Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Zadzwoniła do mnie dzisiaj pewna Pani ratownik medyczny, która jednocześnie jest dziennikarką, z prośbą o rozmowę na temat błędów medycznych (serdecznie pozdrawiam przy okazji!). Przy okazji wspomniała:

„- Bo, nie wiem czy Pani wie, ale Pani blogi czyta bardzo dużo osób z branży medycznej.”

Wiem:)

Nie wiem, co prawda, ile to jest bardzo dużo (czasem w panelu administratora widzę, że w konkretnym dniu posty na blogu czytało  kilka tysięcy osób, a czasem kilkaset), ale akurat nie o tym chcę dzisiaj napisać.

Zaczęłam prowadzić moje dwa blogi całkiem niedawno: pierwszy: pomylkalekarza.pl oraz drugi:  bladprzyporodzie.com z myślą o pacjentach. W sądzie reprezentuję przecież wyłącznie poszkodowanych pacjentów. Pomyślałam, że warto podzielić się moim doświadczeniem, pokazać, jak wyglada dochodzenie roszczeń za błąd medyczny od kuchni i jak w praktyce wygląda egzekwowanie praw.

A tymczasem:

  • docierają do mnie co jakiś czas  wyrazy uznania i gratulacje (uzasadnione czy nie)  przede wszystkim od kolegów prawników, ze szczególnym uwzględnieniem konkurencji:) Znaczy; czytają, a czasem nawet korzystają, bo dość często odnajduję ślady inspiracji moimi tekstami;)
  • zaprzyjaźnieni lekarze i osoby ze środowiska medycznego w rozmowach towarzyskich nie omieszkają czasam nawiązać do konkretnego postu. Znaczy, czytają, analizują, zastanawiają się;
  • nieznajomi lekarze czasem nawet komentują! Pozdrawiam serdecznie Panów Doktorów Rafała i Tomasza:)
  • w ostatnich dniach niemal w całości jeden z postów znalazł się na branżowym portalu dla lekarzy dentystów. Znaczy, czytają i czerpią wiedzę garściami;)
  • branżowi dziennikarze (zainteresowani tematyką praw pacjenta) też czytają, a najcześciej potem dzwonią i piszą maile, żeby o coś dopytać i publikują teksty związane z poruszanymi przeze mnie tematami;
  • pewna firma odszkodowawcza podobno z moich postów organizuje prasówki edukacyjne dla pracowników. Znaczy, czytają;)

Oczywiście, tak duży odzew ze strony nie-pacjentów zupełnie mi nie przeszkadza, a nawet dobrze to odbieram: dzięki temu poprzeczka jest zawieszona bardzo wysoko!

Ale czy czytają mnie PACJENCI:)?

Nie masz czasu na czytanie? Posłuchaj podcastu:

***

Światowa Organizacja Zdrowia w swym raporcie z 2013 r. po raz kolejny wykluczyła Polskę z analiz porównawczych dotyczących umieralności według przyczyn.

Powodem jest ponad 25% udział zgonów o „niedokładnie określonych przyczynach”. Wraz z Polską analizą nie zostały objęte między innymi dane Argentyny, Azerbejdżanu, Bułgarii, Grecji, Gwatemali czy Kataru.

Jak czytamy dalej w raporcie GUS, „z danych dotyczących 2012 r. wynika, że w przypadku ponad 28% zgonów (ok. 109 tys.) lekarze nieprawidłowo opisali ich przyczyny.

Podstawowym problemem jest pominięcie chronologicznego opisu łańcucha przyczyn/chorób odpowiedzialnych za zgon chorego lub nieprawidłowe jego przedstawienie, a w konsekwencji niewłaściwe lub nieprecyzyjne wskazanie wyjściowej przyczyny zgonu.” I jeszcze:

„Wpisywane na kartach zgonów przez lekarzy stwierdzających przyczyny zgonu terminy:

  • „ustanie krążenia i oddychania”,
  • „niewydolność wielonarządowa”,
  • „starość” czy w końcu
  • „przyczyna nieznana”

są nieprecyzyjne i całkowicie bezużyteczne”.

Najczęściej jednak lekarze wpisują w dokumentację te nic nie wnoszące określenia, a następnie przychylają się do „prośby rodziny” o nieprzeprowadzanie sekcji zwłok.

Można się domyślać dlaczego.  Bywa, że to działanie celowe.

Nie ma sekcji → nie można wskazać, co było przyczyną wyjściową śmierci pacjenta → nie można udowodnić, że do śmierci pacjenta doszło przez błąd lekarski.

Przepisy nie zezwalają rodzinie na zwolnienie szpitala z obowiązku przeprowadzenia sekcji zwłok, gdy lekarze nie mają pewności, co było przyczyną zgonu (poza drobnymi wyjątkami). Chodzi oczywiście nie o ZK (zatrzymanie krążenia), bo to jest zawsze bezpośrednią przyczyną śmierci, ale o przyczyny wyjściowe i wtórne.

Gdy przyczyny zgonu nie można ustalić w sposób jednoznaczny, sekcja zwłok zmarłego pacjenta musi być przeprowadzona.

Poza tym, sekcja sekcji nierówna. Tzw. sekcja administracyjna lub anatomopatologiczna jest przeprowadzana przez lekarzy anatomopatologów, czyli lekarzy, którzy zatrudnieni są w szpitalach i dokonują sekcji w celu ustalenia tła choroby. Często są to lekarze tego samego lub „zaprzyjaźnionego”  szpitala, w którym doszło do zgonu…

Sądowo – lekarska sekcja zwłok jest wykonywana na zlecenie prokuratora lub sądu – gdy istnieje podejrzenie spowodowania śmierci w wyniku przestępstwa, czyli m.in. błędu medycznego. Z wnioskiem o przeprowadzenie takiej sekcji może się zwrócić poszkodowany, czyli osoba bliska zmarłego pacjenta. Celem takiej sekcji zwłok  jest ustalenie przyczyny śmierci, jej charakteru i związku przyczynowego z działaniem innych osób.

Sekcja zwłok jest podstawowym i w zasadzie jedynym pewnym sposobem ustalenia przyczyny zgonu.

Gdy więc zachodzi podejrzenie, że członek naszej rodziny zmarł w wyniku błędu medycznego, nie pozwólmy sobie wmówić, że dla dobra zmarłego powinniśmy się zgodzić na odstąpienie od sekcji. Zwróćmy się z wnioskiem do prokuratury o wykonanie sądowo-lekarskiej sekcji zwłok – niech to prokurator podejmie decyzję. Najlepiej wyspecjalizowany prokurator zajmujący się błędami medycznymi, o czym piszę też: tutaj.

Gdy sekcji zwłok nie przeprowadzono, dochodzenie roszczeń o zadośćuczynienie z tytułu śmierci osoby bliskiej nie jest niemożliwe, ale jest bardzo utrudnione.

***

Podcastu Błąd Lekarza możesz słuchać również na YouTube:

Odłóżmy na bok takie sytuacje, gdy prasa donosi: pacjent zmarł, bo dyspozytor medyczny nie wysłał karetki. Oraz: pacjent zmarł, bo karetka błądziła po okolicy. To kwestia odpowiedzialności organizacyjnej, a ratownik medyczny nie odpowiada za błędy systemu.

Inne doniesienia medialne, na przykład takie:

„Wkrótce rozpocznie się proces ratownika medycznego z pogotowia ratunkowego. Mężczyzna jest oskarżony o zaniedbania, które mogły przyczynić się do zgonu pacjenta”, 

mają inny wspólny mianownik: łączy je formułowany pod adresem ratowników zarzut karny nieprawidłowego zdiagnozowania pacjenta i podjęcia błędnej decyzji w zakresie dalszego leczenia (lub braku leczenia).

Pewno już wiecie, że ten post – biorąc pod uwagę tematykę bloga – będzie o tym, jakie błędy diagnostyczne i decyzyjne oraz jak często popełniają ratownicy medyczni.

Nic z tego. Bo akurat o Zespołach Ratownictwa Medycznego mam dobre zdanie i zamierzam je uzasadnić. Dlatego, że biorąc pod uwagę warunki, w jakich działają ratownicy, naprawdę rzadko można mieć do nich uzasadnione pretensje.

Przeważająca część frustracji pacjentów bierze się stąd, że nadal traktuje się karetkę jako całodobową przychodnię na kółkach. Stąd też prawdopodobnie przekonanie, że w każdej karetce powinien być lekarz.

Ilu pacjentów wie, że w karetce podstawowej (oznaczonej literą P) pomocy udzielają minimum 2 osoby uprawnione do wykonywania medycznych czynności ratunkowych? W tym zespole nie ma lekarza. Natomiast w karetce specjalistycznej (S) pomocy muszą udzielać minimum 3 osoby, z których dwie są ratownikami medycznymi lub pielęgniarkami systemu, a jedną musi być lekarz. Zdecydowanie częściej wyjeżdżają karetki podstawowe, zresztą blisko 60 % wszystkich karetek to właśnie te P.

Ratownicy są przeszkoleni, by udzielać świadczeń ratujących życie. Zespoły karetki P robią to nie gorzej niż karetki S, choć oczywiście zespół to zespół i jest tak dobry, jak jego najsłabsze ogniwo…

Przyjęło się też uważać, że transport taksówką – karetką na SOR gwarantuje pełne świadczenia bez kolejki. Jeśli jest inaczej, znów rzuca się kalumnie pod adresem ratowników.  Wpis z pewnego forum dla pacjentów:

„Rada praktyczna: czekanie na wizytę u specjalisty to koszmar. Ale jest metoda na to: jeśli bardzo was coś boli, a musicie czekać na konsultację u specjalisty długo, to należy wezwać karetkę lub samemu pojechać na SOR, tam wić się z bólu i musicie zostać zbadani przez specjalistów. Muszą być zrobione badania natychmiast itd. Wprawdzie trzeba na SOR-ze czekać czasem i parę godzin, ale to zawsze krócej niż parę miesięcy. Sprawdzone na własnym zdrowiu!”

Uważam to za niemoralne. I tyle, żeby ponad miarę nie rozwijać tematu. Ile w tym czasie osób, które rzeczywiście potrzebują nagłej pomocy, będzie zbyt długo czekało na karetkę? Ile osób rzeczywiście w stanie wymagającym natychmiastowej pomocy, będzie zbyt długo czekało w SOR na pomoc? Pytania retoryczne.

Zadaniem ratowników nie jest leczyć, o czym mało kto pamięta.  Mają dobrze ocenić sytuację, postawić wstępną diagnozę, wdrożyć czynności ratunkowe, ustabilizować pacjenta i bezpiecznie  dowieźć na oddział ratunkowy. Na tym rola ratownika medycznego się kończy. O dalszym losie pacjenta decyduje lekarz na oddziale ratunkowym.

Często mam okazję – czy to w składzie orzekającym Wojewódzkiej Komisji do Spraw Orzekania o Zdarzeniech Medycznych, czy jako pełnomocnik poszkodowanych, analizować i porównywać dokumentację medyczną ratowników z tą z SOR, a potem z oddziału, jeśli pacjent zostaje w szpitalu.

Zespoły ratownictwa medycznego prowadzą własną dokumentację, o czym niewielu pacjentów wie. Tym dokumentem jest Karta Medycznych Czynności Ratunkowych. Ta Karta jedzie z pacjentem karetką, ale można uzyskać do niej dostęp na takich samych zasadach, jak do pozostałej dokumentacji medycznej.

Warto korzystać z tego prawa, bo dokumentacja ZRM bywa zdecydowanie bardziej rzetelna, wyczerpująca i dobrze oddająca stan pacjenta oraz informacje uzyskane z wywiadu, niż dokumentacja z SOR.

Konfrontacja treści Karty Medycznych Czynności Ratunkowych z dokumentacją z SOR lub z informacjami zapisanymi podczas wywiadu zebranego podczas przyjęcia na oddział czasem pokazuje, że więcej przydatnych dla diagnozy i dalszego leczenia informacji było w tej Karcie – należało ją tylko uważnie przeczytać…

Treść Karty pomaga też nierzadko udowodnić w sądzie, że wbrew twierdzeniom szpitala, pacjent nie „zataił” informacji, na przykład o przyjmowanych lekach – skoro podał je i ratownikowi, który je zapisał w rubryce „Wywiad”, i lekarzowi podczas wywiadu przy przyjęciu – tyle, że lekarz najwyraźniej nie uznał ich za istotne i z niewiadomych względów nie zapisał…

Podobnie jest z rubrykami  „Badanie” i „Objawy”. Notatki na temat objawów prezentowanych przez pacjenta nader często dowodzą, że to ratownicy medyczni dokładnie zbadali  i wysłuchali  pacjenta i jego rodzinę. I wreszcie rubryki: „Rozpoznanie” i „Postępowanie z chorym” – też warto je porównać z późniejszymi wpisami w dokumentacji szpitalnej. Wnioski bywają zaskakujące. Więcej na temat roli dokumentacji medycznej w procesie o błąd medyczny przeczytać można tutaj.

Czy ratownicy medyczni są nieomylni? Nie. Czy zawsze podejmują jedynie słuszne decyzje? Oczywiście, że nie. To, czy zespół nie zaszkodził pacjentowi można sprawdzić odczytując niektóre zapisy z karetki. Z nowoczesnych kardiomonitorów i defibrylatorów, które zapisują rytm serca,  można wysłać zapis EKG do pracowni kardiologii inwazyjnej.

Pamiętajmy jednak, że ratownik medyczny to nie lekarz działający w bardziej komfortowych warunkach szpitala i ma znacznie mniej czasu na diagnozę. Postawione przez niego prawidłowe rozpoznanie ratuje nasze życie lub zdrowie. A poza tym, paramedyk jest naszą ostatnią szansą, kiedy nikt inny i tak nie zdążyłby nam pomóc… Warto to sobie uświadomić.

Pamiętajmy jednak przede wszystkim o tym, że to, czy pomoc dotrze na czas do pacjenta, a potem  czy zostanie postawiona prawidłowa diagnoza, zależy w dużej mierze od tego, jakie informacje na początku otrzyma dyspozytor medyczny, a potem ratownik medyczny na miejscu.  Od nas. Od pacjenta i jego rodziny.

W nawiązaniu do tego, jak istotne bywają te informacje, a zarazem, żeby nie było zbyt patetycznie, kilka przykładów z życia* wziętych:-)

____

„- Przepraszam Pana, ja z taka sprawą..

-słucham

-moja babcia zjadła całą tabliczkę czekolady.

-rozumiem, że jest uczulona?

-nie, nie, tylko zwykle zjadała 2,3 kosteczki, a teraz zjadła cała tabliczkę, no całą i siedzi i się oblizuje, czy jej nic nie będzie?

-pan żartuje? dzwoni pan z tym do pogotowia ratunkowego?

-tak, czy babci nic się nie stanie?

-nie, do widzenia.”

____

„-Jak stoję to mi się w głowie kręci.

‪-Od dawna i często tak się dzieje?

‪-Nie, nie często, tylko wtedy gdy wieszam pranie.

‪-Aha…

‪-Stoję na brzegu wanny, wieszam pranie i wtedy mam zawroty…

‪-W jakim pani jest wieku?

‪-…96″

____

„- Tańczyłam po pijanemu na stole i skręciłam nogę, ale niech mnie pan nie ocenia.”

Kurtyna.

*a konkretnie, są to przykłady przytoczone przez komentujących jeden z postów  „To nie z mojej karetki” na FB

Chirurg jak młody bóg

Jolanta Budzowska15 lipca 2016Komentarze (0)

Chirurg powinien być młody, mieć silną, sprawną i pewną rękę i wyśmienity wzrok, oraz nigdy nie powinien się poddawać. Celsus* zalecał też ćwiczenia fizyczne i racjonalną dietę, jako najpewniejszą drogę do zachowania dobrej kondycji. Był zdania, że chirurg musi współczuć swoim pacjentom, ale jednocześnie zachowywać dystans, który pozwoli mu uodpornić się na jęki. W przeciwnym razie mógłby ulec presji, by pracować szybciej, a co za tym idzie, mniej precyzyjnie lub nie ciąć wystarczająco głęboko.

Brzmi dobrze, prawda?

Najpewniej jednak nie wszyscy operatorzy czytają Celsusa.

Z wywiadu:

„Pacjentka miała wcześniej kilkukrotnie usuwane polipy nosowe z nosa i sitowia. Taki zabieg jest wykonywany w znieczuleniu miejscowym. W trakcie kolejnej operacji poczuła, że operator wykonywał skrobanie wewnątrz nosa i wciskał jej głowę w leżankę. W pewnym momencie operacji poczuła, że narzędzie gdzieś wpadło. Zorientowała się, że ma pokruszone kości sitowia. Wtedy, w czasie tej operacji przestała widzieć na lewe oko, a na prawe zaczęła widzieć bardzo źle. Równocześnie zachłystywała się krwią. Narzędzia operatora spowodowały dziury w kościach na podstawie czaszki i wystąpił płynotok.”

Fragment opinii biegłych:

„Odnosząc się do merytorycznej strony problemu należy stwierdzić, że wykonanie kolejnego zabiegu polipektomii (czwartego), przy stwierdzonej w badaniu ORL całkowitej niedrożności obu przewodów nosowych, bez powietrzności zatok szczękowych w badaniu radiologicznym, którym dysponował operator, bez wykonania uzupełniającej diagnostyki obrazowej takiej jak tomografia komputerowa lub rezonans magnetyczny twarzoczaszki, było postępowaniem nieprawidłowym. (…)

Pozwany był w pełni świadom ryzyka, jakie niesie zabieg polipektomii, bez pełnej znajomości potencjalnego pola operacyjnego, w tym dla narządu wzroku i ośrodkowego układu nerwowego. (…) Opis zawarty w protokole zabiegu naprawczego wskazuje na brak dostatecznej umiejętności operatora (laryngologa), bądź brak oczekiwanej ostrożności podczas zabiegu, a najdobitniej świadczy o tym przecięcie mięśnia prostego oka lewego.

Rozległość szkody w obrębie przedniego dołu czaszki obu oczodołów świadczy o tym, iż operator postępował w obrębie pola operacyjnego, bez oczekiwanej ostrożności i wyczucia. (…) Gdyby dzięki badaniom obrazowym o których mowa pozwany posiadł wiedzę o rozległości zmian u powódki, wiedziałby, iż zabieg ten winien być wykonany w warunkach sali operacyjnej w znieczuleniu ogólnym, z zastosowaniem nowoczesnych technik usuwania zmian zamykający drożność nosa. (…)

W związku z zabiegiem powódka doznała całkowitej utraty wzroku w oku lewym.”

Innej pointy, niż ostatnie zdanie z cytowanej opinii biegłych, nie będzie. Pointą nie jest także to, że zasądzone zadośćuczynienie wyniosło 500 tys. zł. Nie przywróciło powódce wzroku.

*Aulus Cornelius Celsus (ur. ok. 25 p.n.e., zm. ok. 50) – rzymski uczony, encyklopedysta. Mieszkał prawdopodobnie w Gallia Narbonensis. Jego dzieło De Medicina jest jedynym zachowanym tomem o wiele większej encyklopedii (za Wikipedią).

Jak się okazuje, błędne podanie leku się zdarza się częściej, niż nam się wydawało. Informacja w mediach o tragicznej śmierci dziecka po tym, jak pielęgniarka pomyliła leki, spowodowała wysyp komentarzy. Pacjenci dzielą się na forach własnymi doświadczeniami, opowiadając, jak w ostatniej chwili zwrócili uwagę pielęgniarce, że zamierza podać nie ten lek lub że chce go podać niewłaściwemu pacjentowi.

Nie mam jednak pojęcia, jak często dochodzi do takich sytuacji. Na pewno opinia publiczna dowiaduje się o tym tylko wtedy, kiedy skutki są tragiczne. Być może inne przypadki zwyczajnie nie wychodzą na jaw, bo skoro „nic się nie stało”, to nie ma kto o tym mówić.

Czy ktoś słyszał o podobnej sytuacji?

Kiedy rozpoczynał się proces w sprawie śmierci półrocznej Zosi, dotarła do mnie informacja, że biegli nie mogli uwierzyć, że w ogóle mogło do takiej sytuacji dojść: że podano (rozdrobniony) lek doustny – do żyły dziecka. Wydaje się to tak nieprawdopodobne, że aż nie do uwierzenia. Fakty, a konkretnie sekcja zwłok, mówią jednak same za siebie…

Pisałam o pomyłkach w podaniu leków już dwukrotnie: tutaj i tutaj.

Wszystko, co napisałam, jest aktualne.

Może warto tylko dodać, że jest prosta metoda na uniknięcie pomyłki w podaniu leku.

Jest nią respektowanie 6 zasad podawania leków dożylnych: tzw. 6R’s:

  • right patient- właściwy pacjent
  • right medication-właściwe lekarstwo
  • right dose-właściwa dawka
  • right route-właściwa droga podania
  • right time-właściwy czas
  • right documentation-właściwa dokumentacja

Pielęgniarka powinna za każdym razem przed podaniem leku „odhaczyć” na checkliście to, że sprawdziła każdą z tych pozycji. A potem powinna tę czynność powtórzyć jej koleżanka… Wiem, wiem: nie ma czasu, a pielęgniarek jest zbyt mało.

Zbyt mało czasu i pielęgniarek, żeby pacjent mógł żyć?

Więcej o problemie błędnego podawania leków można przeczytać w Dzienniku Polskim. Rozmawiałam na ten temat z red. Marcinem Banasikiem. Artykuł jest dostępny tutaj.