Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Brak nadzoru na sali pooperacyjnej

Jolanta Budzowska28 czerwca 20163 komentarze

Nie masz czasu na czytanie? Tego artykułu możesz także posłuchać: 

***

Pacjent po operacji i znieczuleniu musi być przez pewien czas pod szczególnym nadzorem.  Powodzenie samego zabiegu to nie koniec leczenia. Z pewnością nie można jeszcze odetchnąć z ulgą, że wszystkie ryzyka powikłań operowany ma już za sobą.

Pacjent w godzinach przedpołudniowych miał zabieg z zakresu chirurgii twarzowo- szczękowej. Jednym z typowych powikłań po takim zabiegu może być między innymi:

  • obrzęk w okolicy operowanej,
  • nasilone krwawienie okołooperacyjne,
  • przejściowe trudności z oddychaniem na skutek zmiany przestrzeni powietrznej gardła.

Prawdopodobnie z tego powodu anestezjolog zalecił:

„po operacji konieczne jest ciągłe monitorowanie saturacji, EKG i ciśnienia tętniczego co 15-30 minut w sali pooperacyjnej pod nadzorem lekarza co najmniej do godziny 8:00 następnego dnia.”Lekarz prowadzący (operator) zbadał pacjenta w dniu zabiegu, przed wyjściem z pracy ok. godz. 15.

W godzinach popołudniowo-nocnych u pacjenta narastał obrzęk pooperacyjny okolicy twarzoczaszki. Pomimo tego, około godz. 18 lekarz dyżurny podjął decyzję o przeniesieniu pacjenta na salę ogólną – w dokumentacji brak jest  jakiekolwiek wpisu na temat stanu i parametrów życiowych pacjenta. Lekarz nie przeprowadził badania fizykalnego.

Nadzór nad pacjentem  na dyżurze nocnym na sali ogólnej sprawowała 1 pielęgniarka, która miała pod opieką 20 pacjentów z dwóch klinik. Nie były wypełniane zalecenia anestezjologa – nie monitorowano stanu pacjenta.

W nocy pacjent zgłosił narastającą duszność, doszło do NZK.  Akcja resuscytacyjna i reanimacyjna trwała zbyt długo, przywrócono akcję serca, pacjent pozostał jednak nieprzytomny.  Zmarł po 7 dniach.

Czy lekarz dyżurny popełnił błąd?

W okresie pooperacyjnym pacjent powinien być umieszczony w sali pooperacyjnej (wybudzeń), gdzie bezpośredni nadzór nad nim prowadzi odpowiednio przeszkolona pielęgniarka. Sala pooperacyjna jest wyposażona w specjalistyczny sprzęt do reanimacji, a przy łóżku pacjenta ma być dostęp do aparatu do pomiaru ciśnienia krwi, monitora EKG, pulsoksymetra, termometru i źródła tlenu, powietrza i próżni. Tyle teoria.

Zmarły pacjent powinien był przebywać na sali pooperacyjnej, ale lekarz dyżurny podjął przedwczesną decyzję o przeniesieniu pacjenta na zwykły oddział. To pozbawiło chorego szansy na natychmiastowe rozpoznanie narastającej duszności i udrożnienie dróg oddechowych za pomocą sprzętu i personelu medycznego, który na sali pooperacyjnej powinien być „pod ręką”, a na który trzeba było zbyt długo czekać na zwykłej sali…

A może lekarz nie miał wyjścia, skoro – jak wykazało postępowanie –  pielęgniarka, która mogłaby i powinna była czuwać tej nocy nad pacjentem w sali pooperacyjnej w ramach opieki „jeden do jeden”, była jednocześnie jedyną na dyżurze w obu klinikach?

Może zwyczaj przenoszenia pacjentów, którzy bez wątpienia nadal wymagali wzmożonego nadzoru, na salę ogólną, był doraźnym zwyczajem radzenia sobie z problemem braku pielęgniarek nocnych? Na sali ogólnej nie jest  przecież wymagana ciągła obecność pielęgniarki na sali, tak jak to obowiązuje na sali pooperacyjnej.  Na pozór więc takie działanie było zgodne z przepisami.

Ryzyko podjął lekarz dyżurny. Ryzyko odpowiedzialności podjęła też pielęgniarka dyżurująca w nocy.

To wszystko dlatego, że dyrekcja szpitala w majestacie prawa ustaliła limity obsady pielęgniarek, które jak się okazało, nie gwarantowały bezpieczeństwa pacjentom oraz jakości udzielanych świadczeń zdrowotnych.

Za ryzyko, którego nigdy nie akceptował, a które podjął szpital, najwyższą cenę poniósł pacjent.

***

Podcastu Błąd Lekarza możesz słuchać również na YouTube:

Skąd biorą się najbardziej oczywiste błędy operatorów? Mam na myśli takie sytuacje, o których nie da się powiedzieć, że stan pacjenta pogorszył się „dramatycznie, nagle i nie można było temu zapobiec”, że było to „rzadko występujące powikłanie” czy że „wszystkie czynności wykonano prawidłowo, ale doszło do niepowodzenia w leczeniu” (cytuję najczęstsze wyjaśnienia podawane przez personel medyczny czy biegłych).

Niewątpliwie, przynajmniej w odczuciu przeciętnego pacjenta, elementarnym błędem operatora jest zła identyfikacja pola operacyjnego, czyli nierozpoznanie organu, który ma być operowany. Najczęściej wtedy w powszechnym odczuciu, „sprawa jest oczywista” i „do wygrania”. Czy na pewno? Z tego zakresu najczęściej trafiają do mnie sprawy dotyczące przebiegu cholecystostomii laparoskopowej, czyli laparoskopowego wycięcia pęcherzyka żółciowego.

Pierwszy raz taką operację wykonano w 1987 roku. Od tego czasu zabiegi metodą laparoskopową wykonywane są bardzo często i zastępują metodę klasyczną, ponieważ laparoskopia ma wiele zalet. Z mojej perspektywy, mogłabym złośliwie powiedzieć: zbyt często. Dlaczego? Ponieważ ta metoda nie jest pozbawiona wad, a do jej bezpieczeństwa lekarze podchodzą czasem bezkrytycznie. Statystyczna ilość powikłań ma się często nijak do realnego zagrożenia dla pacjenta, ponieważ nie prowadzi się niestety analiz, które pokazywałyby ilość powikłań, jakie wystąpiły po operacji wykonanej przez konkretnego chirurga, albo w danej placówce.

W moim odczuciu do laparoskopii podchodzi się czasem hurra optymistycznie, nie zważając na podwyższone ryzyko związane z przebiegiem dotychczasowego leczenia pacjenta (np. duża ilość zrostów w obrębie jamy brzusznej), nietypową budową anatomiczną narządów czy czynnikami ryzyka po stronie pacjenta (np. otyłość). Dodatkowo, pacjent nie uzyskuje informacji, jakie doświadczenie w laparoskopii ma chirurg, który będzie wykonywał jego operację.

Spotkałam się z podziałem przyczyn uszkodzenia dróg żółciowych podczas operacji cholecystektomii laparoskopowej na „3D”: „dangerous anatomy” (niebezpieczna anatomia – anomalie anatomiczne), „dangerous pathology” (niebezpieczna patologia – np. ostry stan zapalny) i „dangerous burgery” niebezpieczna chirurgia (tzw. czynnik ludzki). Jeżeli w przypadku pacjenta budowa anatomiczna jest typowa, a równocześnie nie odnotowano istotnej patologii, to na zdrowy chłopski rozum jedyną możliwą przyczyną uszkodzenia dróg żółciowych pozostaje działanie chirurga. Czyli chodzi o „trzecie D”: „niebezpieczną chirurgię”, czyli niedoświadczenie lub dekoncentrację operatora.

A jak to wygląda na sali sądowej? Prześledźmy na przykładzie.

• Jest oczywiste, że u pacjentki doszło do śródoperacyjnego uszkodzenia dróg żółciowych:

„(…) w trakcie zabiegu operacyjnego cholecystektomii laparoskopowej doszło u powódki do przecięcia i zamknięcia klipsami przewodu wątrobowego wspólnego, poniżej podziału przewodu wątrobowego na prawy i lewy przewód żółciowego” (cytat z opinii biegłego),

• zdaniem biegłego lekarz operujący wyciął inną strukturę niż zamierzał: „Przyczyną powstania urazu śródoperacyjnego było niezamierzone wycięcie odcinka przewodu żółciowego wspólnego wraz z usuwanym pęcherzykiem żółciowym.”,
ale

• wycięcie niewłaściwej struktury, jak podkreśla biegły, nastąpiło z powodu omyłki: „Zaklipsowanie przewodu wątrobowego było wynikiem omyłkowej identyfikacji tej struktury jako przewodu pęcherzykowego, który jest klipsowany i przecinany przy usuwaniu pęcherzyka żółciowego.”.

I już. Omyłka, a nie błąd. „Niezamierzone zaklipsowanie drogi żółciowej”.

Logika rozumowania niektórych biegłych robi wrażenie: nie ma nagrania z operacji (mimo technicznych możliwości jego wykonania), a zatem nie jest możliwe ocenienie po fakcie, co było przyczyną pomyłki w identyfikacji struktur. Gdyby można było przeanalizować przebieg operacji i znaleźć krytyczny moment, to można byłoby próbować odtworzyć mechanizm powstania tego powikłania. Zespół operacyjny tworzyli doświadczeni chirurdzy, opis operacji nie wskazuje na żadne trudności, a zatem nie można obarczać winą za to wykonującego ten zabieg chirurga. To, czy jego dyspozycja psychofizyczna nie była wystarczająca, żeby podejmować się operacji, nie jest możliwe do ustalenia w żadnym stopniu prawdopodobieństwa.

Zatem nie ma błędu, bo nie jesteśmy w stanie udowodnić, że za elementarny błąd: wycięcie odcinka przewodu wątrobowego wspólnego i jego zaklipsowanie, odpowiada szpital?

Na szczęście nie jest tak źle. Pacjent jest w stanie udowodnić, że do takiej pomyłki doświadczony, skoncentrowany i odpowiednio przygotowany do operacji lekarz nie powinien doprowadzić. I to nawet przy braku nagrań z operacji (po co nagrywać, skoro takie nagranie w razie kłopotów może świadczyć przeciwko szpitalowi czy lekarzowi?). Fakt, że nie są to łatwe sprawy, ale z drugiej strony, który proces o błąd medyczny jest łatwy…

Smutne jest tylko to, że jak pokazuje przebieg postępowań o odszkodowanie przeciwko szpitalom, nikt nie analizuje poszczególnych zdarzeń, wrzucając wszystkie „pomyłki w identyfikacji struktur” podczas laparoskopii do jednego worka: powikłań, z którymi pacjent powinien się był liczyć i o których został uprzedzony, kiedy wyrażał świadomą zgodę na operację.

 

Ministerialny zespół ds. absurdów w prawie, oficjalnie zwany Zespołem do opracowania raportu dotyczącego uproszczenia regulacji dotyczących wykonywania działalności leczniczej,  zakończył swoją pracę i przedłożył Ministrowi Zdrowia końcowy raport.

Jak wynika z informacji wstępnych zawartych w raporcie, celem zespołu było wskazanie tych przepisów, które utrudniają życie podmiotom wykonującym działalność leczniczą.

To  poniekąd wyjaśnia skład zespołu, w którym zabrakło miejsca dla przedstawiciela Rzecznika Praw Pacjenta i organizacji pacjentowskich.

Wyjaśnia też takie krytyczne uwagi raportu, jak poniżej omówione.

Jednocześnie, uprzedzając głosy krytyczne, składam dwa zastrzeżenia:

– podane przeze mnie przykłady są jedynie przykładami. Raport jest bardzo obszerny, a spora część zawartych w nim uwag jest trafnych;

– zawsze można twierdzić, że cytowane przeze mnie fragmenty są wyrwane z kontekstu. Starałam się jednak zadbać o kontekst.

Przejdźmy zatem do konkretów.

  • „W ocenie Zespołu trudno oprzeć się wrażeniu, że często u podstaw przepisów dotyczących działalności leczniczej leży dość osobliwe założenie: z uwagi na „dobro pacjenta” (…) mniejszym błędem będzie zaprojektowanie przepisu bardziej restrykcyjnego wobec podmiotów wykonujących działalność leczniczą. Niestety brak jest pogłębionej refleksji, iż wykonanie każdego obowiązku określonego w prawie po prostu kosztuje”.

Mój komentarz: eureka! Spełnienie wymogów gwarantujących bezpieczeństwo pacjentów rzeczywiście kosztuje. Może zatem zrezygnujmy z nich, bo przecież – kierując się logiką powyższego stwierdzenia – podmioty lecznicze i tak dobrowolnie, nie mając restrykcyjnych przepisów, zadbają o „dobro pacjenta”. Tyle, że bezkosztowo. A „dobro pacjenta” – jak w oryginale – w cudzysłowie.

  • Uwaga dotycząca sposobu prowadzenia dokumentacji medycznej: obowiązek numerowania stron, kiedy każdą kartę należy ponumerować ręcznie, zdaniem Zespołu jest zbędny. Podmiot leczniczy ma tylko oświadczać, że dokumentacja jest kompletna.

Mój komentarz: w przypadku dokumentacji papierowej, tylko ponumerowane strony dokumentacji wraz z oświadczeniem, że dokumentacja zawierająca karty „od … do …”  gwarantują pacjentowi, że uzyskał kserokopię pełnej dokumentacji medycznej. Ile to razy widziałam kilka różnych wersji „kompletnej dokumentacji medycznej”  – wszystkie wydane przez ten sam podmiot leczniczy…

Podobne uwagi odnoszą się do postulowanej w raporcie rezygnacji dokumentowania przez lekarza „rutynowych czynności”. Czyżby czekał nas powrót do czasów, że brak jakichkolwiek wpisów do dokumentacji przez kilka dni, w procesie o błąd medyczny jest tłumaczone jako „stan pacjenta był bez zmian”, czyli dobry?

  • Ciekawe, co powiedzą zakaźnicy na passus: „Z kolei karta oceny wystąpienia ryzyka zakażenia jest sporządzana dla każdego pacjenta i nie wnosi nic nowego”.

Mój komentarz: Kwalifikacja pacjenta do określonej grupy zakażenia szpitalnego jest istotną informacją dla personelu. Ma znaczenie dla planowanego leczenia i pielęgnowania chorego, minimalizując ryzyko wystąpienia powikłań.

  • Zamiast obowiązku złożenia oświadczenia przez pacjenta o upoważnieniu innych osób do uzyskiwania informacji o stanie zdrowia lub do dokumentacji medycznej albo oświadczenia, że pacjent „nikogo nie upoważnia” (tak jest dzisiaj), zespół postuluje poinformowanie pacjenta „w zwyczajowo przyjętej formie” o prawie do złożenia takich oświadczeń.

Mój komentarz: gdyby nie doświadczenia (złe!) związane z tym, jak dzisiaj wygląda informowania pacjentów o planowanym leczeniu i ryzyku powikłań, to może dałabym się przekonać… Biorąc jednak pod uwagę fakt, jak bardzo personel medyczny nie potrafi rozmawiać z pacjentami, lepiej, żeby pacjenci nadal mieli odpowiednią rubrykę w dokumentacji, gdzie składają swój podpis pod oświadczeniem w sprawie upoważnienia innych osób do kontaktów z lekarzami i pielęgniarkami.

  • Jeszcze dalej idzie postulat, aby określić „jednolity zakres danych koniecznych dla udokumentowania zgody na zabieg”.

Mój komentarz: zgoda pacjenta powinna być zindywidualizowana, bo nie ma dwóch identycznych planów leczenia i – co ważniejsze – ryzyko powikłań, o których ma być informowany pacjent, jest praktycznie w każdym przypadku inne.

  • I ostatnie: likwidacja urzędu Rzecznika Praw Pacjenta (lub zasadnicza zmiana jego roli i uprawnień). Najważniejsze zarzuty Zespołu: działania Rzecznika są działaniami noszącymi znamiona działań nie merytorycznych, a stanowisko RPP nagminnie nie uwzględnia „uwarunkowań i ograniczeń systemu ochrony zdrowia i pracujących w nim lekarzy i pielęgniarek”.

Wojewódzkie Komisje do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych także należy zlikwidować, bo umożliwiają pacjentom bezkosztowe badanie ich pozycji procesowej, a pacjenci odrzucają propozycje ubezpieczycieli i występują do sądów z kilku- albo kilkunastokrotnie wyższymi żądaniami (skąd dane o propozycjach ubezpieczycieli? Przecież od dawna szpitale nie mają obowiązku się ubezpieczać od zdarzeń medycznych…).

Mój komentarz: brak mi słów.

Według  Wikisłownik, polskie przysłowie zawarte w tytule oznacza tyle co: „sympatia, pomoc, przychylność osób bogatych, na wysokich stanowiskach łatwo ulega zmianom, jest niestała i zależna od chęci, kaprysów”.

Ok, ani Sąd Najwyższy nie jest pstrym koniem, ani wyroki to nie łaska, ale coś na rzeczy z brakiem stałości co do poglądów na temat odsetek jest:-)

Odsetki od zadośćuczynienia są rzeczą istotną, szczególnie w sprawach o błędy medyczne, bo procesy – w zależności od stopnia skomplikowania sprawy – mogą się toczyć latami. Jak długo? Najkrótsze prowadzone przez mnie postępowanie trwało 2 lata, najdłuższe 15 lat (ale przejęłam je w stanie… hmm, bardzo zabałaganionym, po innym pełnomocniku, którego sprawa przerosła; od tego momentu udało się je zakończyć w – bagatela! – 5 lat…).  W związku z ustabilizowanymi poglądami Sądu Najwyższego, który – co by nie mówić – nadaje ton sądom niższych instancji, zawsze jednak pocieszałam klientów, żeby nie martwili się czasem trwania procesu, bo po pierwsze: są w dobrych rękach:-), a po drugie: można na sprawę w sądzie patrzeć jak na korzystną lokatę: nie dość, że sprawie nie grozi już przedawnienie, to odsetki za czas procesu (czyli, mówiąc językiem kodeksu cywilnego, za czas opóźnienia) wynoszą aktualnie 7 %.

Sąd Najwyższy stał bowiem ostatnio stabilnie na stanowisku, że zapłata zadośćuczynienia powinna nastąpić niezwłocznie po wezwaniu dłużnika do zapłaty. Za wezwanie traktuje się ostatecznie moment doręczenia pozwu. Jeśli dłużnik jest świadomy tego, że powinien zapłacić, a nie płaci, należą się odsetki za czas takiego opóźnienia. Przekładając to na relacje pacjent – szpital – ubezpieczyciel, nie ma żadnych podstaw ku temu, żeby czas trwania procesu uprzywilejowywał szpital czy towarzystwo ubezpieczeniowe, w którym szpital wykupił polisę.  Odsetki mają zapewnić poszkodowanemu swego rodzaju zryczałtowane wynagrodzenie za korzystanie ze środków pieniężnych, które mu się należą.

W ostatnim czasie został jednak wydany nieco niepokojący wyrok Sądu Najwyższego, którego najważniejszy fragment brzmi:

„Ustalenie wysokości zadośćuczynienia wg cen i z uwzględnieniem okoliczności na datę wyrokowania może uzasadniać przyznanie odsetek dopiero od tej daty, a nie już od daty wytoczenia powództwa.”

Czy jest to rewolucyjne rozstrzygnięcie? Nie. Co więcej, właściwie potwierdza, że przyznanie odsetek od daty wydania wyroku jest wyjątkiem, a nie regułą.

Kiedy takie rozstrzygniecie będzie trafne? Wówczas, kiedy w wyroku – jak w postępowaniu, w którym zapadło omawiane orzeczenie – sąd weźmie pod uwagę te elementy szkody i krzywdy poszkodowanego, które powstały dopiero po wezwaniu do zapłaty (po wniesieniu pozwu). Wysokość zasądzonej poszkodowanemu kwoty zadośćuczynienia w tym konkretnym przypadku uwzględniała bowiem także takie skutki wypadku, które powstały już po dacie wniesienia pozwu, a mianowicie element krzywdy w postaci rozpadu małżeństwa powoda.

Rzeczywiście, byłoby nawet nielogiczne, żeby „karać” dłużnika odsetkami od niezapłaconej kwoty, jeśli na ostateczną wysokość długu miały wpływ okoliczności, które nawet jeszcze się nie wydarzyły w momencie, kiedy poszkodowany wzywał dłużnika do zapłaty rekompensaty…

Nie jest to sytuacja częsta (że szkoda poszkodowanego ewoluuje w trakcie postępowania), zatem  – podsumowując – nie ma co się przesadnie martwić o odsetki.

Przyznać muszę, że w tej sytuacji także tytuł tego wpisu nie jest trafny. Bo nie dość, że  Sąd Najwyższy nie jest pstrym koniem, a wyroki to nie łaska, to nawet do braku stałości przyczepić się nie można:-)

O czym sama siebie powyższym wywodem ostatecznie przekonałam, czyli c.b.d.u.:-)

 

 

Nie tak dawno pisałam o moich doświadczeniach z sądem w Londynie i o tym, jak na wyspach wygląda rozpatrywanie roszczeń poszkodowanych. Emocje, związane z występowaniem przed tamtejszym sądem, trochę już w mnie opadły, ale nadal jestem pod wrażeniem tego, jak w Wielkiej Brytanii stosuje się prawo.

Taka na przykład koronna zasada, która jest niemal identyczna  (tylko inaczej zapisana) w obu systemach prawnych: że otrzymane przez poszkodowanego odszkodowanie, zadośćuczynienie i inne świadczenia za doznane szkody na zdrowiu mają być pełną i sprawiedliwą rekompensatą.

Mówiąc potocznie: chodzi o to, żeby poszkodowany w miarę możliwości znalazł się po wypłacie odszkodowania w takim położeniu w jakim byłby, gdyby wypadek (błąd medyczny lub inny) nigdy się nie wydarzył.

Wydaje się to proste? Nic bardziej mylnego. Skupmy się na takiej przykładowo rencie z tytułu zwiększonych potrzeb. Przepis mówi, że jeżeli zwiększyły się potrzeby poszkodowanego, może on żądać od zobowiązanego do naprawienia szkody odpowiedniej renty.

Czym są te potrzeby i kiedy wydatki na ich zaspokojenie będą uznane w Polsce przez sąd za „odpowiednie”? Na pewno renta musi zindywidualizowana, czyli „skrojona na wymiar”, bo nie ma dwóch identycznych sytuacji.  Musimy też sąd przekonać zarówno co do tego, że te zwiększone potrzeby, czyli konieczność stałego ponoszenia zwiększonych wydatków, w ogóle istnieje,  jak i do tego, że jest ona następstwem wypadku (błędu medycznego).  W drugiej kolejności wykazania wymaga, ile co kosztuje…

Nie wiadomo właściwie, co jest w tym wszystkim najtrudniejsze, bo generalnie doprowadzenie do   przyznania w wyroku pełnej renty do łatwych zadań dla pełnomocnika nie należy…

Typowe składniki renty na zwiększone potrzeby to:

  • koszty opieki. Najczęściej jest sprawowana przez członków rodziny i – co ważne – nie trzeba wówczas udowadniać, że się za taką opiekę fizycznie płaci. Wystarczy wykazać, że istnieje potrzeba opieki nad chorym;
  • koszty zakupu leków;
  • koszty leczenia i zabiegów rehabilitacyjnych  – tu przydają się zaświadczenia, skierowania, faktury i dokumentacja medyczna na poparcie, że faktycznie takie wydatki trzeba regularnie ponosić.  Warto przypomnieć, że od niedawna w tym zakresie jest nieco łatwiej: już nie trzeba udowadniać, że uzyskanie danego świadczenia „na NFZ” w ogóle nie było możliwe;
  • koszty dojazdów do lekarza i na zabiegi – tu też przydatne są paragony z taksówki i bilety komunikacji miejskiej, a z pewnością rachunki za benzynę, jeśli dojazdy odbywają się prywatnym samochodem;
  • koszty specjalnej diety –  z tym jest najczęściej kłopot, bo trudno udowodnić, że takie żywienie jest droższe niż „normalne”, i o ile (najczęściej jest tańsze…);
  • koszty przyszłego zaopatrzenia ortopedycznego i cyklicznej wymiany sprzętów rehabilitacyjnych.

Z bardziej nietypowych składników renty na zwiększone potrzeby, o jakie już zdarzyło mi się z powodzeniem ubiegać w procesach sądowych, można wymienić:

  • koszty pomocy przy zwykłych czynnościach domowych: zakupach, przygotowywaniu posiłków czy sprzątaniu – te obowiązki przecież nie są częścią opieki nad chorym, a ktoś je musi wykonywać;
  •  koszty fryzjera – udowodniliśmy, że z uwagi na niedowład prawej ręki, poszkodowana nie jest w stanie sama ułożyć sobie fryzury;
  • koszty siłowni – celowy wówczas, kiedy np. stan poszkodowanego wymaga utrzymywania ogólnej sprawności organizmu i pracy nad zmysłem równowagi (poszkodowana, która straciła wzrok) czy odpowiedniej wagi ciała (w przypadku osoby po amputacji);
  • koszty basenu z instruktorem – podobnie jak w przypadku siłowni;
  • koszty dojazdu do szkoły – dla częściowo sparaliżowanego dziecka;
  • koszty szkoły społecznej  – dla dziecka, które wymaga zindywidualizowanego podejścia do nauki;
  • koszty sprzętu komputerowego wraz z oprogramowaniem – jako wspomaganie edukacji niepełnosprawnego dziecka – wraz z regularną wymianą w przyszłości.

W procesach, które są jeszcze w toku, moja kancelaria walczy m.in. o to, by w skład renty weszły wydatki na:

  • coroczny wyjazdu na narty wraz z przewodnikiem osoby niedowidzącej – dla poszkodowanej, która na skutek błędu medycznego straciła wzrok, a przed tym była zapaloną narciarką;
  • regularne mycie samochodu oraz opiekę nad ogrodem – dla poszkodowanego, który z uwagi na niepełnosprawność nie jest w stanie dłużej osobiście takich czynności wykonywać.

Jak dotąd nie miałam okazji występować o zwrot regularnych wydatków na przykład na wyprowadzanie psa, ale w Londynie to nic szczególnego, więc wszystko przede mną. Czerpię z najlepszych wzorców;-) Różnica polega jednak na tym, że przed polskim sądem wykazanie potrzeby cotygodniowego wykonania fryzury w salonie fryzjerskim  – jak w przykładzie przytoczonym wcześniej – graniczy najczęściej z cudem i wymaga opinii biegłego, czujnego rzutu oka sędziego na powódkę, rachunków, a czasem i przesłuchania samego… fryzjera. W Londynie sądowi wystarczy zwykle w takich przypadkach sięgnięcie do tzw. zasad doświadczenia życiowego, a już na pewno, gdy sąd jest kobietą:-)