Czy „wypadki medyczne” to „wypadek przy pracy” MZ?

Jolanta Budzowska        06 maja 2016        11 komentarzy

Rekompensowanie szkód związanych z leczeniem w modelu pozasądowym” – to niekończąca się historia. Temat, którym od jakiegoś czasu epatuje się pacjentów, obiecując im gruszki na wierzbie. Mamy najnowsze propozycje ministerialne. Wcześniej były nimi wojewódzkie komisje.

Orzekam w takiej właśnie, małopolskiej Wojewódzkiej Komisji do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych. W 2012 roku temu, kiedy komisje zaczynały swoją działalność, potraktowałam to jako wyzwanie, bo rozstrzyganie kto ma rację: pacjent czy szpital, to jednak nieco inne zadanie, niż reprezentowanie pacjentów w sądach.  Doświadczenie? Bezcenne. Na pewno już lepiej rozumiem sędziów, którzy muszą wydać wyrok w oparciu jedynie o to, co mają „na stole” – czyli przede wszystkim dokumentację medyczną, zeznania świadków i opinie biegłych…

Komisje – w  zamierzeniu ustawodawcy – miały realizować „skandynawski” model pomocy pacjentom poszkodowanym w wyniku błędu lekarskiego. Rzeczywistość rozjechała się jednak z założeniami z kilku przyczyn. Najpierw tak długo pracowano nad definicją „zdarzenia medycznego”, że finalna wersja jest niemal niezrozumiała, nawet dla prawników. Można ją jednak łatwo poprawić… Ważne, że dzisiaj podstawowym kryterium jest działanie „niezgodne z aktualną wiedzą medyczną”, co nakazuje komisji poszukiwać błędu medycznego, czyli braku profesjonalnej staranności w diagnostyce lub leczeniu. Nadal jednak nie trzeba palcem wskazywać osoby winnej: lekarza czy pielęgniarki. Odpowiada za nich szpital.

Druga, najważniejsza – delikatnie rzecz ujmując – niedoróbka twórców tych przepisów, to fakt, że orzeczenia komisji są praktycznie martwe. To znaczy: komisja orzeka o zdarzeniu medycznym, czyli stwierdza, że leczenie było niezgodne z aktualną wiedzą medyczną, a szpital… oferuje pacjentowi zadośćuczynienie w wysokości 1 zł. Dlaczego? Bo nie ma żadnych sankcji, kar, za to, że szpital nie wyliczy odszkodowania tak, jak nakazują mu to przepisy. Istnieje „taryfa”, rozporządzenie Ministra Zdrowia precyzyjnie wskazujące ile i za co pacjentowi się należy. Ale się „nie przyjęła”. Dlaczego?

Z prostej przyczyny. Szpitale, szukając oszczędności, nie ubezpieczają się od zdarzeń medycznych, nie mają zresztą takiego obowiązku. Kiedy pacjent domaga się ustalenia przed komisją, że doszło do zdarzenia medycznego, ubezpieczyciel szpitala, który wystawił mu obowiązkową lub dobrowolną polisę OC (odpowiedzialności cywilnej), tak jak w ubezpieczeniach komunikacyjnych  – umywa ręce. Twierdzi, że to nie jest zdarzenie objęte tym ubezpieczeniem. Kiedy pacjent z tą samą sprawą idzie do sądu – dla ubezpieczyciela to już jest jak najbardziej przypadek, za który bierze odpowiedzialność. Czyli: szpitalowi opłaca się czekać, aż zdeterminowany pacjent skieruje swoje kroki do sądu, bo wtedy w razie przegranej zapłaci ubezpieczyciel. A gdyby za ten sam błąd, ale zwany zdarzeniem medycznym, szpital miał wypłacić po orzeczeniu komisji, musiałby zapłacić z własnej kieszeni. Czy jest to problem do rozwiązania? Oczywiście. Wystarczy jednoznacznie przesądzić, że zdarzenia medyczne są objęte już kupowanymi przez szpitale obowiązkowymi ubezpieczeniami OC, bo przecież tak w istocie jest.

Ten przydługi wstęp ma uzasadnić konkluzję: nie wierzę w najnowsze propozycje Ministra Zdrowia. Mamy mieć już nie błąd medyczny czy zdarzenie medyczne, a wypadek medyczny. Już nie model skandynawski, a nowozelandzki. Odszkodowanie za wypadki medyczne ma być przyznawane tak, jak za wypadki przy pracy: opisuje się sytuację wypadkową, bada się poszkodowanego, stwierdza określony uszczerbek na zdrowiu i wypłaca odszkodowanie.

