Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Dziś przy porannej prasówce moją uwagę przykuł tytuł „Fatalny w skutkach błąd pielęgniarki doprowadził do tragedii. Błąd powstał przy prostej czynności.” Artykuł pochodził z portalu www.pielegniarki.info.pl  Materiał, zamieszczony w dziale „Odpowiedzialność zawodowa pielęgniarek – orzecznictwo sądowe”, okazał się fragmentem uzasadnienia wyroku Sądu Apelacyjnego, wydanego w jednej ze spraw prowadzonych przez laty przez moją kancelarię.

Teraz myślę o tamtych wydarzeniach także w nieco innym kontekście.  Może powinniśmy zaczynać analizować sprawy o błąd medyczny, związane z brakiem należytej opieki pielęgniarskiej, w kontekście błędów organizacyjnych? Szablonowe myślenie dyrektorów szpitali, że jeśli normy zatrudnienia pielęgniarek są formalnie spełnione, to wszystko jest w porządku, z pewnością nie obroni się w sądzie. To, ile czynności trzeba wykonać przy jednym pacjencie,  nie wymaga specjalistycznej wiedzy. Przekonanie sędziego, że jedna pracująca w oddziale pielęgniarka nie jest w stanie prawidłowo i na czas zająć się 30 czy 40 pacjentami, nie powinno być trudne.

Pielęgniarki w Polsce są wykształcone i doświadczone. Ale jest ich coraz mniej. Jeśli dochodzi do prostych błędów w opiece nad pacjentem, takich jak zwykła pomyłka w podaniu leku,  to odpowiedź na pytanie „Dlaczego?” nasuwa się sama: najbardziej prawdopodobną przyczyną może być przemęczenie lub nadmierna rutyna, która na co dzień ułatwia sprawne wykonanie powtarzalnych czynności. Przy sekundach na pacjenta nie ma czasu na refleksję i analizę nietypowych objawów.  W procesach o błędy medyczne pielęgniarki rzadko jednak o tym mówią. Jednak obrona dobrego imienia pracodawcy czy lekarzy kosztem swojego wizerunku najczęściej na koniec obraca się przeciwko pielęgniarkom…

Przypomniałam sobie w szczegółach tamten proces, jeden z najtrudniejszych, jakie prowadziłam. Słowa uzasadnienia wyroku wydają się pozornie pozbawione emocji, ale postępowanie nie było od nich wolne, także dla pielęgniarek opiekujących się poszkodowanym pacjentem.

„Przekazując powoda lekarzowi oddziału intensywnej terapii – dr A. L. (1) dr G. przekazał informacje uzyskane z oddziału operacyjnego: o znieczuleniu ogólnym i zewnątrzoponowym, o konieczności zachowania ostrożności przy czynnościach wobec powoda aby nie naruszyć rany pooperacyjnej i drenów. W trakcie transportu powoda podawane mu były w stałym wlewie katecholaminy, natomiast do wejścia prowadzącego do cewnika zewnątrzoponowego nie był podłączony żaden wlew. Po przywiezieniu powoda na oddział intensywnej terapii pielęgniarki pracujące na tym oddziale przeniosły powoda z łóżka transportowego na przygotowane na oddziale łóżko i podczas tej czynności trzeba było powoda odłączyć od respiratora i kroplówek podawanych w czasie transportu i podłączyć na nowo, co też uczyniono, z tym że błędnie podłączono kroplówkę z solą fizjologiczną do cewnika zewnątrzoponowego.

