Jak się ma 7 do 150?

Jolanta Budzowska        22 maja 2016        Komentarze (0)

Prawdopodobnie „spalę” historię, jeśli już w pierwszym zdaniu odpowiem, że mniej więcej tak, jakby porównać poddanie się bez walki i przyjęcie propozycji ubezpieczyciela do wygranej w sprawie sądowej:-) Zachęcam jednak do zapoznania się z całą historią, bo jest pouczająca i z morałem (który trzeba sobie dopowiedzieć samemu).

Sprawa, która jest ilustracją tej prawdy wydawała się dość prosta. W praktyce jednak – jak zawsze powtarzam – nie ma spraw o błędy medyczne, które byłyby „oczywiste” czy „ewidentne”, jak lubią zaczynać relacjonowanie swojej historii moi klienci.

Najistotniejszym wątkiem w tym konkretnym przypadku było opóźnienie w diagnostyce i leczeniu zapalenia otrzewnej. Pacjent trafił do szpitala z objawami rozejścia się zespolenia jelit po wcześniejszej operacji w obrębie jamy brzusznej. Nieuzasadnione opóźnienie wykonania reoperacji spowodowało stan zagrożenia życia i znaczne pogorszenie warunków miejscowych podczas kolejnego zabiegu. Pacjent przebył długie leczenie, dwie kolejne operacje, konieczne było wyłonienie stomii.

Poszkodowany pacjent początkowo nie chciał procesu sądowego. Liczył, że w tak oczywistej sprawie szpital i jego ubezpieczyciel na pewno zawrą z nim ugodę.

Owszem, propozycja zadośćuczynienia padła, ale dopiero po tym, jak Wojewódzka Komisja do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych wydała orzeczenie o zdarzeniu medycznym. Komisja potwierdziła tym samym przypuszczenie pacjenta, że doszło do zdarzenia medycznego, polegającego  – jak mówi ustawa – na uszkodzeniu ciała i rozstroju zdrowia w następstwie niezgodnej z aktualną wiedzą medyczną diagnozą i leczeniem pacjenta.

Propozycja rekompensaty w wysokości… 7 tys. zł była jednak nie do przyjęcia nawet do tak ugodowo, jak w tym przypadku, nastawionego pacjenta.

Skierowaliśmy wezwanie do zapłaty do ubezpieczyciela szpitala, domagając się zapłaty kwoty 200 tys. zł tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę. Po długich „przepychankach” zakład ubezpieczeń wypłacił „bezsporną kwotę” kwotę 50 tys. zł tytułem zadośćuczynienia. Sytuacja była patowa. Pacjent, po namowach, przystał na propozycję wniesienia pozwu.

Sąd od pierwszej rozprawy skłaniał strony do ugody. Porozumienie z ubezpieczycielem było… hmm, delikatnie mówiąc trudne, nie wspominając już stylu prowadzenia rokowań… Ostatecznie jednak długie negocjacje ugodowe, toczące się poza salą sądową pomiędzy pełnomocnikami stron, doprowadziły do ugodowego załatwienia sprawy.

Na mocy ugody sądowej ubezpieczyciel zapłacił poszkodowanemu pacjentowi dalsze 100 tys. zł tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, jak również zobowiązał się pokryć koszty procesu.

I pomyśleć, że można tak było od początku…

Czy zatem można liczyć na to, że sprawa o błąd lekarski zakończy się ugodą?

Liczyć można, ale to niezwykle rzadka sytuacja. Kiedyś przygotowując się do wystąpienia pt „Mediacje w sprawach z zakresu błędów medycznych” w ramach konferencji organizowanej przez Sąd Arbitrażowy obliczyłam, że ilość spraw zakończonych ugodą spośród prowadzonych przez lata przez moją kancelarię nie przekracza 2 %. Uczestnicy konferencji, najwyraźniej prezentujący optymistyczne postrzeganie świata (szklanka jest w połowie pełna…) stwierdzili, że to wspaniała wiadomość, bo 2 % to jest więcej niż 0%:-) No cóż…

{ 0 komentarze… dodaj teraz swój }

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: