Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Toczy się walka o tron.

Ustawa o zawodzie fizjoterapeuty ma wejść w życie 31 maja 2016 r. Czy wejdzie, nie wiadomo, bo trwają legislacyjne przepychanki.

Lekarze mówią, że przepisy zagrażają życiu i zdrowiu pacjentów, bo rehabilitacja prowadzona bez skierowania lekarza może wyrządzić więcej szkody, niż pożytku.

Fizjoterapeuci są zdania, że nowe przepisy mocniej chronią pacjenta, a zmiany w zasadach udzielania świadczeń są tylko na lepsze. W Polsce, w ramach usług komercyjnych, pacjenci zgłaszają się do fizjoterapeutów bez rozpoznania i skierowania lekarskiego od ponad pięćdziesięciu lat.

Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze.  Po wdrożeniu nowych przepisów pacjent nie będzie już potrzebował skierowania od lekarza nie tylko na zabiegi wykonywane prywatnie, ale i na NFZ. To szczególnie boli lekarzy. Gdyby podzielić obawy co do nowej ustawy, to nawet na zabiegi komercyjne musielibyśmy mieć skierowanie, co oczywiście wydłużyłoby czas oczekiwania na fizjoterapię. Wzrosną wtedy koszty leczenia, bo najpierw trzeba będzie albo zapłacić za wizytę u lekarza, żeby ten wydał skierowanie na fizjoterapię, albo odstać swoje w kolejce w placówce publicznej – też po niezbędne skierowanie.  Czas będzie płynął. Czy to nie jest zagrożenia dla zdrowia i życia pacjentów?

Osobną kwestią jest wiedza lekarzy, między innymi ortopedów, na temat wymaganej fizjoterapii. Jestem zdania, że może być nawet tak, jak to napisał jeden z internautów (jak wynika z treści, fizjoterapeuta):

90% źle wypisanych skierowań, ponad połowa nieczytelnych prawie wcale, a co najmniej 30% źle zdiagnozowanych pacjentów! I co wtedy zrobić? Poza tym, po co drogie kursy i lata nauki? Skoro będzie można robić tylko to co na tych żałosnych skierowaniach, to może zlikwidujmy całkowicie fizjoterapię. Żeby obsłużyć maszynę czy założyć podwieszki można nauczyć byle kogo.”.  

Spór o rzekomy brak profesjonalizmu fizjoterapeutów jest w dużej mierze pozorny.  W myśl ustawy, wykonywanie zawodu fizjoterapeuty polega nie na „leczeniu” (kosztem kompetencji lekarzy), a na diagnostyce funkcjonalnej pacjenta: kwalifikowaniu, planowaniu i prowadzeniu fizykoterapii oraz kinezyterapii, a także na dobieraniu do potrzeb pacjenta wyrobów medycznych. Przepisy gwarantują  fizjoterapeucie prawo wglądu do dokumentacji medycznej pacjenta i do uzyskania od podmiotu udzielającego świadczeń zdrowotnych informacji o jego stanie zdrowia.

Gdzie więc tu jest szkoda pacjenta?

Szkody nie ma, jest korzyść. Dobry fizjoterapeuta potrafi na czas rozpoznać problem i odpowiednio zareagować, jak w przypadku pacjentki, która zgłosiła się do szpitala z urazem barku. Wykonane zdjęcia RTG nie zostały prawidłowo zinterpretowane przez lekarza ortopedę. Nie wykonano też badań pomocniczych. Efekt: w szpitalu nie rozpoznano u powódki współistniejącego – obok złamania podgłowowego kości ramiennej prawej  – zwichnięcia stawu barkowego z wbitą panewką łopatki w głowę kości ramiennej, czyli tzw. zaklinowanego zwichnięcia stawu barkowego.

Niepełna diagnoza zdeterminowała cały późniejszy proces leczenia poszkodowanej pacjentki. Leczenie, od początku źle ukierunkowane przez lekarza, spowodowało ogromny ból, destrukcję tkanek w obrębie urazu oraz znaczne ograniczenie ruchomości prawej ręki. Dodać należy, że pacjentka była pod stałą kontrolą ortopedy, zgłaszała swoje dolegliwości i obawy. Ostatecznie, po interwencji fizjoterapeuty, pacjentka prywatnie wykonała dodatkowe badania obrazowe i udała się na konsultację do innego ośrodka. Dopiero wówczas została postawiona prawidłowa diagnoza.

