Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Przeczytałam właśnie, że Sąd podtrzymał decyzję prokuratury o umorzeniu śledztwa w sprawie pomyłki podczas zapłodnienia pozaustrojowego w polickim szpitalu. W 2014 r. wskutek błędu przy zabiegu zapłodnienia in vitro w klinice ginekologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego pacjentka urodziła nie swoje dziecko. Nasienie męża, zamiast z komórką jajową żony, zostało połączone z komórką innej kobiety. Dziecko urodziło się z wadami genetycznymi.

Mam nadzieję, że postępowanie karne umorzono nie dlatego, że nie wykryto sprawców (pisemnego uzasadnienia jeszcze nie ma), bo to byłaby katastrofa.  Nie wyobrażam sobie, żeby nie było możliwe ustalenie, na jakim etapie doszło do pomylenia materiału.

Dokładnie z takimi samymi pomyłkami mamy przecież do czynienia w sprawie błędów histopatologicznych. Najczęściej niestety winny jest zwykły bałagan w zakładzie patomorfologii. W bałaganie łatwo dochodzi do pomylenia materiałów różnych osób. W efekcie ktoś, kto nie ma raka, dowiaduje się, że ma.

A co z tym pacjentem, którego tkanka, zawierająca rzeczywiście komórki nowotworowe, została przypisane innej osobie? Czy – i kiedy –  w ogóle dowie się, że jest chory? Przecież zamiana preparatów może nie dotyczyć tylko tych dwóch osób. Choć badanie histopatologiczne jest rozstrzygające dla diagnozy i dalszego leczenia, patomorfolodzy, a często i technicy, pracują pod presją czasu, bo jest ich zbyt mało. Wtedy zdecydowanie łatwiej o błąd medyczny.

Co możemy zrobić, gdy podejrzewamy, że otrzymane rozpoznanie histopatologiczne może być pomyłką?

  • Sprawdzić, czy data pobrania materiału, umieszczona na wyniku badania, zgadza się z rzeczywistą datą przeprowadzenia badania
  • Sprawdzić, czy opis zmiany się zgadza: np. zmiana miała kolor brunatny, a w wyniku patomorfolog opisuje ją jako szarą, białawą (o ile np. badanie dotyczy wycinka skóry)
  • Sprawdzić, czy rozpoznany rodzaj nowotworu jest typowy dla miejsca, z którego pobrano materiał (np. rozpoznano rodzaj raka typowego dla skóry ciała, a badano materiał z macicy)
  • Odebrać kostki parafinowe z zakładu patomorfologii i zlecić badanie innemu patomorfologowi
  • Zlecić badanie DNA materiału i porównanie z własnym DNA.

Więcej na ten temat pisałam tutaj.

W sprawie, o której wspomniałam na początku, zarzuty dotyczyły jednak nie badania histopatologicznego, a zabiegu in vitro: nieumyślnego narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu pokrzywdzonych, do których mogło dojść w wyniku błędu lekarskiego podczas zabiegu zapłodnienia in vitro.

Jak sądzę, właśnie w tym jest problem z umorzeniem postępowania karnego: w świetle przepisów nie można tu mówić o zagrożeniu życia lub zdrowia rodziców (matki, która urodziła chore dziecko). Polskie prawo nie przewiduje też odpowiedzialności karnej za to, że chore dziecko się w ogóle urodziło, to znaczy, za to, że poprzez samo doprowadzenie do jego urodzenia, narażono je na ciężki uszczerbek na zdrowiu (życie z chorobą)…

 

A lekarz poszedł do domu…

Jolanta Budzowska13 stycznia 2017Komentarze (0)

Właśnie przeczytałam, że w szpitalu w Poniatowej kontrola konsultanta wojewódzkiego wykazała skandaliczne zaniedbania organizacyjne.  Na oddziale Otolaryngologii i Onkologii Laryngologicznej tego szpitala południu i w nocy była zaledwie jedna pielęgniarka. Lekarz był wyłącznie pod telefonem.

„Operator przeprowadzający rozległe operacje jest dostępny tylko pod telefonem i w przypadkach nagłych dociera dopiero po wielu godzinach do wykrwawionych pacjentów” – pisze konsultant wojewódzki do spraw otolaryngologii.

Wyjątek czy reguła?

W wielu procesach, które prowadziłam i prowadzę, sedno sprawy polega właśnie na nierozpoznaniu powikłań na czas i niewykonaniu operacji naprawczej w trybie pilnym. Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, najczęściej nie chodzi o nieprawidłowo wykonaną operację, a o komplikacje po. Ale nic dziwnego, że można nie dostrzec objawów krwotoku w jamie brzusznej albo perforacji jelita i zapalenia otrzewnej, gdy jedna pielęgniarka ma pod opieką trzydziestu pacjentów.

