Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Pojawił się właśnie projekt zmian w ustawach, które regulują kto i na jakich warunkach może uzyskać dostęp do informacji o przebiegu leczenia osoby zmarłej lub uzyskać kopię dokumentacji medycznej zmarłego.

Aktualnie jest z tym sporo zamieszania, bo przepisy nie są jednoznaczne, a czasem dochodzi nawet do tego, że różne ustawy są ze sobą sprzeczne.

Sporo o tym już pisałam, bo dokumentacja medyczna to podstawa, jeśli chodzi o dochodzenie odszkodowania za błędy medyczne. Wcześniejsze wpisy przeczytać można po linkami:

Czy pacjent ma prawo do swojej dokumentacji medycznej? 

Dokumentacja medyczna – niekończąca się historia

Ten i inne wpisy na moim drugim blogu: Bladprzyporodzie.com:

Kongres Prawa Medycznego – jak uzyskać dokumentację medyczną? 

I bardziej ogólne wpisy, o roli dokumentacji medycznej jako dowodu w procesie o błąd lekarski:

Lekarz na wokandzie, czyli jak nie przegrać (z pacjentem)

Wypis ze szpitala po łacinie i co dalej?

Dokumentacja medyczna, milczący świadek w procesie o błąd

Informacje o przebiegu leczenia=dokumentacja medyczna?

Zmiany w dostępie do dokumentacji medycznej oraz tajemnicy lekarskiej

Krótko o kierunku zmian (w zakresie, w jakim dotyczy to najbliższych zmarłego):

  • jeśli chodzi o tajemnicę lekarską – to po śmierci pacjenta o szczegóły dotyczące leczenia będzie mogła wypytywać tylko tak osoba bliska, która uzyska na to zgodę sądu. Sąd dodatkowo może określić zakres tajemnicy lekarskiej, która może być ujawniona;
  • jeśli chodzi o dokumentację medyczną – to po śmierci pacjenta będzie ona mogła być udostępniona wyłącznie osobie, którą pacjent upoważnił za życia, osobie, która w chwili zgonu była jego przedstawicielem ustawowym lub osobie bliskiej za zgodą sądu, ale tylko, gdy pacjent nie wyraził za życia sprzeciwu wobec możliwości udostępnienia dokumentacji tej osobie.

W uzasadnieniu do projektu zmian legislacyjnych jest napisane, że chodzi o stworzenie możliwości uzyskania dostępu do dokumentacji po śmierci pacjenta dla jego osób bliskich w sytuacji, gdy nie wystawił upoważnienia za życia.

Jednocześnie pacjent może zadbać, aby nikt tej dokumentacji nie dostał – o ile taka jest jego wola. Musi jednak pamiętać o złożeniu za życia sprzeciwu. Na czyje ręce? Nie wiadomo, ale prawdopodobnie chodzi o sprzeciw złożony w placówkach, gdzie pacjent się stale leczy, bo przecież te właśnie placówki wskażą najprawdopodobniej bliscy we wniosku do sądu, który miałby wydawać zgodę.

Czy to dobry projekt?

Na pewno wyjaśnia kwestię tego, że informacje o przebiegu leczenia, objęte tajemnicą lekarską, i dokumentacja medyczna to dwie różne kwestie. To plus, bo obowiązujące przepisy nie są jednoznaczne.

Placówki lecznicze i lekarze będą mieli łatwiej, bo dotychczas to oni mieli rozstrzygać wątpliwe kwestie. Na przykład decydować, czy osoba zgłaszająca się po informację rzeczywiście jest osobą bliską i czy pozostawała we wspólnym pożyciu ze zmarłym pacjentem.

Rodziny poszkodowanych pacjentów będą miały pod górkę

Na pewno jednak (jeśli pacjent nie zostawił upoważnienia) projektowane przepisy utrudnią bliskim dostęp do informacji o przebiegu leczenia zmarłego pacjenta i dostęp do dokumentacji – w obu przypadkach bliscy muszą wystąpić do sądu, aby to ten wydał zgodę.

Już widzę radość sędziów z dołożenia im kolejnego obowiązku… No i trzeba będzie na taką zgodę poczekać zwykle kilka miesięcy.

Do sądu nikt nie pójdzie, bo lepiej z błędem medycznym do prokuratury?

Z uzasadnienia do projektu wynika jednak pewien optymizm wnioskodawców: to, że osoby najbliższe w ogóle będą miały prawo do uzyskania dokumentacji medycznej i informacji, „stwarza im możliwość dochodzenia roszczeń i odpowiedzialności wobec osób, które mogły przyczynić się do śmierci pacjenta i zapewnia, że tajemnica lekarska nie będzie w jednostkowych przypadkach wykorzystywana do ukrywania błędów w leczeniu, wbrew interesowi pacjenta.”. Uff, okrągłe słowa. Musiałam dwa razy przeczytać, żeby zrozumieć.

I jeszcze jeden przejaw optymizmu wnioskodawców:  przewiduje się niewielką skalę wniosków do sądu, bo „zwykle w przypadku wątpliwości dotyczących okoliczności śmierci pacjenta rodzina zawiadamia prokuraturę, a nie zajmuje się samodzielnym  badaniem tych okoliczności.”

Zdumiewająca prawdomówność. Czyli w zasadzie namawia się najbliższych zmarłych pacjentów, gdy są wątpliwości co do tego, czy nie doszło do błędu lekarskiego, do zawiadamiania prokuratury. A zatem: na lekarza najlepszy jest prokurator?

Nie. Szkodliwe jest szczucie lekarzy prokuraturą. Nie każdy błąd medyczny to przestępstwo. Poszkodowany pacjent, a w przypadku jego śmierci jego najbliżsi, mają otrzymać odpowiednią rekompensatę i to powinno być podstawowym kierunkiem działań ustawodawczych.

Projekt zmian dostępny jest na stronach sejmowych: tutaj.

 

Rzadko oglądam telewizję, ale jak już, to mam kilka ulubionych seriali, między innymi „Bez tajemnic”. Z braku czasu oglądam je z imponującym opóźnieniem, więc zapewne dla wiernych widzów odcinek z Martą, studentką z ASP (z drugiego sezonu „Bez tajemnic”) jest już prehistorią. Może tym bardziej warto przypomnieć jego fabułę.

Diagnoza raka

U Marty wykryto u nowotwór. Dziewczyna długo nie może się przełamać, żeby powiedzieć terapeucie o chorobie. Pisze w końcu o tym Wolskiemu na kartce. Potem rozmawiają o jej sytuacji życiowej. W końcu przechodzą do tematu leczenia.

„- Od kiedy wiesz?

– Od trzech tygodni.

– Jak się dowiedziałaś?

– Od lekarza. – Dobra, powiem ci. Na początku nie wiedziałam co jest grane, koszmarnie się czułam. (…)

– Co powiedział lekarz?

– Na początku nic. Że mam odpoczywać, że może to grypa. No to odpoczywałam, ale nic nie mijało. (…) Poszłam drugi raz, a on mi mówi, że mam zrobić prześwietlenie płuc i kilka jeszcze jakichś badań.  A potem jak odbierałam wyniki, babka do mnie mówi w recepcji: a pani to się musi szybko do lekarza umówić. Fajnie. No i on mi powiedział, że wyniki są złe, i że mam iść do innego lekarza, który kazał mi iść do onkologa. No i się zaczęło.

– Co?

– Polska służba zdrowia. Nikt nie ma czasu. W ekspresowym tempie zadają ci tysiące pytań o całą historię życia. Łącznie z tym co jesz, czego nie jesz, o rodzinę, o dom. O wszystko. Trudno się skupić. Potem mówią: proszę zrobić takie badania, srakie badania. „I proszę koniecznie przyjść do mnie z wynikami.” No to przychodzisz z wynikami, ganiasz z nimi po korytarzach, czekasz godzinami, słuchając chorych ludzi, z których każdy przechodzi tę samą drogę. I zaczynasz wymiękać. (…)

Czujesz się potwornie. Wiesz już, że masz raka. I musisz wykonywać całą tę pracę. Badania, łażenie, proszenie. Czekanie. Tych pacjentów jest tak strasznie dużo. Ilość cierpienia na centymetr kwadratowy cię zabija. A potem finałowo bada cię jakiś lekarz i mówi do pielęgniarki po łacinie, podając diagnozę. Jakiś idiotyzm.

– Wiesz, niełatwo jest powiedzieć komuś, że ma raka.

– Nie broń ich.

– Ne bronię, stwierdzam fakt.

– A proszę Cię, oni to robią sto razy dziennie. W ogóle nie zwracają na ciebie uwagi. Czujesz się jak rzecz. Jesteś tylko tym rakiem. Tylko on cię reprezentuje.

– Co potem?

– Potem byłam dwa dni w szpitalu, aż przyszedł taki i przeprowadził ze mną poważną rozmowę. Że mam chłoniaka. (…)

– Co było potem?

– Potem podpisałam milion papierów. Nauczyłam się na pamięć mojego peselu. To jest, to jest w ogóle najważniejszy numer świata. Bez peselu w ogóle nie jesteś człowiekiem w tym kraju. (…)”

Sezon 2 „Bez tajemnic” był zrealizowany w 2012 roku. Minęło pięć lat, ale jeśli w polskiej służbie zdrowia coś się zmieniło, to na pewno nie na lepsze.

Diagnoza raka w praktyce

Nie będę jednak pisać o tym, jak źle bywają traktowani pacjenci, i jak bardzo bezradni w obliczu konfrontacji z systemem są szczególnie pacjenci onkologiczni.

Chcę napisać o tym, że Marta, główna bohaterka opisanego na wstępie odcinka „Bez tajemnic”, miała i tak sporo szczęścia. Jej choroba została szybko zdiagnozowana.

Trafia do mnie wielu pacjentów, którzy zrobili wszystko, aby zapobiec chorobie nowotworowej lub zacząć ją leczyć na czas. Natychmiast po zauważeniu niepokojących objawów zgłosili się do lekarza, a potem zgodnie z zaleceniami stawiali się na kontrolne wizyty. A lekarz bagatelizował problem i fakt, że dolegliwości pacjenta nie ustępują. Hodował raka.

Do prawidłowej diagnozy doprowadza zwykle albo zniecierpliwienie pacjenta, który zmienia lekarza i ten drugi postępuje już zgodnie ze sztuką, albo przypadek. Lekarza prowadzącego akurat nie ma w przychodni, a ktoś, kto jest w zastępstwie, zleca wreszcie odpowiednie badania.

Najczęstsza taka sytuacja ma miejsce w ginekologii. Rak szyjki macicy, rak piersi…

Rak szyjki macicy – zlekceważenie objawów

Jak podaje portal Medonet, rak szyjki macicy jest przyczyną śmierci pięciu kobiet dziennie w Polsce. Zajmujemy pierwsze niechlubne miejsce w Europie pod względem liczby zachorowań na raka szyjki macicy.

Pacjentkom mówi się, że o wykryciu raka szyjki macicy w pierwszym, najlepiej rokującym stadium decydują systematyczne, profilaktyczne badania cytologiczne i badania kontrolne u ginekologa.

Wiele z nas sumiennie chodzi do lekarza. Co z tego jednak, gdy – jak w przypadku jednej z moich klientek – ginekolog uparcie bagatelizuje zgłaszane dolegliwości i uważa, że nie ma nic niepokojącego w powtarzających się i nietypowych krwawieniach? A po roku regularnych wizyt okazuje się, że konieczne jest usunięcie macicy (histerektomia radykalna), a rak szyjki macicy jest zdiagnozowany już w stopniu II-B…

Rak piersi – guz czy stan zapalny?

Także rak piersi przez długi czas może nie dawać żadnych objawów.  Najczęściej jest wykrywany przez pacjentkę przez przypadek, kiedy wyczuje w piersi niewielki twardy guzek.

Kilka razy spotkałam się jednak z tym, że zgłoszony przez pacjentkę guzek był uznawany przez lekarza za stan zapalny i długo leczony farmakologicznie, bez żadnych badań wykluczających raka piersi. Dopiero biopsja, zlecona po wielu miesiącach nieskutecznej terapii, potwierdziła nowotwór piersi…

Jest dla wszystkich oczywiste, że leczenie raka piersi podjęte wcześnie daje więcej szans na powodzenie terapii, a w rezultacie na przeżycie. Szanse te maleją, im w wyższym stadium zaawansowania jest nowotwór.

Jakie prawa ma pacjent, u którego z opóźnieniem zdiagnozowano raka?

Wiadomo, że lekarz nie odpowiada za to, że pacjent zachorował na raka*.

Lekarz ponosi jednak pełną odpowiedzialność wobec pacjenta, jeśli opóźnił rozpoznanie lub leczenie choroby nowotworowej:

  • nie zlecił wymaganych badań,
  • nie skierował pacjenta do specjalisty,
  • źle zinterpretował wyniki wykonanych badań,
  • zbyt długo i bez odpowiedzi na leczenie leczył pacjenta zachowawczo.

To wszystko to błąd w sztuce lekarskiej. Za opóźnienie w leczeniu choroby nowotworowej, „hodowanie” raka u pacjenta, pacjentowi należy się od lekarza odszkodowanie, a właściwie zadośćuczynienie za naruszenie dób osobistych*.

Odszkodowanie za opóźnienie w diagnozie raka

Ile? To są najtrudniejsze pytania. Jak wycenić, że oprócz tego, że trzeba się zmierzyć z chorobą, gdzieś w tyle głowy pozostaje myśl, że szanse miałbym większe, gdyby nie zaniedbania lekarza? Że może to błąd lekarza zadecydował o moim być albo nie być, że będę żył, albo umrę?

W takich sprawach bardzo trudno podejmuje się decyzję o tym, jakiej kwoty się domagać. Najczęściej pacjenci nie przyjmują także propozycji ugody zgłaszanej – rzadko, bo rzadko, ale się zdarza – w toku procesu o odszkodowanie za błąd lekarza. Chcą, aby to sąd wycenił ich krzywdę.

I sądy wyceniają… Wierzę, że są to głęboko przemyślane wyroki.

 

 

***

*Podobną problematykę poruszyłam w postach związanych z błędami w badaniach histopatologicznych:

http://pomylkalekarza.pl/histopatologia-czy-mam-raka/

http://pomylkalekarza.pl/odszkodowanie-za-blad-lekarza-pomylenie-probek/

http://pomylkalekarza.pl/jak-wedruje-material-tkankowy/

oraz w tekście o tym, kiedy spadkobiercy mogą otrzymać zadośćuczynienie, które należy się poszkodowanemu pacjentowi:

http://pomylkalekarza.pl/bliskim-zmarlego-pacjenta-nie-zawsze-nalezy-sie-zadoscuczynienie/

**Osobnym tematem jest zadośćuczynienie za naruszenie praw pacjenta innych niż leczenie niezgodne z aktualną wiedzą medyczną.

 

Pacjent, zło konieczne

Jolanta Budzowska20 października 20174 komentarze

Trafiają do mnie głównie bardzo poważne sprawy. Pacjenci lubią mówić, że „ciekawe”, a dla mnie takie wprowadzenie zwykle jest zapowiedzią większych niż zwykle kłopotów. Nie, nie z pacjentem. Ze sprawą, a konkretnie coraz częściej z trudnościami w ocenie, kto odpowiada za niekorzystny przebieg leczenia, czyli popularny „błąd lekarski”. Pół biedy, jak wszystko dzieje się w obrębie jednego szpitala, ale czasem odpowiedzialność zostaje skutecznie, czasem nawet też celowo, rozmyta.

Problem polega głównie na tym, że pacjent coraz częściej traktowany jest jak kukułcze jajo.

Niestety, nie bez konsekwencji: bo podrzucany to tu, to tam, albo zostawiany „na przechowaniu”, w efekcie nie otrzymuje leczenia, którego wymaga. Często same badania są tak dalece opóźnione, że rokowania dramatycznie się pogarszają.

Kilka przykładów takich działań, pozornie zgodnych z prawem, aprobowanych, albo wręcz wymuszanych przez dzisiejszy system organizacji opieki zdrowotnej w Polsce, mogę przedstawić od ręki.

Jak napisała ostatnio Rzeczpospolita, szpitale ostatnio wolą udawać, że nie mają oddziałów intensywnej terapii. Na OIT koszty są najwyższe, a szpital dostaje przecież ryczałt od NFZ. Musi więc oszczędzać. A że na pacjentach? Cóż, przecież nie na wynagrodzeniach, bo kto będzie pracował… Co więc robią szpitale? Okresowo wyłączają łóżka intensywnej terapii pod różnymi pretekstami, dzięki czemu na telefoniczne pytanie od innego szpitala, czy mogą przyjąć pacjenta na Intensywną,  z czystym sumieniem odmawiają.

I taki pacjent w ciężkim stanie leży i leży na internie w powiatowym szpitalu, który nie ma kompetencji go leczyć, a stan się pogarsza. Aż pacjent nie nadaje się do transportu. Czasem umiera.

Czy któryś szpital odpowiada za taką sytuację? Jeśli szpital, który chciał przekazać pacjenta, dobrze udokumentuje fakt, że „obdzwonił” szereg placówek z wyższą referencyjnością, to pewno nie. Może jednak odpowiadać ze niewykorzystanie w tej – przymusowej jakby nie było – sytuacji wszystkich możliwości, którymi dysponował u siebie.

Jeśli „obdzwonione” szpitale  miały dobre powody do odmowy i są w stanie je wykazać – także im będzie trudno udowodnić winę. Tu pojawia się rola dla detektywa, którą w praktyce odgrywamy też my, prawnicy, starając się złapać podmioty lecznicze na błędach organizacyjnych, albo i zwykłym kłamstwie.

Temat jest też pośrednio związany z transportem międzyszpitalnym.

Jak już uzgodni się łóżko dla pacjenta, to jeszcze trzeba go przewieźć. Tylko czym i kim? To zależy. Nie ma standardów i nie ma przepisów regulujących transport międzyszpitalny. Transport pacjenta z zespołami medycznymi z jednego do drugiego szpitala nigdzie nie jest uregulowany. Szpital ma obowiązek mieć umowę z podwykonawcą na „transport medyczny” – to warunek stawiany przez NFZ przy podpisywaniu kontraktów.

Problem tylko w tym, że wystarczy samo istnienie umowy o transport: nie ma wymogu, aby umowa gwarantowała ramy czasowe transportu sanitarnego. Społeczny Komitet Ratowników Medycznych zaproponował ostatnio, aby w regulacjach ustawowych przewidzieć, że w przypadku pacjentów z bezpośrednim zagrożeniem życia karetka transportowa powinna pojawić się w ciągu 20 minut. W przypadku pacjentów stabilnych, czyli takich, których stan pozwala na czekanie – 60 minut, a w przypadku pacjentów niestabilnych – czas miałby określać lekarz.

Na razie jednak te – bardzo konkretne propozycje ratowników – pozostają w sferze luźnych dyskusji, do działań ze strony Ministerstwa Zdrowia daleko.

I znów w przypadku sporu ze szpitalem to pacjent musi udowadniać, że nie jest wielbłądem, czyli że to dyrektor zawarł złą umowę o transport sanitarny i zgodził się na przykład na zbyt długi czas dojazdu karetki. I jak zwykle biegli będą się doktoryzować: jaki czas jest „zbyt długi” i czy dyrektor miał w ogóle możliwość wynegocjowania lepszych warunków, bo przecież karetka musi mieć załogę, a personelu brak…

Dajemy sobie z tym radę w procesach o błędy medyczne, ale czasem te wątki, poboczne przecież, wychodzą na pierwszy plan i przesłaniają ten najważniejszy. Że pacjent był po prostu źle leczony! Że można było zrobić znacznie, znacznie więcej, żeby go uratować!

Eh, tak mi się przy piątku zebrało na żale. Bo wychodzi czasem na to, że jak dobrze pokombinować, to  zawsze można zwalić na system, organizację udzielania świadczeń leczniczych i na to, że szpitale są w sytuacji, w której „tak krawiec kraje, jak mu materiału staje”.  A powinniśmy  przecież zaczynać i kończyć na pytaniu:  gdzie w tym wszystkim jest pacjent i jego konstytucyjne prawo do leczenia!? I czy ma zostać sam, gdy ewidentnie, czy to przez system, który czasem rzeczywiście zmusza lekarzy do złej praktyki klinicznej, czy to przez klasyczny błąd lekarski – został poszkodowany i należy mu się odszkodowanie? Czy ma znów mieć pod górkę, tym razem w sądzie?

W niektórych sytuacjach aż się prosi o komentarz: przestańmy udawać, że leczyliście pacjenta…  I to moja rola, żeby podsumowaniem tego całego bałaganu był korzystny dla pacjenta wyrok.

Chociaż tyle.

– mówi często pacjent, który – zniecierpliwiony zachowaniem szpitala – postanawia zwrócić się wreszcie do prawnika.

„- Ale napisali mi, że leczenie było prawidłowe. Ubezpieczyciel też przysłał decyzję, że nie było żadnego błędu lekarskiego. Wojewódzka Komisja do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych prowadzi postępowanie i końca nie widać. Więc przyszedłem do Pani Mecenas.”

Hmm. Lepiej późno, niż wcale:-)

Jak napisać wezwanie do szpitala w sprawie błędu medycznego?

Zanim odpowiemy sobie na pytanie, jak zwrócić się do szpitala, powinniśmy się raczej zastanowić, czy rozsądnie jest działać na własną rękę.

Czy samodzielne „akcje” poszkodowanego pacjenta to dobry pomysł? Zwykle, niestety nie. Dlaczego? Najkrócej rzecz ujmując, od pierwszego pisma powinniśmy mieć konkretną strategię dochodzenia odszkodowania, uwzględniającą fakt, że nawet jeśli bardzo mocno wierzymy w ugodowe zakończenia sprawy, to chcąc nie chcąc, możemy na koniec trafić z nią do sądu.

Najczęstszym błędem jest żądanie zbyt niskiego zadośćuczynienia. Od daty wezwania możemy wówczas co prawda naliczać odsetki ustawowe za opóźnienie, i to jest akurat na plus, że wezwanie w ogóle zostało wysłane. Jeśli jednak źle oszacowaliśmy kwotę, jaka nam się należy za błąd medyczny, to w kolejnym piśmie czy pozwie – formułowanym już z pomocą prawnika, trudno będzie uzasadnić, dlaczego poszkodowany pacjent zmienił zdanie i radykalnie wyżej „wycenił” doznaną szkodę na zdrowiu.

Często też w samodzielnie pisanych pismach pacjenci są zbyt wylewni  i ujawniają informacje, które są nieistotne dla oceny winy szpitala, a za to mogą skierować sprawę na boczne tory i rozmyć odpowiedzialność za nieprawidłowe leczenie.

Źle sformułowane zarzuty, czyli – mówiąc potocznie – szukanie przez pacjenta „po omacku” przyczyn niepowodzenia w leczeniu, dają też pretekst ubezpieczycielowi szpitala, żeby ograniczyć rozpatrywanie skargi tylko do wskazanych uchybień. A problem i rzeczywisty błąd w leczeniu może polegać w konkretnym przypadku na czymś zupełnie innym…

Diabeł tkwi w szczegółach, czyli kto popełnił błąd w leczeniu?

Pytanie też, czy dobrze zaadresowaliśmy wezwanie. Za błąd lekarski odpowiada nie tylko szpital czy podmiot leczniczy, czasem i sam lekarz. Powikłania w leczeniu mogą być spowodowane przez wadliwie działający sprzęt medyczny czy zastosowane wyroby medyczne, jak na przykład w przypadku endoprotez stawu biodrowego, gdzie w większości przypadków szpital jest „niewinny” (czytaj więcej: „Problemy z endoprotezą stawu biodrowego”). Wtedy musimy poszukiwać producentów tych urządzeń, a to bywa niełatwe w polskich realiach i przy dość swobodnym podejściu szpitali do dokumentacji medycznej i ewidencji stosowanych implantów.

Istotne jest też odpowiednio wczesne ustalenie, kto był ubezpieczycielem podmiotu leczniczego i jaki jest zakres odpowiedzialności towarzystwa ubezpieczeniowego.  Trzy lata do przedawnienia szybciej zleci, niż nam się wydaje…

Są i wyjątki. Na pewno szanse na wygraną w sądzie rosną, gdy poszkodowany pacjent uzyskał  – zwykle działając samodzielnie –  orzeczenie o zdarzeniu medycznym, wydane przez Wojewódzką Komisję do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych. Nie mówiąc już oczywiście o orzeczeniu sądu karnego, czyli wyroku skazującym lekarza.

Przydatne są także protokoły słuchania świadków, dobrym materiałem „wyjściowym” jest również akt oskarżenia przeciwko lekarzowi.

Ważne jest jednak, żeby od początku wszystkie działania podejmowane w celu wyjaśnienia, czy doszło do błędu medycznego, kierowane do szpitala pisma i wezwania, choćby „z grubsza” uzgadniać z prawnikiem. Lepiej gdzieś po drodze (i na drodze do sprawiedliwości) sobie – i sprawie  – nie zaszkodzić.

 

Tytuł to niemal dosłowny cytat z motta przewodniego konferencji dla lekarzy, w której ostatnio uczestniczyłam. Pełne motto brzmiało: „Pediatra na wokandzie, czyli jak nie trafić do sądu lub… nie przegrać”.

Tak, tak, lekarze coraz częściej się szkolą nie tylko, jak nie popełniać błędów w leczeniu, ale i jak nie zapłacić pacjentom odszkodowania i uniknąć odpowiedzialności za – już popełniony – błąd lekarski.

A co ja robiłam na tym sympozjum? Dobre pytanie. Grzecznie słuchałam o tym, jak są instruowani lekarze, bo dobrze jest znać strategię przeciwnika;)

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość organizatorom i uczestnikom tej konferencji. Oprócz wskazówek dla lekarzy, jak przygotować obronę prawną i składać zeznania w prokuraturze, żeby się nie pogrążyć (wykład prawnika) i jak rozmawiać z pacjentem, żeby sobie nie zaszkodzić (wykład psychologa), to trzeba przyznać, że wysłuchaliśmy też szeregu wykładów o tym, jak lepiej leczyć.

Na przykład, jak nie zlekceważyć pierwszych objawów sepsy czy „ostrego brzucha” i kiedy dochodzi do zbyt późnego odesłania dziecka do szpitala przez lekarza.

Kilka wystąpień wygłosili lekarze, praktycy, będący jednocześnie biegłymi sądowymi. Konkluzja ich wykładów była zawsze taka sama: „Proszę pamiętać, że dokumentacja medyczna to najlepsza obrona lekarza w procesie”. Nic dodać, nic ująć.

Piszę o tym od zawsze: na sali sądowej, poza zupełnie wyjątkowymi sytuacjami, o tym kto ma rację, rozstrzyga treść dokumentacji medycznej. Polecam lekturę moich wpisów: „Dokumentacja medyczna z porodu”  czy „Dokumentacja medyczna – milczący świadek”.

Z punktu widzenia interesów lekarzy, to na pewno dobrze dla nich, że są szkoleni jak ukrywać popełnione błędy. Niestety, fakt, że lekarze będą bardziej świadomi procedur prawnych, dla pacjentów oznacza automatycznie jeszcze trudniejszą drogę do uzyskania  odszkodowania.

Na szczęście dla pacjentów, póki co nadal zdarzają się sytuacje, że lekarze, próbując zatuszować swoje błędy, przekombinują.

Na przykład:

U pacjentki wystąpiły poważne powikłania po operacji cholecystektomii (więcej o powikłaniach przy tym zabiegu napisałam w poście: „Cholecystektomia – laparoskopia zawsze bezpieczna?”). Lekarze tłumaczyli, że cóż: powikłania zawsze mogą się zdarzyć, a pacjentka wyraziła świadomą zgodę na operację i była poinformowana o ryzyku.

Niestety – dla lekarzy – proces sądowy ujawnił prawdę. Popełniono błąd na błędzie…

Kwalifikacja do usunięcia pęcherzyka żółciowego i diagnoza kamicy pęcherzyka była nieprawidłowa – nie wykonano ani cholecystografii ani USG, a wynik badania histopatologicznego usuniętego preparatu wykazał, że jest to „pęcherzyk cienkościenny, bez złogów” – czyli był zdrowy. Pacjentka zatem w ogóle nie powinna być operowana!

Dodatkowo, w karcie informacyjnej ordynator poświadczył nieprawdę, wpisując jako rozpoznanie końcowe: „kamica pęcherzyka żółciowego”.

Co ciekawe, w usg wykonanym u pacjentki w kilka dni po operacji usunięcia pęcherzyka żółciowego – inny lekarz stwierdził: „prawidłowy pęcherzyk  żółciowy, cienkościenny, bez złogów”.

Hmm: pęcherzyk żółciowy pojawia się i znika?

I jeszcze jedna „ciekawostka”: w tomografii komputerowej (TK) jamy brzusznej lekarz diagnosta opisał, że „przewód żółciowy resekowany” (czyli usunięty, główna droga żółciowa została przypadkowo wycięta) , a mimo to, w karcie wypisowej zapisano eufemistycznie: „PŻW nieuwidoczniony” – podczas kiedy jest jasne, że przewód ten został wycięty!

Lepiej jednak, żeby pacjent za dużo nie wiedział…

Biegły tę kaskadę błędów podsumowuje tak:

„Kluczowymi momentami, które zawarzyły o trwającym horrorze dla tej pacjentki były:

  • pierwsza operacja wykonana bez wskazań,
  • zła technika operacyjna obu chirurgów,nieupewnienie się przed wypisem ze szpitala nr1, czy wszystko jest w porządku, powódka bowiem już skarżyła się na bóle brzucha, ale zbagatelizowano te skargi,
  • nie wnosząca nic laparoskopia wykonana kilka dni później w kontekście jednoznacznego opisu w badaniu TK, które określiło bardzo dokładnie patologię pooperacyjną,
  • niewytłumaczalna strata kolejnych kilkunastu dni do właściwej operacji naprawczej.”

Przykłady podobnych prób zamiatania pod dywan, z którymi stykam się często na salach sądowych, możnaby mnożyć.

Szczęśliwie, jak widać na powyższym przykładzie, niektórym lekarzom nawet najlepsze szkolenia „z unikania odpowiedzialności” nie pomogą.