Mimo przeprowadzenia operacji naprawczej przez najwyższej klasy specjalistę poszkodowana nie odzyskała pełnej sprawności ruchowej i nie pozbyła się dolegliwości bólowych. Sąd wycenił jej krzywdę na 150 tys. złotych zadośćuczynienia plus odszkodowanie i rentę.

Kto więc powinien wygrać walkę o tron?

Pacjenci.

 

Po wstępnej analizie dokumentacji medycznej nadesłanej przez pacjentkę, coś mi się nie zgadzało. Opis leczenia, sporządzony przez poszkodowaną, nie miał pełnego odzwierciedlenia w historii choroby. Przekazałam pacjentce, że nie mogę się wypowiedzieć na temat szans procesowych bez znajomości pełnej dokumentacji medycznej. W odpowiedzi napisała tak:

„Dziękuję bardzo za odpowiedź, ale już wyjaśniam:  w systemie szpitala są zarejestrowane tylko moje dwie wizyty, które odpisy dostałam i oczywiście je do Państwa wysłałam.  Co do reszty wizyt, to w archiwum szpitala powiedziano nam, że mam się zgłosić bezpośrednio do ordynatora oddziału ortopedii, bo tych wizyt oficjalnie nie ma w systemie.

Oczywiście, mąż był dwa razy u tego doktora, ale nas zbywa twierdząc, że leczenie nie jest jeszcze zakończone i jak będzie miał czas to przygotuje. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale jak brałam te dwa dokumenty z bazy danych szpitala to Pan, który mi je wydawał, zadał pytanie czy ja chodziłam prywatnie do tego doktora czy państwowo? Ja odpowiedziałam, że wszystkie wizyty miałam w szpitalu,  nigdzie indziej nie chodziłam, więc gdzie jest dokumentacja. A na potwierdzenie tego, że byłam w szpitalu na wizytach, są te trzy paragony za RTG, za które płaciłam, bo doktor ten twierdził, że będzie szybciej, więc on wystawiał nam  skierowanie, a ja szłam na RTG i następnie po tym prześwietleniu na wizytę do jego gabinetu w szpitalu.”

Przepisy mówią między innymi tak:

  • wpisu w dokumentacji dokonuje się niezwłocznie po udzieleniu świadczenia zdrowotnego, w sposób czytelny i w porządku chronologicznym;
  • każdy wpis w dokumentacji opatruje się oznaczeniem osoby dokonującej wpisu;
  • wpis dokonany w dokumentacji nie może być z niej usunięty, a jeżeli został dokonany błędnie, skreśla się go i zamieszcza adnotację o przyczynie błędu oraz datę i oznaczenie osoby dokonującej adnotacji;
  • strony w dokumentacji prowadzonej w postaci papierowej są numerowane i stanowią chronologicznie uporządkowaną całość. W przypadku sporządzania wydruku z dokumentacji prowadzonej w postaci elektronicznej, strony wydruku są numerowane.

Tyle teoria. Praktyka niestety wygląda zupełnie inaczej. Pacjenci, którzy zwracają się o dokumentację medyczną, dotyczącą ich leczenia, otrzymują czasem ze szpitala zbiór luźnych, nieponumerowanych kartek, w dodatku z  istotnymi brakami. Najczęściej brakuje kluczowych dokumentów: opisu operacji czy pisemnej zgody na zabieg. Często pojawiają się one  potem „cudownie odnalezione” – w załączniku do odpowiedzi na pozew. Żeby uniknąć takich sytuacji, proponuję zwracać się do placówek medycznych korzystając z formularza naszej kancelarii: wzór BFP.

Prawidłowa czy nie, dokumentacja medyczna pozostaje podstawowym dowodem w procesie o błąd medyczny. Co, jeśli nie ma w niej wszystkich zgłaszanych dolegliwości, istotnych informacji przekazanych podczas wywiadu, albo: w ogóle zniknęły wizyty, jak w przypadku, który opisałam na początku?

