Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Tak, drogi pacjencie, to blog dla pacjenta. To nie pomyłka. Ale sprawa nie jest taka prosta;)

Mój blog czytają też lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, „konkurencja”, a ja czytam blogi lekarzy i prawników reprezentujących lekarzy.

„Kiedy ma się wroga, mądrze jest znać jego zwyczaje” (James Clavell, Król szczurów)

– cytat oczywiście przywołuję z  duuużym przymrużeniem oka.

Zapoznanie się z punktem widzenia lekarza czy strategią potencjalnego przeciwnika procesowego często jednak okazuje się przydatne.

Oto przykład. Niedawno mój częsty adwersarz, mec. Tymiński, z którym co rusz spotykamy się na sali sądowej (oczywiście, po przeciwnych stronach), napisał na swoim blogu, adresowanym do lekarzy, że nie zaleca „wyrywania się” i dawania pacjentom po każdej wizycie wydruku z dokumentacji medycznej z opisem tej wizyty. Dlaczego?

„Niebezpieczeństwo wydawania pacjentowi pełnej dokumentacji medycznej po każdej wizycie polega na tym, że z taką dokumentacją pacjent może zgłosić się do innego lekarza i poprosić o ocenę lub weryfikację postępowania pierwszego lekarza.”

A ja, rozważny pacjencie, a mój czytelniku, radzę Ci zupełnie odwrotnie: po każdej wizycie proś o wydruk z opisem wizyty. Masz takie prawo. Jak nie wiesz, co powiedzieć, a czujesz się w obowiązku tłumaczyć się przed lekarzem, to wyjaśnij, że jesteś tak zdenerwowany, że nie jesteś w stanie zapamiętać wszystkiego i przekazać żonie/mężowi/córce/synowi „co lekarz powiedział” i dlatego prosisz o wydruk (albo ksero) albo zapisanie.  Możesz też powiedzieć cokolwiek innego. Albo nic. Bo masz w każdym czasie prawo do otrzymania kserokopii swojej dokumentacji medycznej.

Nie chodzi o to, że od razu użyjesz takiego wydruku przeciwko lekarzowi. Ale jeśli sprawa jest poważna, rzeczywiście borykasz się z trudnościami w diagnozie albo leczeniu, konsultujesz swój problem z wieloma lekarzami – to biorąc wydruk unikasz ryzyka „podrasowania” czy zmian w dokumentacji, które lekarz zawsze może wprowadzić poza Twoją kontrolą.

Po drugie: mając „papier” w ręce, wiesz dokładnie, co jest zapisane w dokumentacji. Często przecież wydaje nam się, że jak zgłaszamy na wizycie, że na przykład od kilku dni nas boli kręgosłup w części lędźwiowej to lekarz tak na pewno zapisał. Niekoniecznie.

Więc jak tylko mamy taką potrzebę, prośmy o wydruk opisu wizyty lekarskiej na bieżąco. Bezpośrednio po wizycie.

Możemy też zaglądać do ZIP – bywa, że lektura informacji o rozliczonych „na nas” świadczeniach refundowanych przez NFZ jest nader interesująca.

No i oczywiście zachęcam wszystkich pacjentów do czytania blogów lekarskich i blogów prawników świadczących usługi prawne dla lekarzy – wiedzy nigdy dosyć, a horyzonty należy poszerzać:)!

Na koniec uwaga do lekarzy: nie demonizujcie faktu zwrócenia się przez pacjenta o dokumentację medyczną. Nie zawsze, a nawet dość rzadko, jest to równoznaczne z zamiarem pozwania lekarza. Poza tym, jeśli lekarz leczy pacjentów jak należy i prawidłowo prowadzi dokumentację, to przecież nie ma się czego obawiać, prawda?

 

Samodzielne działy do spraw błędów medycznych póki co nie spełniły w pełni pokładanych w nich nadziei. O tym, jak powstawały i że ich istnienie ma głęboki sens, pisałam już kilkakrotnie, między innymi tutaj i tutaj. Podtrzymuję tę opinię, ale wiele jest jeszcze do poprawy.

Jak wygląda funkcjonowanie medycznych spec-wydziałów prokuratur w praktyce?

W Dzienniku Polskim opublikowano niedawno artykuł podsumowujący, jakie są efekty działań prokuratury w sprawach o błędy medyczne. Redaktor Marcin Banasik podaje, że w Prokuraturze Regionalnej w Krakowie, w zespole ds. błędów medycznych pracuje 10 prokuratorów. Od początku powstania tej jednostki śledczy prowadzili 66 spraw. 44 postępowania już zakończono, 23 zostały umorzone, 18 jest zawieszonych (oczekują na opinie biegłych), 2 przekazano do innej prokuratury. Tylko jedno skończyło się skierowaniem aktu oskarżenia do sądu.

Wśród tych „spraw w toku” jest kilka, w których występuję jako pełnomocnik poszkodowanych pacjentów albo rodzin pacjentów zmarłych na skutek błędu medycznego…

Adam Sandauer, honorowy Prezes Stowarzyszenia Poszkodowanych Pacjentów „Primum Non Nocere”, podobnie jak i ja uważa, że duża liczba spraw umorzonych i zawieszonych ma związek z tym, iż  prokuratorzy, nawet zaangażowani w sprawę, mają nieustający problem z biegłymi.

– Biegli, którzy wykonują opinie medyczne w sprawach błędów swoich kolegów nigdy nie będą do końca wiarygodni – twierdzi Adam Sandauer w wypowiedzi do DP.

Co do wiarygodności biegłych, polecam lekturę tego postu… O tym, że opinie biegłych są właściwie najważniejszym elementem każdego postępowania o błąd medyczny, wypowiedział się też w jednym z ostatnich wyroków Trybunał w Strasburgu, o czym można przeczytać tutaj.

Red. Banasik cytuje też moją opinię: „Za stworzeniem bazy ekspertów przy ministerstwie jest również mec. Jolanta Budzowska z Krakowa, reprezentująca poszkodowanych pacjentów. Zwraca też uwagę na to, że na opinie lekarzy z Zakładów Medycyny Sądowej często czeka się dwa, a nawet pięć lat. – Biegli traktują takie opinie jak „kukułcze jajo”. Nie chcą narażać się innym medykom. Bywa, że kilka zakładów potrafi odmówić prokuratorowi lub wskazać bardzo odległe terminy sporządzenia dokumentu. Dlatego takie sprawy ciągną się latami – mówi mec. Budzowska.”

Trudno więc mówić o ewidentnej poprawie sytuacji poszkodowanych pacjentów. Daje się jednak zauważyć poprawa jakości prowadzonych postępowań. Świadkowie – personel medyczny są przesłuchiwani z większym zrozumieniem materii – zagadnień medycznych, rzadziej powierza się też wykonywanie czynności policji. Niestety, wszystkie te działania są rozciągnięte w czasie, a przyśpieszenia nie będzie bez radykalnej zmiany w systemie opiniowania.

 

Być może już niedługo będzie możliwe otrzymanie zwrotu wydatków na płatne leczenie. Oczywiście, jeśli tylko uda się nam się wcześniej wygrać proces o błąd medyczny i udowodnić, że potrzebne jest dalsze leczenie.

W opiece zdrowotnej szykuje nam się bowiem rewolucja. Jeśli szpitalowi czy przychodni, które dotychczas udzielały świadczeń zdrowotnych tylko na podstawie kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia, skończy się tzw. ryczałt, takie placówki będę mogły pobierać opłaty za operację czy hospitalizację.

Co to oznacza dla pacjentów?

Zmiana może poprawić sytuację tych pacjentów, którzy wcześniej, przed wprowadzeniem dyskutowanych zmian w przepisach, i tak zdecydowaliby się na prywatne leczenie. Z jedną różnicą: teraz pieniądze zostawią nie w Klinice X Spółce z ograniczoną odpowiedzialnością, a w placówce publicznej.

Dlaczego? Bo jeśli dojdzie do poważnego błędu w leczeniu i pacjent będzie miał prawo do wysokiego odszkodowania, zadośćuczynienia i renty (przyznawanej w praktyce zwykle do końca życia) – to Klinika X Sp. z o.o. – zgodnie z nazwą spółki – może mieć w rzeczywistości baaardzo ograniczoną odpowiedzialność.  Bo jej majątek może być minimalny. Może też ogłosić bankructwo. I wówczas pacjent zostaje z niczym. Przepraszam: z wyrokiem w wygranej przez niego wcześniej sprawie o błąd medyczny. Tyle, że wartość tego wyroku jest w tym momencie zerowa, bo z próżnego i Salomon nie naleje. Pisałam o tym tutaj.

Zmiana może mieć też ogromne znaczenie dla tych poszkodowanych, którzy albo już mają przyznane renty albo ubiegają się o odszkodowanie i rentę. A to dlatego, że pieniądze, które wchodzą w skład renty,  są zwykle potrzebne na leczenie i rehabilitację.

Dotychczas, żeby dostać środki na prywatne zabiegi, pacjenci argumentowali, że muszą płacić, bo do świadczeń „na NFZ” są zbyt długie kolejki. Udowadnianie tego w procesie to gehenna: najlepiej przedstawić zaświadczenie, że ma się zaplanowany zabieg np. na rok 2024. A i tak często szpitale i ubezpieczyciele odmawiają zwrotu kosztów zabiegów komercyjnych. Co prawda, nie tak dawno Sąd Najwyższy stanął po stronie poszkodowanych pacjentów i uznał, że faktury za leczenie, zapłacone przez ofiary wypadków, powinny być zwracane przez sprawców (np. odpowiedzialnych za błędy medyczne i ich ubezpieczycieli). Wymagania, stawiane przez Sąd Najwyższy, są jednak dość ostre. Obszernie o tej uchwale napisałam tutaj.

Teraz, zgodnie z planowanymi zmianami w prawie, byłoby łatwiej. „Zapłaciłam, bo muszę się pilnie leczyć, co wynika z dokumentacji medycznej, a szpitalowi skończył się ryczałt. Zapłaciłam, zgodnie z ustawą o działalności leczniczej, szpitalowi publicznemu, więc należy mi się zwrot.” Bez niepotrzebnych dyskusji o długości kolejki (może ich już w ogóle nie będzie?) ani o tym, czy cena była rynkowa.

Pożyjemy, zobaczymy (czy te przepisy wejdą w życie).

Zmarła pięćdziesięcioletnia pacjentka.

Operacja była planowa, niskiego ryzyka. „Zwykłe” usunięcie jajników. Stan pacjentki do dnia wypisu nie budził zastrzeżeń, choć w trakcie operacji konieczne stało się uwalnianie zrostów otrzewnej. Zabieg zakończył się bez powikłań, jednak niedługo potem pacjentka zgłosiła się na SOR z silnymi dolegliwościami bólowymi. Podała informacje o przebytej operacji i przekazała lekarzom dokumentację medyczną.

Markery zapalenia (CRP i prokacytonina) były niepokojąco podwyższone. Mimo to chirurg, który konsultował pacjentkę, nie widział w stanie klinicznym nic niepokojącego poza wzdęciem brzucha i odesłał pacjentkę do domu. Nie wykonano nawet podstawowych badań diagnostycznych, jak chociażby  RTG brzucha na stojąco (co mogło potwierdzić podniedrożność jelit) czy USG (które wykazałoby dużą ilość gazów w jelitach).

Kiedy pacjentka trafiła drugi raz do szpitala, było już za późno, by ją uratować. Perforacja jelita podczas operacji (wtedy doszło prawdopodobnie do mikroperforacji, niezauważonej przez operatora) doprowadziła do wycieku treści jelitowej do jamy brzusznej, rozwoju zakażenia (zdiagnozowano rozlane zapalenie otrzewnej), wstrząsu septycznego. Operacja naprawcza została przeprowadzona zbyt późno. Pacjentka zmarła na sepsę.

Walka o ustalenie, że odpowiedzialność za śmierć jego żony ponoszą lekarze, którzy na SOR wykazali się niewystarczającą czujnością, a wszystkie dolegliwości pacjentki zrzucili na karb „błędu dietetycznego”, trwała prawie 6 lat.

Sąd przyznał zrozpaczonemu mężowi 70 tys. zadośćuczynienia z tytułu śmierci osoby bliskiej. O tym, jakie zadośćuczynienie jest odpowiednie, a jakie nie – w oczach sądów, i jak sądy „wyceniają” cierpienia osób, które straciły najbliższych, pisałam już kilka razy, między innymi tutaj.

Nigdy jeszcze nie spotkałam się jednak z takim uzasadnieniem, jak w tej sprawie.

Sędzia, ustnie uzasadniając wyrok stwierdziła, że „krzywda męża to samotność i tylko samotność„…

 

Aktualizacja: Sąd Apelacyjny, na skutek naszej apelacji, podwyższył zadośćuczynienie do kwoty 200 tys. zł.!

 

 

Nie. Tym razem nie sprawdzam czy popełniono błąd medyczny. Tym razem sprawdzam, czy moje pisanie o tym ma sens;-)

Czasem zastanawiam się, jak często osoby, które czytają mój blog po raz pierwszy mają poczucie, że „dobrze trafiły” czy wręcz przeciwnie, bo szukały czegoś zupełnie innego.

W ogóle ciekawe jest to, jakiego typu treści oczekują czytelnicy. Czy lepsze są informacje z forów, czy konkretne, nieprzegadane teksty prawnicze czy może wystarczą teksty przepisów?

Sama raczej nie jestem dobrym „obiektem badawczym”, bo przecież jestem prawnikiem, więc  z założenia jest mi łatwiej dotrzeć do konkretnych przepisów. Ale tak jak inni, często informacji na temat zagadnienia prawnego, z którym nie jestem „za pan brat”, szukam w internecie;-) Specjalizacja wśród prawników jest przecież tak daleko posunięta, że nie sposób znać się na wszystkim.

Już jakiś czas temu odkryłam, że najłatwiej znaleźć informacje na temat jakiegoś problemu prawnego wpisując frazę, która nas interesuje i odnośnik, że chodzi nam o blog. Na przykład: „jakie odszkodowanie za błąd medyczny+blog”. Co wyskakuje? Pomijamy płatne reklamy i: taadam!

Na pierwszym miejscu jest mój – ten oto – blog, który właśnie  czytasz;-), a konkretnie główna strona z najnowszym (do dziś) postem „Wanna Cry, czyli kiedy aparatura medyczna odmawia współpracy”. Muszę przyznać, że mile mnie zaskoczył taki wynik wyszukiwania. Ale uwaga: zaraz potem znaleźć można dwa inne blogi prowadzone przez moich kolegów „z branży”: mec. Daniela Anweilera i mec. Michała Grabca.

Dlaczego najlepiej jest szukać na blogach? Bo prawnicy, którzy piszą blogi, to prawnicy z wąskimi specjalizacjami i to tacy, którym się chce. A jak komuś się chce pisać, to zwykle znaczy też, że chce mu się walczyć o sprawę klienta!

Często klienci pytają mnie na przykład, czy nie znam kogoś, kto zajmuje się rozwodami i kwestiami władzy rodzicielskiej? Znam. Świetna jest mec. Agnieszka Swaczyna. Panią Mecenas można lepiej poznać odwiedzając jej blogi: „Bez prawa ani rusz” i „Blog o rozwodzie i separacji”.

A ktoś, kto jest dobry w doradzaniu w sprawach windykacyjnych? Proszę bardzo: mec. Leszek Bloch. 

Sprawy gospodarcze międzynarodowe? Trochę prywaty, czyli drugie „skrzydło” kancelarii BFP i anglojęzyczny blog moich współpracowników o międzynarodowych problemach prawnych przedsiębiorców: „Cross border legal issues”.

A może to lekarz szuka prawnika? Ja pomagam wyłącznie pacjentom, ale lekarzom mogę polecić mec. Marka Koennera  oraz nowy blog o wiele mówiącym tytule: „Obrona lekarza. Jak odpierać zarzuty pacjenta w procesie karnym”.

I tak dalej… Jeśli nawet nie znam osobiście prawnika specjalizującego się w dziedzinie, która akurat cię interesuje – to proponuję sięgnąć do strony, której „ojcem chrzestnym” jest Rafał Chmielewski, guru prawników-blogerów:  Lexmonitor.  Jest tam  wykaz blogów prawników, którym się chce;-)

Zboczyłam z tematu, niestety. Post miał być o statystyce, czyli jak wygląda moje blogowanie z perspektywy roku, bo pierwszą rocznicę mam właśnie za sobą. A tymczasem „zeszło mi” na polecanie innych prawników…;-)

Wracając więc do wątku rozpoczętego na wstępie. Jeśli dobrze interpretuję dane analityczne dotyczące bloga, to wynika z nich, że w ciągu roku:

 

  • pewnego razu – 12 maja 2016 roku – liczba czytelników tylko w tym jednym dniu przekroczyła 5 tys. osób! „Rozgłosu” nabrał wtedy mój post na gorący wówczas temat zmian w przepisach dotyczących zawodu fizjoterapeuty;

 

I jeszcze ciekawostka: także na podstronie „O mnie”   jest imponująca liczba odwiedzin! I bardzo dobrze, bo z prawnikiem – a szczególnie w przypadku sprawy o błąd medyczny – wiążemy się na lata, więc dobrze jest poznać mnie lepiej;-)

Podsumowując statystyki: bardzo dziękuję moim czytelnikom za to, że chce się im czytać to, co piszę, a szczególnie dziękuję wszystkim tym, którzy zamieszczając komentarze, przyczyniają się do twórczej wymiany zdań, a czasem i bardzo znaczącego uzupełnienia treści zawartej w komentowanym artykule.

I na koniec: jeśli ktoś chce być na bieżąco (nie wszystkie posty są „anonsowane” na FB kancelarii BFP   (przy okazji – zapraszam do „polubienia” profilu), to zachęcam do subskrypcji postów umieszczanych na blogu i komentarzy!