Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

W leczeniu, a szczególnie diagnostyce pooperacyjnej ewentualnych powikłań, czas ma znaczenie. Ale skargi pacjentów bywają lekceważone, a kiedy lekarz wreszcie zbada pacjenta, bywa za późno.

Często poszkodowani pacjenci i ich rodziny, zgłaszając się do mnie, opatrują przekazywaną do analizy dokumentację medyczną swoimi komentarzami. Na przykład: „przed południem żona skarżyła się na silny ból brzucha, dostała nawet środki przeciwbólowe od pielęgniarki, ale lekarz nie przyszedł. Ból z godziny na godzinę się nasilał. Nikt nie reagował. Dopiero następnego dnia po obchodzie zdecydowano o natychmiastowej reoperacji”. A w dokumentacji medycznej widnieje lakoniczna adnotacja lekarza z feralnego dużuru: „Stan ogólny dobry”.

Czy braki lub nieścisłości w dokumentacji medycznej mogą być wykorzystane w sądzie przeciwko pacjentowi?

Brak wpisów w historii choroby, szczególnie brak jakichkolwiek dekursusów w określonych godzinach lub dniach, pozwany szpital i jego ubezpieczyciel w procesie o błąd lekarski próbują niestety zinterpretować na korzyść szpitala.

Lekarze – świadkowie  – zeznają (z pamięci, często po kilku latach…), że „na pewno badali pacjenta”, a skoro nic nie wpisali w dokumentacji medycznej, to z pewnością wszystko było w porządku, tak zwany stan bez zmian („bz”).  Albo: „skoro wpisałem, że stan ogólny dobry, to na pewno badałem pacjenta, no bo przecież bez badania tego bym nie wpisał…”

Biegli sądowi, oceniając leczenie, też mają tendencję do wyciągnania wniosków, do których w żaden sposób nie są uprawnieni. Piszą w opiniach: „nie ma dowodów na to, że z pacjentem działo się coś niepokojącego, bo jeśliby tak było, to na pewno lekarz dyżurny odnotowałby to w dokumentacji”. Czyli, że lekarzom nie można zarzucić opóźnienia w diagnozie.

I kółko się zamyka.

Jak temu zapobiec?

Pacjent niestety nie wie, co lekarz czy pielęgniarka odnotowuje w dokumentacji. O tym, że są tam wpisy całkowicie odbiegające od rzeczywistości, dowiaduje się zwykle dopiero na etapie uzyskania kopii dokumentów ze szpitala podczas przygotowań do procesu o odszkodowanie za błąd.

Wtedy pozostaje tylko zastanowić się, czy mamy świadków, którzy mogą potwierdzić naszą wersję wydarzeń. To sąd ostatecznie oceni, czy bardziej wiarygodni są świadkowie, czy treść dokumentacji.

Sąd będzie także oceniał sposób prowadzenia dokumentacji. Chodzi nie tylko o to, czego w niej nie ma, ale też o to, czy wpisy są dokładne, czytelne, czy są ze sobą zbieżne (na przykład pielęgniarskie i lekarskie), czy w dokumentacji dokonano przeróbek lub przekreśleń.

Niedawno udało mi się wygrać sprawę o błąd przy porodzie, gdzie dokumentacja była mocno „dziurawa”. Nawet biegli, co rzadkość, wytknęli na przykład, że:

„W karcie obserwacji porodu odnotowano, iż pęcherz płodowy pękł XX.XX. 2014 roku o godz. 16-tej, natomiast w dokumencie tym nie odnotowano jakie wody płodowe odeszły, w szczególności jakiej barwy. Również nie odnotowano w opisach przebiegu choroby, jakiej barwy odchodzą wody płodowe, ani jaka jest ich przejrzystość. Dopiero o godzinie 18-stej zanotowano, iż wody płodowe są gęste, żółte i znajduje się również żółta wydzielina, której charakteru nie zidentyfikowano.”

