w sztuce medycznej dochodzi niestety nierzadko także podczas – często spóźnionych – prób ratowania pacjenta…

Gabinet zabiegowy, w którym podawane są leki w iniekcjach, powinien być wyposażony w standardowy zestaw przeciwwstrząsowy tj. zestaw podstawowych leków, takich jak adrenalina, steroidy przeciwzapalne i leki przeciwhistaminowe.

A personel medyczny powinien wiedzieć, jak zareagować w przypadku objawów wstrząsu.

Teoretycznie więc, na przyklad w przychodni lekarskiej, zawsze powinno być możliwe udzielenie natychmiastowej pomocy pacjentowi, u którego wystąpiły objawy niewydolności oddechowej spowodowanej wstrząsem anafilaktoidalnym.

Niestety, to teoria.

W dwóch takich sprawach, które prowadzę, chodzi właśnie o to, że najpierw lekarz nie rozpoznał ryzyka wstrząsu anafilatycznego u pacjenta, a następnie personel medyczny nie udzielił pacjentowi odpowiedniej pomocy. Jeden z poszkodowanych pacjentów zmarł, drugi boryka się z poważnymi następstwami nagłego zatrzymania krążenia, które trwało zbyt długo. Doszło do trwałych uszkodzeń mózgu.

Wyroki zapadną niebawem.

 

Mój nowy poradnik nosi tytuł: „Prawa pacjenta – prawa lekarza”. Jego współautorem jest radca prawny Radosław Tymiński, znany obrońca i pełnomocnik lekarzy, autor bloga z poradami prawnymi dla lekarzy www.prawalekarzy.pl

Nasza „szorstka przyjaźń”, a właściwie bardziej znajomość,  wzięła się z wzajemnego szacunku, jaki mogą mieć w stosunku do siebie pełnomocnicy procesowi, którzy zawsze na sali sądowej stają po przeciwnych stronach, zawsze robią wszystko, by ich klienci wygrali – ale robią to fair i poszanowaniem dla drugiej strony sporu.

Ten poradnik też staraliśmy się napisać fair. Powstawał dość długo, bo w wielu kwestiach nasze poglądy musiały się „utrzeć”. Mam jednak nadzieję, że wersja finalna okaże się pomocna w codziennych relacjach i pacjentom (moim klientom), i lekarzom (klientom mec. Tymińskiego).

Głęboko wierzę też w to, że lepsza znajomość praw pacjentów wśród lekarzy i praw lekarzy wśród pacjentów pozwoli na zmniejszenie ilości zdarzeń niepożądanych, które nie powinny się zdarzyć, a które  wrzucamy do wspólnego worka, zwanego błędami medycznymi…

Poradnik można przeczytać po kliknięciu w okładkę po lewej stronie bloga albo tutaj. Został pięknie i dowcipnie zilustrowany przez Pana  Sędziego Arkadiusza Krupę. Wywiad z autorem ilustracji można przeczytać tutaj, a na rysunkowy komentarz bieżących wydarzeń zawsze można liczyć na fejsbukowym profilu autora „Ślepym Okiem Temidy”!

Zapraszam do lektury!

 

 

Pamiętacie ten post, o pacjencie, któremu po zabiegu kardiochirurgicznym pozostawiono  w klatce piersiowej dużą gazę operacyjną? Dopiero osiem lat później, w innym szpitalu, został prawidłowo zdiagnozowany.  Wykonano  wtedy zabieg torakotomii, w trakcie którego usunięto ciało obce, które według relacji personelu medycznego i treści dokumentacji medycznej, miało już wymiary… piłki do siatkówki… Cała relacja jest pod  tym linkiem.

Sąd I instancji zasądził pacjentowi… 125 tys. zadośćuczynienia.  Nie mogłam się z tym pogodzić, bo uważam, że jakkolwiek by nie argumentować, nie było to „odpowiednie zadośćuczynienie”. I nie zmieniał mojej opinii fakt, że razem z odszkodowaniem, skapitalizowaną rentą itd. poszkodowany pacjent łącznie otrzymałby blisko 300 tys. zł. plus 2.200 zł. miesięcznej renty.

Na szczęście Sąd Apelacyjny myśli tak jak ja:-) Właśnie zapadł wyrok, mocą którego zadośćuczynienie zostało podniesione do 350 tys. zł., czyli ponad dwa razy więcej, niż zasądził Sąd Okręgowy!

Kiedy ma się rację, trzeba walczyć do końca:-)!

A odszkodowanie za błąd w leczeniu nie może być symboliczne…