Problem nie jest wydumany. Szczególnie, jeśli wizyta odbywa się w prywatnej klinice, ale jest bezpłatna – to często nie ma po niej śladu „w systemie”! Podobnie, wizyty „na oddziale”, a nie w poradni – lekarz prosi, żebyś przyszedł w trakcie jego dyżuru „na oddział”, to on rzuci okiem… A potem szukaj wiatru w polu, to znaczy dokumentacji. Wówczas na dowód, że zgłosiliśmy się na kontrolę, przydają się rachunki z apteki na leki recepturowe, kopie recept, mail czy sms z potwierdzeniem terminu wizyty, itp.  Raz nawet przydała się karta przebiegu samochodu służbowego, bo pacjent był wożony przez kierowcę i każda trasa (na szczęście) była odnotowywana… Zeznania świadków mogą nie wystarczyć.

Dostrzegając problem nieprawidłowości w dokumentacji medycznej, za kontrole w szpitalach i przychodniach zabrała się ostatnio nawet Najwyższa Izba Kontroli.  Kontrola obejmowała lata 2013–2015. Stwierdzono, że w większości dokumentacja była prowadzona wbrew przepisom. Prezes NIK podał, że nieprawidłowości dotyczyły nie tylko kwestii formalnych, ale także procesu diagnozowania i leczenia pacjentów.

Uchybienia polegały też na braku możliwości zidentyfikowania osoby, która faktycznie wykonywała daną czynność. Nie jest to dla mnie nic nowego. Podczas rozpatrywania spraw w Wojewódzkiej Komisji ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych mam z taką sytuacją dość często do czynienia.  Starsi stażem lekarze „wysługują się” rezydentami, nakazując im wpisywać do systemu między innymi fakt badania pacjenta. W wydruku z dokumentacji treść dekursusu brzmi więc tak, jakby to lekarz rezydent osobiście, bezpośrednio badał pacjenta. W trakcie przesłuchiwania ten lekarz, zeznając jako świadek, wyjaśnia jednak, że on tylko wpisał „za Pana Profesora, albo innego starszego lekarza, ale już nie pamięta, kto wtedy mu to zlecił”, i że „taka była praktyka, że bada ordynator albo jego zastępca, a w system wpisuje jeden z młodszych asystentów”. Oczywiście, upływ czasu zwykle uniemożliwia odtworzenie faktycznego przebiegu leczenia. „Brak prawidłowej autoryzacji wpisów lub niekompletne dane, identyfikujące personel medyczny, uniemożliwiają przypisanie odpowiedzialności za leczenie pacjenta” – podaje NIK. Chciałoby się rzec: nic odkrywczego.

Lekarze, pytani o to, dlaczego dokumentacja medyczna jest często tak źle prowadzona tłumaczą, że  lekarz ma leczyć, a pielęgniarka opiekować się chorym, a nie wypełniać rubryczki, i jeszcze że są nadmiernie obciążeni biurokratycznymi wymogami NFZ.  Na pewno jest w tym ziarno prawdy.  Ale nie usprawiedliwia zwykłego niechlujstwa czy bałaganiarstwa. Pewien biegły tak to skomentował w opinii:

Karta zleceń lekarskich jest podstawowym dokumentem historii choroby każdego hospitalizowanego. Regulują to odpowiednie przepisy i mam nadzieję, że i regulamin tego szpitala. Dodatkowe informacje, ale tylko na własne potrzeby, mogą być zapisywane również gdzie indziej, np. na bilecie tramwajowym. Jedynym dokumentem obligującym do wykonania zlecenia jest zapis w karcie zleceń lekarskich.”

Chodziło o odnotowywanie zlecenia lekarskiego na wydruku KTG. Skąd położna miała wiedzieć, że ma go tam szukać? Czy prawidłowe wpisanie tego zlecenia w kartę zleceń zajęłoby więcej czasu? Na pewno nie. Czy pewne zasady, standardy prowadzenia dokumentacji służą między innymi temu, żeby uniknąć pomyłek i błędów w leczeniu, biorących się między innymi z braku przepływu informacji między członkami personelu medycznego? Z pewnością tak.

Nieczytelne i niekompletne wpisy mogą stanowić zagrożenie dla pacjenta – np. w sytuacji nagłego pogorszenia się jego stanu zdrowia i konieczności udzielenia natychmiastowej pomocy lekarskiej” – podaje raport NIK, i pozostaje się z nim w pełni zgodzić.

Mogę dodać jeszcze jedno: nierzetelna dokumentacja medyczna na ogół stwarza także poważny problem dowodowy w procesie o błąd medyczny.

 

Rekompensowanie szkód związanych z leczeniem w modelu pozasądowym” – to niekończąca się historia. Temat, którym od jakiegoś czasu epatuje się pacjentów, obiecując im gruszki na wierzbie. Mamy najnowsze propozycje ministerialne. Wcześniej były nimi wojewódzkie komisje.

Orzekam w takiej właśnie, małopolskiej Wojewódzkiej Komisji do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych. W 2012 roku temu, kiedy komisje zaczynały swoją działalność, potraktowałam to jako wyzwanie, bo rozstrzyganie kto ma rację: pacjent czy szpital, to jednak nieco inne zadanie, niż reprezentowanie pacjentów w sądach.  Doświadczenie? Bezcenne. Na pewno już lepiej rozumiem sędziów, którzy muszą wydać wyrok w oparciu jedynie o to, co mają „na stole” – czyli przede wszystkim dokumentację medyczną, zeznania świadków i opinie biegłych…

Komisje – w  zamierzeniu ustawodawcy – miały realizować „skandynawski” model pomocy pacjentom poszkodowanym w wyniku błędu lekarskiego. Rzeczywistość rozjechała się jednak z założeniami z kilku przyczyn. Najpierw tak długo pracowano nad definicją „zdarzenia medycznego”, że finalna wersja jest niemal niezrozumiała, nawet dla prawników. Można ją jednak łatwo poprawić… Ważne, że dzisiaj podstawowym kryterium jest działanie „niezgodne z aktualną wiedzą medyczną”, co nakazuje komisji poszukiwać błędu medycznego, czyli braku profesjonalnej staranności w diagnostyce lub leczeniu. Nadal jednak nie trzeba palcem wskazywać osoby winnej: lekarza czy pielęgniarki. Odpowiada za nich szpital.

Druga, najważniejsza – delikatnie rzecz ujmując – niedoróbka twórców tych przepisów, to fakt, że orzeczenia komisji są praktycznie martwe. To znaczy: komisja orzeka o zdarzeniu medycznym, czyli stwierdza, że leczenie było niezgodne z aktualną wiedzą medyczną, a szpital… oferuje pacjentowi zadośćuczynienie w wysokości 1 zł. Dlaczego? Bo nie ma żadnych sankcji, kar, za to, że szpital nie wyliczy odszkodowania tak, jak nakazują mu to przepisy. Istnieje „taryfa”, rozporządzenie Ministra Zdrowia precyzyjnie wskazujące ile i za co pacjentowi się należy. Ale się „nie przyjęła”. Dlaczego?

Z prostej przyczyny. Szpitale, szukając oszczędności, nie ubezpieczają się od zdarzeń medycznych, nie mają zresztą takiego obowiązku. Kiedy pacjent domaga się ustalenia przed komisją, że doszło do zdarzenia medycznego, ubezpieczyciel szpitala, który wystawił mu obowiązkową lub dobrowolną polisę OC (odpowiedzialności cywilnej), tak jak w ubezpieczeniach komunikacyjnych  – umywa ręce. Twierdzi, że to nie jest zdarzenie objęte tym ubezpieczeniem. Kiedy pacjent z tą samą sprawą idzie do sądu – dla ubezpieczyciela to już jest jak najbardziej przypadek, za który bierze odpowiedzialność. Czyli: szpitalowi opłaca się czekać, aż zdeterminowany pacjent skieruje swoje kroki do sądu, bo wtedy w razie przegranej zapłaci ubezpieczyciel. A gdyby za ten sam błąd, ale zwany zdarzeniem medycznym, szpital miał wypłacić po orzeczeniu komisji, musiałby zapłacić z własnej kieszeni. Czy jest to problem do rozwiązania? Oczywiście. Wystarczy jednoznacznie przesądzić, że zdarzenia medyczne są objęte już kupowanymi przez szpitale obowiązkowymi ubezpieczeniami OC, bo przecież tak w istocie jest.

Ten przydługi wstęp ma uzasadnić konkluzję: nie wierzę w najnowsze propozycje Ministra Zdrowia. Mamy mieć już nie błąd medyczny czy zdarzenie medyczne, a wypadek medyczny. Już nie model skandynawski, a nowozelandzki. Odszkodowanie za wypadki medyczne ma być przyznawane tak, jak za wypadki przy pracy: opisuje się sytuację wypadkową, bada się poszkodowanego, stwierdza określony uszczerbek na zdrowiu i wypłaca odszkodowanie.

Zaraz, zaraz: opisuje się – czyli kto opisuje, że ten właśnie pacjent ucierpiał na skutek wypadku medycznego? Czy może lekarze szpitala, w którym do tego doszło? Wydaje mi się, że nie będą się do tego palić… Kto bada poszkodowanego i stwierdza określony uszczerbek na zdrowiu? To akurat wiadomo: lekarze orzecznicy ZUS, czyli ci sami, którzy np. w sprawie mojego klienta, któremu amputowano nogę uznali, że wystarczy czasowe orzeczenie o niepełnosprawności. Klient stwierdził, że właściwie się cieszy, bo dano mu nadzieję, że kończyna odrośnie.  Dodatkowo, trzeba pamiętać, że lekarzom łatwiej się orzeka, kiedy niepełnosprawność jest spowodowana wypadkiem komunikacyjnym czy wypadkiem przy pracy, niż kiedy mają wyrokować w sprawie pacjenta, gdzie doszło do „wypadku medycznego” podczas leczenia prowadzonego przez kolegów po fachu. Widać to na przykładzie biegłych sądowych.

Poza burtą znajdą się ci pacjenci, którzy niewątpliwie stali się ofiarami „wypadków medycznych”, ale „pechowo” nie mają trwałego uszczerbku na zdrowiu. Przykład: podczas cholecystektomii laparoskopowej pomyłkowo („wypadkowo”) przecięto główne drogi żółciowe. Doszło do zapalenia otrzewnej, ponownej operacji, konieczności rekonstrukcji uszkodzonych dróg żółciowych. Dzięki protezie dróg pacjent funkcjonuje dziś w miarę normalnie. Leczenie trwało kilka miesięcy, w pierwszym okresie było zagrożenie życia. Wg  biegłych  sądowych nie ma trwałego uszczerbku na zdrowiu. Przez wiele miesięcy pacjent był jednak w stanie poważnego rozstroju zdrowia.

Kolejne pytanie: według jakich kryteriów ma być szacowany uszczerbek na zdrowiu? Przepisy, które stosuje się w sprawie wypadków przy pracy, są zupełnie nieadekwatne do uszczerbków spowodowanych innymi przyczynami. Teraz biegli, naciągając je niemiłosiernie, opierają się w opiniach na tej przestarzałej taryfie, ale to nie jest dobra praktyka. Poza tym, dzisiaj nie musimy określać uszczerbku na zdrowiu, żeby pacjent dostał zadośćuczynienie, bo to nie jest prosta matematyka: złotówki za procenty. A, właśnie.

Według Ministerstwa Zdrowia (podobnie zresztą, jak dotąd według ubezpieczycieli), to jednak jest prosta matematyka: 780 zł. za 1 % uszczerbku na zdrowiu. Czyli dla dziecka, które na skutek błędu przy porodzie (wypadku medycznego, wg nowej terminologii) i niedotlenienia cierpi na ciężką postać mózgowego porażenia dziecięcego, odpowiednim zadośćuczynieniem będzie 78.000 zł.?  Prawdopodobnie, tak jak teraz w postępowaniach przed wojewódzkimi komisjami, w razie przyjęcia takiej rekompensaty, trzeba będzie się też zrzec innych roszczeń. Co zatem z kosztami opieki, leczenia, utraconymi zarobkami? Minister Radziwiłł mówi, że zasadą ma być „pełne i rzeczywiste naprawienie szkody” i przywrócenie stanu zdrowia sprzed zdarzenia. Pięknie. Że pełne i rzeczywiste, przynajmniej od strony finansowej (780 zł. za 1 %…), nie będzie, to już wiemy. Przywrócenie stanu zdrowia sprzed zdarzenia? Świetny pomysł, tyle że w ramach „napraw gwarancyjnych” powstanie nowa grupa uprzywilejowanych pacjentów (poza dziećmi, kobietami w ciąży, pacjentami onkologicznymi, itd.) i będzie jak w Ryanair: kolejka „osób z pierwszeństwem do wejścia na pokład” będzie dłuższa niż standardowa.

I na koniec: kto wypłaca odszkodowanie? Orzeka orzecznik, płaci fundusz wypadkowy, powstały ze składek szpitali:  wszyscy, czyli nikt. Postępowanie w sprawie rekompensowania szkody wyrządzonej pacjentowi toczy się poza szpitalem. Jaką zatem szpital będzie miał  motywację, żeby wdrożyć działania zapobiegające wypadkom?  „ – Płacę i śpię spokojnie. Nie będę urządzał polowania na czarownice i szukał winnych.” – jakbym słyszała modelowego  dyrektora szpitala.

A wypadki (medyczne) chodzą po ludziach.  Zatem, zanim udasz się do ZUS po szybkie 780 zł. za 1 %, przemyśl to.

 

Pomyłka w podaniu leku

Jolanta Budzowska03 maja 20164 komentarze

Profesor Johannes Haushofer z Uniwersytetu  w Princeton opublikował swoje CV porażek. Tłumaczy to tym, że upublicznianie wyłącznie zwycięstw tworzy złudzenie, że błędy i porażki  się nie zdarzają, a przynajmniej nie ludziom sukcesu.

Czy upowszechnienie wiedzy o zdarzeniach niepożądanych w polskich szpitalach i analiza ich przyczyn zapobiegłyby powtarzalności niektórych tragicznych sytuacji?

Są takie wydarzenia, w które trudno uwierzyć nawet biegłym i prokuratorom, choć ci widzieli już w życiu chyba wszystko. Należą dramatyczne pomyłki w podaniu leków.

Niedawno na dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy została skazana znana łódzka anestezjolog. Sąd uznał ją winną nieumyślnego spowodowania śmierci trzymiesięcznego chłopca. Skazana zdaniem sądu podała mu w sposób niewłaściwy lek – zamiast dożylnie, do rdzenia kręgowego. Przed sądem jej obrońca argumentował, że lekarka została wprowadzona w błąd przez innego lekarza, że tak, a nie inaczej polecił jej podać lek hematolog.

W 2008 roku prawomocnie zakończył się proces cywilny w sprawie innego dziecka – w śląskiej klinice kilka lat wcześniej zamiast środka przeciwbólowego po operacji, dolędźwiowo podano mu 1, 5 l kroplówki żywieniowej. W tamtym procesie udało nam się niezbicie udowodnić, że pielęgniarka, która zapytała lekarkę po przywiezieniu chłopca na salę pooperacyjną, gdzie ma podłączyć wlew, otrzymała beztrosko rzuconą odpowiedź: „-Tam” – i lekarka pokazała palcem jedno w dwóch wyjść zlokalizowanych obok siebie.  Z tym, że wybrała źle. Wskazała na na cewnik prowadzący do kręgosłupa, zamiast na końcówkę  centralnego wkłucia dożylnego, do którego podaje się płyny.Zabrakło refleksji, sprawdzenia, personel działał „na oko” tam, gdzie wymagana była szczególna ostrożność. Sąd przyznał małemu pacjentowi „rekordową” wówczas kwotę zadośćuczynienia 700 tys. zł… Tyle, że chłopiec w wieku czterech lat został sparaliżowany od pasa w dół, a czasu nic i nikt nie cofnie.

Teraz znów reprezentuję poszkodowanych przeciwko tej samej klinice. Tym razem roztargniona pielęgniarka, na oczach matki, leki, które miały być podane do sondy dożołądkowej, podała pięciomiesięcznej dziewczynce dożylnie. Dziecko zmarło.

Kolejne dziecko, w jednym z pomorskich szpitali,  udało się na szczęście uratować. Po tym, jak dziewczynka chora na zapalenie płuc zagorączkowała, praktykant, uczeń szkoły pielęgniarskiej, podał jej syrop przeciwgorączkowy dożylnie, zamiast doustnie. Po chwili dziewczynka zaczęła tracić przytomność, wezwano lekarza. Walka o życie dziecka trwała ponad dwa tygodnie, do dziś nie wiadomo, jakie będę odległe skutki niefrasobliwości personelu.

Wszystkie te sprawy łączy jedno. Szpitale w mniejszym lub większym stopniu zaprzeczały lub zaprzeczają temu, że odpowiadają za pomyłki swoich pracowników. Że w ogóle doszło do pomyłki.

