Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Wczorajsza prasa doniosła, że lekarstwa na raka prostaty podrożały dziesięciokrotnie. „Wszystko przez obowiązujący od początku lipca nowy wykaz leków refundowanych. Jedną ze zmian jest właśnie obniżenie wkładu NFZ w refundowane leki. Różnicę muszą dopłacić pacjenci.”, pisze polskatimes.pl

Co, jeśli pacjenta nie stać na przepisane leki, nie wykupi ich i nie zażyje?

Będzie to wykorzystane w procesie przeciwko niemu. Niestety. 

Podobnie, jak na przykład:

  • gdy pacjent nie poda w wywiadzie ważnych informacji o chorobach, na jakie cierpi czy o przebytym leczeniu,
  • gdy pacjent nie stawi się na wizytę kontrolną w poradni w określonym terminie
  • gdy pacjent nie rozpocznie zaleconego leczenia u specjalisty lub nie stawi się na konsultację
  • gdy pacjent nie stosuje się do zaleceń lekarza, na przykład obciąża nadmiernie kończynę  okresie rekonwalescencji po złamaniu lub nie nosi ortezy, pali czy nadużywa alkoholu
  • gdy pacjent nie zachowuje higieny rany
  • itd.

Takie zachowanie pacjenta będzie potraktowane w procesie jako jego przyczynienie się do zwiększenia rozmiarów szkody na zdrowiu lub wręcz jej powstania, nawet gdy błąd medyczny w leczeniu zostanie udowodniony.  Odszkodowanie i zadośćuczynienie może zostać obniżone, w skrajnych przypadkach do zera.

Nie ma znaczenia, że nie odbyliśmy wizyty w poradni przyszpitalnej  „za 7 dni”, bo pierwszy wolny termin był za 2 miesiące. Obowiązkiem pacjenta jest wykonać zalecenie, na przykład znaleźć inną poradnię, gdzie terminy są krótsze, albo pójść prywatnie. Koszty takiej komercyjnej wizyty zostaną nam zwrócone (o ile wygramy proces o błąd w leczeniu), trzeba tylko pamiętać, żeby mieć dowody na brak możliwości wykonania zalecenia lekarskiego „na NFZ”. Szerzej na ten temat napisałam, omawiając Uchwałę składu 7 sędziów Sądu Najwyższego z dnia 19 maja 2016 r. III CZP 63/15 tutaj.

Podobnie, gdy kontrole lekarskie odbywamy „na oddziale”, po znajomości – a potem nie ma po nich śladu w dokumentacji medycznej, bo lekarz przyjmował nas w biegu i poza jakimikolwiek procedurami – w procesie możemy nie być w stanie udowodnić, że wizyty się rzeczywiście odbyły.

Aha, i jeszcze jedno.  Zeznając podczas  procesu mówimy prawdę.  Więcej na ten temat napisałam w „Poradniku dla świadka”. A na wszelki wypadek dodam, że to, jakie recepty na leki refundowane pacjent wykupił, można sprawdzić w Zintegrowanym Informatorze Pacjenta ZIP  – i sąd to może zrobić także na wniosek naszego przeciwnika procesowego…

 

 

 

 

 

Powinnam jednak zrobić kurs wróżbiarstwa. Tak wynika z uzasadnień niektórych wyroków.

Zadośćuczynienie za doznaną krzywdę ma być odpowiednie. Według części sędziów, pełnomocnik powinien precyzyjnie doradzić swojemu klientowi, ile to jest w konkretnym przypadku „odpowiednio”, bo w końcu bycie pełnomocnikiem zobowiązuje.

A jednocześnie, pełnomocnik – wróżka wie, że kwota zadośćuczynienia, jakiej żądamy w pozwie:

  • ma wpływ na wysokość opłaty od pozwu,
  • może mieć wpływ na to, kto (powód czy pozwany) i w jakiej kwocie poniesie na koniec koszty procesu,
  • czasem ma wpływ na nastawienie sędziego do strony, czyli poszkodowanego.

Zacznę od końca.

