Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Ginekolodzy powinni wykupić dodatkowe polisy.

Teraz już nie budzi wątpliwości, że gdy dochodzi do błędu podczas prowadzenia ciąży lub porodu i dziecko jest poważnie chore, to zadośćuczynienie należy się nie tylko dziecku. Prawo do rekompensaty mają też inni członkowie  rodziny, bo ich życie całkowicie się zmienia.

W stycznie tego roku Sąd Apelacyjny w Warszawie zasądził w jednej z prowadzonych przez moją kancelarię spraw nie tylko 1,2 miliona złotych zadośćuczynienia na rzecz chorującej na MPD dziewczynki, ale i 300 tys. zł. dla jej matki i 200 tys. zł. dla ojca.

Sąd Najwyższy (w innej sprawie) potwierdził właśnie, że sytuacja, kiedy poważne i trwałe inwalidztwo dziecka uniemożliwia mu nawiązanie typowej dla więzi rodzinnej relacji z rodzicami, narusza także dobra osobiste rodziców. W konsekwencji, mają oni prawo żądać zadośćuczynienia również dla siebie, nie tylko dla poszkodowanego przez błąd lekarza lub położnej dziecka.

Jeśli podliczymy zatem kwoty, jakie mogą być zasądzone z tytułu błędu okołoporodowego (oprócz zadośćuczynienia, mamy przecież rentę, dzisiaj nierzadko zasądzaną w kwotach powyżej 10 tys. zł. miesięcznie), to lepiej, żeby szpitale i ginekolodzy sprawdzili, jaka jest górna granica odpowiedzialności ich ubezpieczyciela.  Jak wynika z mojej praktyki – zwykle zbyt niska. Dobre ubezpieczenie szpitala to też korzyść dla pacjenta: nie musi się martwić o płynność finansową czy wypłacalność podmiotu leczniczego.

Więcej o wspomnianym wyroku SN z dnia 9 sierpnia 2016 roku, sygn. akt II CSK 719/15) napisałam tutaj.

Redaktor Agata Jankowska w tygodniku „Wprost” w 2014 roku tak opisała tę sprawę:

„Pół miliona złotych długu, trzy kredyty na firmę, kilka prywatnych. Utrata pracy w księgowości. Dotkliwy regres w dobrze prosperującym interesie w branży kanalizacyjno – ekologicznej. Terapia rodzinna u psychologa.

 

Tyle kosztowała państwa Kowanek opieka nad synem. Przez siedem lat koszty leczenia i rehabilitacji pokrywali z własnej kieszeni. Choć wina personelu szpitala i organizacji pracy w nim jest ewidentna, po 6 latach procesu sądowego wyrok jeszcze nie zapadł. Kilka miesięcy temu sąd zasądził za to rentę tymczasową – 5 tysięcy złotych. Tyle że miesięczne koszty leczenia są trzykrotnie większe. No i nie ma pewności, że renta nie zostanie cofnięta.

 

Adrian Kowanek znany jako Covan, wokalista zespołu metalowego „Decapitatet” siedem lat temu na salę operacyjną wszedł na własnych nogach. Sam podpisał zgodę na zabieg. Kosmetyka zdeformowanej twarzy, żuchwa, czoło, rozszczepienie podniebienia. To obrażenia, które odniósł w samochodowym wypadku na Białorusi, kiedy wracali z zespołem z koncertu. Drewniany pień zsunął się z samochodu jadącego przed nimi i wbił się w samochód jak w masło. Zginął perkusista, Witold Kiełtyka. Adrian przeżył. Opuchnięty, poobijany. Ale świadomy. Sprawny.

 

Operacja w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie trwała 8 godzin. Do tego doba na POPie czyli pooperacyjna obserwacja pacjenta. Ale nikt nie zaobserwował że nad ranem Adrian zaczął się dusić. Nie wiadomo jak długo nie mógł złapać tchu. Gdy przyszła pielęgniarka był już siny. Mimo szybkiej tracheotomii i reanimacji na OIOMie doszło do niedotlenienia mózgu co wywołało czterokończynowe porażenie mózgowe.