„Wyniki załączone do historii choroby nie posiadają wydrukowanego zapisu na drukarce aparatu, co mogłoby potwierdzić do kogo należą, są podpisane odręcznie, są w złym stanie technicznym, brak pewności, czy omyłkowo nie pochodzą od innego pacjenta.”

„Nie jest wiadomym z jakiego powodu podano noworodkowi roztwór węglanu sodu. Mając na uwadze enigmatyczne opisy w historii choroby, miejscami nieczytelne, nie jest możliwe rozważenie, dlaczego tak postąpiono i jakie były ku temu wskazania.”

Jest takie dość stare orzeczenie Sądu Najwyższego z 15 października 1997 r. (III CKN 226/97), że „ewentualne, nie dające się usunąć braki w dokumentacji lekarskiej nie mogą być wykorzystane w procesie na niekorzyść powoda”. W cytowanym wyroku Sąd Najwyższy niestety nie rozwinął tej myśli… Ta – wydawałoby się oczywista – jednozdaniowa teza, wciąż pozostaje więc głównie pobożnym życzeniem, a nie jednoznaczną wskazówką dla sądów niższych instancji.

Uproszczony schemat myślenia, że:

  • to, co lekarze i pielęgnarki zapisali w dokumentacji medycznej na pewno jest prawdą, a pacjent i jego rodzina się nie zna, więc ich zeznania mają niewielką wartość, oraz
  • jeśli nie ma żadnych wpisów w dokumentacji medycznej, to znaczy, że z pacjentem na pewno nie działo się nic niepokojącego, bo gdyby były jakieś niepokojące objawy, to na pewno by je zaobserwowano, odnotowano w dokumentacji, a pacjent otrzymałby natychmiastową pomoc

– niestety więc króluje…

Sprawy, gdzie sąd (a wcześniej biegli) wychodzą poza te stereotypy pozostają nadal w mniejszości.

Czas to zmienić.

Nie ma podstaw, by sąd zawsze zakładał, że lekarze i pielęgniarki są bardziej wiargodnymi świadkami tego, co działo się pacjentem, niż sam pacjent albo jego najbliżsi.

Rok temu przegrałam w I instancji sprawę o błąd medyczny. Nie, nie była „oczywista”. Była – jak większość moich spraw – trudna.

Przy operacji ucha doszło do komplikacji neurologicznych i zakażenia pałeczką ropy błękitnej. Po sześciu latach procesu, przesłuchaniu morza świadków i wydaniu kilku wielospecjalistycznych opinii biegłych mieliśmy zgromadzony materiał dowodowy. O biegłych było trudno, bo nikt nie chciał podjąć się opiniowania, a czas oczekiwania na każdą kolejną opinię zakładu medycyny sądowej to średnio dwa lata…

Stan zdrowia mojej klientki w trakcie tej batalii sądowej pogarszał się. Nie mogła pracować. Na szczęście, zaraz na początku udało się uzyskać na czas trwania procesu rentę tymczasową, miała więc zabezpieczone podstawowe potrzeby. Były chwile zwątpienia klientki we mnie: nie mogła uwierzyć, że dobrze prowadzony proces może tak długo trwać. Wytrwałyśmy. Obie.

Ja jednak niemal zwątpiłam w siebie, kiedy usłyszałam treść wyroku I instancji. Sąd I instancji – jednoosobowo – oddalił powództwo. Przegraliśmy. Sąd, wbrew opiniom biegłych i zeznaniom świadków – w całości „rozgrzeszył” szpital z błędów w leczeniu. Ustne, a potem pisemne uzasadnienie wskazywało na całkowite niezrozumienie przez sędziego istoty sprawy.

Decyzja o odwołaniu się – złożeniu apelacji, była oczywista.

Minęło pół roku.

Trzy tygodnie temu odbyła się rozprawa apelacyjna. Sąd wysłuchał mów, wygłoszonych przez pełnomocników, i odroczył wydanie wyroku o dwa tygodnie.

Tydzień temu sąd apelacyjny ogłosił wyrok.

Wygraliśmy!

Zmiana o 180 stopni. Ustne uzasadnienie zajęło sędziemu 50 minut, bo i sprawa skomplikowana, i rozprawienie się z naszymi zarzutami pod adresem wyroku sądu okręgowego wymagało dokładnego omówienia dowodów. Sąd rzetelnie i ze zrozumieniem omówił wszystkie aspekty sprawy. Nie miał problemów ani z prawidłową oceną dowodów, ani analizą prawną. Nie musiał ani przesłuchiwać dodatkowych świadków, ani zwracać się o kolejną opinię biegłych.

Dla takich chwil warto żyć. Przywracają – czasem zachwianą- wiarę w sprawiedliwość. A czy można być prawnikiem procesowym, jak ja, nie wierząc w nią?

 

Obiecałam sobie, że dzisiejszy post będzie krótki. Po kilku wpisach i wymianie długich (i bardzo treściwych) komentarzy mam dużą potrzebę lakoniczności;-)

Kilka zdań wprowadzenia. Pacjenta była poddana operacji laparoskopowego usunięcia pęcherzyka żółciowego. Doszło do powikłań: pełnego przecięcia przewodu żółciowego wspólnego (w karcie informacyjnej opisano to jako jatrogenne uszkodzenie dróg żółciowych). Nie rozpoznano tego uszkodzenia w trakcie zabiegu. W związku z dolegliwościami, pacjenta została poddana diagnostyce obrazowej (USG, CT jamy brzusznej). Działania naprawcze podjęto jednak z dużym opóźnieniem.

I dochodzimy do sedna, którym jest fragment opinii biegłego;-)

Na pytanie:

Jakie dalsze działania należało podjąć wobec powódki, gdy w badaniu USG stwierdzono obecność płynu w jamie brzusznej? Czy to badanie USG zostało wykonane prawidłowo, skoro stwierdzono w nim także „pęcherzyk żółciowy cienkościenny, bez złogów, wielkość prawidłowa”?

Biegły odpowiada:

Badanie USG jamy brzusznej wykonano prawidłowo. Natomiast opis nie był specjalnie dokładny – aczkolwiek fakt usunięcia pęcherzyka żółciowego (a więc jego braku) był ogólnie znany.

Przekładając to skomplikowane, eksperckie stwierdzenie „na nasze”:

  • badanie USG było wykonane prawidłowo mimo, że lekarz opisał w nim usunięty kilka dni wcześniej pęcherzyk żółciowy…
  •  no, może opis nie był „specjalnie dokładny”:-)
  • i tak nic się nie stało, bo przecież wszyscy (? – czyli kto, bo lekarz wykonujący USG na pewno nie…) wiedzieli, że pacjentka nie ma pęcherzyka.

A że na podstawie tak kiepskiej jakości USG – i w efekcie błędnych informacji zawartych w dokumentacji medycznej – podejmowano dalsze (błędne i opóźnione) decyzje lecznicze, to już inna historia.

Ech, ci nasi biegli sądowi…  Czasem można się tylko uśmiechnąć, czytając te skomplikowane logicznie wywody:-)

Było krótko, prawda?

 

W ostatnich dniach media podały „sensacyjną” informację. „Nieprzewidywalność sądów w wypłacanych zadośćuczynień za śmierć osoby bliskiej to mit. Udowodniła to właśnie Komisja Nadzoru Finansowego (KNF), która uczyniła kolejny krok w kierunku standaryzacji wypłat” – napisał między innymi „Dziennik Gazeta Prawna”.

Urzędnicy KNF wykonali podobno tytaniczną pracę: przeanalizowali 1140 prawomocnych wyroków sądowych.

Do jakich wniosków doszli?

Że kwoty zasądzane przez sądy są wyższe, niż te, które „dobrowolnie” zgadzają się wypłacić ubezpieczyciele.

To oczywiste i właściwie nie wymagało badań.  Ubezpieczyciele dobrowolnie oferują generalnie niskie rekompensaty. Po pierwsze, liczą, że poszkodowani na tym poprzestaną i nie będą podejmować walki w sądzie. Tu ma znaczenie też pewna łatwowierność poszkodowanych: często są przeświadczeni, że skoro ubezpieczyciel tak „wycenił” ich krzywdę, jak w „urzędowej” decyzji, to na pewno ma rację.  Badanie KNF właśnie potwierdziło, że nie ma;-)

Drugi wniosek, jaki płynie zdaniem Komisji z badania, jest bardziej ryzykowny: wyroki sądów wcale nie są tak różne, a najbliżsi osoby ginącej w wypadku komunikacyjnym otrzymują średnio 70 tys. zł.

Z tym zupełnie się nie zgadzam.

Oczywiście, w większości sprawy śmierci osoby bliskiej, jakie prowadzę, związane są z błędami medycznymi. To, czy odpowiedzialność za śmierć związana jest z leczeniem, czy wypadkiem komunikacyjnym, nie ma jednak wpływu na kwotę zadośćuczynienia. Choć czasem mam nieodparte  wrażenie, że nawet łatwiej jest o zasądzenie wyższej rekompensaty z OC komunikacyjnego niż w przypadku błędu lekarskiego. Może na wysokość kwoty zadośćuczynienia przyznanej przez sąd w przypadku błędu lekarskiego podświadomy wpływ ma wiedza sędziego, że polisa  szpitala jest zbyt niska i część pieniędzy będzie musiała być wypłacona z budżetu szpitala?

Nie ma jednej średniej wartości, jaka powinna być przyznana za śmierć osoby bliskiej. Najwyższa kwota dla rodziny zmarłego, jaką uzyskałam, to 500 tys. zadośćuczynienia dla matki młodej kobiety. Podczas operacji embolizacji naczyniaka doszło do  pęknięcia mikrocewnika i wycieku kleju do mózgu pacjentki. W wyniku tego pacjentka zmarła po operacji. W innej sprawie, gdzie śmierć w wypadku komunikacyjnym poniosła również młoda kobieta, jej matka i mąż otrzymali po 120 tys. zadośćuczynienia (ubezpieczyciel przed procesem dobrowolnie wypłacił po 70 tys.).

Kilka tygodni temu zapadł wyrok, w którym sąd zasądził 185 tys. dla syna i 150 tys. dla żony mężczyzny zmarłego w wyniku potrącenia przez samochód. Ubezpieczyciel wcześniej wypłacił synowi jak „bezsporną” kwotę 15 tys… Zdarzają się też i ugody sądowe. W jednej z nich ubezpieczyciel zgodził się – co prawda po kilku latach walki w sądzie – wypłacić dzieciom zmarłej przy porodzie matki po 300 tys. zadośćuczynienia, mężowi 200 tys.

Te różnice w kwotach zasądzanych przez sądy są więc duże i na pewno nie można mówić, że  istnieją jakieś widełki czy poziom, którego należałoby się trzymać. Nie ma dwóch takich samych sytuacji, a kwota zadośćuczynienia ma być odpowiednia. Wysokość kwoty zadośćuczynienia zasądzonej przez sąd musi być taka, aby jak najpełniej rekompensowała doznaną przez członków rodziny zmarłego krzywdę.

Dlatego właśnie zasądzane odszkodowania są tak różne i „rozstrzelone”, wbrew temu, co twierdzi KNF. Bo wszystko zależy od tego, czy poszkodowani są w stanie udowodnić stratę, jaką ponieśli w wyniku śmierci osoby bliskiej…

 

„Błąd polegający na nieprawidłowym poziomie operowanego dysku jest niewątpliwie niechlubną kazuistyką neurochirurgii. Zoperowano praktycznie zdrową część kręgosłupa, co spowodowało trwałe unieruchomienie tego segmentu, wpływając na ruchomość całego odcinka kręgosłupa szyjnego. Należy podkreślić, że nie usunięto przyczyny dolegliwości, które u pacjenta okresowo pojawiają się.”