Wiadomo, że żadna kwota nie zwróci na zdrowia. Dodatkowo, często poszkodowany chce, żeby kara dla szpitala czy lekarza na kontrakcie była dotkliwa. Najlepiej, żeby winny zapłacił kilka milionów złotych zadośćuczynienia, wtedy na pewno będzie miał nauczkę na przyszłość.

Tak to, niestety, nie działa.

Określając, jakie zadośćuczynienie nam się należy, musimy się trzymać „w ryzach” polskich realiów. Najwyższe zadośćuczynienie, jakie dotąd zostało zasądzone przez polski sąd (nie licząc odsetek, odszkodowania, renty itd) – wynosi 1.200 tys. zł. Oczywiście, kwoty te systematycznie, ale wolno rosną. Jeszcze kilka lat temu takie „rekordowe” zadośćuczynienie wyniosło 700 tys. zł. W obu przypadkach kwoty te zostały przyznane bardzo poważnie poszkodowanym dzieciom. Wniosek, aby sąd przyznał nam np. 5 mln. czy 10 mln. złotych będzie więc na tyle abstrakcyjny, że sędzia – przynajmniej na początku – będzie nas obserwował z pewną nieufnością, zakładając, że może mieć do czynienia z pieniaczem.

Jeśli poszkodowany nie jest zwolniony od kosztów sądowych, to wnosząc pozew musi zapłacić 5 % opłaty od pozwu. Od kwoty żądanej, a nie kwoty, jaką sąd nam finalnie przyzna. Jeśli przyzna, to znaczy, jeśli wygramy… A w przypadku przegranej – ta opłata przepada.

A co jeśli wygramy tylko część żądanej sumy? Koszty procesu ponosi ten, kto przegrał. No właśnie, ale gdy my trochę wygraliśmy, trochę przegraliśmy, to co wtedy? Teoretycznie, wtedy i tak powinniśmy być uznani za stronę wygrywającą, bo gdy „określenie należnej nam sumy zależało od wzajemnego obrachunku lub oceny sądu„, to jeśli wygrywamy „co do zasady” to wygrywamy, i kropka. Przeciwnik powinien zwrócić wszystkie koszty. Tak mówi przepis (art. 100 k.p.c. zdanie drugie).

Niestety jednak, ten przepis nie nie zawsze jest stosowany. Konia z rzędem temu, kto powie dlaczego nie jest, bo powinien być stosowany „z automatu”, ale to temat na osobny wpis. Wtedy szczególnego znaczenia nabiera to, czy uda nam się „trafić” z kwotą zadośćuczynienia. Bo istnieje ryzyko, że jeśli zażądamy 1 mln. złotych, a wygramy 100 tys., to sąd uzna, że wygraliśmy 1/10, a przegraliśmy 9/10, i w takiej proporcji obciąży nas kosztami.

I bądź tu mądry. Jak poszkodowany – nawet ze wsparciem swojego prawnika – ma przewidzieć to, jakie zadośćuczynienie sąd w jego przypadku uzna za odpowiednie? Sędzia w I instancji orzeka w składzie jednoosobowym.

Wyobraźmy sobie taki quiz: wybieramy 20 sędziów z różnych sądów, mających takie same akta sprawy. Ilu z nich zasądzi taką samą kwotę zadośćuczynienia? Może kilku. Założę się, że rozrzut będzie – przy nietypowej sprawie, a poważnej szkodzie na zdrowiu: od 100 tys. do – nawet – kilkuset tysięcy zlotych.

Oczywiście, za każdym razem przyjmując sprawę próbuję przewidzieć to „trafienie”. Jak w totolotku (nie gram). Orzecznictwo dostarcza pewnych wskazówek, ale żadnych wiążących kwot. Nie, to byłoby zbyt łatwe.

„Podpowiedzi” Sądu Najwyższego są w takim duchu, jak w jednym z ostatnich orzeczeń: „Sąd określając kwotę „odpowiednią” w rozumieniu art. 445 § 1 Kodeksu Cywilnego uwzględnił wiek poszkodowanego jako jeden (spośród wielu ustalonych i rozważonych) elementów wpływających na określenie jej wysokości. Taki sposób jest uprawnionym, a czynnik wieku należy do powszechnie branych pod uwagę przy orzekaniu o zadośćuczynieniu za skutki uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia.” (Wyrok Sądu Najwyższego – Izba Cywilna z dnia 4 maja 2016 roku, IV CSK 270/17).