Zaraz, zaraz: opisuje się – czyli kto opisuje, że ten właśnie pacjent ucierpiał na skutek wypadku medycznego? Czy może lekarze szpitala, w którym do tego doszło? Wydaje mi się, że nie będą się do tego palić… Kto bada poszkodowanego i stwierdza określony uszczerbek na zdrowiu? To akurat wiadomo: lekarze orzecznicy ZUS, czyli ci sami, którzy np. w sprawie mojego klienta, któremu amputowano nogę uznali, że wystarczy czasowe orzeczenie o niepełnosprawności. Klient stwierdził, że właściwie się cieszy, bo dano mu nadzieję, że kończyna odrośnie.  Dodatkowo, trzeba pamiętać, że lekarzom łatwiej się orzeka, kiedy niepełnosprawność jest spowodowana wypadkiem komunikacyjnym czy wypadkiem przy pracy, niż kiedy mają wyrokować w sprawie pacjenta, gdzie doszło do „wypadku medycznego” podczas leczenia prowadzonego przez kolegów po fachu. Widać to na przykładzie biegłych sądowych.

Poza burtą znajdą się ci pacjenci, którzy niewątpliwie stali się ofiarami „wypadków medycznych”, ale „pechowo” nie mają trwałego uszczerbku na zdrowiu. Przykład: podczas cholecystektomii laparoskopowej pomyłkowo („wypadkowo”) przecięto główne drogi żółciowe. Doszło do zapalenia otrzewnej, ponownej operacji, konieczności rekonstrukcji uszkodzonych dróg żółciowych. Dzięki protezie dróg pacjent funkcjonuje dziś w miarę normalnie. Leczenie trwało kilka miesięcy, w pierwszym okresie było zagrożenie życia. Wg  biegłych  sądowych nie ma trwałego uszczerbku na zdrowiu. Przez wiele miesięcy pacjent był jednak w stanie poważnego rozstroju zdrowia.

Kolejne pytanie: według jakich kryteriów ma być szacowany uszczerbek na zdrowiu? Przepisy, które stosuje się w sprawie wypadków przy pracy, są zupełnie nieadekwatne do uszczerbków spowodowanych innymi przyczynami. Teraz biegli, naciągając je niemiłosiernie, opierają się w opiniach na tej przestarzałej taryfie, ale to nie jest dobra praktyka. Poza tym, dzisiaj nie musimy określać uszczerbku na zdrowiu, żeby pacjent dostał zadośćuczynienie, bo to nie jest prosta matematyka: złotówki za procenty. A, właśnie.

Według Ministerstwa Zdrowia (podobnie zresztą, jak dotąd według ubezpieczycieli), to jednak jest prosta matematyka: 780 zł. za 1 % uszczerbku na zdrowiu. Czyli dla dziecka, które na skutek błędu przy porodzie (wypadku medycznego, wg nowej terminologii) i niedotlenienia cierpi na ciężką postać mózgowego porażenia dziecięcego, odpowiednim zadośćuczynieniem będzie 78.000 zł.?  Prawdopodobnie, tak jak teraz w postępowaniach przed wojewódzkimi komisjami, w razie przyjęcia takiej rekompensaty, trzeba będzie się też zrzec innych roszczeń. Co zatem z kosztami opieki, leczenia, utraconymi zarobkami? Minister Radziwiłł mówi, że zasadą ma być „pełne i rzeczywiste naprawienie szkody” i przywrócenie stanu zdrowia sprzed zdarzenia. Pięknie. Że pełne i rzeczywiste, przynajmniej od strony finansowej (780 zł. za 1 %…), nie będzie, to już wiemy. Przywrócenie stanu zdrowia sprzed zdarzenia? Świetny pomysł, tyle że w ramach „napraw gwarancyjnych” powstanie nowa grupa uprzywilejowanych pacjentów (poza dziećmi, kobietami w ciąży, pacjentami onkologicznymi, itd.) i będzie jak w Ryanair: kolejka „osób z pierwszeństwem do wejścia na pokład” będzie dłuższa niż standardowa.

I na koniec: kto wypłaca odszkodowanie? Orzeka orzecznik, płaci fundusz wypadkowy, powstały ze składek szpitali:  wszyscy, czyli nikt. Postępowanie w sprawie rekompensowania szkody wyrządzonej pacjentowi toczy się poza szpitalem. Jaką zatem szpital będzie miał  motywację, żeby wdrożyć działania zapobiegające wypadkom?  „ – Płacę i śpię spokojnie. Nie będę urządzał polowania na czarownice i szukał winnych.” – jakbym słyszała modelowego  dyrektora szpitala.

A wypadki (medyczne) chodzą po ludziach.  Zatem, zanim udasz się do ZUS po szybkie 780 zł. za 1 %, przemyśl to.

 

{ 11 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Krzysztof Maj 6, 2016 o 20:20

„Autor bloga nie odpowiada za jego treść w jakimkolwiek zakresie” to śmietnik a nie blog gdzie autor może wypisywać radośnie głupoty bez wzięcia za nie odpowiedzialności

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Maj 6, 2016 o 21:59

Warto przytoczyć pełną treść standardowej klauzuli blogów web-lex:
„Zapoznając się z treścią niniejszego bloga rozumiesz, że:
jego cel ma charakter wyłącznie edukacyjny,
zawiera wyłącznie treść o charakterze ogólnym,
nie stanowi on ani porady prawnej, ani wykładni prawa,
nie buduje stosunku klient – prawnik.
Autor bloga nie odpowiada za jego treść w jakimkolwiek zakresie, a w szczególności za jakąkolwiek szkodę wyrządzoną zastosowaniem, lub brakiem zastosowania się do niej. Treść bloga jest wyrazem poglądów autora i nie stanowi oficjalnego stanowiska jego kancelarii. Autor zastrzega sobie prawo do zmiany treści w szczególności w sytuacji zmiany prawa, orzecznictwa oraz praktyki organów administracji.
Autor bloga ponadto nie odpowiada za treść komentarzy pozostawionych w blogu przez osoby trzecie.”

Odpowiedz

Krzysztof Maj 6, 2016 o 22:26

Nie zmienia to faktu, że autor (Jolanta Budzowska?) nie bierze odpowiedzialności za treści blog a już w szczególności gdyby ktoś rościłby sobie pretensje z powodu wyrządzonej szkody. Co ciekawe na stronie na której znajdują się powyższe komentarze w zakładce „ograniczenie odpowiedzialności” jest inna wersja klauzuli niż ta przytoczona przez Panią.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Maj 6, 2016 o 22:58

Tak, jestem autorem tego bloga. Nie zamierzam wyrządzić nikomu szkody. Jeśli do tego doszłoby, spór rozstrzygnie się na płaszczyźnie obowiązujących przepisów prawa. Proponuję nie zaglądać do śmietnika, po co denerwować się tym, na co można się w nim natknąć;-)

Odpowiedz

Anna K. Maj 7, 2016 o 09:44

Pani Mecenas, czytam i czytam Pani bloga i tak sobie myślę, że w najgorszym położeniu jest pacjent, któremu placówka zdrowia na jedno może pomogła, ale na drugie zdecydowanie zaszkodziła. Taki pacjent nie dość, że stracił zdrowie na całe życie to nie wie, jak powinien dochodzić słusznego odszkodowania. Z jednej strony ubezpieczyciele, z drugiej jakieś komisje… z jednej strony Zdarzenia z drugiej Wypadki. Głowa boli. Jest takie przysłowie, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. W tej sytuacji gdzie dwóch się bije, tam trzeci jeszcze bardziej traci. Serdecznie Panią pozdrawiam!

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Maj 7, 2016 o 10:58

Dziękuję za tę uwagę. Rzeczywiście, teoretycznie pacjent ma wiele możliwości, ale w praktyce każda z instytucji, które mają w założeniu pomagać, ma swoje wady. Dlatego nie ma co pochopnie np. od razu biec do prokuratury. Zresztą, w ogóle jestem przeciwna postępowaniom karnym przeciwko lekarzom – poza naprawdę wyjątkowymi sytuacjami.

Odpowiedz

Anna K. Maj 7, 2016 o 22:00

Bardzo dziękuję za odpowiedź! A.

Odpowiedz

Marta Maj 20, 2016 o 01:52

Ok, a co w przypadku rażącego niedbalstwa, czy wręcz winy umyślnej? Czyli kiedy po prostu nie da się podejść ze zrozumieniem do zachowania lekarza?
Czy naprawdę postępowanie cywilne będzie prostsze dla takiego pacjenta?
Przy uwzględnieniu kosztów, terminów?

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Maj 20, 2016 o 16:49

Postępowanie cywilne rzadko jest dla pacjenta „prostsze” niż jakiekolwiek inne postępowanie, np. karne. Karne zreszta nie służy bezpośrednio uzyskaniu odszkodowania.
Czy postępowanie przed Komisją jest prostsze? Na pewno tańsze, ale trwa też czasem nawet 2 lata, na pewno nie 4 miesiące, jak – zbyt optymistycznie – mówi ustawa. Czy ZUS będzie lekarstwem na całe zło? Wątpię.
Podsumowując: wszystko zależy od indywidualnych okoliczności. Na pewno nie wyobrażam sobie poprzestania na sprawie „przed Komisją” albo „przed ZUS-em”, przyjęcia zryczałtowanego odszkodowania w wysokości na kilkunastu tysięcy złotych i zrzeczenia się roszczeń w sytuacji, kiedy pacjent wymaga stałego leczenia i rehabilitacji i powinien dostawać – poza wszystkim – miesięczną rentę.

Odpowiedz

agot.st.moritz Maj 7, 2016 o 23:08

Klauzula mogłaby przewidywać kasowanie z hukiem i bez uprzedzenia trollowych komentarzy, które podrywają wiarę w istnienie szarych komórek pozostałych czytelników.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Maj 8, 2016 o 08:18

🙂

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: