Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Niedawno zapadł wyrok karny w sprawie śmierci młodego mężczyzny. Zmarł, bo podano mu niewłaściwą krew. Doszło do powikłania przy przetoczeniu krwi w postaci ostrego odczynu hemolitycznego z ostrą niewydolnością nerek oraz skazą krwiotoczną. Pacjent zmarł dzień po tym zdarzeniu.

Prokuratura oskarżyła pielęgniarkę i lekarza o to, że nie dopełnili wszystkich wymogów rozporządzenia regulującego postępowanie w placówkach medycznych z krwią. Jest to przestępstwo narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia dokonanego przez osoby, na których ciąży obowiązek opieki nad narażonym na niebezpieczeństwo. Grozi za to do 5 lat więzienia.

Pielęgniarka przyznała się do winy na pierwszej rozprawie i poddała się dobrowolnie karze.

Lekarz wszystkiemu zaprzecza…

To dobry przykład, jak można iść w zaparte w sprawie o błąd medyczny, który nawet dla laika wydaje się być oczywisty, a prawo pacjenta czy rodziny zmarłego (jak w tym przypadku) do rekompensaty, czyli odszkodowanie za błąd w sztuce lekarskiej, powinno być bezdyskusyjne.

Przetoczenie krwi to przecież jedna z niewielu procedur medycznych, których wykonywanie jest ściśle regulowane przez przepisy prawa*, a nie jakieś wytyczne jednego czy drugiego towarzystwa lekarskiego.

Przy okazji. O problemie transfuzji krwi pisałam już raz na drugim blogu, ale nieco w innym kontekście: „Brak zgody na transfuzję krwi”.

Wracając do tematu: niestety, tam, gdzie chodzi o uznanie lekarza za winnego, nic nie jest oczywiste.

Dla porządku, sięgnijmy jeszcze na chwilę do przepisów* dotyczących przetaczania krwi:

Lekarz jest odpowiedzialny m. in. za:

  1. ustalenie wskazań do przetoczenia;
  2. identyfikację biorcy (…) i kontrolę dokumentacji medycznej przed przetoczeniem;
  3. zabieg przetoczenia;
  4. prawidłowe udokumentowanie zabiegu przetoczenia.

Pielęgniarka (położna) jest odpowiedzialna m.in. za:

  1. czynności związane z pobieraniem próbek krwi od pacjentów;
  2. identyfikację biorcy (…) i kontrolę dokumentacji medycznej przed przetoczeniem – na zlecenie lekarza;
  3. obserwację biorcy w trakcie przetoczenia i niezwłoczne informowanie lekarza o objawach występujących w trakcie przetoczenia i po przetoczeniu mogących świadczyć o powikłaniu poprzetoczeniowym (…).

Obowiązki lekarza są dalej idące niż pielęgniarka. Błąd pielęgniarki niewątpliwie miał miejsce. Gdyby jednak lekarz zrobił swoje, czyli zidentyfikował biorcę krwi i skontrolował dokumentację medyczną przed przetoczeniem, a następnie był obecny przy zabiegu przetoczenia – to najprawdopodobniej tragicznych konsekwencji udałoby się uniknąć.

Dlaczego zatem do popełnienia błędu przyznała się wyłącznie pielęgniarka?

Zobaczymy, czy finał procesu, jaki toczy się przeciwko lekarzowi uzasadni jego przekonanie o tym, że nie ponosi odpowiedzialności za śmierć tego pacjenta i że rodzinie zmarłego nie należy się odszkodowanie za błąd lekarski.

*Pisząc o przepisach regulujących zasady przetaczania krwi, miałam na myśli Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 11 grudnia 2012 r. w sprawie leczenia krwią w podmiotach leczniczych wykonujących działalność leczniczą w rodzaju stacjonarne i całodobowe świadczenia zdrowotne, w których przebywają pacjenci ze wskazaniami do leczenia krwią i jej składnikami.

 

Metaloza – co to takiego?

Jolanta Budzowska28 maja 20175 komentarzy

Jeden z moich czytelników niedawno zamieścił pod postem na temat wadliwych endoprotez komentarz, w którym pisze, że okazało się, że ma podwyższony poziom kobaltu i chromu we krwi, a operację przeszedł w 2009. W związku z tym prosi o kontakt innych pacjentów, bo chciałby się dowiedzieć, jak to jest z reoperacją i jaki wpływ na organizm może mieć metaloza.