W trakcie dyżuru E. R. trwającego do godziny 19.00 nie włączał się alarm pomp podających płyn do kroplówki. Następnie dyżur pielęgniarski przy powodzie objęła A. B.. Około godziny 24.00 zamierzone było odłączenie powoda od respiratora, poproszono do sali matkę powoda i odłączono respirator. Po rozintubowaniu powoda lekarz dyżurujący A. L. poszła do dyżurki i przez całą noc na sali z powodem i innymi pacjentami zostały tylko dyżurujące pielęgniarki oraz matka powoda. Kilkakrotnie w ciągu nocy włączał się alarm pompy infuzyjnej podającej sól fizjologiczną. Pielęgniarki sprawdzały przyczynę włączenia się alarmu i jednym z powodów było pęknięcie kroplówki, którą wymieniono. W innych przypadkach zmieniano zakres podawania płynu i alarm się na chwilę wyłączał. Matka powoda pytała o przyczynę włączania się alarmu na co usłyszała, że pompy są bardzo czułe i wystarczy pęcherzyk powietrza by się zatkały.

W nocy z 14 na 15 marca 2002r. na sali, na której przebywał powód salowe myły podłogę i wykonywały czynności polegające na pastowaniu podłogi. O godzinie 7 rano dnia 15 marca 2002r. dyżur pielęgniarski na sali, na której leżał powód, objęła E. F.. Schodząca z dyżuru A. B. przekazała jej, że włącza się alarm pompy podającej kroplówkę z żywieniem. Ponieważ także w trakcie dyżuru E. F. kilkakrotnie włączał się ten alarm sprawdziła za pomocą strzykawki drożność wejścia wlewu do ciała. Po usunięciu plastra zabezpieczającego wejście zauważyła, że jest to wejście do cewnika zewnątrzoponowego, co pielęgniarka rozpoznała po założonym filtrze antybakteryjnym, które mają takie cewniki. E. F. miała doświadczenie anestezjologiczne, stąd nie miała wątpliwości, że wejście do którego podłączona była kroplówka z żywieniem jest cewnikiem do znieczulenia zewnątrzoponowego. Chcąc się jednak ostatecznie upewnić przewróciła na bok przy pomocy J. S. powoda i stwierdziła, że wejście na prawym obojczyku prowadzi do rdzenia kręgosłupa. Niezwłocznie odłączyła kroplówkę i zawiadomiła będącego na sali lekarza M. D..

Lekarz polecił jej odłączenie kroplówki (co już nastąpiło)”.

 

Jak się ma 7 do 150?

Jolanta Budzowska22 maja 2016Komentarze (0)

Prawdopodobnie „spalę” historię, jeśli już w pierwszym zdaniu odpowiem, że mniej więcej tak, jakby porównać poddanie się bez walki i przyjęcie propozycji ubezpieczyciela do wygranej w sprawie sądowej:-) Zachęcam jednak do zapoznania się z całą historią, bo jest pouczająca i z morałem (który trzeba sobie dopowiedzieć samemu).

Sprawa, która jest ilustracją tej prawdy wydawała się dość prosta. W praktyce jednak – jak zawsze powtarzam – nie ma spraw o błędy medyczne, które byłyby „oczywiste” czy „ewidentne”, jak lubią zaczynać relacjonowanie swojej historii moi klienci.

Najistotniejszym wątkiem w tym konkretnym przypadku było opóźnienie w diagnostyce i leczeniu zapalenia otrzewnej. Pacjent trafił do szpitala z objawami rozejścia się zespolenia jelit po wcześniejszej operacji w obrębie jamy brzusznej. Nieuzasadnione opóźnienie wykonania reoperacji spowodowało stan zagrożenia życia i znaczne pogorszenie warunków miejscowych podczas kolejnego zabiegu. Pacjent przebył długie leczenie, dwie kolejne operacje, konieczne było wyłonienie stomii.

Poszkodowany pacjent początkowo nie chciał procesu sądowego. Liczył, że w tak oczywistej sprawie szpital i jego ubezpieczyciel na pewno zawrą z nim ugodę.

Owszem, propozycja zadośćuczynienia padła, ale dopiero po tym, jak Wojewódzka Komisja do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych wydała orzeczenie o zdarzeniu medycznym. Komisja potwierdziła tym samym przypuszczenie pacjenta, że doszło do zdarzenia medycznego, polegającego  – jak mówi ustawa – na uszkodzeniu ciała i rozstroju zdrowia w następstwie niezgodnej z aktualną wiedzą medyczną diagnozą i leczeniem pacjenta.