– to fragment jednej z opinii biegłych, które zostały wydane w prowadzonych przeze mnie sprawach związanych ze źle wykonanymi operacjami kręgosłupa.

Wydawałoby się to niewiarygodne: jak może dojść do sytuacji, że pacjentowi został zoperowany np. poziom L4-L5, a miał mieć wykonaną operację na zupełnie innym poziomie kręgosłupa?

Takie pomyłki są niestety stosunkowo częste.

Trudno wytłumaczyć taki błąd, chyba nie tylko laikowi.

Przyczyny, jakie wskazują biegli, to:

  • brak analizy przez operatora w okresie bezpośrednio poprzedzającym operację dokumentacji medycznej, przede wszystkim badań obrazowych (RTG, MR, TK),

 

  • brak badania pacjenta przed zabiegiem,

 

  • niewłaściwa identyfikacja śródoperacyjna poziomu kręgosłupa, który ma być zoperowany,

 

  • pomyłka wynikająca ze zmęczenia operatora, np. dana operacja była 22 operacją neurochirurgiczną wykonaną przez tego neurochirurga w danym dniu, podczas gdy zazwyczaj wykonuje się po 7-8 operacji w danym dniu.

Dochodzi do pomyłki, i co potem?

Często lekarze sami nie wiedzą, że zoperowali zły poziom, a pacjent dowiaduje się o tym w jakiś czas po operacji.  Bo na przykład dolegliwości, które miały ustąpić, nie ustępują, a w badaniach obrazowych nagle okazuje się, że coś się nie zgadza.

Wtedy pacjent zgłasza się do szpitala, w którym był operowany. A tam?

Lekarzowi operatorowi rośnie nos jak u Pinokia. Nie spotkałam się z sytuacją, kiedy ktoś powie: „Ok, pomyliliśmy się, przepraszam”. Za to wymyślane są różne scenariusze:

  • doszło do tzw. omyłki pisarskiej. „Zoperowaliśmy inny poziom, niż ten w dokumentacji medycznej, bo był w gorszym stanie”. To najczęstszy i mój ulubiony plan pt. „Jak uratować sytuację”. Dlaczego ulubiony? Bo pięknie można obnażyć takie kłamstwo podczas postępowania dowodowego w sądzie, przesłuchując świadków;-)

 

  • musimy Panu/Pani wykonać drugą operację, bo w innym miejscu (tym już wcześniej pomyłkowo zoperowanym…) kręgosłup też wymaga leczenia. I podczas tej drugiej operacji próbuje się naprawić to, co powinno być zrobione już w trakcie pierwszej. Do tego dokłada się podkoloryzowanie dokumentacji – i (pozornie) gotowe. Tyle, że pacjent w najlepszym razie ma dodatkowo jedną – zupełnie niepotrzebną – operację za sobą. Co najważniejsze: to kłamstwo też ma krótkie nogi….

Osobnym zagadnieniem jest, jak mimo tak ewidentnego błędu operacyjnego, wykazać pogorszenie stanu zdrowia pacjenta. Biegli, solidaryzując się z lekarzami, mają skłonności do bagatelizowania następstw źle przeprowadzonej operacji. Twierdzą na przykład, że „zaobserwowano poprawę neurologiczną w okresie kilku tygodni po zabiegu pod postacią zmniejszenia się dolegliwości bólowych kręgosłupa”.

A zatem: właściwie nic się nie stało? Co to, to nie. Ale i taką ewidentną, wydawałoby się, szkodę na zdrowiu pacjenta, trzeba udowodnić. Od tego zależy przecież między innymi wysokość zadośćuczynienia!

Więc jak z każdym procesem o błąd medyczny: nic nie jest oczywiste i lepiej, żeby nie zakładać, że sprawa sama się wygra…