Druga sprawa, to obecność kompetentnego lekarza. Jest tajemnicą poliszynela, że w trybie dyżurowym (popołudniami, nocą, w weekendy) na posterunku zostają lekarze bez specjalizacji, którzy boją się podjąć decyzji o reoperacji lub nie są w stanie samodzielnie się jej podjąć i czekają do rana, aż przyjdzie „Pan Ordynator”. Tyle, że rano jest już czasem za późno.

Nic dziwnego też, że można nie udzielić pacjentowi pomocy na czas i doprowadzić do przewlekłego niedotlenienia mózgu po NZK, gdy po telefonicznym wezwaniu przez jedyną na oddziale pielęgniarkę, lekarz z sąsiedniego oddziału przychodzi do duszącego się pacjenta po kilkunastu minutach, a i samo wezwanie jest spóźnione.

W tym akurat przypadku pacjent był przeniesiony zaledwie kilka godzin po skomplikowanej operacji na salę ogólną bez bezpośredniego nadzoru pielęgniarskiego. Nie, nie dlatego, że jego stan był tak dobry. Przeciwnie: lekarz anestezjolog po operacji zalecił ścisłą obserwację i monitorowanie parametrów życiowych w warunkach sali pooperacyjnej. Dlaczego zatem kilka godzin później lekarz dyżurny podjął ryzykowną decyzję o przeniesieniu? Powód jest prozaiczny: bo na sali pooperacyjnej nie było kogo przydzielić pacjentom do opieki. Na popołudnie i noc została jedna pielęgniarka na dwudziestu pacjentów na dwóch oddziałach.

Czy w takich przypadkach za stan pacjenta można winić pielęgniarkę czy lekarza dyżurnego?

Wg mnie nie.

Za błąd organizacyjny odpowiada szpital i to szpital wypłaci odszkodowanie za błąd medyczny, gdy pacjent (albo rodzina zmarłego pacjenta) udowodni, że opóźnienie w rozpoznaniu powikłania i nieudzielenie pomocy lekarskiej jest skutkiem braków kadrowych lub złej organizacji pracy.

 

 

 

Upadek w szpitalu

Jolanta Budzowska01 stycznia 201717 komentarzy

W ostatnim poście „Uszkodzenie mózgu czy nieudana operacja” proponowałam wykonanie testu „gdyby nie” – dla sprawdzenia czy mamy rację sądząc, że ktoś powinien ponieść odpowiedzialność za pogorszenie stanu zdrowia lub śmierć pacjenta.

Podobne wątpliwości mogą się rodzić szczególnie w sytuacjach na pozór oczywistych, gdy w szpitalu na przykład:

  • pacjent upada podczas samodzielnego poruszania się po korytarzu czy w np. w łazience,
  • pacjent spada z łóżka,
  • pacjent upada podczas przemieszczania się z łóżka na wózek, gdy np. jest przewożony na badania,
  • pacjent zsuwa się ze stołu operacyjnego.

Mimo, że najczęściej takie wypadki powodują poważne konsekwencje, odpowiedzialność szpitala nie jest oczywista.

Potknięcia się czy upadki zdarzają się przecież i w normalnych warunkach, poza szpitalem.

O odpowiedzialności szpitala możemy myśleć między innymi, gdy:

  • pacjent nie miał należytej opieki pielęgniarskiej (dozoru),
  • pacjent nie był należycie zdiagnozowany pod kątem ryzyka upadku,
  • pacjent nie był odpowiednio zabezpieczony (np. pasami lub podniesionymi barierkami łóżka),
  • pacjent za wcześnie został przeniesiony na salę bez monitoringu,
  • wyposażenie szpitala nie było odpowiednie do wymogów pacjentów: np. zbyt śliskie powierzchnie w sali rehabilitacyjnej.

Osobną historią jest ocena, na ile upadek pacjenta pogorszył jego stan zdrowia, utrudnił bieżące leczenie czy je opóźnił. Prawnicy nazywają to ustalaniem, czy zachodzi w sprawie adekwatny związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy wypadkiem, a szkodą na zdrowiu pacjenta.

Dopiero po analizie tych wszystkich aspektów możemy przesądzić, czy szpital rzeczywiście odpowiada za wypadek, do jakiego doszło na jego terenie i czy powinien zapłacić odszkodowanie za błąd medyczny (niezapewnienie pacjentowi bezpieczeństwa).

W ostatnich dniach przed Świętami zapadł wyrok sądu karnego w sprawie Szwedki, która przyjechała do Polski powiększyć piersi, a od czasu tragicznej operacji jest w śpiączce. Minęło sześć lat.

Skazano lekarkę anestezjolożkę, dwie pielęgniarki i byłego dyrektora szpitala. Sąd Rejonowy w Gdańsku uniewinnił tylko chirurga plastycznego. Sędzia uznał, że sam zabieg przebiegł prawidłowo, ale szpital nie zagwarantował prawidłowej opieki pooperacyjnej.

Ta sprawa to dobry przykład, żeby zrozumieć, jak dochodzi do błędu medycznego i w jaki sposób pacjent lub jego rodzina może po wszystkim ustalić, co się naprawdę wydarzyło w szpitalu.

Właściwie nie ma najmniejszego znaczenia, że była to operacja plastyczna, choć media głównie na ten aspekt kładły nacisk. Może z wyjątkiem okoliczności, że cała sprawa wygląda jeszcze bardziej przerażająco, kiedy zestawi się fakty: młoda kobieta, która w ogóle nie musiała się znaleźć na stole operacyjnym, po zabiegu jest w stanie wegetatywnym – nie mówi, a jej kontakt ze światem jest bardzo ograniczony. Rokowania są złe.

Sąd uniewinnił lekarkę chirurga. Nie mógł rozstrzygnąć inaczej, bo choć to brzmi okrutnie, sam zabieg się udał: piersi zostały powiększone zgodnie z życzeniem pacjentki, a implanty wszczepiono prawidłowo.

Błędy popełniono na etapie opieki pooperacyjnej. U pacjentki doszło do zatrzymania oddechu i krążenia, a w konsekwencji do poważnego uszkodzenia mózgu. Według ustaleń sądu, pielęgniarki nie zachowały się w sposób prawidłowy. Nie było właściwej reakcji na to, co działo się z pacjentką. Prokuratura oskarżyła w tej sprawie dwie pielęgniarki, które zajmowały się Szwedką po zabiegu. Nie doglądały pacjentki jak trzeba i zbyt późno zauważyły, że dzieje się z nią coś niedobrego. Zarzucono im nieumyślne spowodowanie u pokrzywdzonej ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Anestezjolog, która znieczulała szwedzką pacjentkę, nie przewidziała możliwości skumulowania się niepożądanych działań leków zastosowanych podczas znieczulenia. Jakby tego było mało, zgodziła się, żeby pacjentka dochodziła do siebie po operacji w miejscu, gdzie nie było właściwego nadzoru pooperacyjnego.

Z zeznań, jakie złożyli pracownicy szpitala wynika, że w urządzeniach monitorujących parametry życiowe Szwedki był najprawdopodobniej wyłączony alarm dźwiękowy…

A po wszystkim personel medyczny próbował zatuszować to, co się działo w tym szpitalu. Lekarka anestezjolog odpowiadała też przed sądem za podmienienie i zmianę danych w karcie znieczulenia.

Jak to jest możliwe? Tyle błędów, „zbiegów okoliczności”?

Można tę sytuację porównać do katastrof lotniczych.  Najczęstszą przyczyną jest błąd człowieka. Za połowę wypadków odpowiedzialni są piloci, do 10 proc. przyczynia się obsługa naziemna. Ze statystyk wynika, że aby doszło do tragedii, załoga musi popełnić aż siedem błędów. Tak wykazały badania specjalistów amerykańskiego Biura Bezpieczeństwa Transportu (NTSB), którzy w ciągu 40 lat zbadali ponad 500 wypadków lotniczych.

Ile błędów popełniono w przebiegu leczenia Szwedki, która poddała się „rutynowej” operacji powiększenia piersi? Czy tragedii udałoby się uniknąć, gdyby szpital był przygotowany organizacyjnie do wykonywania tego typu zabiegów? Gdyby lekarka anestezjolog lepiej dobrała leki? Gdyby nie przekazała pacjentki zbyt wcześnie do sali, gdzie był słaby nadzór? Gdyby było więcej pielęgniarek o opieki? Gdyby pielęgniarki częściej doglądały pacjentkę? Gdyby reanimacja przebiegła sprawniej?

Gdyby…

Czy leczenie Waszych bliskich lub Was samych przeszło test „gdyby”?

O nieco zbliżonej sprawie pisałam na blogu tutaj. Wybrane relacje w wygranych procesów związanych z błędami anestezjologów i w opiece pooperacyjnej można przeczytać też na stronie mojej kancelarii  tutaj i tutaj.

Piękny tytuł, prawda:)?

Opowieść będzie właściwie nie o jednej, a o dwóch nieprawidłowo wykonanych zabiegach artroskopii kolana.

I o dwóch toczących się równolegle w warszawskim sądzie procesach o błąd medyczny.

Obie rekonstrukcje dotyczyły więzadła przedniego krzyżowego (ACL).

Obie operacje wykonał ten sam operator, w małym szpitalu, nazwijmy go powiatowym, w odstępie roku.

W obu operator popełnił ten sam podstawowy błąd: nieprawidłowo przeprowadził kanał piszczelowy, a w konsekwencji nieprawidłowo umiejscowił dystalny przyczep przeszczepu więzadła krzyżowego przedniego (ACL). Plus za każdym razem popełnił kilka innych błędów technicznych, już mniejszej wagi.

W obu przypadkach konieczne były operacje naprawcze. Obie wykonał  ten sam – oczywiście inny, niż pierwsze operacje – chirurg ortopeda w dużym szpitalu.

W obu przypadkach pacjenci w końcu odzyskali pełną sprawność.  Tyle, że wcześniej stracili trochę czasu i pieniędzy: na zabieg naprawczy i rehabilitację.

Opowieść będzie o dwóch biegłych: dobrym i złym, bo oba procesy są na etapie, kiedy do sądu wpłynęły  właśnie opinie biegłych. Każdą sprawę opiniował inny biegły, nie znając dokumentacji medycznej drugiego przypadku, ani opinii kolegi po fachu, drugiego eksperta.

Porównajmy ich oceny. A kursywą poniżej dopisałam komentarze pewnego zaprzyjaźnionego lekarza, znającego się na rzeczy…;)

Biegły w sprawie A:

„Operacja artroskopii została przeprowadzona nieprawidłowo.  (…)”

„Sposób wykonania rekonstrukcji ACL mógł powodować dolegliwości u pacjenta. Nieprawidłowe posadowienie przeszczepu powoduje jego „zgniatanie” w czasie prostowania kolana, co prowadzi do rozciągnięcia przeszczepu. Stan taki zwiększa możliwość uszkodzenia ACL i ogranicza wyprost kolana”.

Biegły w sprawie B:

„W trakcie zabiegu operacyjnego artroskopii  roku nie popełniono błędu medycznego. Zabieg operacyjny przeprowadzono zgodnie z procedurą z zastosowaniem się do obowiązujących standardów. Nie dopatrzyłem się w tej kwestii uchybień.”

„Na podstawie analizy dokumentacji medycznej nie da się jednoznacznie określić nieprawidłowości osadzenia przeszczepu więzadła krzyżowego. Nie stosuje się konkretnego jednego punktu tego osadzenia, ale zakres pola. W tym celu korzysta się z prowadnic i celowników.”

Komentarz zaprzyjaźnionego lekarza: Biegły B oparł się w całości na nieprawidłowym opisie badania TK, wykonanym po artroskopii, nie otworzył płyty z zapisem badania. Gdyby to zrobił, to musiałby zauważyć, że radiolog nie zinterpretował lokalizacji kanałów, która była całkowicie nieprawidłowa.

Każde pole jest ściśle zdefiniowane, celownik jest narzędziem pomocniczym i nie można na nim opierać swojego posadowienia kanału, to chirurg decyduje, gdzie celownik zostanie przyłożony. W każdym podręczniku o ACL – opublikowanym po 2012 roku –  jest rysunek, gdzie powinno być to więzadło usytuowane. Nawet w google jak się wpisze „acl foot print”, to  wyskoczą rysunki i schematy, gdzie powinno być.

Tak punkt po punkcie możnaby dalej porównywać oceny biegłych. Biegły A wydał rzetelną, opartą na aktualnej wiedzy medycznej, opinię. Biegły B, w analogicznej sprawie, wydał opinię formułując całkowicie odmienne wnioski i uzasadnił  je pseudo-naukowymi wywodami, które mają się nijak do osiągnięć współczesnej medycyny.

W procesie o błąd medyczny, gdzie opiniuje biegły B, mam – chwilowo:) – niewątpliwie pod górkę. Codzienność mojej pracy…

Wszyscy, którzy chcą mi zadać pytanie, jak długo będzie trwał ich proces, albo ile będzie wydanych w sprawie opinii biegłych, proszeni są o uprzednie przeczytanie tego postu;)