 

– Pielęgniarka, oburzona moją rozpaczą nafuczała na mnie z wyrzutem, że jestem niewdzięczny, bo ona mu życie uratowała. Ale przecież oni życie mu zabrali. Niedopilnowali. Zlekceważyli. W trudnych chwilach myślę, że może lepiej dla syna byłoby gdyby go nie odratowali. Bo z silnego, wysportowanego chłopaka u progu wielkiej kariery został cień – wzdycha Leszek Kowanek, ojciec Adriana.

 

Dziś 37 letni Adrian jest całkiem sparaliżowany. Nie mówi, rzadko porusza ustami, mruży oczy. Nie trzyma samodzielnie głowy, siedzi na wózku, ale sam nie może się na nim poruszać. Wymaga całodobowej opieki. Dlatego codziennie przychodzą dwie pielęgniarki. Matka chłopaka zrezygnowała z lukratywnej pracy w księgowości. Musi czuwać przy synu. Tylko pan Leszek pracuje ponad siły, żeby Adrianowi niczego nie zabrakło.

 

– Straciłem ważnych klientów. Przepadły duże kontrakty. Nie mam czasu ani siły żeby zdobywać nowych. Przychody zmalały, a koszty stale są wysokie – opowiada. Rehabilitacja, lekarstwa, opieka medyczna, pielęgniarska. Sprzęty ułatwiające życie takie jak podnośnik dzięki któremu można Adriana bezpiecznie opuszczać do wanny, samochód przystosowany do transportu. Teraz nowy zakup – komora hiperbaryczna, która ma przyspieszyć rozwój komórek macierzystych. To wszystko wydatki rzędu 15 tysięcy złotych miesięcznie. Ale ojciec nie spocznie, póki nie zrobi dla syna wszystkiego. Bo wciąż wierzy, że Adrian stanie na nogi. Uśmiechnie się. Może znowu zaśpiewa.

 

I tylko w sercu nosi żal, że żyje w kraju, gdzie pacjent, w dodatku pokrzywdzony przez błąd medyczny, jest traktowany jak roszczeniowy pieniacz. No i że o swoje musi walczyć jak lew. Bo służba zdrowia dobro pacjenta ma w głębokim poważaniu.

 

– Od razu po zdarzeniu skierowaliśmy sprawę do prokuratury. Ta dwukrotnie umorzyła śledztwo. Dwa lata później sprawa trafiła na wokandę. Ale szpital szedł w zaparte. Podważał niezależne opinie biegłych, grał na zwłokę – opisuje kilkuletnie zmagania Leszek Kowanek. I przyznaje, że nie raz na sali sądowej czuł się bezsilny stojąc naprzeciw świetnie wyszkolonych, zdeterminowanych do obrony żołnierzy placówki.”

Kilka dni temu zapadł w tej sprawie wyrok sądu cywilnego w pierwszej instancji.

Sąd zasądził powodowi 800 tys. zadośćuczynienia, wysokie odszkodowanie i rentę. Wszystko z odsetkami. Sędzia przyjął, że opinia biegłych jest wiarygodna i rzetelna. A biegli nie zostawili na postępowaniu lekarzy i pielęgniarek suchej nitki.

Z opinii wynika, że istniało duże prawdopodobieństwo uniknięcia niedotlenienia pacjenta, gdyby było optymalne zabezpieczanie poszkodowanego (tracheostomia, szczelność mankietu rurki intubacyjnej, zabezpieczenie pulsoksymetrem, wnikliwa obserwacja kliniczna). Na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego biegli ustalili, że powodem ostrej niewydolności oddechowej było zarówno ograniczenie drożności rurki intubacyjnej, jak i niedomoga wentylacji spowodowana nieszczelnością jej mankietu.

Nie bez przyczyny zamieściłam na początku postu tak duży fragment artykułu „Wprost” w formie cytatu. Nie chcę podejmować na nowo próby ubrania w słowa sytuacji poszkodowanego i jego rodziny, bo żadne opisy i tak nie oddadzą rozmiaru tej tragedii.

Sama już nie wiem, czy 800 tys. zł. zadośćuczynienia za krzywdę w tej sytuacji, to dużo, czy mało. W podobnej sprawie, o ile w ogóle można mówić o podobieństwie ludzkich nieszczęść, w 2014 roku Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że odpowiednie zadośćuczynienie wynosi 900 tys. zł. Można o tym przeczytać tutaj. Prasa o takich odszkodowaniach pisze, że to „rekordowa rekompensata”.  Jest oczywiste, że istnieją granice żądań i że sądy trzymają się „polskich” realiów. Pewne jest też, że nikt się na sprawie nie wzbogacił, choć często pod adresem poszkodowanych pacjentów padają takie oskarżenia.

Wiem jednak, że polisa szpitala nie wystarczy na pokrycie zasądzonych kwot, więc część wyroku – o ile się uprawomocni – szpital będzie musiał pokryć z własnego budżetu. Wiem też, że szpital miał możliwości uczciwego ocenienia przyczyn niedotlenienia u pacjenta praktycznie już bezpośrednio po zdarzeniu. Gdyby na tym etapie uznał choć część roszczeń pacjenta i zawarł ugodę, życie jego i jego rodziny przez te lata byłoby łatwiejsze.

Jak łatwo pogłębić krzywdę pacjenta, wmawiając mu latami, że nie ma racji…

Prokuratura Regionalna podjęła wcześniej dwukrotnie umorzone śledztwo.

Post z cyklu „czy wiesz, że…”.

UWAGA: aktualizacja poniższych informacji (w związku z nowelizacją przepisów o dostępie do dokumentacji) – jest w poście pod tym linkiem.

Życie nie przestaje mnie zadziwiać. Najpiękniejsze jest to, że jak już ci się wydaje, że wszystko widziałaś/widziałeś i nic nie jest w stanie cię zaskoczyć, szczególnie w kontaktach pacjent – szpital, to zawsze się znajdzie coś, co zmusi cię do przeczytania setny raz tych przepisów, które i tak znasz już niemal na pamięć, bo cały czas się wokół nich obracasz. Właściwie to lubię, bo takie sytuacje pozwalają nie popaść w rutynę.

Pytanie za sto punktów: czym się różni kserokopia dokumentacji medycznej potwierdzona za zgodność z oryginałem od kserokopii dokumentacji medycznej?

Odpowiedź pierwsza: pieczątką „za zgodność z oryginałem” i parafką – zwykle pracownika archiwum szpitalnego.

Odpowiedź druga: ceną.

Za uzyskanie kopii dokumentacji poświadczonej za zgodność niektóre podmioty lecznicze pobierają opłatę w wysokości aż 8,03 zł za 1 stronę. Łatwo policzyć, że za 100 stron opłata może wynieść 803 złote, a często dokumentacja liczy po kilkaset stron.

Wypada zapytać: „Ile płacę i dlaczego aż tak dużo?” Dlatego, że przepisy są niejednoznaczne. Nie ma w nich wprosi wskazania, ile szpital powinien liczyć za „kserokopię dokumentacji potwierdzonej za zgodność z oryginałem”, więc niektóre podmioty liczą sobie za to jak za sporządzenie odpisu. Ta stawka 8,03 zł. (na dziś), to jest właśnie za odpis.

Za uzyskanie zwykłej kserokopii maksymalna stawka wynosi 10 razy mniej: aktualnie jest to 80 gr za 1 stronę.

Ciekawostka: za udostępnienie dokumentacji medycznej na elektronicznym nośniku danych – czyli na CD lub pen-drivie (raczej pacjenta, bo szpital nie zainwestuje w taki nośnik) – opłata nie może przekraczać 1,6 zł za całość!

I hit: za udostępnienie dokumentacji medycznej za pośrednictwem środków komunikacji elektronicznej podmiot udzielający świadczeń zdrowotnych nie może pobierać opłat. Czyli jak poprosimy o przesłanie mailem scanów, to szpital nie ma prawa wystawić faktury.

Wszystkie te zasady powinny być ujęte w regulaminie organizacyjnym podmiotu leczniczego. Aktualne informacje o wysokości opłaty za udostępnienie dokumentacji medycznej podaje się do wiadomości pacjentów przez ich wywieszenie w widoczny sposób w miejscu udzielania świadczeń oraz – przynajmniej – na stronie internetowej podmiotu wykonującego działalność leczniczą.

Czy zatem warto wydać żądane przez niektóre szpitale duże – w przypadku kserokopii potwierdzonej za zgodność z oryginałem – pieniądze po to, żeby mieć udokumentowany w taki sposób przebieg leczenia w ręku ewentualnie czy warto tracić nerwy na wykazanie szpitalowi, że „kserokopia potwierdzona za zgodność z oryginałem” to nadal kserokopia, a nie odpis?

I tak, i nie.

Z jednej strony tak, bo najlepiej dysponować, szczególnie na użytek przygotowań do procesu cywilnego – potwierdzoną kopią, za której kompletność i autentyczność ktoś wziął odpowiedzialność, przybijając pieczątkę i parafując każdą stronę.

Z drugiej strony: jeśli otrzymamy „zwykłe” kserokopie albo dokumentacje mailem, ale będą one spełniały wymagania, jakie przepisy wiążą z prowadzeniem dokumentacji: dokumenty będą ułożone w kolejności chronologicznej, kolejne strony będą numerowane, ksera/scany będą czytelne, a do tego będziemy mieli nasz wniosek o wydanie kompletnej dokumentacji medycznej i odpowiedź zwrotną – to trudno będzie szpitalowi w procesie udowodnić, że „przez przypadek” nie załączył (nie przekazał nam) kluczowego dokumentu.

Moja rada: warto ubiegać się o uzyskanie „pełnej dokumentacji medycznej potwierdzonej za zgodność z oryginałem” zaznaczając, że opłata od takiej dokumentacji winna być naliczana jak za kserokopię a nie jak za odpis. Ważnym argumentem jest to, że w projekcie nowelizacji Ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta sprecyzowano te pojęcia: odpis – to dokument wytworzonego przez przepisanie tekstu z oryginału dokumentacji medycznej z wiernym zachowaniem zgodności co do treści z oryginałem, a kopia to dokument wytworzonego przez dokładne odwzorowanie treści i formy oryginału dokumentacji medycznej.

Jeśli jednak szkoda nam czasu na polemikę ze szpitalem, to poprośmy (na piśmie! nigdy ustnie!) o udostępnienie na elektronicznym nośniku danych albo lepiej – przesłanie mailem. Szpital będzie miał na własne życzenie więcej pracy (scanowanie setek stron, czasem w różnym układzie, i ich zapisywanie na CD albo wysyłanie mailem bywa czasochłonne), skoro chce zarobić na przybijaniu pieczątki. Na użytek analizy i oceny szans na uzyskanie odszkodowania,  a nawet na użytek procesu sądowego o błąd medyczny,  taka forma wystarczy.

I już.

Więcej na temat dokumentacji medycznej można przeczytać po tymi linkami:  milczący świadek, wzór wniosku (można modyfikować zgodnie z tym postem) oraz jak zadbać o treść dokumentacji.

Chirurg z darem Bożym

Jolanta Budzowska12 października 20163 komentarze

Kiedy rozmawiam o błędach medycznych w tzw. kuluarach, lekarze zżymają się, że niedługo już w Polsce nie będzie miał kto leczyć pacjentów, bo mają dość oczekiwania od siebie cudów i tego, że „za byle co” mogą być ciągani po sądach.

No cóż, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a taki pogląd jest na pewno mocno subiektywny… Najlepszym dowodem jest to, że mam niemało klientów – lekarzy – poszkodowanych pacjentów. Bo i lekarz bywa pacjentem.

Kiedy lekarz – poszkodowany pacjent, weryfikuje i ocenia postępowanie kolegów w stosunku do siebie,  nie jest ani wyrozumiały, ani tolerancyjny.  Bo nagle na własnej skórze poczuł, jak wygląda proces leczenia z perspektywy pacjenta.

Czy rzeczywiście pacjenci wymagają od lekarzy zbyt wiele?

Nie demonizujmy. Na potrzeby spraw sądowych o odszkodowanie, błąd medyczny rozumiany jest wąsko, jako postępowanie sprzeczne z zasadami wiedzy i nauki medycznej w zakresie dla lekarza dostępnym.

Oczywiste jest, że nikt nam w 100 % nie zapewni ozdrowienia. Życia wiecznego także nie. Do obowiązków lekarzy należy jednak podjęcie takiego sposobu postępowania (leczenia), które powinno gwarantować, przy zachowaniu aktualnego stanu wiedzy i zasad staranności, przewidywalny efekt w postaci wyleczenia, a przede wszystkim nie narażenia pacjentów na pogorszenie stanu zdrowia.

Przykład? Bardzo proszę.

Pacjentka przeszła operację wycięcia guza wraz z odcinkiem jelita grubego, a następnie zespolenia pozostałych fragmentów jelita – poprzecznicy ze zstępnicą. Wkrótce została wypisana do domu z zaleceniem kontroli w poradni chirurgicznej za 7 dni, a jej stan określono jako dobry.

Już następnego dnia po wypisie u pacjentki pojawiła się wysoka gorączka, dreszcze, nudności, ból brzucha i torsje. Została przyjęta do szpitala, w którym wcześniej ją operowano, z rozpoznaniem: stan po hemikolektomii lewostronnej, pooperacyjne zapalenie otrzewnej, perforacja wrzodu dwunastnicy, ropień przestrzeni zaotrzewnowej po prawej. W wywiadzie wskazano, że pacjentka została przyjęta w trybie ostrego dyżuru z powodu podejrzenia niedrożności po operacji. Jej stan w momencie przyjęcia do szpitala określono jako średni.

Chora była cierpiąca, leżąca, z ograniczą ilość ruchów z powodu silnego bólu brzucha i dodatnim obustronnie objawem Chełmońskiego. Brzuch był wzdęty, bolesny, odgłos opukowy bębenkowy, nasilona obrona mięśniowa, perystaltyka leniwa. U powódki wykonano wówczas badanie RTG jamy brzusznej, w którym lekarz radiolog nie stwierdził wolnego powietrza pod przeponą, opisał za to kilka poziomów płynu w jelicie w śródbrzuszu i obustronnie nieduży odczyn opłucnowy. Powyższe objawy, uwzględniając wykonaną 8 dni wcześniej operację na otwartym brzuchu, wskazywały na rozwinięcie się zapalenia otrzewnej. Na oddziale wykonano badanie krwi, przy czym dwukrotnie oznaczono CRP uzyskując w pierwszej dobie parametry świadczące o przekroczeniu normy i dwukrotnej zwyżce tego wskaźnika zapalnego.

Te badania nie dawały jednak żadnych rozstrzygnięć co do przyczyn zapalenia otrzewnej u pacjentki. Jej stan wymagał niewątpliwie natychmiastowego zdiagnozowania i – najprawdopodobniej – leczenia operacyjnego. Nie wykonano badania obrazowego jak USG jamy brzusznej, czy tomografii komputerowej jamy brzusznej, ani wszystkich zalecanych badań analitycznych, które mogłyby wyjaśnić przyczynę powodującą zapalenie otrzewnej. Objawy zapalenia otrzewnej nie ustępowały i – zdaniem biegłych – przez cały czas pobytu na oddziale chirurgii u pacjentki były wskazania do doraźnego leczenia chirurgicznego

Kiedy już zdecydowano się na otwarcie jamy brzusznej, odessano 1 100 ml ropnego płynu. Po konsultacji anestezjologicznej powódka została przeniesiona w stanie krytycznym do Oddziału Intensywnej Opieki Medycznej (OIOM) z rozpoznaniem silnego wstrząsu septycznego.

Leczenie było długie, pacjentka przeszła jeszcze szereg operacji. Dziś biegli określili, że trwały uszczerbek na zdrowiu wynosi w jej przypadku łącznie 70% i w żadnym stopniu nie jest spowodowany chorobą podstawową (z której została wyleczona), czyli nowotworem.

Czy można było uniknąć takich konsekwencji planowanego leczenia chirurgicznego?

Biegli stwierdzili, że w przypadku tej pacjentki błąd medyczny polegał przede wszystkim na opóźnieniu we właściwym zdiagnozowaniu jej stanu zdrowia oraz na opóźnieniu w podjęciu właściwego leczenia. Mimo objawów wskazujących na zapalenie otrzewnej, co uzasadniało wykonanie u chorej ponownej operacji w pierwszej dobie hospitalizacji, operację tę przeprowadzono dopiero kilka dni później. Ta zwłoka w leczeniu operacyjnym była postępowaniem błędnym, bo wstrząs septyczny związany z zapaleniem otrzewnej stopniowo się pogłębiał,  prowadząc do niewydolności wielonarządowej i do bezpośredniego zagrożenia życia.

Czy w tym przypadku od lekarzy wymagano cudów?

Nie. Personel szpitala postępował zachowawczo, nie wykonywał odpowiednich badań diagnostycznych, które potwierdziłby widoczne „na pierwszy rzut oka” zapalenie otrzewnej. Nie można w żaden sposób usprawiedliwić takiego działania, a właściwie niedziałania. Lekarze nie reagowali na występujące u pacjentki objawy w postaci ostrego brzucha i powiększonej temperatury. A przecież zapalenie otrzewnej w chirurgii jest określane jako stan naglący, wymagający natychmiastowego zdiagnozowania i leczenia operacyjnego…

Sąd przyznał tej pacjentce 300 tys. złotych zadośćuczynienia, odszkodowanie i rentę, wszystkie kwoty z odsetkami za czas trwania procesu.

W sądzie zachowanie lekarza mierzy się bowiem „szkiełkiem i okiem”, przykładając sposób leczenia do przyjętego, abstrakcyjnego wzorca postępowania.  Lekarze zawsze bronią się mówiąc, że medycyna to sztuka, a nie nauka. A jednak ten „wzorzec”, stosowany przez biegłych i sądy, budowany jest według obiektywnych kryteriów. Wymagany jest taki poziom fachowości, poniżej którego postępowanie danego lekarza ocenia się negatywnie.

Jeśli jednak lekarz to tego minimum dorzuci jeszcze element „sztuki”, dar boży, intuicję, jak zwał, tak zwał – to na pewno chory na tym nie ucierpi. Problem polega jedynie na tym, żeby w pierwszej kolejności  trzymać się kanonów, a nie polegać jedynie na intuicji…

Więc będę bronić poglądu, że my, pacjenci, oraz my – prawnicy poszkodowanych pacjentów, nie wymagamy od lekarzy cudów.

Wymagamy jedynie, by byli jak wzorzec z Sevres;-): wykwalifikowani, doświadczeni, dokształcający się, otwarci na nowe metody leczenia, zręczni, uważni, wypoczęci, emaptyczni, o dobrych umiejętnościach komunikacji z pacjentami.

Oraz, żeby dobrze zarabiali i kochali swoją pracę.

Eh, rozmarzyłam się:-)

 

 

Katastrofa pod Szczekocinami a błąd lekarski

Jolanta Budzowska07 października 20167 komentarzy

Skazując niedawno dyżurnych ruchu, którzy zawinili katastrofie kolejowej pod Szczekocinami, na kary pozbawienia wolności, sędzia powiedział:

– To nie było przestępstwo umyślne. Nikt tego nie chciał, popełniono błędy. Ale kara nie może być łagodna. Ma być wskazaniem dla innych osób odpowiedzialnych w swojej pracy za życie ludzkie, że muszą się doskonalić, nie spać, być czujni.

Podkreślił też, że to nie była tylko śmierć 16 osób:

– Ta tragedia wstrząsnęła w jednym momencie tysiącami ludzi. Potracili żony, mężów, braci, siostry. Ich życie powywracało się do góry nogami.

Przypomnę, że do wypadku doszło 3 marca 2012 r. we wsi Chałupki pod Szczekocinami niedaleko Zawiercia – na zjeździe z Centralnej Magistrali Kolejowej w kierunku Krakowa. O godz. 20.53 zderzyły się czołowo pociągi TLK „Brzechwa” z Przemyśla do Warszawy i Interregio „Jan Matejko” relacji Warszawa – Kraków. Pociąg Warszawa – Kraków wjechał na tor, po którym z naprzeciwka jechał pociąg Przemyśl – Warszawa. Zginęło 16 pasażerów, ponad 100 zostało rannych. Ciężkie obrażenia ciała odniosło 7 pasażerów, a średni uszczerbek na zdrowiu 74 osoby. Ponadto 76 pasażerów odniosło obrażenia lekkie.

Dleczego o tym piszę w tym miejscu, na blogu, którego tematem przewodnim są błędy lekarskie?

Z trzech powodów.

Pierwszy to taki, że tę sprawę ze sprawami o błędy lekarskie czy pielęgniarskie, czy nawet organizacyjne, łączy wspólny mianownik: ich najczęstszą przyczyną jest błąd człowieka. Nie, nie umyślny, bo nikt nie chce spowodować katastrofy kolejowej ani pomylić się i zoperować nie ten poziom kręgosłupa. Ale taki błąd ludzki, którego przy zachowaniu należytej staranności można było uniknąć.

Kolejnym łącznikiem jest podobne zachowanie sprawców. W tej sprawie padły zarzuty umyślnego poświadczenia przez dyżurnych nieprawdy w dokumentacji kolejowej, winni nie przyznali się do winy i odmówili składania wyjaśnień. Jakże to typowe – tyle, że na gruncie prawa cywilnego – dla spraw o błędy medyczne: posługiwanie się sfałszowaną dokumentacją medyczną czy negowanie do upadłego najbardziej oczywistych faktów to nadal zbyt częste elementy strategii procesowej.

I trzeci powód, najważniejszy.

Jakiś czas temu w dyskusji toczącej się w komentarzach pod jednym z postów – w kontekście oceny szans na wygraną w procesach o błędy medyczne – padło stwierdzenie, że w Polsce nie można uzyskać zadośćuczynienia za traumę i ból.

Otóż wygrana właśnie przeze mnie sprawa o zadośćuczynienie dla jednej z pasażerek pociągu, który wykoleił się po zderzeniu pod Szczekocinami, pokazuje, że jednak można.

Nie wiem, czy ta pasażerka była formalnie zaliczona do osób rannych w tej katastrofie, bo właściwie nie doznała fizycznych obrażeń. Zdaniem ubezpieczyciela, skoro poszkodowana nie była hospitalizowana oraz nie odniosła żadnych poważnych uszkodzeń ciała poza ogólnymi potłuczeniami, to zadośćuczynienie powinno być symboliczne. Sąd miał na ten temat inne zdanie. Uszczerbek na zdrowiu to nie tylko widoczne obrażenia.  Zespół stresu pourazowego, wstrząs psychiczny – to poważne szkody na zdrowiu. Często „goją się” dłużej niż złamana ręka.  Jak w tym przypadku.

W katastrofie pod Szczekocinami zniszczone zostały lokomotywy i wagony, a także uszkodzone nawierzchnia, tory i sieć trakcyjna. Straty oszacowano na niemal 20 mln zł. Założę się, że ubezpieczyciele przesadnie nie dyskutowali z wyceną tych roszczeń, choć  – jak pokazuje przykład mojej Klientki – próbowali zaoszczędzić na ofiarach, na wypłacie z tytułu szkód na zdrowiu. Wstyd. Choć z drugiej strony: jestem przyzwyczajona. Typowa strategia, taka jak w procesach medycznych.

Ta sprawa nie była wyjątkiem – ubezpieczyciel zaoferował poszkodowanej całe 2 tys. złotych.

Całe szczęście, że ponad ubezpieczycielem jest jeszcze trzecia, niezwisła władza: sądownicza: sąd w wyroku przyznał poszkodowanej 165 tys. zł. zadośćuczynienia z odsetkami za czas trwania postępowania sądowego i kosztami procesu, unając taką właśnie kwotę, a nie 2 tys. zł. za odpowiednią.

Drobna różnica: 163 tys. zł.

[edit] Sąd Apelacyjny zmienił wyrok Sądu Okręgowego i uznał, że odpowiednim zadośćuczynieniem jest kwota 30.000 zł…:-( Jak widać, stereotypy i szablonowe myślenie nadal przeważa. Czekamy na pisemne uzasadnienie. Potem decyzja w sprawie skargi kasacyjnej.