Gdyby ktoś z Państwa chciał się podzielić swoimi doświadczeniami, to bardzo proszę! Uważam, że to świetny pomysł, żeby blog był zarazem forum wymiany poglądów i informacji!

Autor komentarza poruszył przy okazji ważny problem: „Amerykanie zaprzestali produkować w 2010. Poinformowali wszystkie szpitale i kliniki na całym świecie, aby powiadomili wszystkich pacjentów, że konieczna jest wymiana tego sztucznego stawu [endoprotezy, przyp. JB], ponieważ jest bardzo szkodliwy. Ja do dzisiaj nie dostałem takiej informacji od mojej kliniki.”

Świetny artykuł na temat wadliwych endoprotez napisała w 2015 roku red. Krystyna Rożnowska. Wykonała tytaniczną pracę badając, o co chodzi z powikłaniami po wszczepieniu endoprotez w Polsce.  w artykule autorka zachęca: „sprawdź, czy twoja endoproteza stawu biodrowego nie jest wadliwa”, a opublikował go miesięcznik „Kraków”.

Rzeczywiście, warto sprawdzić.

Spośród wielu tysięcy osób, którym w Polsce od lipca 2003r. do sierpnia 2010 r. wymieniono operacyjnie zniszczony staw biodrowy, część otrzymała endoprotezę stawu biodrowego firmy DePuy  jednej z dwóch serii (ASR XL – Acetabular System oraz  Hip  Resurfacing  System) uznanych potem za wadliwe. I, być może, szkodliwą dla zdrowia.

Nie wiadomo jednak, ilu dokładnie polskim pacjentom wszczepiono sztuczny staw, bo poszczególne szpitale sprowadzały endoprotezy indywidualnie i nikt nie prowadził centralnej ewidencji.

Niektórzy z pacjentów, którzy się do mnie zgłaszają, nie wiedzą nawet, kto jest producentem protezy, którą otrzymali, bo na dokumentacji medycznej ze szpitala nie ma żadnych danych ani tzw. „metryczki” implantu…

Rzeczywiście, tak jak napisał Pan Mirek w komentarzu, do którego odwołałam się na wstępie,  w sierpniu 2010 roku firma DePuy wycofała endoprotezy wymienionych dwóch serii, oferowane na rynku medycznym od lipca 2003 i powiadomiła o tym ich odbiorców – czyli szpitale i prywatne kliniki. Wysłała też do nich informacje jak należy postępować względem pacjentów posiadających taką endoprotezę oraz propozycję listu do pacjentów, którym je wszczepiono:„wycofanie tych produktów oznacza, że może być konieczne monitorowanie pacjentów i wykonanie dodatkowych badań”.

Niestety, do wielu polskich pacjentów, którzy mają wadliwe endoprotezy stawu biodrowego, ta informacja do dziś nie dotarła. Żyją w nieświadomości, że w ich ciele tkwi endoproteza, która może szkodzić ich zdrowiu, a jeśli odczuwają jakieś dolegliwości z tego powodu, nie zdają sobie sprawy – dlaczego.

U około 12-14 proc. pacjentów z implantami pojawiły się bole oraz inne objawy tak dotkliwe, że w ciągu pięciu lat od wszczepienia tej endoprotezy trzeba było przeprowadzić reoperację i usunąć wadliwą protezę, zastępując ją nową.

Pani Redaktor Rożnowska w cytowanym artykule pisze, że spotkała się też z opinią ortopedów, iż nie ma o co robić hałasu, bo gdyby ktoś z osób noszących te endoprotezy miał dolegliwości, to zgłosiłby by się do szpitala, gdzie je wszczepiono.

No tak, pacjenci się zgłaszają, ale ortopedzi często wrzucają ich do jednego worka z pozostałymi pacjentami, wymagającym endoprotezoplastyki stawu biodrowego z racji zmian zwyrodnieniowych czy innych, niezwiązanych z metalozą przyczyn, a to, czy przyczyną jest metaloza, jest dla nich bez znaczenia. Nie mają się czego obawiać, bo wszczepienie wadliwej endoprotezy to nie błąd w sztuce lekarskiej.  Ortopedzi nie wiedzieli przecież, że implanty będą powodowały problemy ze  zdrowiem…

Jedna z moich klientek została wpisana na operację endoprotezoplastyki rewizyjnej stawu biodrowego – właśnie z powodu wcześniejszego wszczepienie jej wadliwej protezy DePuy na rok … 2024.

Wyniki badań poziomu stężenia jonów kobaltu i chromu ma alarmujące, ale szpital nie prowadzi odrębnej listy oczekujących na zabieg endoprotezoplastyki, a już tym bardziej stosuje „specjalnego traktowania” pacjentki z wadliwą protezą. Poskarżyliśmy się do NFZ.  NFZ zalecił złożenie wniosku do Komisji Przyśpieszeń (co to jest, czy ktoś z Was o takiej Komisji słyszał???) o wcześniejszy termin przyjęcia…

Tyle, że „przypadków pilnych” jest sporo, i będzie coraz więcej, jeśli nieleczone – z powodu kolejki –  choroby będą w przyśpieszonym tempie dewastować organizmy pacjentów…

Niestety, często więc nie pozostaje nic innego, jak wykonać zabieg prywatnie, a potem żądać odszkodowania za pobyt w szpitalu i operację, a także za wszystkie dodatkowe szkody na zdrowiu, spowodowane zniszczeniem kości i metalozą. Jak to zrobić? Zapraszam do kontaktu!

Czasem– delikatnie mówiąc – niezbyt trafny wyrok sądu potrafi skutecznie zepsuć mi humor, jak dziś. Ale ponieważ – jak mawiają sportowcy – piłka wciąż jest w grze i nawet przez myśl mi nie przyszło, żeby poddać się bez dalszej walki (przed nami skarga kasacyjna!), to na razie nie napiszę o tej sprawie.

Napiszę za to o kolejnym z ostatnio wydanych – po opisanym w poście „Mądry Sąd, sprawiedliwy wyrok” – sprawiedliwym wyroku.

Młody mężczyzna miał wypadek motocyklowy. Doznał urazu kręgosłupa. A potem niestety było jeszcze gorzej: doszło do szeregu błędów i nieprawidłowości w leczeniu.

W szpitalu nie wykonano pełnej diagnostyki (między innymi badania TK – tomografu komputerowego – kręgosłupa w odcinku piersiowym). Lekarze uznali, że doszło do pełnego uszkodzenia rdzenia kręgowego, więc operacja i tak nic nie da. W kolejnej placówce, po badaniu MR (rezonansu magnetycznego) okazało się jednak, że podczas wypadku rdzeń nie został całkowicie przerwany. Wykonano więc operację odbarczenia rdzenia. Było jednak już za późno, operacja nie przyniosła efektu, a pacjent pozostał sparaliżowany od pasa w dół.

Niedowład kończyn dolnych spowodował powstanie skostnień okołostawowych w okolicy stawów biodrowych. Lekarze zbyt pochopnie – tym razem za wcześnie – zdecydowali o leczeniu operacyjnym. Skostnienia szybko narosły powtórnie wkrótce po ich operacyjnym usunięciu.

Na domiar złego, zabieg przeprowadzono bez wymaganej profilaktyki antybiotykowej. Po operacji u pacjenta zdiagnozowano bakteryjne zakażenie szpitalne, ropnie i przewlekłą, niegojącą się ranę z przetoką. Poza paraliżem, to właśnie czynna przetoka ropna jest dzisiaj podstawowym problemem poszkodowanego pacjenta.

I co o tym sądzić?

  • Gdyby u pacjenta wykonano w odpowiednim czasie operację odbarczenia rdzenia, miałby szanse na pełną sprawność, być może nie żyłby dziś na wózku inwalidzkim.

 

  • Gdyby chodził, nie narosłyby skostnienia.

 

  • Gdyby nawet operacja kręgosłupa nie przyniosła poprawy, ale przeprowadzono właściwą kwalifikację przed zabiegiem usunięcia skostnień, to operacja ta prawdopodobnie odbyłaby się znacznie później, a skostnienia usunięto by raz na zawsze.

 

  • Gdyby nawet operacja skostnień była wykonana wtedy, kiedy rzeczywiście ją przeprowadzono, ale podano by pacjentowi profilaktycznie antybiotyk – z dużym prawdopodobieństwem uniknąłby zakażenia szpitalnego.

Każda sprawa o błąd medyczny to pojedyncze lub – jak w tym przypadku – cała seria „gdyby”. Bazujemy przecież na rachunku prawdopodobieństwa, nikt nie da gwarancji, że nawet „modelowo” leczony pacjent odzyska w pełni zdrowie.

Sąd uznał w tym przypadku, że szpital powinien ponieść odpowiedzialność za wszystkie te zaniedbania, których ofiarą padł pacjent: za brak operacji kręgosłupa na czas, za brak rzetelnej analizy czy operacja skostnień powinna być wykonana, za brak ochrony pacjenta przed zakażeniem.

Z uzasadnienia wyroku Sądu:

„Istotne jest to, że niewykonanie operacji odbarczenia rdzenia kręgowego we właściwym czasie pozbawiło powoda szans na jakiekolwiek wyleczenie (poprawę stanu zdrowia), albowiem do chwili obecnej powód funkcjonuje ze świadomością, że nie wszystko zostało wykonane w odpowiedni sposób.”

Nic dodać, nic ująć.

Przeczytałam właśnie dość głośną, przynajmniej ostatnio, książkę dziennikarza śledczego Pawła Reszki „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy”.

To książka o żółci.

„- Wziąłem ostatnio, wyobraźcie sobie państwo, udział w konkursie na najbardziej polski wyraz. Wiecie, co zaproponowałem?[…]


– Żółć – powiedział z emfazą Klejnocki – Z dwóch powodów. Po pierwsze, składa się ono z samych znaków diakrytycznych charakterystycznych ekskluzywnie dla języka polskiego i w ten sposób zyskuje rangę tyleż oryginalności, co niepowtarzalności. […]

– Po drugie, mimo że wyraz ten językowo jest tak dystynktywny, zawiera pewne treści uogólniające, w symboliczny sposób stanowi o naturze wspólnoty, która się nim, przyznajmy, że niezbyt często, posługuje. Oddaje pewien charakterystyczny nad Wisłą stan mentalno-psychiczny. Zgorzknienie, frustrację, drwinę podszytą złą energią i poczuciem własnego niespełnienia, bycie na “nie” i ciągłe nieusatysfakcjonowanie.”*

Książka jest zbiorem wypowiedzi lekarzy z różnych środowisk, różnych specjalizacji, na różnym etapie kształcenia zawodowego. Młodych i starych (przynajmniej stażem). Oczywiście wszystko anonimowo, bo żaden z lekarzy, zgodnie z zasadami etyki, nie odważy się zaprezentować swojej opinii pod nazwiskiem. Te cytaty są przeplatane własnymi obserwacjami autora, który na jakiś czas zatrudnił się w szpitalu jako sanitariusz, żeby od środka zobaczyć, jak działa system.

Treść wypowiedzi lekarzy jest właściwie podobna i sprowadza się do konkluzji: uczymy się długo, a potem pracujemy ciężko i za darmo lub półdarmo, a gdy chcemy zarabiać więcej, mieć dobry samochód i dom z ogródkiem, to ciągniemy dyżury i kilka etatów non stop, kosztem rodziny i pacjentów.

Pacjenci nie powinni od nas wymagać bóg wie czego, bo jesteśmy przepracowani i mamy dla nich mało czasu.  No chyba, że w prywatnym gabinecie, gdzie też jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby poświęcić pacjentowi tyle uwagi, ile trzeba, ale gabinet jest właściwie pro forma, trampoliną do szybszego przyjęcia do szpitala.

A za to wszystko odpowiedzialność ponosi system, czyli państwo, a konkretnie NFZ i Ministerstwo Zdrowia. Tylko pacjenci, nie wiedzieć czemu, mają pretensje do lekarzy, a nawet czasem po prostu liczą na to, że „uda się wywalczyć jakąś kasę”, i pozywają szpitale i lekarzy na kontraktach, wywołując tym strach i rozgoryczenie.

Jest też kilka innych – odosobnionych – głosów.  Jak ten: „Proszę pana, nie ma problemu z dobrze płatną pracą dla lekarzy, nie ma problemu z tym, że ktoś ich nie będzie chciał uczyć. Jest problem z ich przerośniętym ego” – tak powiedziała autorowi lekarza pediatra, właścicielka POZ w małej miejscowości.

Ech, nie chciało mi się kończyć tej książki. Nie ma w niej niczego, czego bym nie wiedziała albo z czym bym się nie zetknęła na sali sądowej.

Powinien ją jednak przeczytać każdy sędzia orzekający w sprawach o błędy medyczne. Może inaczej odbierze wtedy zapewnienia świadków, że lekarz na pierwszym roku specjalizacji właściwie wszystko już umie, bo udział w zabiegach operacyjnych „gwarantuje” mu program specjalizacji. Albo spojrzy inaczej na zeznania o tym, jak wygląda dyżurowa opieka na salach pooperacyjnych, gdzie niedoświadczony lekarz ma pod opieką zbyt wielu pacjentów.

Powinni tę książkę przeczytać także pacjenci. Może po lekturze wykażą się większą empatią dla lekarzy. Może zyskają wiedzę, jak poruszać się w systemie. A może –znając kulisy leczenia i wiedząc, gdzie są słabe punkty – uchronią siebie albo swoich bliskich od błędu lekarskiego?

 

 

 

*Zygmunt Miłoszewski – Ziarno prawdy

 

Oczywiście, że pacjent ma prawo do uzyskania kopii – i nie tylko – dokumentacji ze swojego leczenia. Z przychodni, od lekarza rodzinnego, ze szpitala, z placówek publicznych i prywatnych.  O tym, że treść dokumentacji medycznej ma kolosalne znaczenie, kiedy pacjent chce walczyć o odszkodowanie za błąd lekarski (błąd medyczny), pisałam tutaj: „Milczący świadek”.

Jak możemy otrzymać taką dokumentację? Najprościej złożyć pisemny wniosek. Niestety, uzyskanie dokumentacji jest płatne.

O dokumentacji medycznej napisałam już sporo postów, między innymi  ten: „Dokumentacja medyczna – niekończąca się historia”.

Jeden z czytelników bloga (dziękuję:-)!) zwrócił ostatnio w komentarzu pod tym właśnie tekstem uwagę, że w kwestii dostępu do dokumentacji mamy kilka zmian. Dobra wadomość jest taka, że potaniało.  Za jedną stronę kopii zapłacimy maksymalnie aktualnie około 0,30 zł. (dawniej 0,84 zł.), więc prawie trzykrotnie mniej.

To „robi różnicę”, bo czasem – gdy leczenie szpitalne trwa wiele tygodni – dokumentacja medyczna liczy kilkaset stron.

Nowelizacja ustawy doprecyzowała też definicje, bo dotąd był miszmasz i szpitale oczywiście wykorzystywały to w swoim interesie, naliczając zbyt wysokie opłaty za dokumentację. Nawet wystąpiliśmy (moja kancelaria) w tej sprawie z interwencją do Rzecznika Praw Pacjenta.

Teraz już jest jasne, czym się różni:

wyciąg (– skrótowy dokument zawierający wybrane informacje lub dane z całości dokumentacji medycznej)

od

odpisu (– dokument wytworzony przez przepisanie tekstu z oryginału dokumentacji medycznej z wiernym zachowaniem)

i od

kopii  (dokument wytworzony przez odwzorowanie oryginału dokumentacji medycznej, w formie kserokopii albo odwzorowania cyfrowego (skanu).

Zatem, niestety skan dokumentacji papierowej będzie traktowany jako kopia.

Ponieważ inne są opłaty od uzyskania kopii, a inne za odpis – trzeba precyzyjnie wskazać we wniosku o udostępnienie dokumentacji medycznej o co nam chodzi. Wzór takiego wniosku dla pacjenta znaleźć można tutaj.

Z uzyskaniem dostępu do oryginału, nie jest już tak łatwo jak z potwierdzoną za zgodność z oryginałem kopią. Pacjent może otrzymać oryginał swojej dokumentacji tylko wtedy, gdy zwłoka w wydaniu dokumentacji mogłaby spowodować zagrożenie życia lub zdrowia pacjenta, i tylko pod warunkiem, że pokwituje jej odbiór i zobowiąże się do zwrotu oryginału po jego wykorzystaniu.

Ustawa z dnia 23 marca 2017 r. o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta oraz niektórych innych ustaw została ogłoszona 26 kwietnia 2017 i wejdzie w życie 11 maja 2017.