Wróżenie z fusów, czyli o jakie zadośćuczynienie będziemy się ubiegać?

Jolanta Budzowska        10 lipca 2016        6 komentarzy

Powinnam jednak zrobić kurs wróżbiarstwa. Tak wynika z uzasadnień niektórych wyroków.

Zadośćuczynienie za doznaną krzywdę ma być odpowiednie. Według części sędziów, pełnomocnik powinien precyzyjnie doradzić swojemu klientowi, ile to jest w konkretnym przypadku „odpowiednio”, bo w końcu bycie pełnomocnikiem zobowiązuje.

A jednocześnie, pełnomocnik – wróżka wie, że kwota zadośćuczynienia, jakiej żądamy w pozwie:

  • ma wpływ na wysokość opłaty od pozwu,
  • może mieć wpływ na to, kto (powód czy pozwany) i w jakiej kwocie poniesie na koniec koszty procesu,
  • czasem ma wpływ na nastawienie sędziego do strony, czyli poszkodowanego.

Zacznę od końca.

Wiadomo, że żadna kwota nie zwróci na zdrowia. Dodatkowo, często poszkodowany chce, żeby kara dla szpitala czy lekarza na kontrakcie była dotkliwa. Najlepiej, żeby winny zapłacił kilka milionów złotych zadośćuczynienia, wtedy na pewno będzie miał nauczkę na przyszłość.

Tak to, niestety, nie działa.

Określając, jakie zadośćuczynienie nam się należy, musimy się trzymać „w ryzach” polskich realiów. Najwyższe zadośćuczynienie, jakie dotąd zostało zasądzone przez polski sąd (nie licząc odsetek, odszkodowania, renty itd) – wynosi 1.200 tys. zł. Oczywiście, kwoty te systematycznie, ale wolno rosną. Jeszcze kilka lat temu takie „rekordowe” zadośćuczynienie wyniosło 700 tys. zł. W obu przypadkach kwoty te zostały przyznane bardzo poważnie poszkodowanym dzieciom. Wniosek, aby sąd przyznał nam np. 5 mln. czy 10 mln. złotych będzie więc na tyle abstrakcyjny, że sędzia – przynajmniej na początku – będzie nas obserwował z pewną nieufnością, zakładając, że może mieć do czynienia z pieniaczem.

Jeśli poszkodowany nie jest zwolniony od kosztów sądowych, to wnosząc pozew musi zapłacić 5 % opłaty od pozwu. Od kwoty żądanej, a nie kwoty, jaką sąd nam finalnie przyzna. Jeśli przyzna, to znaczy, jeśli wygramy… A w przypadku przegranej – ta opłata przepada.

A co jeśli wygramy tylko część żądanej sumy? Koszty procesu ponosi ten, kto przegrał. No właśnie, ale gdy my trochę wygraliśmy, trochę przegraliśmy, to co wtedy? Teoretycznie, wtedy i tak powinniśmy być uznani za stronę wygrywającą, bo gdy „określenie należnej nam sumy zależało od wzajemnego obrachunku lub oceny sądu„, to jeśli wygrywamy „co do zasady” to wygrywamy, i kropka. Przeciwnik powinien zwrócić wszystkie koszty. Tak mówi przepis (art. 100 k.p.c. zdanie drugie).

Niestety jednak, ten przepis nie nie zawsze jest stosowany. Konia z rzędem temu, kto powie dlaczego nie jest, bo powinien być stosowany „z automatu”, ale to temat na osobny wpis. Wtedy szczególnego znaczenia nabiera to, czy uda nam się „trafić” z kwotą zadośćuczynienia. Bo istnieje ryzyko, że jeśli zażądamy 1 mln. złotych, a wygramy 100 tys., to sąd uzna, że wygraliśmy 1/10, a przegraliśmy 9/10, i w takiej proporcji obciąży nas kosztami.

I bądź tu mądry. Jak poszkodowany – nawet ze wsparciem swojego prawnika – ma przewidzieć to, jakie zadośćuczynienie sąd w jego przypadku uzna za odpowiednie? Sędzia w I instancji orzeka w składzie jednoosobowym.

Wyobraźmy sobie taki quiz: wybieramy 20 sędziów z różnych sądów, mających takie same akta sprawy. Ilu z nich zasądzi taką samą kwotę zadośćuczynienia? Może kilku. Założę się, że rozrzut będzie – przy nietypowej sprawie, a poważnej szkodzie na zdrowiu: od 100 tys. do – nawet – kilkuset tysięcy zlotych.

Oczywiście, za każdym razem przyjmując sprawę próbuję przewidzieć to „trafienie”. Jak w totolotku (nie gram). Orzecznictwo dostarcza pewnych wskazówek, ale żadnych wiążących kwot. Nie, to byłoby zbyt łatwe.

