Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Tylko do 15

Jolanta Budzowska21 września 20164 komentarze

Zafascynowała mnie ostatnio rozmowa miedzy ordynatorem oddziału ginekologii, a dyrektorem pewnego szpitala. Tematem tej dyskusji była dostępność znieczulenia do porodu.

Położnik argumentował, że „mamy XXI wiek, a nie średniowiecze. Pacjentki powinny mieć wybór.” Dodał też, że choć nie każda rodząca chce skorzystać z farmakologicznych metod łagodzenia bólu porodowego, a konkretnie zastrzyku zewnątrzoponowego, to jednak świadomość, że w każdej chwili – o ile nie na przeciwwskazań- może uzyskać taką pomoc, jest nieoceniona, i daje poczucie bezpieczeństwa.

Wszystko to na kanwie faktu, że w szpitalu, o którym mowa, takie znieczulenie dostępne jest jedynie w dni powszednie do godz. 15. Dlaczego? Bo brakuje anestezjologów. O tym, że tak może być, mimo prawnego obowiązku zagwarantowania łagodzenia bólu porodowego, pisałam już tutaj i tutaj.

A dlaczego tę konkretną dyskusję odebrałam jako niecodzienną? Bo ordynator z dyrektorem rozmawiali… na łamach prasy. Warto przy tym dodać, że w dodatku, jak wynika z wydźwięku artykułu – w tzw. duchu wzajemnego zrozumienia.

Dyrektor lecznicy narzekał, że brakuje pieniędzy nawet na zakup podstawowego sprzętu. A położnik przyznawał, że aby sytuacja na ginekologii się poprawiła, muszą być dodatkowe etaty dla anestezjologów: „Idealnie byłoby, gdyby ginekologia miała dla siebie wyspecjalizowanego anestezjologa, choć jeden specjalista i tak nie rozwiązałby problemu, bo przecież musi mieć zmiennika – dzieli się spostrzeżeniami ordynator. -W przeciwnym razie nasze położnictwo straci dobrą opinię i kobiety nie będą chciały rodzić u nas – prognozuje.”

Panowie nie analizują jednak sytuacji co – jeśli pośrednio lub bezpośrednio – brak znieczulenia wpłynie negatywnie na przebieg porodu i w efekcie dojdzie do niedotlenienia dziecka?

Można się przecież obczytać, pilnie przygotować teoretycznie, przeczesać fora w poszukiwaniu dobrych rad, mieć za sobą szkołę rodzenia, a ból i tak wyłączy racjonalne myślenie i wykluczy współpracę rodzącej z osobą prowadzącą poród. Kto wówczas odpowie za zły stan urodzeniowy dziecka?

Ordynator powie: „A nie mówiłem?” (mówił, dzielił się nawet przemyśleniami na łamach prasy) i będzie miał rację.

Jako pointę zacytuję komentarz zamieszczony pod innym postem (tym): „tego typu [o błąd medyczny- przyp.JB] sprawy mają prawie zawsze głębsze dno. Otóż nawet w przypadku błędnego działania lekarza zazwyczaj (…) główną, a czasem jedyną odpowiedzialność ponosi zoz. Albo z powodu presji na ograniczanie ilości badań/nie przyjmowania chorych na oddział. Albo dany lekarz prowadzi 12-16 pacjentów zamiast 4-6; niby czegoś nie dopilnował, jednak nikt nie bierze pod uwagę, że nie był w stanie; zoz oszczędza na zatrudnieniu personelu.”

Zgadzam się w 100 % . Nie wystarczy „jakoś” leczyć pacjentów. Trzeba ich leczyć tak, aby zapewnić pacjentom i personelowi bezpieczeństwo wykonywanych świadczeń.

A tak na marginesie: polecam lekturę całego artykułu, którego fragmenty zacytowałam wyżej. Można się z niego miedzy innymi dowiedzieć, jakie są wskazania i przeciwskazania do znieczulenia zewnątrzoponowego, jakie są skutki uboczne tej metody, a także na jakie niefarmakologiczne metody łagodzenia bólu może liczyć rodząca. Pełny tekst znajduje się tutaj.
Czytaj więcej w Gazecie Krakowskiej.

Kwoty zawsze budzą emocje. Nawet wśród profesjonalistów. O tym, jakie powinno być zadośćuczynienie za krzywdę  pisałam już kilkakrotnie, np. tutaj.  Przepis mówi krótko: „odpowiednie”.

„W niemal jednobrzmiących fragmentach pism Zuzanna Kurtyka (wdowa po zmarłym szefie IPN Januszu Kurtyce; domaga się od MON miliona zł), jej syn – Krzysztof (ubiega się o 450 tys. zł) i Magdalena Merta (żona zmarłego wiceministra kultury Tomasza Merty; żąda 2 mln zł) piszą, że skoro minister Macierewicz powołał podkomisję – musiały wyjść na jaw nowe „okoliczności sprawy”. A więc ich roszczenia w stosunku do państwa są w pełni uzasadnione. (…)
W 2011 r. państwo wypłaciło już krewnym ofiar katastrofy pierwsze zadośćuczynienia. 270 osób: mężów, żon, dzieci i rodziców ofiar spod Smoleńska otrzymało wówczas po 250 tys. zł. Łącznie Skarb Państwa przeznaczył więc na rekompensaty dla nich 67,5 mln zł. Niektóre rodziny smoleńskie dostawały łącznie po kilkaset tys. zł, a liczniejsze – ponad milion zł.”

– podaje portal oko.press. I dalej:

„Jak na polskie warunki to ogromne zadośćuczynienia. Bliskim osób, które giną w wypadkach komunikacyjnych sądy przyznają zwykle zaledwie ułamek tych kwot.”

To prawda.  Tak samo jest w przypadku zadośćuczynienia za śmierć pacjenta – dla osób bliskich. Nawet najbliżsi członkowie rodzin nie mogą zwykle liczyć na więcej niż nieco ponad sto tysięcy złotych. W szczególnych okolicznościach rekompensaty są wyższe, jak w sprawie związanej ze śmiercią pacjentki w wyniku operacji polegającej na wewnątrznaczyniowej embolizacji naczyniaka tętniczego – żylnego znajdującego się w jej mózgu. Naczyniak wraz z jego naczyniem żywiącym miał być podczas zabiegu zaklejony klejem tkankowym wstrzykniętym przez specjalistyczny mikrocewnik. W czasie zabiegu doszło do pęknięcia mikrocewnika w organizmie pacjentki i wycieku w miejscu jego pęknięcia kleju do mózgu pacjentki. W wyniku tego pacjentka zmarła po operacji. Sąd Apelacyjny w Warszawie zasądził na rzecz matki zmarłej pacjentki kwotę zadośćuczynienia 500.000 zł. Więcej o tej sprawie przeczytać można tutaj.

Można się zastanawiać, które rozstrzygnięcia są sprawiedliwe czy też „bardziej sprawiedliwe”. Czy tylko te na poziomie ugód „smoleńskich” z 2011 roku, przyznających każdemu członkowi najbliższej rodziny, bez względu na ich indywidualną sytuację, po 250 tys. zł., czy może także takie wyroki, gdzie sąd uznaje, że odpowiednie zadośćuczynienie dla dorosłej, samodzielnej córki w przypadku śmierci jej rodzica to np. 40 tys. zł.?

W poszczególnych krajach Europy ta kwestia wygląda różnie. Nieco upraszczając: w państwach, gdzie dominuje religia katolicka, zadośćuczynienia w przypadku śmierci osoby bliskiej są znaczące. Czasem, jak w Hiszpanii, obowiązują ścisłe zasady obliczania wysokości zadośćuczynienia za krzywdę.

zrzut-ekranu-2016-09-12-o-08-58-03

zrzut-ekranu-2016-09-12-o-08-58-10

 

Powtórzę pytanie: jakie zasady są bardziej sprawiedliwe? Czy tzw. dyskrecjonalną władzę, jaką sąd dysponuje w Polsce, mogą i czy powinny zastąpić matematyczne reguły?

 

Zrzuty ekranu zamieszczone w poście pochodzą z prezentacji prof. Dr Miquel Martín-Casals (wykład na konferencji PEOPIL w Madrycie 8-10 września 2016 r.)

Nie masz czasu na czytanie? Tego artykułu możesz także posłuchać – poniżej znajdziesz jego nagranie! Miłego słuchania!

***

To miał być standardowy zabieg. Nic poważnego. Tak zwykle przebiega rozmowa z lekarzem: to typowa operacja, w zasadzie kosmetyczna.

Wyjdzie Pan do domu po dwóch dniach.

Nie tym razem. Operacja się udała, ale od jej zakończenia pacjent jest sparaliżowany. Mówiąc suchym językiem dokumentacji medycznej: „u pacjenta utrzymuje się czterokończynowy niedowład dużego stopnia”.  Jest leżący, posadzony siedzi z podparciem, nie kontroluje potrzeb fizjologicznych, jest karmiony przez PEG, podejmuje próby jedzenia łyżeczką pokarmów papkowatych. Wymawia pojedyncze słowa.

Co poszło nie tak?

Może było tak. Lekarz pracował cztery doby bez przerwy. Nie, nie umarł z przepracowania, jak media piszą o zmarłej lekarce anestezjolożce z Białogardu czy zmarłym lekarzu z Mielca. Gdyby umarł, pisałyby o nim wszystkie media.  Pracował zwyczajnie, jak każdy lekarz „stachanowiec”. Jaka była jakość jego pracy?  Może to na skutek przemęczenia nie zdołał zaintubować pacjenta przy pierwszej próbie? Może nie analizował sytuacji zbyt sprawnie i lekkomyślnie, niemal do końca liczył na to, że sam sobie poradzi?

Bo w tym przypadku, pierwsza próba intubacji, podjęta w ramach przygotowanie pacjenta do znieczulenia, nie powiodła się. Anestezjolog nie zdołał uwidocznić wejścia do krtani i intubował „na ślepo”, co nie przyniosło rezultatu. Podjęto próbę ponownej intubacji, podczas której również nie uwidoczniono wejścia do krtani. Manipulując rurką intubacyjną, anestezjolog skierował ją pod nagłośnię i uszczelnił rurkę.

W pewnej chwili anestezjolog zauważył jednak, że w bliżej nieokreślonym momencie z palca powoda zsunął się czujnik pulsoksymetru. Nie wiadomo, jak długo pomiar saturacji nie był prowadzony…

Po ponownym założeniu czujnika okazało się, że saturacja wynosi 60%, a zatem spadła do niedopuszczalnego, niebezpiecznego poziomu. Pacjent został po raz kolejny rozintubowany oraz natleniony. Dopiero wtedy antestezjolog prowadzący znieczulenie wezwał na pomoc drugiego anestezjologa, który podjął trzecią, również nieudaną próbę intubacji. W związku z wcześniejszymi problemami, ten drugi anestezjolog zdecydował się na zastosowanie prowadnicy typu Bougie, dzięki czemu wreszcie po 35 minutach, udało się skutecznie pacjenta zaintubować.

Rozpoczął się zabieg operacyjny. Po wybudzeniu u pacjenta, który był operowany na dyskopatię, zdiagnozowano uszkodzenie mózgu, niedowład czterokończynowy i zespół padaczkowy.

Co poszło nie tak?

Wiadomo, że do niedotlenienia pacjenta doszło w okresie przygotowania do operacji. Wiadomo, że przedłużona intubacja doprowadziła do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu.

Nie wiadomo tylko, dlaczego antestezjolog dokonywał kolejnych prób intubacji bez wznawiania wentylacji na tyle długo, że doszło do obniżenia prężności tlenu w organizmie poniżej bezpiecznego poziomu…

Z punktu widzenia procesu sądowego odpowiedź na to ostatnie pytanie nie jest najistotniejsza. Nie zajmujemy się intencjami czy dobrymi chęciami.

Powinien sobie jednak na nie odpowiedzieć dyrektor szpitala, w którym czy to na kontrakcie, czy na umowie o pracę, wykonywał czynności anestezjolog. Czy lekarz na pewno był w stanie prawidłowo wykonywać swoje obowiązki?  I jak zapobiec takim sytuacjom?

***

Poniżej możesz posłuchać tego artykułu, natomiast pozostałe odcinki podcastu znajdziesz na stronie Błąd Lekarza.

***

Podcastu Błąd Lekarza możesz słuchać również na YouTube:

Czy mogę nagrać lekarza?

Jolanta Budzowska30 sierpnia 20162 komentarze

Potajemnie dokonane nagranie może być dowodem, o ile jest autentyczne, nie narusza prywatności czy zasad współżycia społecznego, orzekł właśnie Sąd Najwyższy w wyroku sygn. akt II CSK 478/15.

Odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi więc: tak.

Czasem sposób traktowania pacjentów aż się prosi o udokumentowanie. Kiedy można takiego nagrania użyć w sądzie? Według mnie wtedy, kiedy bohater nagrania, zeznając jako świadek, kłamie w sądzie lub „nie pamięta” istotnych, ważnych okoliczności, szczególnie tych, które mogłyby być korzystne dla poszkodowanego pacjenta… Albo kiedy dokumentacja medyczna przedłożona do akt sądowych przez szpital okazuje się być sprzeczna z tym, co lekarz w rozmowie nam przekazał.

Wtedy przedłożenie nagrania jako istotnego dowodu w sprawie nie spotka się z zarzutem, że nagranie rozmowy było niezgodne z zasadami współżycia społecznego. A o znaczeniu dokumentacji medycznej w procesie o błąd lekarski pisałam szerzej tutaj.

Nagranie powinno być więc raczej asem w rękawie. Może nie trzeba go będzie użyć. Dajmy najpierw personelowi medycznemu szansę na uczciwość.

Do najczęstszych przyczyn śmierci statystycznie możliwych do uniknięcia należy między innymi „zaleganie” pacjenta na SOR w oczekiwaniu na specjalistę. SOR, czyli Szpitalny Oddział Ratunkowy.

SOR – niekończąca się opowieść. Lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni mówią, że ich praca na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym to jak działanie w warunkach bojowych, a co najmniej jak na poligonie. Największe SOR przyjmują ponad setkę pacjentów dziennie.  Pacjentów cierpiących na wszystko i tych nie cierpiących, którzy akurat mieli wolną chwilę i postanowili skorzystać bez kolejki z usług oddziału „z gumy”. Bo nie obowiązują tu żadne limity przyjęć poza ogólnikowym kryterium płynącym z ustawy o ratownictwie: zadaniem SOR jest udzielanie pomocy w stanach nagłego zagrożenia zdrowia lub życia.

Konia z rzędem temu, kto jasno określi co jest stanem nagłym, a co nim nie jest, i co jest zagrożeniem życia a co nie, a potem weźmie odpowiedzialność za odesłanie pacjenta z SOR bez zbadania i wykonania podstawowych badań. W efekcie SOR przyjmują każdego pacjenta, z każdą dolegliwością, o każdej porze dnia i nocy.

To podstawowe trudności, z jakimi mierzy się personel medyczny SOR. Nie podlegają dyskusji.

Od strony pacjenta może to wyglądać tak:

„Czekałem chyba z 2 czy 3 godziny na swoją kolej i nawet nie próbowałem protestować. Nie bardzo ma się wtedy ochotę na protesty, jak ci pół metra od twarzy przewiozą na noszach człowieka, którego chwilę wcześniej dostarczył ratowniczy śmigłowiec, i który wygląda, jakby już był bardzo blisko tego światełka w tunelu. A zaraz potem zmasakrowane ofiary wypadku drogowego z karetki.

Cieszysz się wtedy jak dziecko prawie, że ty tam jesteś ze znacznie mniej groźnego powodu. Że to mogłeś być ty i tam leżeć, a tamci dopiero o te życie walczą. I mogą przegrać. Że jakie ludzkie życie jest kruche. Naprawdę, lekarzy z takich oddziałów naprawdę szanuję, widziałem ich w akcji na żywo. Stają na uszach, żeby ratować człowieka. Nie jest to jednak miły widok. Ale pouczający. Po czymś takim nie trzeba mi było tłumaczyć, że wszyscy musimy czekać, bo cała lekarska obsada walczy o ludzkie życie i my z naszymi nie śmiertelnymi przecież przypadkami nie mamy aż takiego priorytetu.”

Albo tak:

Pacjentka, trzydziestoletnie kobieta, wieczorem zaczęła odczuwać bardzo silny ból pośladka i uda prawego. Następnego dnia udała się w godzinach przedpołudniowych do przychodni, gdzie lekarz X rozpoznał rwę kuszową i przepisał leki w postaci czopków, leków doustnych i maści. Z uwagi na to, że ból nie ustawał, pacjentka w kolejnym dniu ponownie poszła do przychodni, gdzie lekarz Y stwierdził obrzęk pośladka prawego, podwyższoną temperaturę ciała i potwierdził diagnozę rwy kulszowej oraz przepisał kolejne leki.

Dolegliwości nie ustępowały. Pacjentka w tym samym dniu w godzinach późnych popołudniowych trafiła więc do NZOZ, skąd lekarz skierował ją do szpitala na Oddział Neurologii z rozpoznaniem „Rwa kulszowa prawostronna”, z uwagi na brak poprawy terapeutycznej.

Zaraz potem pacjentka udała się wraz z rodzicami do szpitala. Ból kończyny dolnej prawej był tak silny, że czekając na swoją kolej  „leżała zgięta wpół na kolanach matki”. Po jej wejściu do gabinetu w SOR lekarz dyżurny, po odsłonięciu przez pacjentkę okolicy uda i pośladka, dokonał oceny wzrokowej, w której stwierdził jedynie wzmożone napięcie mięśni przykręgosłupowych, nie stwierdził natomiast obrzęku.

Ponadto lekarz twierdził, że pacjentka odmówiła proponowanego leczenia, w tym wykonania badań diagnostycznych (badań krwi). Z danych podawanych przez pacjentkę wynika, że miała przy sobie skierowanie do neurologa, ale lekarz odmówił jego wezwania i dopiero na jej prośbę dokonał badania. Z dokumentacji wynika, że pacjentka zgłosiła się z powodu dolegliwości bólowych kręgosłupa lędźwiowo-krzyżowego, ponadto w dokumentacji medycznej zawarto adnotację „chora roszczeniowa. Nie wyraża zgody na proponowane leczenie”.

Postawiono diagnozę: rwa kulszowa, zastosowano zastrzyk domięśniowy z Vit. B12, Pyralgini i Dexavenu oraz zalecono dalsze leczenie ambulatoryjne. Ponadto odnotowano, że „pacjent ma się zgłosić do dalszego leczenia ambulatoryjnego”. Z dokumentacji medycznej wynika również, że lekarz dyżurny SOR  na pierwszej stronie historii choroby podał rozpoznanie „zespół korzeniowy”. W aktach sprawy brak jest dokumentacji medycznej, z której wynikałaby proponowana – wg relacji lekarza – diagnostyka i leczenie czy też odmowa pacjentki poddania się proponowanemu leczeniu.

Pacjentka została odesłana do domu.

W kolejnym dniu, po kolejnej prywatnej wizycie pacjentka kolejny raz została skierowana do szpitala, po wcześniejszym uzgodnieniu przyjęcia przez lekarza. W tym samym dniu około godzin południowych pacjentka została przyjęta do szpitala na Oddział Chirurgiczny, gdzie rozpoznano ropowicę kończyny dolnej prawej i natychmiast rozpoczęto leczenie. Pacjentka cierpiała na martwicze zapalenia powięzi o etiologii Streptococcus pyogenes. Gdyby diagnostyka trwała kilka godzin dłużej, pacjentka prawdopodobnie nie przeżyłaby. O innej sprawie związane z zakażeniem tym groźnym drobnoustrojem przeczytać można tutaj.

Lekarz internista (dyżurny SOR) przyjmujący pacjentkę za pierwszym razem na SOR popełnił błąd diagnostyczny, stawiając rozpoznanie rwy kulszowej w oparciu jedynie o fragmentaryczny wywiad oraz badanie palpacyjne. Czy to był rażący błąd? Chyba tak, bo lekarz nie zrobił właściwie nic, żeby zdiagnozować przyczyny dolegliwości pacjentki.

Żeby postawić właściwą diagnozę (zakażenia skóry okolicy pośladka i uda prawego) należało:

  • zebrać szczegółowy wywiad,
  • zmierzyć temperaturę i parametry życiowe,
  • zbadać pacjentkę (tym bardziej, że dolegliwości bólowe  były bardzo nasilone),
  • szczegółowo określić rodzaj i pochodzenie obrzęku na pośladku i udzie,
  • wykonać badania podstawowe i dodatkowe, w tym oznaczyć CRP, wykonać usg i badanie dopplerowskie tętnic.

Po uzyskaniu badań i ustaleniu rozpoznania należało pacjentkę przekazać z SOR do oddziału o odpowiednim profilu.

W przypadku braku zgody na proponowane badania i leczenie należało dokonać wyszczególnienia  procedur, na które pacjentka nie wyraziła zgody.

Lekarz internista powinien skonsultować pacjentkę neurologicznie lub od razu skierować do dyżurnego neurologa (zgodnie ze skierowaniem na SOR). Lekarz neurolog mógłby wówczas wykluczyć rozpoznanie rwy kulszowej.

To podsumowanie nie jest moją oceną medyczną, więc jeśli komuś już sam się w głowie układał złośliwy komentarz w stylu „czy Pani jest lekarzem i kto na jakiej podstawie formułuje Pani tak kategoryczne oceny” itd. 🙂 – to proszę tak nie pisać. Przytoczyłam z grubsza to, jak podsumowali to nieszczęsne leczenie biegli.  Ale warto dodać, że dokładnie takie zarzuty postawiliśmy też w pozwie…

Spory o SOR na pewno nie umilkną, przynajmniej tak długo, jak długo te oddziały będą przyjmowały wszystkich pacjentów chorych na wszystko, i to bez kolejki. Pacjenci mają jednak prawo nadal wymagać od lekarzy leczenia zgodnego z aktualną wiedzą medyczną, a lekarze i pielęgniarki  od pacjentów respektowania zasad dostępu do świadczeń leczniczych.

I to wszystko także na SOR. Nie ma taryfy ulgowej.

p.s. Pojęcie “zgonów do uniknięcia”  zostało po raz pierwszy sformułowane przez R.M. Zollingera w Archives of Surgery w 1955 r. W opublikowanych dotychczas pracach, głównie amerykańskich, liczba zgonów do uniknięcia szacowana jest od 2-50%.