Czyli – przekładając na „nasze” – im ktoś jest starszy, tym mniejsze zadośćuczynienie mu się należy, nawet jak ma identyczny problem jak inny, tyle że znacznie młodszy, pacjent. Ale o ile? Nie wiadomo.

No istna Pytia.

Trzeba jednak przyznać, że lata praktyki i ilość spraw zakończonych korzystnymi wyrokami dla poszkodowanych robią swoje: łatwiej jest mi przekonać sąd o „odpowiedniości” zadośćuczynienia w takiej, a nie innej kwocie, jeśli mam konkretne argumenty w ręku, między innymi wyroki w podobnych sprawach.

Tak czy tak, mam mocne przekonanie, że czasem kurs wróżbiarstwa nie zaszkodziłby;-)

Nic nowego.

Endoproteza (w tym endoproteza stawu biodrowego) to zło konieczne. Zawsze zastąpienie naturalnego, zniszczonego stawu sztucznym – czyli protezą, będzie rozwiązaniem ostatecznym. Decydujemy się na nie wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia, bo ból i trudności z poruszaniem się uniemożliwiają nam normalne poruszanie się.

***

Czytaj dalej poniżej, albo posłuchaj:

***

Nie łatwo się jednak dostać na taki zabieg. W województwie śląskim endoprotezoplastyka stawu kolanowego i operacja wszczepienia endoprotezy stawu biodrowego w najbardziej obleganych szpitalach wymaga wg ostatnich danych „odstania” w kolejce…  13-17 lat.

Może być jeszcze trudniej, bo nowe wymogi Ministerstwa Zdrowia przewidują, że aby szpital otrzymał kontrakt na wszczepianie endoprotez, musi się wykazać wykonaniem określonego minimum zabiegów endoprotezoplastyki w przeszłości.

Chodzi o to, żeby endoprotez nie wszczepiali ci, którzy robią tylko po kilka zabiegów rocznie, bo nie mają odpowiedniego doświadczenia.

Trudno się dziwić, bo zastosowanie endoprotezy wiąże się z szeregiem potencjalnych komplikacji. Najczęściej wynikają one ze stanu zaawansowania choroby podstawowej pacjenta, choć czasem przyczyną jest błąd  medyczny: źle dobrana proteza, nieprawidłowe mocowanie, zawinione zakażenie (infekcja wokół implantu) czy brak leczenia przeciwzakrzepowego.

Bywa też, że wada tkwi w samej endoprotezie.

Red. Krystyna Rożnowska w Miesięczniku „Kraków” napisała:

„Myślę, że co najmniej tysiąc osób w kraju, które od lipca 2003 do sierpnia 2010 poddały się wszczepieniu endoprotezy stawu biodrowego, posiada endoprotezę DePuy należącą do serii protez uznanych przed pięciu laty za wadliwe. Tak przypuszczam, bo nie mogłam zdobyć dokładnej informacji (Ministerstwo Zdrowia mi jej nie podało), ale wiem, że tylko w jednym ze szpitali wszczepiono ich ok. 100, a w innych po kilka- czy kilkadziesiąt. Kiedy zakładano je pacjentom, jeszcze nie wiedziano, że są wadliwe, ale producent podał właśnie taki powód, wycofując je z rynku w 2010 roku. Nie poinformowano jednak o tym polskich pacjentów z wszczepionymi endoprotezami ani nie objęto ich badaniami kontrolnymi, jakie firma DePuy proponowała. Mimo że zapowiadała pokrycie kosztów badań oraz ewentualnego leczenia. Na całym świecie rozprowadzono ok. 93 tysięcy tych endoprotez i wypłacono chorym, którzy ucierpieli z powodu ich wadliwości, liczne odszkodowania. Tylko nie u nas.”

A na moją skrzynkę mailową wpłynął taki mail (zresztą, jeden z wielu na temat endoprotez):

„Dzień dobry. Mam 38 lat i w maju 2012 roku w szpitalu w XXX założono mi endoprotezę tzw. kapaplastyka biodra. Od samego początku miałam problemy: ból, wysypka nogi, brak możliwości chodzenia pomimo 3 – miesięcznej rehabilitacji. Doszły do tego bóle głowy, nadciśnienie, bóle żołądka. Po następnych rehabilitacjach zaczęłam chodzić, utykałam, a ból był coraz mocniejszy. Lekarz, który mnie operować uważał, że wszystko jest dobrze. Zaczełam szukać pomocy u innych lekarzy. Okazało się, że mam zielono – czarny płyn w biodrze, dostałam metalozy. Następnie zatrucia kobaltem, chromem i molibdenem, czyli metali, z których złożona była proteza. Lekarze we YYY nie chcieli podjąć się operacji. Dopiero w grudniu 2013 roku zostałam zoperowana w trybie pilnym w ZZZ. Miałam guza, który został wycięty, zrobiono mi rekonstrukcję panewki, ześrubowali mi biodro śrubami i wstawiono mi nową endoprotezę. Jestem teraz 2 miesiące po operacji i robię wszystko aby pozbyć się zatrucia od pierwszej endoprotezy.”

Czy ta pacjentka ma prawo do zadośćuczynienia i odszkodowania?

Tak. Metaloza jest groźna dla zdrowia.

W Wielkiej Brytanii zaleca się, by wszyscy pacjenci z metalowymi endoprotezami poddawali się co roku badaniom poziomu kobaltu i chromu.

Objawy zatrucia kobaltem to: białko w moczu, biegunka, drgawki, duszność, krwiomocz, łzawienie, niepokój, spadek ciśnienia, uszkodzenie serca, zżółknięcie skóry, żółtaczka.

Natomiast zatrucie chromem objawia się zapaleniem żołądka, jelit, bólami brzucha, nudnościami, wymiotami, biegunką, zatrzymaniem moczu, uszkodzeniem nerek, mocznicą.

Co wiemy?

Około 93.000 osób, które otrzymały endoprotezy stawów biodrowych DePuy Ortopedia Inc, firmy Johnson & Johnson, może wymagać ponownej interwencji chirurgicznej i wymiany endoprotezy. Dwa produkty ortopedyczne DePuy’s, ASR Hip Resurfacing System (dopuszczony do sprzedaży jedynie w USA) oraz ASR XL Acetabular System (dopuszczony do sprzedaży na całym świecie), zostały wycofane z rynku w dniu 26 sierpnia 2010 roku.

Problem dotyczy jednak nie tylko endoprotez DePuy.

Wszyscy pacjenci, którzy mają implanty stawu biodrowego, a którzy w związku z zabiegiem doświadczyły bólu, obrzęku, problemów z poruszaniem się czy objawów, które mogą odpowiadać zatruciu chromem lub kobaltem, powinny skonsultować się z lekarzem w celu sprawdzenia wszczepionych protez i upewnić się, który typ protezy został użyty, a następnie poddać się badaniom. Objawy, które wskazują na potrzebę interwencji chirurgicznej to w szczególności:

  • obluzowanie lub przesunięcia implantu,
  • zakażenie,
  • złamanie kości,
  • zwichnięcie,
  • wrażliwość na metale,
  • ból.

Zainteresowanym tematem polecam także w artykuł red. Krystyny Rożnowskiej:  „Mina w biodrze”.

Jak szybko można dostać zadośćuczynienie i odszkodowanie za  wadliwą endoprotezę? Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, skoro wszystko wiadomo.

Niestety nie. Nie szybko, ani nie łatwo. Producenci są najczęściej firmami zagranicznymi, a to bardzo utrudnia dochodzenie rekompensaty.

Ja jednak lubię wyzwania:-), a ścieżki – jeśli chodzi o endoprotezy stawu biodrowego – też mam już przetarte!

 

***

Podcastu Błąd Lekarza możesz słuchać również na YouTube:

Tytuł to cytat z wyjaśnień chirurga operującego dziecko. Laparoskop uszkodził śledzionę?! Sam uszkodził?!

Dziennik Łódzki napisał o tej tragedii tak:

„To miał być prosty, planowy zabieg. Dziś Pawełek nie żyje. Trzyletni Pawełek miał zaplanowany laparoskopowy zabieg urologiczny, który lekarze określają jako łatwy. W trakcie zabiegu nastąpiły komplikacje; doszło m.in. do krwawienia wewnętrznego z narządu znajdującego się poza tzw. polem operacyjnym. Chłopiec stracił ponad pół litra krwi. 3-latkowi ostatecznie podczas zabiegu usunięto… śledzionę.”  

Śledzionę usuwa się zwykle wtedy, kiedy narząd ten jest uszkodzony mechanicznie (np. pęknie na skutek urazu) i dochodzi do zagrażającego życiu krwawienia do jamy brzusznej. U pacjenta spada ciśnienie  krwi, traci przytomność. Natychmiastowa operacja usunięcia śledziony i podwiązanie jej naczyń krwionośnych jest wówczas operacją ratującą życie.

Trudno w to uwierzyć, że nagła awaria laparoskopu może uszkodzić organ znajdujący się poza polem operacyjnym. Ciekawe, jak wyglądało serwisowanie tego sprzętu… Dość powszechne są na przykład oparzenia pacjenta podczas operacji, ale nigdy nie dzieje się to bez przyczyny:  we wszystkich tego typu prowadzonych przeze mnie sprawach okazywało się, że oszczędzano na urządzeniach, które nadawały się już tylko do wymiany, lub ich oprzyrządowaniu.

Śledziona

Warto byłoby również przeczytać protokół operacyjny, żeby zapoznać się się z przebiegiem wydarzeń, krok po kroku… Co sprawiło, że operator nagle znalazł się poza polem operacyjnym? Może zwykła nieostrożność?

Kilka lat temu prowadziłam sprawę zmarłego policjanta. W trakcie operacji operator pomylił organy i zamiast usunąć fragment nadnercza, usunął ogon trzustki, co spowodowało uwolnienie enzymów trzustkowych odpowiedzialnych za wystąpienie i rozwój zespołu wykrzepiania wewnątrznaczyniowego.

W sprawie zmarłego dziecka jest i inny wątek: szpital nie dysponował odpowiednim sprzętem służącym intensywnej opiece medycznej, której po operacji, kiedy jego stan zaczął się pogarszać, 3-latek potrzebował. Dziecko nie oddychało za pomocą respiratora, bo placówka, w której było operowane, nie posiada respiratora dziecięcego.

Rodzice, wybierając szpital, na pewno chcieli jak najlepiej: żeby operował uznany chirurg, żeby szpital był nowoczesny, żeby otoczenie było przyjazne.

Z pewnością nie zdawali sobie sprawy z faktu, że o zdrowiu ich dziecka może zdecydować niesprawny sprzęt.  A o jego życiu brak respiratora i „wyczerpanie możliwości diagnostycznych”.

Na stronie szpitala można przeczytać:

„Hospitalizujemy rocznie około 1200 dzieci i wykonujemy około 340 operacji.”

Czy szpital, mając świadomość ryzyka nieprzewidzianych powikłań, jakie wiążę się z każdym zabiegiem operacyjnym, powinien podejmować się leczenia zabiegowego, nie mając nawet respiratora?

Szpital twierdzi, że nie jest to potrzebne, by prowadzić oddział chirurgii dziecięcej.

 

Redagując „końcowo” ten post nie mogłam nie zauważyć, że znów napisałam nieprzyzwoicie długo.  Ale nie skrócę, bo temat jest szczególnie ważny. Umówimy się zatem, że jak ktoś nie da rady postu przeczytać „na raz”, bo na przykład uśnie (rozumiem, wybaczam), to proszę wracać do lektury aż do skutku;-)

Chodzi o prawo do podejmowania racjonalnych decyzji. O prawo do samostanowienia. Reguła jest prosta: „lekarz ma obowiązek zachowania w tajemnicy informacji związanych z pacjentem, a uzyskanych w związku z wykonywaniem zawodu.”

Prawo do zachowania w tajemnicy przez osoby wykonujące zawód medyczny informacji związanych z pacjentem, w szczególności ze stanem zdrowia pacjenta, jest – podobnie jak prawo do wyrażania świadomej zgody na leczenie – jednym z podstawowych praw pacjenta.

Od tej zasady są jednak wyjątki. Dodatkowo, dotąd można było zadawać sobie pytanie, co z tym prawem do tajemnicy w razie mojej śmierci?

Nie było źle.

Można było spać – nomen omen – spokojnie, bo po śmierci pacjenta, prawo wglądu w dokumentację medyczną miała osoba upoważniona przez pacjenta za życia. Czyli zachowywaliśmy prawo do decydowania o tym, kto będzie mógł przeczytać naszą dokumentację medyczną, a kto nie.  To było ważne, bo można sobie wyobrazić, że gdyby nie zaufanie do lekarza, pacjenci z obawy o „wyciek informacji” mogliby powstrzymywać się od ujawniania informacji  o charakterze osobistym czy intymnym, które mogły być konieczne do otrzymania odpowiedniego leczenia.

Między innymi dlatego Europejski Trybunał Praw Człowieka w wydanych wyrokach nie raz podkreślał, że dane medyczne pacjenta są sprawą poufną, każdorazowe ich ujawnienie wymaga świadomej i wyraźnej zgody, a ochrona danych  medycznych  ma fundamentalne znaczenie dla korzystania z prawa do poszanowania życia prywatnego i rodzinnego gwarantowanego przez art. 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Faktem jest, że obowiązująca dotąd w Polsce regulacja rodziła jednak czasem problemy. Sprawa oparła się nawet o Naczelny Sąd Administracyjny, który na szczęście problem rozstrzygnął zgodnie z literą, a nawet i duchem prawa, co wcale nie jest takie częste.  NSA stwierdził, że prawo wglądu w dokumentację medyczną zmarłego pacjenta ma osoba upoważniona przez tego pacjenta za życia nawet wtedy, gdy to upoważnienie zostało wydane – najczęściej w formie wpisu do dokumentacji – w innym podmiocie leczniczym niż ten, w którym pacjent zmarł.  Pełną treść wyroku sygn. akt II OSK 1539/13 można znaleźć tutaj: Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie.

Poza tym, gdy spadkobiercy mieli trudności z uzyskaniem dokumentacji medycznej, obchodzili przepis na przykład  w drodze wszczęcia postępowania przed Wojewódzką Komisją.  Składali po prostu wniosek o orzeczenie o zdarzeniu medycznym, często „w ciemno”, płacąc jedynie 200 zł. opłaty (podlega zwrotowi w razie cofnięcia wniosku), a następnie w drodze lektury akt zapoznawali się z dokumentacją medyczną. Nie, żebym pochwalała takie działania, ale z drugiej strony, życie nie znosi pustki. Gdy podejrzewa się błąd medyczny, a szpital twierdzi, że nie wyda dokumentacji, bo… nie wyda, albo twierdzi, że osoba wskazana przez pacjenta za życia ma jedynie prawo wglądu w dokumentację, ale już nie do otrzymania kserokopii – rozgrzeszam spadkobierców z twórczej interpretacji dostępnych możliwości prawnych.

Nie da się ukryć, że te problemy z dostępem do dokumentacji w pewien sposób utrudniały spadkobiercom  dochodzenie roszczeń w przypadku, gdy do błędu medycznego rzeczywiście doszło.

Teraz mam jednak mieszane uczucia. Wprowadzono zmiany w Kodeksie Postępowania Karnego i innych ustawach szczególnych w zakresie błędów medycznych i tajemnicy lekarskiej. Ustawodawca przeprowadził proces legislacyjny w ekspresowym tempie. Zmiana czeka już tylko na podpis Prezydenta RP i niebawem stanie się obowiązującym prawem.

Mam mieszane uczucia, choć teoretycznie, ma być jeszcze korzystniej dla pacjentów. Podstawowym celem  nowo uchwalonych zmian w ustawie z dnia 5 grudnia 1996 r. o zawodach lekarza i lekarza dentysty jest to, „żeby odmowa zwolnienia z tajemnicy lekarskiej nie stała się barierą przed dochodzeniem roszczeń, ustalaniem okoliczności ewentualnych błędów lekarskich, czyli tego, co w aktualnym stanie rzeczy bardzo często utrudnia zapoznanie się z rzeczywistymi okolicznościami leczenia danej osoby”.

Z jednej strony fundamentalnie zgadzam się z tym, że należy poszukiwać rozwiązań ustawowych ułatwiających poszkodowanym pacjentom i rodzinom ofiar walkę z błędami medycznymi, ponieważ nierówność broni widać na sali sądowej baaardzo wyraźnie.

Z drugiej strony, mam wrażenie, że zabrano się do tego od niewłaściwej strony.

Po pierwsze: kwestie dostępu do informacji i dokumentacji są ważne, ale znaczniej ważniejsza jest wiarygodność dokumentacji medycznej i rzetelność wydawanych w postępowaniu cywilnym i karnym opinii biegłych. Przecież nawet najłatwiejszy dostęp do dokumentacji będzie na nic, jeśli ta dokumentacja nie będzie odzwierciedlała rzeczywistego przebiegu leczenia.  Tym – na razie przynajmniej – ustawodawca się nie zajął.

Nowe rozwiązania są przy tym zbyt daleko idące. Każda osoba bliska – nie tylko spadkobierca, zyskuje szerokie uprawnienia do żądania informacji. Warto przypomnieć, że osoby bliskie (definicja z ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta) to: małżonek, krewny lub powinowaty do drugiego stopnia w linii prostej,  przedstawiciel ustawowy, osoba pozostającą we wspólnym pożyciu lub osoba wskazaną przez pacjenta.

Każda z tych osób  ma  równocześnie prawo zgłosić sprzeciw wobec zwolnienia z tajemnicy, czyli liberum veto.  To postawi podmioty lecznicze przed koniecznością każdorazowej oceny, czyja wola jest „skuteczniejsza”.   Tylko jedno jest wówczas pewne: niestety, zdanie pacjenta nie będzie miało już żadnego znaczenia, a każdy wniosek o wydanie dokumentacji medycznej „przeleży się” u prawnika szpitala.  Jest to nawet zrozumiałe: bo właściwie jak podmiot leczniczy ma na przykład przeprowadzić „dochodzenie”, czy dana osoba pozostawała we wspólnym pożyciu ze zmarłym – czyli czy zalicza się do kręgu osób bliskich?

Poza tym, uzyskana przez osobę „bliską” dokumentacja zmarłego może wcale nie służyć szczytnym celom. A może posłuży do unieważnienia testamentu? Kto wie…

Myślę, że jako pacjenci musimy podejść do tego racjonalnie, zabezpieczając swoje interesy jak się da. Co prawda, przepisy nie przewidują wprost możliwości wyłączenia jeszcze za życia przez pacjenta z kręgu osób bliskich konkretnych osób. Takich, co do których pacjent z pewnością nie chce, aby uzyskały dostęp do informacji chronionych obecnie tajemnicą lekarską.

Ale… Co nam zależy? Możemy napisać odręcznie, że wykluczamy możliwość udostępnienia dokumentacji medycznej na wypadek naszej śmierci  oraz udzielenia informacji dotyczącej pacjenta – osobie XY.

I miejmy nadzieję, że szpital taką dyspozycję uszanuje.

Wspominając w treści o wyrokach ETPC, miałam na myśli przede wszystkim: wyrok ETPCZ z dnia 22 października 1981 r. w sprawie Dudgeon przeciwko Zjednoczonemu Królestwu, skarga nr 7525/76,  wyrok ETPCZ z dnia 6 czerwca 2013 r. w sprawie Avilkina i inni przeciwko Rosji, skarga nr 1585/09 oraz wyrok ETPC z dnia 10 października 2006 r. w sprawie L.L. przeciwko Francji, skarga nr 7508/02.