„Podpowiedzi” Sądu Najwyższego są w takim duchu, jak w jednym z ostatnich orzeczeń: „Sąd określając kwotę „odpowiednią” w rozumieniu art. 445 § 1 Kodeksu Cywilnego uwzględnił wiek poszkodowanego jako jeden (spośród wielu ustalonych i rozważonych) elementów wpływających na określenie jej wysokości. Taki sposób jest uprawnionym, a czynnik wieku należy do powszechnie branych pod uwagę przy orzekaniu o zadośćuczynieniu za skutki uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia.” (Wyrok Sądu Najwyższego – Izba Cywilna z dnia 4 maja 2016 roku, IV CSK 270/17).

Czyli – przekładając na „nasze” – im ktoś jest starszy, tym mniejsze zadośćuczynienie mu się należy, nawet jak ma identyczny problem jak inny, tyle że znacznie młodszy, pacjent. Ale o ile? Nie wiadomo.

No istna Pytia.

Trzeba jednak przyznać, że lata praktyki i ilość spraw zakończonych korzystnymi wyrokami dla poszkodowanych robią swoje: łatwiej jest mi przekonać sąd o „odpowiedniości” zadośćuczynienia w takiej, a nie innej kwocie, jeśli mam konkretne argumenty w ręku, między innymi wyroki w podobnych sprawach.

Tak czy tak, mam mocne przekonanie, że czasem kurs wróżbiarstwa nie zaszkodziłby;-)

{ 6 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Krzysztof Lipiec 11, 2016 o 10:26

Super artykuł. Zwraca uwagę na to, że sprawa nie jest tak oczywista i żądanie kwoty, kolokwialnie mówiąc, kompletnie „z czapy” może jeszcze bardziej „skrzywdzić” klienta. Niestety zdarzają się pełnomocnicy którzy patrzą na to inaczej niż Pani, i po prostu sprzedają klientom”marzenia”, za które i tak finalnie płaci klient.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Lipiec 29, 2016 o 16:51

Niestety tak. Nie tak dawno przeczytałam na FB (w grupie branżowej) wpis pewnej Pani mecenas z prośbą o podpowiedź, gdzie znajdzie „tabelę”, wg której sądy przyznają konkretne kwoty odszkodowania (sic!) za dany uszczerbek na zdrowiu… Ręce opadają. A skąd poszkodowany ma wiedzieć, że jego pełnomocnik jest na tyle „zielony” w sprawach dotyczących szkód na zdrowiu, że pomocy szuka na Fejsbuku?

Odpowiedz

Krzysztof Rajkowski Sierpień 1, 2016 o 10:13

Abstrahując trochę od tematyki Pani bloga, jednakże pozostając w kontekście „przykrych przypadków”. Kiedyś zgłosiła się do nas Klientka (będąca absolwentką prawa) z prośbą aby wybrać dla niej „najlepszą” formę prowadzenia działalności, tak aby nie odpowiadała przed Klientami za swoje ewentualne błędy. Ponadto Pani chciała dowiedzieć się czy może posługiwać się zwrotem „kancelaria prawna” i czy nic jej za to nie grozi. Ostatecznie nie zajęliśmy się tą sprawą, ale Pani pewnie gdzieś tam sobie jest i „obsługuje” swoich Klientów.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Sierpień 1, 2016 o 10:24

Tak, wbrew temu co sądzą lekarze, prawnicy też odpowiadają za „błędy w sztuce”. Co więcej, może to nie jest najwdzięczniejsza dziedzina do specjalizowania się dla innych prawników, ale jestem pewna, że byłoby co robić. Sądząc choćby po jakości dokumentów, które czasem wpływają do analizy do mojej kancelarii..

Odpowiedz

Leszek Bloch Lipiec 12, 2016 o 12:53

Nawiązując do rozbieżnych kwot zadośćuczynienia zasądzanych przez równe sądy w podobnych sprawach wspomnę rozmowę z sędzią stale orzekającym w tego typu sprawach (zresztą z pasją o nich rozprawiającym). Otóż twierdził, że rozbieżności w zasądzanych kwotach są na tyle duże że powodowie nierzadko przed wystąpieniem z pozwem dokonują zmiany miejsca zamieszkania do okręgu sądu zasądzającego wysokie stawki – tak aby stał się dla nich właściwy miejscowo

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Lipiec 29, 2016 o 16:48

Tak, znam te legendy:-) Podobno z tego słynął Lublin. To także przyczyna, dlaczego sądy warszawskie mają wpływ spraw z całej Polski…
W każdej bajce jest jednak ziarno prawdy. Muszę przyznać, że sama mam osobistą „mapę” sądów i dokładnie wiem, gdzie ma sens składać pozew, a gdzie nie warto i lepiej poszukać innej właściwości.

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: