Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Lepiej jest wykonać operację jądra niepotrzebnie niż przegapić skręt – to złota zasada lekarzy urologów i chirurgów dziecięcych.

Dlaczego? Bo rozpoznanie skrętu szypuły jądra, a szczególnie odróżnienie go od zapalenia jądra, jest trudne. Opiera się głównie na wywiadzie chorobowym i badaniu fizykalnym pacjenta, czyli wymaga uwagi lekarza  i  czasu. A tego najbardziej brakuje w kontaktach lekarz – pacjent, co jest jaskrawo widoczne podczas procesów o odszkodowanie za błąd lekarza…

Przydatne jest też badanie USG – ale po pierwsze, musi być dostępny aparat, a po drugie, musi być dostępny lekarz, który potrafi obsłużyć ten aparat i prawidłowo zinterpretować wynik.

I tak dotknęłam wątku, którego w zasadzie nie chciałam tym razem poruszyć.

Jak będzie wyglądała jakość udzielanej pomocy lekarskiej w nowej rzeczywistości Anno Domini 2018, kiedy jeden lekarz będzie dyżurował jednocześnie i w oddziale, i w SOR, gdzie najczęściej trafiają pacjenci z dolegliwościami sugerującymi skręt jądra?

Wystąpienie takiego na przykład skrętu jądra wymaga przecież szybkiej interwencji chirurgicznej, bo niedokrwiona tkanka jądra może ulec nieodwracalnej martwicy. Operację trzeba przeprowadzić tak szybko, jak to jest możliwe, najlepiej nie poźniej niż 4-6 godzin od momentu wystąpienia skrętu.

Skręt jądra to nie stan zagrażający życiu, z pewnością będą zdarzały się  większe dramaty pacjentów. I dramaty lekarzy, którzy będą musieli sami podjąć decyzję komu pomóc: choremu w oddziale czy pacjentowi w SOR?  Obu w jednym czasie się nie da, bo lekarz będzie jeden… W co najmniej jednym przypadku zatem z pewnością dojdzie do błędu medycznego – opóźnienia w udzieleniu pomocy lekarskiej. Przy czym z punktu widzenia prawa pacjenta do odszkodowania nie ma większego znaczenia, czy to lekarz popełnił błąd, bo na przykład działał zbyt opieszale, czy ten błąd (opóźniona operacja) ma charakter bardziej organizacyjny – wynika ze złego zaplanowania obsady dyżurowej przez dyrekcję szpitala.

Zastanawiam się jednak, jak na ocenę całej sytuacji, jakiej dokona po fakcie biegły, a potem sąd, wpłynie okoliczność, że takie działania dyrekcji będą zgodne z prawem, bo prawo wkrótce dopuści  takie rozwiązania…

W jednej z opinii, wydanej właśnie w sprawie dotyczącej błędnego nierozpoznania skrętu jądra, widzę takie właśnie „zalążki” wskazywania, że właściwie nikt nie ponosi odpowiedzialności za niewykonanie badania USG:

„Należy jednak dodać, że dostępność badania USG może być ograniczona. Wynika to nie tylko z braku samych aparatów USG Doppler, chociaż ich ilość jest znacznie większa niż przed laty. Nie każdy lekarz potrafi bowiem obsłużyć technikę Dopplerowską w aparacie i wysnuć na tej podstawie prawidłowe wnioski kliniczne – tym bardziej w godzinach nocnych, gdy doświadczeni w tym względzie lekarze mogą być w domu – czyli poza ostrym dyżurem”.

Oby prawa pacjenta nie zaczęły być pustymi sloganami, na podstawie których nie będzie można niczego wymagać, bo zawsze znajdą się jakieś usprawiedliwienia dla ich niestosowania…

Swoją drogą, obecnie, kiedy prawo coraz częściej zmusza lekarzy do podejmowania się obowiązków, których prawidłowe wykonanie może być z założenia niemożliwe, interesy pacjentów i lekarzy zaczęły być zadziwiająco zbieżne: obu grupom chodzi o to, żeby możliwe było otrzymanie/udzielanie pomocy lekarskiej zgodnej z aktualną wiedzą medyczną.

 

 

Jedna z naszych klientek napisała do naszej kancelarii, a konkretnie do mec. Karoliny Kolary, tak:

„Powiem szczerze, że jak tak czytam te „opinie” biegłego,  to mi się lista żali i protestów tworzy w głowie. Potem otwieram plik z Państwa odpowiedzią i dokładnie te same pytania, które miałam, Pani tam przedstawia. Jestem bardzo bardzo zadowolona i z decyzji sądu, i ze sposobu, w jaki Państwo reprezentujecie mojego syna. Miałam dużo wątpliwości, czy zaczynać walkę. Zaczęłam ją w poczuciu walki o sprawiedliwość i widzę, krok po kroku, że tak właśnie należało postąpić.
Gorąco pozdrawiam i dziękuję, że tak profesjonalnie się Pani zajęła naszą sprawą.
Dołączam jeszcze serdeczne życzenia świąteczne i noworoczne, dużo zadowolenia, satysfakcji i zdrowia, oraz rodzinnej atmosfery”.

Zacytowałam ten list, żeby wszystkim Państwu podziękować.

Za to, że się Państwo nie poddają.

Za to, że znajdują Państwo w sobie siłę, żeby walczyć o prawdę.

Za to, że wraz ze mną i moimi prawnikami wierzą Państwo w sprawiedliwość.

Za to, że dostrzegają Państwo nasze zaangażowanie.

I wreszcie za to, że – o czym jestem głęboko przekonana – łączy nas wieź zaufania wykraczająca poza zwykłe relacje prawnik- klient.

Umieściłam w tym wpisie tylko jeden z maili, które do nas wpłynęły w okresie około-świątecznym, ale wszystkie listy są dla mnie ważne, a szczególnie wzruszające są te  – i to wcale nie wysłane „z rozdzielnika” – od klientów, którzy mogliby o mnie dawno zapomnieć, bo ich sprawa zakończyła się lata temu.

Życzę Państwu ciepłych, rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, życzliwości, miłości i spokojnych dni w dobrym zdrowiu w nadchodzącym roku 2018!

 

Co jakiś czas otrzymuję mail albo telefon z pytaniem, czy da się uzyskać odszkodowanie za błąd lekarza, mimo że prokurator wciąż prowadzi postępowanie, które trwa już rok, trzy albo na przykład – bywa i tak – pięć lat, a nie została nawet jeszcze wydana opinia biegłych, nie mówiąc już o akcie oskarżenia czy wyroku.

Odpowiem, jak „rasowy” prawnik: to zależy.

Czekanie na rozwój wydarzeń w prokuraturze może być niebezpieczne, bo w międzyczasie sprawa cywilna i prawo do odszkodowania i zadośćuczynienia za błąd medyczny może nam się przedawnić.

Nie mamy przecież żadnej gwarancji, że po latach zapadnie skazujący wyrok karny, a nawet, że zostanie skierowany akt oskarżenia przeciwko lekarzowi czy pielęgniarce lub położnej. Tylko w tej sytuacji (przestępstwa) terminy przedawnienia się wydłużają – do 20 lat od dnia popełnienia przestępstwa, bez względu na to, kiedy poszkodowany dowiedział się o szkodzie i o osobie obowiązanej do jej naprawienia.

Dodatkowo, czasem nawet skazujący wyrok może nam niewiele dawać z punktu widzenia powództwa o odszkodowanie dla pacjenta. Jest tak między innymi wtedy, gdy wyrok sądu karnego zapadł „jedynie” za narażenie poszkodowanego pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Wówczas w postępowaniu cywilnym nadal mamy obowiązek udowodnić, że gdyby nie to narażenie, to stan zdrowia pacjenta byłby lepszy. A nasz przeciwnik twierdzi coś zupełnie innego: że samo narażenie nic nie znaczy, że stan pacjenta był i tak zły, a uległ pogorszeniu, bo takie jest ryzyko przy danej chorobie, itd.

Dlatego zawsze należy się zastanowić, czy warto czekać na postępy w sprawie karnej. Pozew o odszkodowanie za błąd medyczny można złożyć przecież niezależnie od tego, na jakim etapie  jest postępowanie prowadzone przez prokuratora albo sąd karny.

Co prawda, często pozwane szpitale próbują wtedy złożyć wniosek o zawieszenie postępowania cywilnego do czasu zakończenia procesu karnego. Argumentują, że w sytuacji kiedy toczy się postępowanie karne, w ramach którego przeprowadzane są dowody z opinii biegłych lekarzy wielu specjalizacji, podobnie jak trzeba to będzie zrobić w postępowaniu cywilnym,  zawieszenie sprawy cywilnej ma sens, bo ustalenie czynu na drodze karnej może wywrzeć wpływ na rozstrzygnięcie tej sprawy cywilnej.

Nic bardziej mylnego. Słusznie takie wnioski (o zawieszenie postępowania cywilnego) nie są uwzględniane przez sądy cywilne. (Z jednym wyjątkiem: w sytuacji, w której sąd nie znajduje w świetle zgromadzonego w sprawie materiału podstaw do uwzględnienia powództwa, czyli przyznania racji pokrzywdzonemu*, to powinien poczekać na wyrok karny.)

Toczące się postępowanie karne nie zwalania sądu cywilnego z konieczności przeprowadzania własnego postępowania dowodowego**. Sąd cywilny powinien też między innymi pamiętać o tym, że bywają sprawy o szczególnym charakterze, gdzie znaczenie ma jej szybkie rozstrzygnięcie. 

Do takich na pewno należą procesy o błędy medyczne. W tych sprawach roszczenia strony powodowej – poszkodowanego pacjenta – zmierzają przecież przede wszystkim do zaspokojenia jego własnych życiowych potrzeb i umożliwienie mu normalnego funkcjonowania, poprawy komfortu życia i – co najważniejsze – zapewnienia leczenia i rehabilitacji. Zawieszenie postępowania spowodowałoby dalsze odsunięcie w czasie wynagrodzenia doznanej przez pacjenta szkody, a nie o to w tym wszystkim przecież chodzi…

 

*wyrok Sądu Najwyższego z dnia 2 lipca 2015 r., sygn. akt IV CSK 573/14

**postanowienie Sądu Najwyższego z dnia 5 kwietnia 1965 r., II PZ 20/65

Kończy się właśnie (31 grudnia 2017 r.) pierwsza, sześcioletnia kadencja członków Wojewódzkich Komisji do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych.

Póki co, instytucja ta została utrzymana, choć od 2012 roku było co najmniej kilka innych pomysłów* na to, jak zapewnić pacjentom łatwo dostępną ścieżkę dochodzenia odszkodowań za błędy medyczne. Żaden nie doczekał się jednak realizacji. Nie poprawiono również niedoskonałych i pełnych luk przepisów, na podstawie których działają Komisje, na szczęście jednak praktyka jakoś sobie z częścią tych problemów radzi. Nie ma jednak co ukrywać, że Komisje w większości nie spełniły pokładanych w nich przez poszkodowanych pacjentów nadziei.

Mimo tych mankamentów, czasem jednak sama doradzam klientom skierowanie wniosku o wydanie orzeczenia o zdarzeniu medycznym do Wojewódzkiej Komisji o Zdarzeniach Medycznych. Dlaczego? Odpowiedź nasunie się sama, po lekturze krótkiego podsumowania najważniejszych plusów i minusów działania Komisji z punktu widzenia poszkodowanego pacjenta albo spadkobiercy zmarłego pacjenta.

Plusy:

  1. Jest tanio. W przypadku przegranej – w przeciwieństwie do procesu sądowego – pacjent nie poniesie dużych kosztów, co najwyżej 200 zł. opłaty od wniosku plus zwrot kosztów podróży i noclegu oraz utraconych zarobków lub dochodów osób wezwanych przez Wojewódzką Komisję, plus wynagrodzenie dla biegłego za sporządzenie opinii (nie więcej niż 450 zł za jedną opinię).  Dodatkowo, można złożyć wniosek o nieobciążanie kosztami w przypadku orzeczenia o braku zdarzenia. Możliwe jest także wycofanie wniosku w toku postępowania. Praktyka poszczególnych Komisji jest różna, ale najczęściej wówczas wnioskodawca nie zostaje w ogóle obciążony kosztami.
  2. Postępowanie jest mniej sformalizowane niż przed sądem cywilnym, samodzielnie działający pacjent jest w stanie sobie poradzić*.
  3. Szpital jest zobowiązany do udzielenia odpowiedzi na wniosek pacjenta o wydanie orzeczenia o zdarzeniu medycznym. W takim piśmie są zawarte wszystkie argumenty podmiotu leczniczego i dowody, jakimi dysponuje. Możemy więc przewidzieć strategię obrony w ewentualnym przyszłym procesie sądowym, która będzie zapewne analogiczna. To pozwala się lepiej przygotować do sprawy sądowej, a czasem i przemyśleć, czy na pewno mamy rację i  w razie czego czym prędzej i bezkosztowo się wycofać.
  4. Komisja przesłuchuje świadków, najczęściej lekarzy i pielęgniarki, zyskujemy więc bardzo ważny materiał dowodowy – wiemy, co ci członkowie personelu będą zeznawać w sądzie.
  5. Najczęściej Wojewódzka Komisja przekazuje sprawę do oceny biegłemu. Jakość tych opinii bywa różna, niekiedy są one bardziej lakoniczne i powierzchowne niż opinie sądowe, ale zawsze coś… Taka opinia pozwala nam się przekonać, w jaki sposób może spojrzeć – na wydawałoby się oczywisty błąd medyczny – biegły lekarz. Gorzej, gdy Komisja orzeka bez biegłego, w składzie orzekającym nie ma np. lekarza chirurga, tylko same pielęgniarki (Komisja orzeka w składach czteroosobowych: dwóch przedstawicieli zawodów medycznych, dwóch prawników), a sprawa dotyczy technicznych aspektów operacji – wówczas uzasadnienie najczęściej jest mało przydatne na przyszłość.
  6. Choć orzeczenia Komisji nie mają mocy wiążącej dla sądów (tzn. na przykład sąd cywilny może dojść do odmiennych ustaleń, niż Wojewódzka Komisja), to jednak odgrywają w procesie sądowym pewną rolę. Pomijając nawet fakt, że jest to dowód z dokumentu urzędowego, to okoliczność, że Wojewódzka Komisja ds Orzekania o Zdarzeniach Medycznych oceniła, że w danej sytuacji miało miejsce leczenia niezgodne z aktualną wiedzą medyczną i pozostaje ono w związku przyczynowo-skutkowym z pogorszeniem stanu zdrowia pacjenta  – uprawdopodabnia zarzuty pacjenta zawarte w pozwie.

Minusy:

  1. Na złożenie wniosku do Wojewódzkiej Komisji jest niewiele czasu – zasadniczo rok od daty zdarzenia i dowiedzenia się o szkodzie na zdrowiu.
  2. Postępowanie nie jest tak szybkie, jak założono w ustawie (4 miesiące), często trwa nawet rok lub dłużej, i to w „pierwszej instancji”.
  3. Jeśli Komisja nie orzeknie o zdarzeniu (pozytywnie dla pacjenta) – to postępowanie przed Komisją nie przerywa biegu przedawnienia dla roszczeń wynikających z błędu medycznego i czasem po zakończeniu prac Komisji okazuje się, że na pozew jest już za późno…
  4. Czasem Komisja idzie na skróty i orzeka bez biegłego. Wartość merytoryczna takich orzeczeń bywa różna, w zależności od kompetencji członków danego składu (patrz punkt 6 powyżej).
  5. Jeśli toczy się jakiekolwiek inne postępowanie w sprawie (sprawę prowadzi Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej lub sąd lekarski, sprawa jest w prokuraturze albo w sądzie cywilnym lub karnym itd) postępowanie przed Komisją jest zawieszane z urzędu.
  6. Korzyść z uzyskania – nawet korzystnego dla pacjenta – orzeczenia Wojewódzkiej Komisji ds Orzekania o Zdarzeniach Medycznych jest… taka sobie. Komisja nie orzeka o odszkodowaniu i zadośćuczynieniu dla pacjenta, niczego nie „zasądza” ani nie przyznaje konkretnych pieniędzy. Orzeka o zasadzie, tzn. czy leczenie było niezgodne z aktualną wiedzą medyczną i czy pacjent poniósł szkodę na zdrowiu lub zmarł na skutek niewłaściwego leczenia.
  7. Szpital nie ma obowiązku wykonać orzeczenia Komisji w taki sposób, żeby zaproponowana rekompensata była fair. O tym, jak mogą się różnić propozycje szpitala przedstawione po orzeczeniu Komisji od kwot wywalczonych na innej drodze napisałam w poście  „Jak się ma 7 do 150?” To zresztą nie jedyny w mojej praktyce przykład, że wszczęcie postępowania przed Komisją ma sens, ale traktować to należy jedynie jako pewien etap walki o odszkodowanie za błąd lekarski.
  8. Postępowanie przed Komisją może dotyczyć tylko leczenia w szpitalu (mieści się w tej definicji także SOR). Odpada więc na przykład leczenie ambulatoryjne czy pomoc udzielana przez ratowników medycznych.
  9. Przed Komisją nie można ubiegać się o rentę, a kwoty, o jakie można wnioskować też są stosunkowo niskie:  maksymalne zadośćuczynienie dla pacjenta  wynosi w przypadku:− zakażenia, uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia pacjenta – 100.000 zł;− śmierci pacjenta – 300.000 zł., ale jak wspomniałam wyżej, i tak o wysokości ewentualnej rekompensaty w danym przypadku decyduje szpital, …w którym doszło do błędu medycznego. Pacjent może tylko przyjąć propozycję albo ją odrzucić. Nie ulega wątpliwości, że  przypadku błędów przy porodzie i na przykład niedotlenienia dziecka, skutkującego czterokończynowym porażeniem i MPD (mózgowe porażenie dziecięce), nawet maksymalna kwota 100.000 zł. ma się nijak w stosunku do zadośćuczynienia, jakie można uzyskać w sądzie (polecam lekturę wpisu „Zadośćuczynienie dla dziecka – utrata słuchu” i innych, o podobnej tematyce na moim drugim blogu „Błądprzyporodzie.com”).
  10. Przyjmując propozycję szpitala (wypłaty określonej kwoty odszkodowania i zadośćuczynienia) pacjent musi się zrzec dalej idących roszczeń, co w przypadku poważnych schorzeń i niepewnych rokowań, jest oczywiście niekorzystne dla pacjenta.
  11. W przypadku, gdy o odszkodowanie i zadośćuczynienie za śmierć pacjenta na skutek błędu medycznego chce się ubiegać rodzina, musi najpierw przeprowadzić postępowanie spadkowe. Jedynie spadkobiercy mogą występować w wnioskiem do Komisji.

Uff. Tych plusów i minusów możnaby wymienić jeszcze sporo, powyżej napisałam o najważniejszych.

Lista minusów jest dłuższa niż plusów, ale pozory mylą, bo jak wspomniałam na wstępie, czasem jednak warto sprawę skierować w pierwszej kolejności do Komisji. Szczególnie, gdy bardzo boimy się ryzyka kosztów sądowych na wypadek przegranej w sądzie. Albo, gdy mamy wątpliwości co do faktycznego przebiegu leczenia i zanim sformułujemy ostateczne zarzuty, chcemy zweryfikować dowody i przekonać się na przykład, co w sprawie mają do powiedzenia świadkowie: lekarze i pielęgniarki.

Zdarzają się też motywy niecodzienne, jak na przykład, gdy poszkodowanym pacjentem jest lekarz i chciałby na jak najmniej konfrontacyjnej ścieżce dochodzić swoich praw. Komisja jest wówczas swego rodzaju szansą dla szpitala na refleksję i podjęcie rozmów ugodowych. Czy z sukcesem? To zupełnie inna historia.

*O różnych pomysłach ustawodawcy w sprawie Wojewódzkich Komisji do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych pisałam też w poście „Czy pacjentowi może pomóc Wojewódzka Komisja do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych”.

**W postępowaniu przed Wojewódzką Komisją do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych w większości przypadków pacjent jest w stanie poradzić sobie bez profesjonalnego pełnomocnika, ważne tylko, żeby sam wniosek spełniał wymogi formalne i zawierał odpowiednią argumentację i wnioski dowodowe, więc ewentualnie na etapie sporządzania wniosku pomoc radcy prawnego lub adwokata jest wskazana.

Pewno mało kto pamięta proces o zakażenie żółtaczką, który zakończyliśmy kilka lat temu. O szczegółach tego postępowania można przeczytać na stronie bfp.biz

Historia miała początek w 2003 r. Do ambulatorium Szpitala Uniwersyteckiego zaczęły zgłaszać się kobiety, które były wcześniej pacjentkami kliniki ginekologii tego szpitala. Wykryto u nich wirusowe zapalenie wątroby typu C (WZW typu C). To groźny typ żółtaczki: może spowodować marskość wątroby i raka, a leczenie jest uciążliwe.

Reprezentowałam kilkanaście zakażonych pacjentek, które zdecydowały się wnieść pozew przeciwko szpitalowi. Kobiety domagały się zadośćuczynienia za zakażenie, comiesięcznej renty na pokrycie kosztów leczenia i zasądzenia odpowiedzialności placówki za ewentualne dalsze następstwa zapalenia wątroby.

Wyroki zapadły dopiero w 2012 roku, a w przypadku dwóch pacjentek nawet jeszcze później. Wysokość zadośćuczynień wahała się od 34 do 100 tys. złotych, do tego ustawowe odsetki za 10 lat procesu, które były wyższe niż sama rekompensata.

Sprawę wygraliśmy w dużej mierze dzięki temu, że sąd (i biegli) zdali sobie sprawę ze skali zjawiska – wszystkie poszkodowane, zakażone pacjentki przebywały w szpitalu (w tej samej klinice) mniej więcej w tym samym czasie. To nie mógł być przypadek… Choć zakażenia szpitalne są często trudne do uniknięcia, a co za tym idzie łatwo szpitalom wybronić się od oskarżeń o zaniedbania higieniczne, to jednak w tym przypadku się udało. Fakty świadczyły same za siebie.

Minęło kilka dobrych lat, a historia się powtarza. Tym razem chodzi o inny szpital na terenie Małopolski, gdzie stwierdzono ognisko epidemiologiczne zakażeń HCV, zakażeni zostali pacjenci przebywający na tym samym oddziale.

W ramach prowadzonego dochodzenia epidemiologicznego stwierdzono, że wszyscy pacjenci zostali zakażeni ze wspólnego źródła, w ciągu krótkiego okresu… Obecnie spotykają się ponownie – w poczekalni przychodni chorób zakaźnych.

Prowadzę sprawy kilku z nich. W grupie raźniej! I skutecznie, jak uczy krakowski przykład:)