Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Uwaga – link do wzoru „Wniosku o wydanie dokumentacji medycznej pod śmierci pacjenta” dla wytrwałych czytelników- na końcu postu;-)

Czy ktoś pamięta (z lekcji matematyki) co to są zbiory rozłączne, części wspólne i podzbiory?

Kto by pomyślał, że – jakkolwiek nie jest to wiedza na poziomie klasy o profilu matematyczno-fizycznym Liceum im. J. Słowackiego w Myślenicach, którego jestem dumną absolwentką – to jednak takie informacje się w życiu przydają. Bo już sinus i cosinus oraz całki zdecydowanie mniej;-)

Wracając do tematu.

W kwestii tajemnicy lekarskiej i prawa osób bliskich do zwolnienia lekarzy z tajemnicy zawodowej po śmierci pacjenta, a także dostępu do dokumentacji medycznej, mamy chaos.

Z jednej strony, osoba bliska może zwolnić lekarza z tajemnicy lekarskiej dotyczącej przebiegu leczenia zmarłego pacjenta. Warto przypomnieć, że osoby bliskie to: małżonek, krewny lub powinowaty do drugiego stopnia w linii prostej, przedstawiciel ustawowy, osoba pozostająca we wspólnym pożyciu lub osoba wskazana przez pacjenta (za życia).

Jednocześnie, zasady dotyczące kręgu osób uprawnionych do dostępu do dokumentacji medycznej zmarłego pacjenta nie zostały zmienione. Trwają prace legislacyjne, ale wpisują się w obraz generalnego zamieszania, bo przewidują jedynie umożliwienie uzyskania dokumentacji medycznej po śmierci pacjenta osobie upoważnionej, a dodatkowo jedynie osobie, która w chwili zgonu była jego przedstawicielem ustawowym.

Obszernie o tym wszystkim pisałam między innymi tutaj. Podobnie, sporo już napisałam o tym, jak duże znaczenie w dochodzeniu odszkodowania za błąd lekarski ma treść dokumentacji medycznej: więcej na ten temat przeczytać można tutaj.

W myśl aktualnych przepisów nie ma więc większych problemów z uzyskaniem dokumentacji jedynie wówczas, gdy pacjent za życia i jednoznacznie upoważnił wskazaną przez siebie osobę do uzyskiwania dokumentacji na wypadek swojej śmierci.

Co jednak, gdy na przykład takiego upoważnienia nie miał możliwości udzielić, bo kiedy znalazł się w szpitalu, był już nieprzytomny?

Czy w końcu osoba bliska, która nie została upoważniona przez pacjenta za życia do dostępu do dokumentacji medycznej, ma prawo jej żądać?

Moim zdaniem tak.

Uważam, że prawo do dokumentacji medycznej jest podzbiorem prawa do uzyskania informacji (zwolnienia lekarza z tajemnicy zawodowej), jakie ma osoba bliska w stosunku do podmiotu leczniczego.

Podmiot leczniczy powinien więc udostępnić dokumentację medyczną osobie bliskiej także wtedy, gdy ta osoba nie została  upoważniona do dostępu do dokumentacji medycznej za życia pacjenta.

Oczywiście, nie obędzie się bez problemów, bo bałagan w przepisach to woda na młyn podmiotów leczniczych, które najczęściej za wszelką cenę starają się uniemożliwić analizę przebiegu leczenia zmarłych pacjentów. Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Maciej Hamankiewicz w liście do lekarzy i lekarzy dentystów z dnia 14 lipca 2016 r. wypowiedział się, że jego zdaniem obowiązujące regulacje „choć umożliwią osobom bliskim zapoznanie się z informacjami objętymi tajemnicą lekarską tj. informacjami zawartymi w dokumentacji medycznej, to nie będą mogły stanowić podstawy do udostępnienia tej dokumentacji poprzez np. wydanie oryginału czy odpisu”.

Będzie sobie więc można zażyczyć odczytania na głos dokumentacji:-)?

Żarty na bok.

Jak napisałam wcześniej, jestem innego zdania. Dlatego przygotowaliśmy w kancelarii wzór wniosku o wydanie dokumentacji medycznej po śmierci pacjenta. Zawiera wariantowo ujęte uzasadnienie, w zależności od sytuacji. Mam nadzieję, że wystąpienie o dokumentację medyczną na formularzu mojej kancelarii  zwiększy szanse jej uzyskania;-)

W razie wątpliwości, jak wypełnić wniosek, proszę o telefon do kancelarii: poprowadzimy za rękę! (Przyznaję,  formularz prosty nie jest, ale to niestety wina naszego ustawodawcy, który tak skomplikował przepisy, że nawet prawnikom jest trudno się poruszać w ich gąszczu…)

Zapraszam do korzystania ze wzoru, który znaleźć można tutaj.

Prawa autorskie BFP!

 

 

Zakażenie rany

Jolanta Budzowska17 sierpnia 2016Komentarze (1)

Nie lubię spraw o zakażenie szpitalne. Bo z zakażeniami jest niemal jak z Yeti – wszyscy wiedzą, że istnieje, ale nikt go nie widział.  Wśród lekarzy krążą anegdoty, jak ta:

„W czasie kolejnego Zjazdu Polskiego Towarzystwa Urologicznego w Krakowie (był to rok 1956) miałem na zaproszenie profesora Michałowskiego wykonać pokazową operację plastyczną wysiłkowego nietrzymania moczu u kobiet we własnej modyfikacji. Byłem wtedy młodym docentem i powierzenie mi referatu programowego i operacji pokazowej uważałem za wielki, aczkolwiek stresujący zaszczyt.

Na sali operacyjnej zgromadziło się kilkunastu gości kongresowych, przyglądających się operacji. Po dwóch tygodniach telefonuje Profesor z Krakowa i mówi, że operowana chora czuje się wspaniale, mocz doskonale trzyma, natomiast siostra operacyjna się rozchorowała dlatego, że w zdenerwowaniu podała tacę, na której były niewygotowane narzędzia, a mimo to rana zagoiła się przez rychłozrost.

  Mówiłem zawsze, że bakterii nie ma – tryumfująco powiedział Profesor.”

Bo podobno lekarze zabiegowi w ogóle nie wierzą w istnienie bakterii…;)

Mówiąc poważnie, ta wiara zdaje się udzielać biegłym, którzy zwykle uznają, że to niemal niemożliwe, żeby do zakażenia w szpitalu doszło na skutek błędu personelu, lekarza czy pielęgniarki. Najczęstsza konkluzja opinii biegłych sądowych jest taka, że zakażenia szpitalne zdarzają się w najlepszych szpitalach i na całym świecie, trudno więc przypisywać odpowiedzialność za wystąpienie zakażenia szpitalowi. A że w Polsce właściwie nie prowadzi się rzetelnych badań dotyczących odsetka zakażeń w poszczególnych szpitalach i na konkretnych oddziałach, to trudno rozmawiać o konkretach.

Tak, tak: wiem, że działają zespoły zakażeń szpitalnych, dokumentuje się działania zapobiegające szerzeniu się zakażeń i chorób zakaźnych itd. Tyle, że jak przychodzi co do czego, to okazuje się, że pacjent, u którego zakażenie wykryto w kilka dni po szybkim wypisie w stanie dobrym i „bez gorączki” – to już nie jest pacjent, którego zakażenie jest „nasze”, czyli jest niczyje i takie zakażenie nie obciąża statystyki żadnej placówki leczniczej.

Dlatego – jeśli chodzi o zakażenie – to moim ulubionych hobby jest sprawdzanie, czy jeśli już zakażenie wystąpiło, to szpital prawidłowo i na czas zdiagnozował pacjenta, a następnie odpowiednio leczył, stosując właściwe antybiotyki i we właściwych dawkach, a wreszcie czy należycie monitorował efekty leczenia.

Oczywiście, są wyjątki.  W przypadku poważnych zakażeń, warto przeanalizować przebieg leczenia zarówno pod kątem odpowiedzialności szpitala za zakażenie, jak i za niewłaściwe leczenie.  Wygrane w sprawach o zakażenie bywają spektakularne – jak w procesie, o którym więcej można przeczytać tutaj.

Bo zdarzają się i obiektywne opinie biegłych, jak poniższa. Wpłynęła w dzisiejszej poczcie rano – i wszyscy w kancelarii od razu mają lepszy humor:)

„Na podstawie dowodów osobowych stwierdzono błędy wykonawcze w pracy personelu takie jak np. czynności przy zmianie opatrunków u różnych pacjentów w tych samych rękawiczkach, zostawianie ran bez opatrunków na dłuższy czas (obchód), zlecanie opieki nad ranami pacjentom i ich otoczeniu etc. – w zasadzie jest to niesporne, bo takich praktyk generalnie nie negowano w materiale dowodowym, a co najwyżej próbowano usprawiedliwiać.

Za wręcz kuriozalne należy tutaj uznać stwierdzenie, że przy zmianie opatrunków narzędziami nie trzeba zmieniać rękawiczek, ponieważ można uniknąć dotknięcia rany lub ciała pacjenta. Oczywiście można umieścić czysty i suchy opatrunek na nieruchomym fantomie na stole z dużą wolną przestrzenią wokół, a wypoczęty wykonawca będzie miał tyle czasu, ile potrzeba, a wtedy może uniknie się dotknięcia; jednakże w rzeczywistości żywy pacjent może się ruszać, będzie ciasno wokół, a niewypoczęta pielęgniarka się będzie się spieszyła (inni pacjenci czekają, a czas ucieka), a na dodatek przesiąknięty opatrunek nie daje się usunąć łatwo narzędziem, a wtedy jest pewne, że rękawiczka dotknie ciała i rany niejeden raz.

Protokoły kontrolne Inspekcji Sanitarnej także stanowią dowód nie wprost, ponieważ uka­zują nierzadko ewidentny brak staranności personelu.

Ostatni dowód nie wprost to znajdujące się w aktach sprawy kwestionowanie wpisów w dokumentacji medycznej w toku zeznań świadków (członków personelu medycznego) – przywoływano argumenty, że wpisy są niewiarygodne, bo czynił je lekarz w toku specjalizacji (rezydent). Wskazuje to również na powszechny brak staranności, skoro nikt nie weryfikuje czynności lekarzy w toku specjalizacji, którzy mogą popełnić pomyłkę (dopiero się szkolą). Per analogiam sytuacja wygląda tak, jakby instruktor nauki jazdy twierdził, że za zdarzenie drogowe odpowiada kursant, a on sam tylko siedział obok.

Podsumowując przyjęte w pozwanym szpitalu nieprawidłowe praktyki oraz nierzadki brak staranności personelu w istotnym stopniu sprzyjały zakażeniom u powoda.”

Nic dodać, nic ująć.

anegdota została zaczerpnięta ze strony internetowej dr. n. med. Ryszarda Marandy

Anonimowe źródła

Jolanta Budzowska10 sierpnia 2016Komentarze (0)

Ludzie listy piszą. Położna czasem o czymś mimochodem wspomni. Lekarz podczas wizyty stwierdzi: „Gdyby trafiła Pani do mnie wcześniej, leczyłbym Panią inaczej”. Pacjentki leżące kilka dni na tej samej sali szpitalnej dzielą się zasłyszanymi informacjami. Komentarze na portalach opisują zachowania konkretnych lekarzy.

Jakie znaczenie w procesie o błąd medyczny mają takie informacje?

To zależy. Czasem jest to wskazanie tropu, który warto drążyć, zbierając dokładniejsze informacje, już z wiarygodnych i potwierdzonych źródeł.

Przykładem jest anonimowy mail, jaki wpłynął do jednej z redakcji, którego autorka przedstawia się jako „położna z wieloletnim stażem”. Jak donoszą media, można było w nim przeczytać, że „pacjentka została przyjęta do cięcia cesarskiego, miała rozrusznik serca. Odbyła się konsultacja kardiologów, którzy zalecili, aby przy porodzie pacjentce poza rozrusznikiem wewnętrznym podłączyć także wspomaganie zewnętrzne (…) Lekarze położnicy zlekceważyli to zalecenie i wykonali cięcie cesarskie po swojemu (…)”.

Autorka dodaje, że „po cięciu pacjentka z rozrusznikiem powinna być monitorowana cały czas, a nie była (…) została znaleziona martwa na sali w szpitalu po kilku godzinach od zgonu”.

Szpital twierdzi, że list zawiera nieprawdziwe treści, które godzą w wizerunek szpitala i mają znamiona zniesławienia, obrażają personel medyczny oraz narażają na utratę zaufania.

Co powinna zrobić rodzina pacjentki?

Przede wszystkim dopilnować, aby odbyła się prokuratorska sekcja zwłok.   O jej znaczeniu pisałam tutaj.

Po drugie, sprawdzić w dokumentacji medycznej, czy opisywana konsultacja kardiologiczna rzeczywiście się odbyła. Jeśli tak, to jaka była jej konkluzja – wynik konsultacji powinien być odnotowany w dokumentacji.

Kolejna kwestia: czy zastosowano się do zaleceń kardiologów? A jeśli nie, to czy było to uzasadnione stanem klinicznym pacjentki – odnotowanym treścią dokumentacji medycznej?

A co, jeśli wymagana konsultacja się nie odbyła? Jeśli pacjentka miała rozrusznik serca, to warto potwierdzić, czy zgodnie z wiedzą medyczną nie była konieczna.

Drugi wątek, to opieka nad pacjentką po porodzie. Co wpisał w kartę zleceń lekarskich anestezjolog? Co mówi dokumentacja medyczna na temat parametrów życiowych pacjentki od przewiezienia na salę nadzoru pooperacyjnego, do chwili stwierdzenia zgonu? Jaki był przebieg reanimacji? Jaka liczna była obsada personelu w stosunku do ilości pacjentek?

Do niepotwierdzonych informacji należy podchodzić z dużą ostrożnością. Na pewno nie można wyłącznie na nich opierać zarzutów i twierdzić, że doszło do błędu podczas leczenia i że – jak w tym przypadku – odpowiedzialność za śmierć pacjentki ponosi personel medyczny.

Przypuszczenia nie wystarczą, żeby wygrać sprawę. Mogą być jednak pomocne w ocenie sprawy i budowaniu strategii procesowej. Warto więc podzielić się z pełnomocnikiem swoją wiedzą i spostrzeżeniami, nawet gdy brzmią niewiarygodnie.  On już będzie wiedział, co z tym zrobić.

 

W procesie cywilnym o błąd medyczny pacjentom chodzi o uzyskanie rekompensaty finansowej.  Ta rekompensata to zadośćuczynienie, odszkodowanie, renta na bieżące potrzeby i związana z utraconymi zarobkami, wydatki na przyszłe leczenie itd.

Generalnie chodzi o to, żeby naprawić wyrządzoną szkodę w maksymalnym, możliwym stopniu.  Założeniem jest, żeby w drodze procesu doprowadzić do stanu istniejącego przed dokonaniem czynu niedozwolonego. Kiedy się nie da tego osiągnąć, na przykład w drodze operacji naprawczej, to dąży się przynajmniej do takiej sytuacji, w której poszkodowanemu zapewnione zostaną warunki życiowe zbliżone do tych, jakie miał przed wyrządzeniem mu krzywdy. Tyle teoria.

Oczywiście, diabeł tkwi w szczegółach. Bo kiedy przychodzi do „rozmowy” na sali sądowej o pieniądzach (trudno proces nazwać rozmową…), to zaczynają się schody.  W kwestionowaniu wydatków na leczenie i rehabilitację brylują szczególnie ubezpieczyciele szpitali,  twierdząc, że niemal wszystko jest dostępne na wyciągnięcie ręki i to „na NFZ”.

To, jakie wydatki powinny być poszkodowanym zwracane, stało się na tyle istotnym problemem, że w sprawie wypowiedział się Sąd Najwyższy.  W Uchwale składu 7 sędziów Sądu Najwyższego z dnia 19 maja 2016 r. III CZP 63/15), stwierdził, że:

„Świadczenie ubezpieczyciela w ramach umowy obowiązkowego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej posiadaczy pojazdów mechanicznych obejmuje także uzasadnione i celowe koszty leczenia oraz rehabilitacji poszkodowanego niefinansowane ze środków publicznych (art. 444 § 1 k.c.).”

Więcej na temat znaczenia tej uchwały pisałam tutaj, ale było to jeszcze przed opublikowaniem uzasadnienia.  Dzisiaj jest ono już znane. Nie wprowadza rewolucji, ale najważniejsze wskazówki, jakie z niego płyną, są takie:

  • poniesione przez poszkodowanego koszty leczenia lub rehabilitacji są celowe (uzasadnione, konieczne, usprawiedliwione), jeżeli służą doprowadzeniu jego stanu lub warunków życiowych do sytuacji sprzed zdarzenia;
  • kompensacie podlegają koszty już poniesione i te, które mają być poniesione w związku z przyszłym, planowanym leczeniem;
  • przepisy nie przesądzają, w jakim systemie organizacyjno- prawnym może dojść do poddania się poszkodowanego czynnościom leczniczym lub rehabilitacyjnym, czyli poszkodowany nie musi się ograniczać do systemu ubezpieczeń społecznych, oferującego bezpłatne usługi medyczne nawet, jeżeli leczenie poza NFZ-tem spowoduje powstanie odpowiednich, zwiększonych kosztów;
  • szczególnym uzasadnieniem dla korzystania z odpłatnej pomocy medycznej, także za granicą, jest sytuacja, gdy w ramach prywatnych usług medycznych możemy otrzymać szerszy zakres leczenia albo gdy nie mamy możliwości skorzystania ze świadczenia medycznego oferowanego przez publiczny system świadczeń z powodu kolejek i odległego, niewskazanego medycznie czasu jego zrealizowania.

 

Najistotniejsze jednak wnioski z uchwały dotyczą obowiązku dowodowego. Wiadomo, jak trudno jest pacjentom udowadniać w sądzie swoje racje.

W tym zakresie Sąd Najwyższy potwierdził, że to poszkodowany powinien udowodnić poniesione przez niego koszty celowe leczenia lub rehabilitacji pozostające w związku przyczynowym z doznanym uszkodzeniem ciała lub rozstrojem zdrowia. Konieczność udowodnienia „celowości kosztów” oznacza także obowiązek wykazania, że zaistniała  potrzeba poddania się odpłatnemu leczeniu w placówkach prywatnych. Nadal trzeba też udowadniać poszczególne rodzaje tych kosztów powiązanych z etapami leczenia lub rehabilitacji (struktura kosztów szczegółowych). Nie wystarczy więc poprzestać na stwierdzeniu: „wydaję miesięcznie 2 tysiące złotych na lekarzy”…

Ale:

  • po pierwsze, Sąd Najwyższy stwierdził, że poszkodowany może wykazywać celowość tych kosztów takimi dowodami, jakimi dysponuje, a nie takimi, jakich od niego wymaga przeciwnik procesowy;
  • po drugie: że jeśli ubezpieczyciel twierdzi, że można było osiągnąć taki sam efekt taniej (zasada minimalizacji szkody), to ciężar dowodu spoczywa na ubezpieczycielu (art. 6 k.c.).

Te dwa stwierdzenia Sądu na pewno nieco pomogą pacjentom, ale nadal proces cywilny to nie bułka z masłem. Postępowanie sądowe o błąd medyczny nie jest proste, bo z założenia nie łatwo jest wygrać „co do zasady” – czyli uzyskać potwierdzenie, że doszło do błędu.

Bywa, że jeszcze trudniej jest uzyskać dla poszkodowanego wszystko, co mu się należy.  Dlatego pierwszym krokiem przed procesem, a nie wtedy, gdy po paru latach od złożenia pozwu okazuje się, że jest „pod górkę”, powinien być staranny wybór pełnomocnika procesowego: radcy prawnego lub adwokata.

Pełny tekst omawianej uchwały Sądu Najwyższego z uzasadnieniem można znaleźć tutaj.

Uzasadnienie wyroku po angielsku

Jolanta Budzowska04 sierpnia 2016Komentarze (1)

Pod jednym z postów na moim drugim blogu, rozpętała się niezwykle ciekawa dyskusja na temat  tego, jak to jest pozwać lekarza o błąd medyczny w Polsce i w Stanach czy w Anglii. Komentarze można przeczytać tutaj, a ja tymczasem chciałam nawiązać do głównego wątku, czyli sytuacji poszkodowanych, którzy dochodzą w sądzie roszczeń odszkodowawczych.

Jakiś czas temu pisałam o procesie związanym ze szkodą na zdrowiu, w jakim uczestniczyłam przed sądem w Londynie. Byłam tam nie tak, jak zwykle, pełnomocnikiem, a występowałam w charakterze biegłego.

Dla zainteresowanych początkiem historii podaję linki do poprzednich wpisów: część I i część II.

Sąd wydał niedawno w tej sprawie wyrok. Sędzią orzekającą była Mrs Justice Whipple.  Sprawa weszła na wokandę England and Wales High Court (Queen’s Bench Division) 17 maja tego roku. Przeprowadzenie wszystkich dowodów zajęło sędzi … 4 dni. Wyrok zapadł 13 lipca 2016 roku, to znaczy w tym dniu nastąpiło jego ogłoszenie i publikacja na stronie internetowej sądu z pełnym uzasadnieniem, liczącym  142 strony plus załączniki. Pełny tekst wyroku można przeczytać TUTAJ. Niestety, dostępny jest tylko w języku angielskim.

O jakości orzekania świadczy już tylko spis treści:

spis tresci

Myślę, że ten wyrok może zainteresować także polskich sędziów…

Zainteresowanych bliższą relacją z procesu  zapraszam także na anglojęzyczne omówienie  całego postępowania, jakie na swojej stronie umieścił pełnomocnik poszkodowanej  w poście „£447,000 damages for miscarriage following road traffic accident in Poland”.

Dlaczego w ogóle o tym jeszcze piszę?

Bo cały czas jestem pod wrażeniem. Że proces procesowi nie równy. Że najwyraźniej wymagając od stron i pełnomocników  maksymalnego profesjonalizmu, sędziowie w High Court wymagają też tego samego od siebie.

Proces dotyczył nie błędu medycznego, a roszczeń związanych z następstwami wypadków samochodowych, którym w niedużym odstępie czasu uległa poszkodowana: odniosła poważne szkody na zdrowiu, poroniła swoją pierwszą ciążę, popadła w depresję. Z uwagi na to, że do pierwszego wypadku komunikacyjnego doszło na terenie Polski o tym, jaka rekompensata jej się należy, decydowały w przeważającej mierze przepisy polskiego prawa materialnego, przede wszystkim Kodeksu cywilnego.  Te same przepisy stosuje się w Polsce, i to zarówno do spraw związanych z wypadkiem komunikacyjnym, jak i z błędem medycznym.

A dlaczego twierdzę, że proces „tam” a proces „tu” to niebo a ziemia? (Oczywiście, nie generalizujmy – nie zawsze.)

Po pierwsze, z uwagi na wspomnianą już wcześniej organizację procesu – 4 dni i po wszystkim.

Po drugie: imponujące jest to, jak rzetelnie jest skonstruowane uzasadnienie wyroku. Nie ma cienia wątpliwości jaki był tok rozumowania sędzi, jakimi motywami kierował się sąd i jak wyliczał składniki odszkodowania. O problemach, jakie poszkodowani mają z tym przed polskimi sądami, pisałam między innymi tutaj.

Po trzecie: sąd przyznał zryczałtowaną równowartość utraconych zarobków na przyszłość przy założeniu, że powrót poszkodowanej wymaga czasu i dodatkowych szkoleń, a ona sama leczenia jeszcze przez jakiś czas. Takie rozwiązanie jedynie wyjątkowo może być zastosowane w Polsce, a często miałoby sens.

W efekcie całkowita rekompensata w funtach brytyjskich to:

  • zadośćuczynienie £88.000 (funtów brytyjskich) plus odsetki £46.191
  • odszkodowanie £73.765 plus odsetki £38.719
  • zryczałtowana renta i koszty przyszłego leczenia £200.705.

Aby otrzymać kwotę w złotych, proszę mnożyć przez (na okrągło) 5…

No i na koniec, z przyjemnością przeczytałam, jak sędzia oceniła moje  moje wyjaśnienia, które składałam jako biegła na rozprawie. Podobnie jak biegły w polskim sądzie, odpowiadałam na pytania sędziego oraz na te, które padały w ramach „krzyżowego ognia pytań” barristerów obu stron.

Fragmenty uzasadnienia, w tym dotyczące zadośćuczynienia:

„Where the opinions of the two experts diverged, I found Ms Budzowska’s evidence to be the more compelling, because of Ms Budzowska’s familiarity with the Polish legal system.” (…)

 

„If there remained any distance between the experts on the joint and several liability point, I prefer the evidence of Ms Budzowska. I accept her explanation of the policy which underlies article 441, and her evidence about other cases when the article has been invoked by the Polish courts to meet cases analogous with this one.” (…)

 

„I accept Ms Budzowska’s evidence as to what is more usual practice in Poland. I award interest from 30 days after the date of the demand (by which I mean the date of first notification in 2011), on the basis that a Polish court would be likely to do that.” (…)

 

„Overall, I am satisfied that Ms Budzowska’s brackets for redress under Articles 445 and 448 are reasonable and I accept them.”

🙂