Wiadomo. Lekarze i pielęgniarki nie są bogami, a ich roztargnienie, nieuwaga czy brak zawodowej czujności mają często nieodwracalne skutki. Śmierć pacjenta to także ich osobista tragedia. W takich sytuacjach jednak odwaga cywilna, przyznanie się do błędu i próba pomocy jest tym, co najcenniejsze dla zrozpaczonych rodziców.

Tak jak nie mającą swojej ceny byłaby próba przekucia takich sytuacji w coś dobrego na przyszłość: może dzięki szpitalnemu, omawianemu na konferencjach i szkoleniach „CV tragicznych pomyłek” ktoś inny w przyszłości nie powtórzyłby tego samego błędu? Czyjeś życie udałoby się uratować?

„Chusta w brzuchu”

Jolanta Budzowska30 kwietnia 201611 komentarzy

„Chusta w brzuchu ”

Co może zostać przez przypadek w ciele pacjenta? Igła, fragment uszkodzonego narzędzia, a najczęściej chusta chirurgiczna.

Temat jest medialny, bo brzmi sensacyjnie. W jednym z artykułów red. Beata Terczyńska cytuje  anonimowego chirurga: „Dzielimy się na dwie grupy: tych, którzy już coś komuś zaszyli lub to zrobią. Gdy pacjent ma krwotok, naprawdę można przeoczyć chustę.”

Życie pokazuje, że można się z tym zgodzić. Do „przeoczenia chusty” dochodzi częściej, niż nam się wydaje.  O tym, do czyich obowiązków należy liczenie użytych tamponów, gazików czy narzędzi, i co z tego wynika, napiszę innym razem.  Dzisiaj opowiem historię Pana Jana (imię zmieniono).

Pan Jan, lat 66, w 2004 roku przeszedł operację kardiochirurgiczną. Trzy miesiące później, w tej samej klinice, ponownie zszywano mostek, bo wystąpiły powikłania. Pacjent czuł się coraz gorzej. W innym szpitalu wykonano TK klatki piersiowej (tomografię komputerową), gdzie uwidoczniono zmianę o wymiarach 12 cm/10 cm/10 cm, zidentyfikowaną jako krwiak uciskający lewą komorę serca. Z tym badaniem pacjent wrócił do kliniki kardiochirurgicznej. Tam jednak uznano, że „krwiak otorbił się i żyje własnym życiem”. Hospitalizacja w celu diagnostyki i leczenia nie przyniosła ulgi: pacjent skarżył się na duszności, męczyły go bóle i ucisk w okolicy mostka, nie mógł spać, bo nie było możliwe przyjęcie pozycji leżącej (drzemał półleżąc). Stan pacjenta był na tyle zły, że ZUS stwierdził niezdolność pacjenta do samodzielnej egzystencji. W 2012 roku widoczny w TK „otorbiony zbiornik płynowy” miał już wymiary 20 cm/15/cm/16/cm. Klinika odmówiła leczenia.

W 2012 roku, osiem lat po zabiegu kardiochirurgicznym, w innej placówce u pacjenta wykonano zabieg torakotomii, w trakcie którego stwierdzono obecność dużej gazy operacyjnej.  Wg relacji personelu medycznego, ciało obce w klatce piersiowej pacjenta było wymiarów… piłki do siatkówki. Pacjent stale ma drenaż w klatce piersiowej, ponieważ z rany wydobywa się ropa. Co kilka miesięcy musi być hospitalizowany.

Biegli nie mają wątpliwości co do tego, że wszystkie dolegliwości, na jakie skarżył się pacjent przez osiem lat były spowodowane pozostawieniem gazy operacyjnej w jego klatce piersiowej podczas operacji w 2004 roku. Wymaga codziennej opieki pielęgniarskiej w związku z tym, że rana cały czas nie jest wygojona i pomocy opiekuna.

Proces dobiega końca. Wkrótce wyrok albo ugoda.

Zadam takie pytanie, jakie zwykle moi klienci kierują do mnie: jakie zadośćuczynienie* powinien otrzymać pacjent?

 

* Aktualizacja wpisu: Sąd Okręgowy zasądził kwotę 125 tys. złotych zadośćuczynienia. Sąd Apelacyjny na skutek naszej apelacji zmienił wyrok Sądu I Instancji i zasądził 350 tys. zł. zadośćuczynienia, czyli ponad dwukrotnie większą sumę, niż za „odpowiednią” uznał Sąd Okręgowy!