Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Oczywiście, że pacjent ma prawo do uzyskania kopii – i nie tylko – dokumentacji ze swojego leczenia. Z przychodni, od lekarza rodzinnego, ze szpitala, z placówek publicznych i prywatnych.  O tym, że treść dokumentacji medycznej ma kolosalne znaczenie, kiedy pacjent chce walczyć o odszkodowanie za błąd lekarski (błąd medyczny), pisałam tutaj: „Milczący świadek”.

Jak możemy otrzymać taką dokumentację? Najprościej złożyć pisemny wniosek. Niestety, uzyskanie dokumentacji jest płatne.

O dokumentacji medycznej napisałam już sporo postów, między innymi  ten: „Dokumentacja medyczna – niekończąca się historia”.

Jeden z czytelników bloga (dziękuję:-)!) zwrócił ostatnio w komentarzu pod tym właśnie tekstem uwagę, że w kwestii dostępu do dokumentacji mamy kilka zmian. Dobra wadomość jest taka, że potaniało.  Za jedną stronę kopii zapłacimy maksymalnie aktualnie około 0,30 zł. (dawniej 0,84 zł.), więc prawie trzykrotnie mniej.

To „robi różnicę”, bo czasem – gdy leczenie szpitalne trwa wiele tygodni – dokumentacja medyczna liczy kilkaset stron.

Nowelizacja ustawy doprecyzowała też definicje, bo dotąd był miszmasz i szpitale oczywiście wykorzystywały to w swoim interesie, naliczając zbyt wysokie opłaty za dokumentację. Nawet wystąpiliśmy (moja kancelaria) w tej sprawie z interwencją do Rzecznika Praw Pacjenta.

Teraz już jest jasne, czym się różni:

wyciąg (– skrótowy dokument zawierający wybrane informacje lub dane z całości dokumentacji medycznej)

od

odpisu (– dokument wytworzony przez przepisanie tekstu z oryginału dokumentacji medycznej z wiernym zachowaniem)

i od

kopii  (dokument wytworzony przez odwzorowanie oryginału dokumentacji medycznej, w formie kserokopii albo odwzorowania cyfrowego (skanu).

Zatem, niestety skan dokumentacji papierowej będzie traktowany jako kopia.

Ponieważ inne są opłaty od uzyskania kopii, a inne za odpis – trzeba precyzyjnie wskazać we wniosku o udostępnienie dokumentacji medycznej o co nam chodzi. Wzór takiego wniosku dla pacjenta znaleźć można tutaj.

Z uzyskaniem dostępu do oryginału, nie jest już tak łatwo jak z potwierdzoną za zgodność z oryginałem kopią. Pacjent może otrzymać oryginał swojej dokumentacji tylko wtedy, gdy zwłoka w wydaniu dokumentacji mogłaby spowodować zagrożenie życia lub zdrowia pacjenta, i tylko pod warunkiem, że pokwituje jej odbiór i zobowiąże się do zwrotu oryginału po jego wykorzystaniu.

Ustawa z dnia 23 marca 2017 r. o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta oraz niektórych innych ustaw została ogłoszona 26 kwietnia 2017 i wejdzie w życie 11 maja 2017.

 

 

Biegli sądowi – w czym problem?

Jolanta Budzowska25 kwietnia 20173 komentarze

Przeczytałam dziś wypowiedź profesora Bohdana Maruszewskiego z Centrum Zdrowia Dziecka:

„Polsce 3 tysiące operacji serca u dzieci przeprowadza 31 kardiochirurgów. Jednakże za 5 lat – z powodu wieku – od stołów operacyjnych odejdzie większość kardiochirurgów. Zostanie siedmiu. W trakcie specjalizacji w tym momencie jest 8 nowych lekarzy.”

Pytanie za sto punktów: który z tych 31 kardiochirurgów dziecięcych zgodzi się wydać opinię jako biegły sądowy ad hoc (na liście biegłych raczej żadnego nie ma) w sprawie, gdzie potencjalnie winnym błędu medycznego jest kolega, inny kardiochirurg?

Dlatego podstawowym problemem w sprawach o błąd lekarski jest nie dokumentacja medyczna (z tym sobie radzimy) i nie sądy.

Bez opinii biegłych żadne postępowanie (ani karne, ani cywilne, ani przed Wojewódzką Komisją ds Orzekania o Zdarzeniach Medycznych) nie skończy się. A już na pewno nie skończy się w rozsądnym terminie, bo sądy najwięcej czasu tracą najpierw na szukanie biegłego, a potem na oczekiwanie czy biegły zgodzi się wydać opinię i kiedy to nastąpi.

A bez rzetelnej opinii biegłego – żaden wyrok nie będzie sprawiedliwy.

 

 

Tytuł tak długi, jak nazwa Komisji:-)

Odpowiedź też nie jest krótka i jednoznaczna. Może tak być, że na pomoc Komisji pacjent już nie będzie mógł liczyć.

Wracam do tematu nie dlatego, że postępowanie przed Komisją to super rozwiązanie.  O tym, jakie ma wady, pisałam już obszernie w poście z maja 2016 roku („Czy wypadki medyczne to wypadek przy pracy Ministerstwa Zdrowia„).

Ma jednak sporo zalet, których z pewnością nie ma forsowany już ponad od roku i teraz na nowo odgrzewany, rewolucyjny pomysł Ministerstwa Zdrowia.

Choćby taką, że postępowanie przed Komisją dostarcza pacjentowi wiedzy na temat tego, jak wyglądało jego leczenie i czy było prawidłowe. Przed Komisją zeznają świadkowie, o tym, czy doszło do błędu w leczeniu czy go nie było, wypowiadają się też biegli.

Nowy – stary plan Ministerstwa Zdrowia jest taki, żeby o tym, czy doszło do „zdarzenia medycznego” – czyli (przekładając na język potoczny) błędu w leczeniu, ale bez szukania winnych, bo lekarze boją się szukania najsłabszego ogniwa wśród personelu medycznego, jak diabeł święconej wody…  – a więc, żeby o błędzie lekarskim, pielęgniarki czy organizacyjnym w szpitalu – czy był i czy pacjent rzeczywiście ucierpiał – decydował… – jednoosobowo lekarz.

Początkowo miał być to lekarz orzecznik ZUS, a wg najnowszych planów: takich „dyżurnych” lekarzy ma być 16 – przy każdym oddziale NFZ. Projektu ustawy nie ujawniono opinii publicznej, więc źródłem wiedzy o szczegółach są „plotki medialne”.

Dziś w Wojewódzkich Komisjach – których jest też 16, ale które nie są podporządkowane ZUSowi ani NFZtowi, orzekają składy czteroosobowe: dwóch medyków (lekarze lub pielęgniarki/pielęgniarze) i dwóch prawników, specjalizujących się w prawach pacjenta. Taki układ zdecydowanie zapewnia obiektywne spojrzenie na sprawę i wszechstronną analizę skargi pacjenta.

Oczywiście, Komisje są krytykowane za to, że nawet jak przyznają rację pacjentowi, to ten i tak często musi występować z pozwem przeciwko szpitalowi, bo szpitale nie respektują orzeczeń Komisji (o takiej sytuacji można przeczytać tutaj: „Jak się ma 7 do 150?”).

To prawda. To jednak nie wina Komisji. Dlaczego tak się dzieje, długo by mówić. Warto też powiedzieć, że gdyby chciano to zmienić, to nie ma nic łatwiejszego.

Szczegółowo wytłumaczyłam to red. Kindze Klinger, która niedawno opublikowała ciekawy artykuł na temat nowych rozwiązań proponowanych przez Ministra Zdrowia (czyli lekarza Konstantego Radziwiłła, prezesa Naczelnej Izby Lekarskiej  w latach 2001–2010). Cały materiał można przeczytać tutaj: „Zmiany w odszkodowaniach dla źle leczonych pacjentów: nawet do 300 tys. zł. za błędy szpitali”.

Rozwiązanie, proponowane przez ustawodawcę, nie idzie jednak w kierunku zmiany obowiązujących przepisów prawa, choć potrzebne byłyby tylko drobne korekty. Byłoby taniej dla budżetu i skuteczniej, a i pacjenci byliby zadowoleni.

Jednak nie.

Prawdopodobnie o prawa pacjenta i odpowiednie odszkodowanie za złe efekty leczenia zadba zupełnie nowa instytucja. Przepraszam, właściwie o odszkodowanie dla pacjenta zadba lekarz.

Czy tylko mnie nie przekonuje taka idea?

 

Tak, może tytuł brzmi szokująco, ale to jedno z częstszych pytań, jakie zadają mi poszkodowani pacjenci.

Jeśli poszkodowany pacjent umrze przed zakończeniem sprawy, postępowanie może toczyć się nadal. To, czy ostatecznie będzie kontynuowane, zależy od spadkobierców zmarłego. Po uzyskaniu notarialnego poświadczenia dziedziczenia albo sądowego postanowienia o stwierdzeniu nabycia spadku, spadkobiercy mogą się zgłosić „do sprawy” i uczestniczyć w procesie jako powodowie w miejsce zmarłego, po którym dziedziczą.

Może łatwiej to będzie zrozumieć na przykładzie.

Pani Antonina wystąpiła z pozwem o zapłatę 200 tys. zł., ponieważ uważała, że to odpowiednie zadośćuczynienie. Po operacji guza na jelicie pozostawiono w jej jamie brzusznej chustę chirurgiczną. Nie dość, że się nacierpiała, to jeszcze musiała przejść szereg uciążliwych badań, w tym tomografię komputerową, a na koniec operację usunięcia „ciała obcego”, i to w pełnej narkozie.

Niestety, proces o odszkodowanie (a w tym przypadku – konkretnie – zadośćuczynienie) za błąd w leczeniu, trwa. Nawet, gdy wydawałoby się, że sprawa jest tak oczywista, że wyrok powinien zapaść na pierwszej rozprawie.

Nie zapadł, bo sąd zaczął przesłuchiwać 12 świadków, jakich w odpowiedzi na pozew zgłosił szpital. Po co? No cóż. Jak to zwykle bywa, szpital próbował udowodnić, że ma odpowiednie procedury, a pielęgniarki i lekarze pracują bez zarzutu i jest niemożliwe, żeby źle przeliczono zużyte podczas operacji materiały…

I tak mijały miesiące.

Okazało się, że choroby nowotworowej powódki nie udało się zatrzymać. Pani Antonina zmarła jeszcze przed decyzją sądu, czy w sprawie będzie konieczna opinia biegłego. Wiedząc jednak, że jest nieuleczalnie chora, już wcześniej sporządziła testament notarialny. Swój majątek zapisała po połowie dwójce dzieci.

Córka i syn, którzy od początku wspierali ją w chorobie i walce o odszkodowanie, zdecydowali się wstąpić do procesu, który wytoczyła wcześniej ich zmarła matka.

Sąd podjął więc zawieszone z chwilą jej śmierci postępowanie. Toczyło się potem jeszcze prawie rok.

W końcu zapadł wyrok: sąd zasądził dwójce dzieci* po 100 tys. zł. zadośćuczynienia z odsetkami ustawowymi od początku trwania procesu, uznając roszczenie zmarłej pacjentki w całości za należne.

Podsumowując:

roszczenie o zadośćuczynienie za doznaną krzywdę w razie uszkodzenia ciała lub wywołania rozstroju zdrowia (art. 445 w związku z art. 444 § 1 Kodeksu cywilnego) oraz w razie naruszenia dobra osobistego – na przykład prawa pacjenta (art. 448 kodeksu cywilnego) podlega dziedziczeniu.

Jest jednak jeden podstawowy warunek. Spadkobiercy mogą niejako w zastępstwie osoby poszkodowanej uzyskać po jej śmierci należne jej zadośćuczynienie tylko wtedy**, gdy powództwo zostało wytoczone za życia poszkodowanego

Post scriptum:

I pomyśleć, że do napisania tego postu skłonił mnie wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach***, w którym Sąd ten wskazał, iż jeśli po zamknięciu rozprawy apelacyjnej a przed ogłoszeniem wyroku nastąpi śmierć jednej ze stron, to brak jest podstaw do zawieszenia postępowania. Wówczas sąd drugiej instancji może wydać wyrok w sprawie. Czyli nieco inna sytuacja niż opisana w poście, ale wychodzi na to samo: spadkobiercy uzyskają zasądzone kwoty nawet, jeśli poszkodowany nie doczeka wypłaty, a nawet wtedy, gdy umrze tuż przed ogłoszeniem wyroku w jego sprawie…

*Mąż, który nie został ujęty w testamencie, nie mógł wstąpić do sprawy i nie był stroną tego postępowania. Nie otrzymał więc żadnej części z zadośćuczynienia, o które walczyła jego zmarła żona.

**I jeszcze wtedy, gdy roszczenie o zadośćuczynienie zostało uznane na piśmie – w praktyce niezwykle rzadka sytuacja (art. 445. § 3 Kodeksu cywilnego: „Roszczenie o zadośćuczynienie przechodzi na spadkobierców tylko wtedy, gdy zostało uznane na piśmie albo gdy powództwo zostało wytoczone za życia poszkodowanego.”)

***Wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach z 10.02.2017 r., V ACa 343/16, LEX nr 2252801.

 

Pielęgniarka jako świadek w sądzie

Jolanta Budzowska09 kwietnia 20176 komentarzy

Przeczytałam właśnie wzruszający list, jaki do jednej z redakcji napisała pielęgniarka. Kończy się słowami:

„My, pielęgniarki nie jesteśmy robotami, mamy w sobie uczucia, mamy empatię

i współczucie dla drugiego człowieka.

My, pielęgniarki nie jesteśmy z kamienia, też jesteśmy ludźmi.”

Tak. Moi klienci też tego wielokrotnie doświadczyli. Czasem nawet fakt, że pielęgniarka czy lekarz poświęcili choremu nieco więcej uwagi, odpowiedzieli na pytania, wykazali się cierpliwością i empatią powoduje, że poszkodowani pacjenci nie decydują się na pozew przeciwko szpitalowi. Dlaczego? Bo nie chcą zaszkodzić „Panu Doktorowi”, „Pani Pielęgniarce”, którym – mimo niepowodzenia w leczeniu – są jednak wdzięczni za całokształt, za podejmowane starania. Nawet gdy błąd medyczny wydaje się być oczywisty.

Jest i druga strona medalu.

Kiedy sprawa trafia do sądu, te dobre uczucia, o jakich w liście napisała autorka, a wraz z nimi zwykła uczciwość, czasem znikają. Oczywiście, są wyjątki.

Wiele razy patrzyłam z podziwem na pielęgniarki i lekarzy, którzy nie tylko w cztery oczy w rozmowie z pacjentem, ale i w sądzie, nie zawahali się powiedzieć, jak było naprawdę. Wiele razy widziałam świadomie dokonany w dokumentacji medycznej wpis, który jednoznacznie potwierdzał, że doszło do nieprawidłowości. Zdarzyło mi się znaleźć w sytuacji, że tylko dzięki przytomności uwagi położnej zachował się kluczowy dowód w sprawie…

Niestety bywa jednak, że świadkowie – lekarze, pielęgniarki – kłamią jak z nut. Z obawy przed utratą pracy? Ze strachu, że będzie trzeba potem wytrzymać pretensje koleżanki z oddziału, że się jej nie kryło? Na wszelki wypadek, bo przecież „ja też kiedyś mogę popełnić błąd”?

Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Co powoduje, że nie tak rzadko członkowie personelu medycznego, kiedy zeznają jako świadkowie w sprawie o odszkodowanie za błąd medyczny, tracą godność i zniżają się do pospolitych kłamstw. Mogliby przecież chociaż „nie pamiętać” …

Wiem za to, że krzywda pacjenta, który słyszy na sali sądowej oczywiste kłamstwa, jest podwójna.

Dobrze byłoby, żeby świadkowie – pielęgniarki i lekarze – o tym pamiętali.

Empatia nie kończy się z chwilą wypisania pacjenta za szpitala.