Propozycja rekompensaty w wysokości… 7 tys. zł była jednak nie do przyjęcia nawet do tak ugodowo, jak w tym przypadku, nastawionego pacjenta.

Skierowaliśmy wezwanie do zapłaty do ubezpieczyciela szpitala, domagając się zapłaty kwoty 200 tys. zł tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę. Po długich „przepychankach” zakład ubezpieczeń wypłacił „bezsporną kwotę” kwotę 50 tys. zł tytułem zadośćuczynienia. Sytuacja była patowa. Pacjent, po namowach, przystał na propozycję wniesienia pozwu.

Sąd od pierwszej rozprawy skłaniał strony do ugody. Porozumienie z ubezpieczycielem było… hmm, delikatnie mówiąc trudne, nie wspominając już stylu prowadzenia rokowań… Ostatecznie jednak długie negocjacje ugodowe, toczące się poza salą sądową pomiędzy pełnomocnikami stron, doprowadziły do ugodowego załatwienia sprawy.

Na mocy ugody sądowej ubezpieczyciel zapłacił poszkodowanemu pacjentowi dalsze 100 tys. zł tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, jak również zobowiązał się pokryć koszty procesu.

I pomyśleć, że można tak było od początku…

Czy zatem można liczyć na to, że sprawa o błąd lekarski zakończy się ugodą?

Liczyć można, ale to niezwykle rzadka sytuacja. Kiedyś przygotowując się do wystąpienia pt „Mediacje w sprawach z zakresu błędów medycznych” w ramach konferencji organizowanej przez Sąd Arbitrażowy obliczyłam, że ilość spraw zakończonych ugodą spośród prowadzonych przez lata przez moją kancelarię nie przekracza 2 %. Uczestnicy konferencji, najwyraźniej prezentujący optymistyczne postrzeganie świata (szklanka jest w połowie pełna…) stwierdzili, że to wspaniała wiadomość, bo 2 % to jest więcej niż 0%:-) No cóż…

Właśnie wróciłam z Londynu, gdzie miałam okazję zobaczyć „od środka” angielski proces o odszkodowanie za rozstrój zdrowia i uszczerbek na zdrowiu. Kilka tygodni wcześniej byłam na konferencji w Birmingham, również na temat personal injury. Ponieważ nadal jestem pod wrażeniem różnych rozwiązań i dorobku tamtejszego orzecznictwa, na gorąco podzielę się swoimi spostrzeżeniami. I – obawiam się;-) – będzie to powieść w odcinkach, bo tradycje wyspiarskiego systemu common law w zakresie procesów odszkodowawczych są nieporównywalnie  bogatsze niż nasze i zdecydowanie mamy od kogo się uczyć.

Tym razem będzie na temat postępowania sądowego, czyli fakty i mity na przykładzie sprawy, w której właśnie bezpośrednio uczestniczyłam.

Często narzekamy, że polski proces cywilny o odszkodowanie toczy się długo. Fakt, w sprawach błędów medycznych trwa przeciętnie 2 do 4 lat, czasem znacznie dłużej. Angielski? Najczęściej… nie trwa w ogóle, bo ponad 90 % sporów jest rozstrzyganych polubownie. Ugoda przedsądowa jest powszechnym rozwiązaniem. Kiedy jednak strony nie mogą się dogadać i poszkodowany kieruje pozew, a potem wpływa odpowiedź na pozew, sąd w porozumieniu z pełnomocnikami ustala termin, w jakim sprawa będzie rozpatrywana. W „moim przypadku” (w sprawie, o której piszę, byłam ekspertem od prawa polskiego) to uzgodnienie terminu nastąpiło 8 miesięcy wcześniej: już  listopadzie 2015 roku byłam poproszona o rezerwację dwóch tygodni w maju 2016 roku!

Ponieważ proces jest w pełni kontradyktoryjny, a wszystkie dowody są prezentowane przez strony sporu (podobnie jak u nas), to w interesie tych stron jest, żeby świadkowie i biegli stawili się w sądzie w wyznaczonym dniu. Jeśli tego nie zrobią – dowodu nie ma. W Polsce jest inaczej – terminy narzuca sąd, a potem je często zmienia, bo wpływa: zwolnienie dla świadka od lekarza sądowego, prośba o przełożenie terminu rozprawy, prośba o odroczenie, bo pełnomocnik ma inną rozprawę albo świadek bierze udział w ważnej konferencji lub właśnie wyjeżdża na zaplanowany urlop itp.

W Anglii na około 1 tydzień przed tym, kiedy sprawa wchodzi na wokandę, terminy są doprecyzowywane (znów: sąd uzgadnia to z pełnomocnikami) i wówczas już dokładnie wiadomo, kto i kiedy dokładnie będzie przesłuchiwany. Proces trwa nieprzerwanie kilka dni, np. od poniedziałku do piątku, czasem kilka dni dłużej, w zależności od ilości dowodów. To znaczy są przerwy: na lunch i na sen;-) A konkretnie rozprawa zaczyna się o 10:30, trwa do 13:00, potem jest godzinna przerwa, następnie 14:00 do 16:30.

W sądzie trzeba być wcześniej, bo do sali najpierw wchodzą strony i pełnomocnicy (barristerzy i solicitorzy wszystkich stron), przygotowują dokumenty itd. – a dopiero na końcu sędzia, który kłania się w pas obecnym na sali, a ci odwzajemniają ukłon.  Symboliczne przypomnienie, że obowiązuje wzajemny szacunek.

Co ciekawe, w trakcie rozprawy: sędzia sam robi notatki na laptopie. Nie ma protokolanta/tki. Rozprawa jest nagrywana (tylko audio, nie audio-video, jak u nas), więc  w razie sporu można w każdej chwili odtworzyć  nagranie. To,  co  sędzia notuje, nie jest znane stronom, ale pisze cały czas;-), czasem w takcie przesłuchania zadaje dodatkowe pytania.

Wszyscy na sali dysponują identycznym zbiorem dokumentów, wpiętych do ponumerowanych segregatorów, oznaczonych tak, że łatwo można okazywać świadkom czy biegłym konkretną kartę.

Po tych kilku/kilkunastu dniach proces się kończy i zapada wyrok w pierwszej instancji. Niekiedy od razu, niekiedy po kilku tygodniach, w zależności od tego, ile czasu sędzia potrzebuje na dogłębną analizę zgromadzonego materiału dowodowego.

Podsumowując: zdecydowana przewaga brytyjskiej procedury według mnie polega na:

  • terminach. Jak już sprawa wejdzie na wokandę, to to kończy się wyrokiem po tygodniu, najdalej kilku tygodniach.  Nie ma wniosków o odroczenie, przesunięć terminu. Nie „doprowadzisz” świadka lub biegłego  – świadek nie zeznaje, dowodu nie ma. Sędzia jest „zanurzony” w tej jednej sprawie, może się w pełni na niej skoncentrować, nie musi co kilka miesięcy na nowo czytać całych akt, żeby przypomnieć sobie, o co w niej chodzi. To samo dotyczy oczywiście pełnomocników;
  • nie ma przerostu formy nad treścią. Sędzia, robiąc na bieżąco notatki w służbowym laptopie, wyłapuje to, co jest dla niego najważniejsze z tego co zeznają świadkowie i biegli. Wszystkie dowody pisemne ma już w komplecie jeszcze zanim sprawa trafi na wokandę. Nie ma dublowania rejestracji jak u nas: audio/video, czasem transkrypcja zeznań i dodatkowo  to, co zapisze protokolant, a sędzia i tak czasem nie pamięta, co dokładnie zeznawał który świadek i żeby przypomnieć sobie zeznania po np. roku – musi przesłuchiwać nagranie z rozprawy. Czysta strata czasu. Dla pełnomocników również;
  • jeśli już mowa o czasie: sędzia, mając do rozpatrzenie jedną sprawę w ciągu dnia, i to  z przerwą na lunch, jest niewątpliwie mniej zmęczony, niż sędzia, który ma tych spraw 4 czy 8, i w jednym dniu zajmuje się od 8.30 do 16 bez przerwy najpierw rozwodem, potem sporem o prowizję bankową, następnie zniesieniem współwłasności i wreszcie sprawą, gdzie ma orzekać o czyimś być albo nie być, o rekompensacie za utratę zdrowia albo śmierć osoby najbliższej. Nie mam wątpliwości, że taki sposób pracy przekłada się na jakość orzekania. Każdy z pełnomocników wie, że sędziemu, który od rana nie miał przerwy, przed godz. 15 ma prawo brakować cierpliwości i nie są to sytuacje wyjątkowe…;
  • i ostatnie:  taki sposób rozpatrywania sprawy na pewno jest mniej traumatyzujący dla strony. Świadomość tego, że ma się „sprawę w sądzie” jest stresująca i każdy chciałby mieć proces jak najszybciej za sobą. Kiedy rozprawy są wyznaczane co 4 miesiące i końca postępowanie nie widać,  trudno o optymizm i zapomnienie o dramatycznych przeżyciach, które były przyczyną wniesienia powództwa.

Czy sposób rozpatrywania sprawy przekłada się na jakość wyroków? Czy są one lepsze niż w Polsce? O tym w następnym odcinku;-)

Londyńska przygoda

Jolanta Budzowska19 maja 20164 komentarze

Zawsze, kiedy tłumaczę jak wygląda rozprawa i jak należy przygotować się do zeznań, pamiętam o tych kilku razach, kiedy sama byłam świadkiem. Teoretycznie prosta sprawa, idzie się do sądu, żeby powiedzieć „jak było”, ale stres jest. Więc wiem, co czuje świadek.

W jeszcze innej roli występuję orzekając w Wojewódzkiej Komisji do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych. Tu działam jako niby-sąd.  Skład orzekający jest czteroosobowy: dwoje medyków, dwoje prawników. W małopolskiej Komisji prawnicy pełnią jednak też funkcję przewodniczących: prowadzą posiedzenie, w pierwszej kolejności zadają pytania itd. Orzekanie w Komisji wymaga bezstronności – to, że na co dzień reprezentuję poszkodowanych, tu muszę „odstawić na półkę” i tak robię. Doświadczenie procesowe jednak procentuje: wiem, czego mogę wymagać od pełnomocników i jakie dowody mogą być przydatne do wydania orzeczenia.

Bycie biegłym to jednak zupełnie inna historia….

Z biegłymi mam do czynienia na co dzień. Wiadomo, że bez biegłego nie ma wyroku. Opinia pisemna, dodatkowa (uzupełniająca) pisemna, ustne wyjaśnienia biegłego na sali sądowej. Kolejny biegły. Instytut naukowo-badawczy.

Najciekawszy jest ten etap: „ustne wyjaśnienia” – biegły odpowiadając na pytania sądu i pełnomocników ma obronić swoje stanowisko z pisemnej opinii, czasem je uzupełnić albo uzasadnić.

Czasem tak jest, że kiedy szkoda na zdrowiu wyrządzona jest np. obywatelowi Wielkiej Brytanii, zdarzenie ma miejsce na terenie Polski (np. zabieg chirurgiczny), a za skutek (pogorszenie zdrowia) odpowiada podmiot polski (np. podmiot leczniczy lub jego ubezpieczyciel), to proces o odszkodowanie może się toczyć na terenie Wielkiej Brytanii.  Tamtejszy sąd ma jednak obowiązek stosować prawo polskie.  Skomplikowane, wiem. Nie chcę teraz wchodzić w szczegóły prawa unijnego, bo nie o tym mowa. Chodzi o to, że wówczas sąd brytyjski oczekuje od pełnomocników, ze udowodnią, jaka jest treść prawa  polskiego i jak jest ono stosowane w praktyce.

Tym razem to ja byłam biegłym…

Nie, nie z zakresu medycyny, że uspokoję lekarzy…;-). Z zakresu „prawa polskiego”.   Nie pierwszy raz.  Ale pierwszy raz po tym, jak złożyłam w sprawie opinię pisemną i opinię uzupełniającą, oraz tzw. „joint statement of experts” (opinię wspólną z biegłym strony przeciwnej), sprawa trafiła do sądu i miałam obowiązek stawić się na rozprawie i poddać się „krzyżowemu ogniu pytań”. Sytuacja, kiedy sprawa trafia przed sąd jest niezwykle rzadka, bo ponad 90 % sporów w Anglii załatwiane jest w drodze ugody przedsądowej.

W stresie byłam zatem już dobre dwa tygodnie przed terminem posiedzenia w Royal Courts od Justice w Londynie;-)

I co? Stres się przydał, bo zadziałał mobilizująco: adrenalina i noradrenalina w moim przypadku są zdecydowanie hormonami walki, a nie ucieczki. Na własnym przykładzie potwierdziłam też, że rady zawarte w „Poradniku Świadka” zdecydowanie mają sens – ostatnie 800 m przeszłam pieszo, bo tkwiąc w taksówce w porannych londyńskich korkach z pewnością nie zdążyłabym na czas.

Doświadczenie bezcenne! Wiem, co czuje biegły: mniej więcej to, co świadek, ale kilka razy bardziej;-)

Na własnym przykładzie potwierdziłam też to, co myślę od dawna: dobrze przygotowany biegły, który wcześniej opracował rzetelnie opinię, nie musi się bać konfrontacji z sądem i stronami sporu.

 

Czy widzieliście na FB Akcja Nadzieja?

To niesamowite, że w ludziach są takie pokłady dobrej energii!

Rodzice Jasia Wiśniewskiego* napisali o tej akcji tak:

„Czasami w życiu spotyka się osoby, które na zawsze zostają w naszym sercu. Julka Kamińska to właśnie taka osoba.  Na miejscu w Warszawie mogliśmy przekonać się jak bardzo chce pomóc ciężko chorym dzieciaczkom i ile w związku z tym poświęciła czasu, energii… (…) Cała ekipa pracująca przy spocie promującym Fundacja Medycyny Regeneracyjnej ” Dar Nadziei” to mega pozytywni, perfekcyjni i po prostu ciepli ludzie… (…) „Dar Nadziei” gromadzi środki, które mają zapewnić terapię dzieciom chorującym na poważne schorzenia neurologiczne, potrzebne są ogromne sumy, ale wierzymy, że się uda, praca tych wspaniałych Ludzi na pewno przełoży się na nasz wspólny sukces. Może w końcu nasz Jasiek i inne czekające dzieci: Kuba, Zuzia, Ewa, Hubert, Staś, Miłosz…i wiele innych dostaną długo wyczekiwane komórki macierzyste, a wtedy rozpocznie się nowy okres w ich trudnym życiu i doczekamy się dni pełnych radości i szczęścia, bo nie będą targały nimi ból, wstrętne ataki padaczki, a spastyka nie będzie rządziła ich małym ciałkiem.”

Właśnie. Kiedy dochodzi do błędu medycznego, a bezpośrednio poszkodowanym jest dziecko albo osoba całkowicie niezdolna do samodzielnej egzystencji, cały ciężar opieki i leczenia  spoczywa najczęściej na najbliższej rodzinie. Fizycznie i materialnie, co oznaczy także, że wszystkie wydatki idą z kieszeni rodziców czy rodzeństwa.

Komu wówczas przysługuje zwrot tych wydatków w przypadku procesu? Innymi słowy: kto powinien być – w nomenklaturze prawniczej –  „powodem”?   Wydawałoby się, że ten kto faktycznie wydaje te pieniądze.

A jednak nie: z pozwem występuje pacjent. Nawet, gdy jest dzieckiem (wówczas reprezentują go rodzice) i nawet, gdy jest ubezwłasnowolniony (wymagana jest m.in. zgoda sądu opiekuńczego).   W świetle przepisów i orzeczeń sądów poszkodowanym jest więc ta osoba, która doznała uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia.

Mimo, że to my przez lata opiekujemy się poszkodowanym dzieckiem czy niepełnosprawnym na skutek błędu medycznego innym członkiem rodziny, wykładamy pieniądze na leki i lekarzy, to kiedy proces kończy się wyrokiem zasądzającym odszkodowanie – otrzymuje je poszkodowany pacjent.  Jeśli wszystko zostaje wśród bliskich, to sytuacja nie budzi większego sprzeciwu

Od lat zadaję sobie jednak pytanie: co ze środkami, które pochodzą z indywidualnych kont prowadzonych na rzecz poszkodowanych przez różnego rodzaju fundacje?  Od strony prawnej –  pieniądze są własnością fundacji, bo to na jej rachunek bankowy darczyńcy wpłacają darowizny. Nie ma przy tym znaczenia, że wskazują konkretny cel. Od strony faktycznej: to środki zdobyte z ogromnym trudem przez rodzinę, najbliższych, znajomych  i wszystkich, do których tylko uda się dotrzeć. Na koniec: fundacja płaci bezpośrednio sprzedawcom za sprzęt rehabilitacyjny czy turnusy rehabilitacyjne albo jak w tym przypadku za kuracje komórkami macierzystymi – to nie na poszkodowanego wystawiane są faktury.

Czy pokrycia takich wydatków też możemy domagać się w procesie o odszkodowanie?  Wydawałoby się, że tak. Sytuacja na pozór nie różni się przecież od tej, gdy za leczenie poszkodowanego też nie płaci on sam, tylko ktoś z rodziny, a potem sąd i tak mu to zwraca na mocy wyroku.

Jedna ze spraw, gdzie w porozumieniu z mamą poszkodowanego chłopca „testowo” dochodziliśmy takich roszczeń, zakończyła się niestety przegraną w tym zakresie. Chcieliśmy, aby sąd przyznał dziecku zwrot poniesionych kosztów leczenia i reha­bilitacji (między innymi na zakup zakup sprzętu rehabilitacyjnego, wózka inwalidzkiego, aparatu pionizacyjnego, maty leczniczej z hydromasażem, pościeli antyalergicznej, likwidacji barier architektonicznych w mieszkaniu i kosz­tów turnusów rehabilitacyjnych). Wydatki te zostały  pokry­te wcześniej przez fundację, ale środki uzbierano wyłącznie dzięki wysiłkom mamy chłopca.

Sąd, nie kwestionując konieczności i celowości tych wydatków, przyjął jednak, że uznanie roszczeń w tym zakresie prowadziłoby do nieuzasadnionego przysporzenia majątkowego.  Czyli, przekładając na język potoczny: że dziecko zarobiłoby na takim wyroku.  Choć taka decyzja budzi odruchowy sprzeciw, możliwości jej skutecznego zaskarżenia są mizerne. Niestety, nie ma jednoznacznego przepisu, który umożliwiałby zwrot  kosztów leczenia osobom trzecim, takim jak w tym przypadku fundacje,  nawet gdy to z ich rachunku finansowane było wcześniej leczenie. Można próbować tylko przekonać sąd do „odpowiedniego stosowania” niedoskonałego prawa.

I tak oto desperacja rodziców, po nocach piszących maile z prośbą o pomoc i organizujących koncerty charytatywne, łagodzi w dużym stopniu odpowiedzialność i ratuje budżety sprawców. O tyle, ile uzbierają bliscy „na fundację”, zostanie pomniejszone odszkodowanie należne od szpitala i ubezpieczyciela. I nikogo nie obchodzi, że fundacja jest tu nierzadko wyłącznie pośrednikiem, a cały układ wymuszony głównie przez podatki.

Sprawiedliwe?

*Rodzice Jasia wyrazili zgodę na opisanie w poście ich historii.