Lekarz odpowie dziś: „- Błąd medyczny? Nie zgłaszać”. Bo – jak twierdzi sam Minister Zdrowia, także zresztą lekarz – „to ryzyko pozwów i odszkodowań”. Minister Szumowski powiedział też, że świadomość społeczną dotyczącą błędów medycznych oraz procedury prawne trzeba zmienić tak, by nie szukać winnego, nie polować na czarownice.
Rzeczywiście, poszkodowany pacjent póki co sam dba o bezpieczeństwo innych pacjentów i sam zgłasza błędy medyczne.
Warto jednak zadać sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje?
* * *
Świadomość społeczna pacjentów: – Błąd medyczny? Zgłaszać!
Czy świadomość społeczna polskich pacjentów wymaga zmiany? Odpowiedzi dostarczają komentarze* pod jednym z postów na profilu Kancelarii BFP na FB.
– Otóż to Panu Ministrowi trzeba podnieść świadomość, w jaki sposób traktuje się chorych w szpitalach, jakie lekarze mają przewinienia i zaniedbania wobec pacjentów. W jaki sposób tuszują swoje zaniedbania. Prawo, które chroni lekarzy, trzeba zmienić. Bo nie może być tak, żeby nie ponosili odpowiedzialności za swoje czyny.
– „Poprawmy procedury” – to jakiś nonsens, próba odwrócenia uwagi od rzeczywistości. Czyżby niestosowanie obecnie obowiązujących procedur było usprawiedliwieniem dla lekarza ignoranta?Błąd medyczny zgłaszać bez wahania!
– Lekarze uważają, że przecież są tylko ludźmi i czasem mogą popełnić błąd. Poniekąd się z tym zgadzam. Jednak lekarz powinien mieć cywilną odwagę przyznać się do błędu i powinien potrafić powiedzieć zwykłe „przepraszam”. Zamiast tego poszkodowani na salach sądowych słyszą kłamstwa, a nawet oszczerstwa. Naprawdę myślałam, że bycie lekarzem do czegoś zobowiązuje…
– Co to znaczy „nie szukać winnego”? Rozumiem, że ma być odgórne przyzwolenie na popełnianie błędów medycznych?
I jeszcze opinia, na której mogłabym w zasadzie poprzestać, bo podpisuję się pod nią obiema rękami:
– Co do jednego się zgodzę: ważne jest, by błąd medyczny zgłaszać, bo powinny być prowadzone statystyki, a następnie na tej podstawie zmieniane procedury i dodatkowo przeprowadzone szkolenia dla personelu medycznego. Przykładowo, znaczna część błędów okołoporodowych dotyczy błędnej interpretacji zapisów KTG. Sama znam wiele kobiet, które w wyniku zignorowania przez lekarzy nieprawidłowości z zapisach kardiotokograficznych, straciły swoje ukochane dzieci.
W pewnym szpitalu zmieniono procedury, ale nie dla dobra pacjentów, a dla swojego dobra, by w przyszłości uniknąć procesów sądowych. Badania KTG były bezpłatne, a po wytoczeniu procesu przez poszkodowanych, każda pacjentka, kierowana przez lekarza prowadzącego na badanie, musi za nie zapłacić. Mało tego, lekarz dyżurny już nie chce oglądać i oceniać tych zapisów. Pacjentka musi skontaktować się ze swoim lekarzem prowadzącym. Tylko co w przypadku, gdy lekarz wyjechał akurat na urlop i nie odbiera telefonu? Przecież w niektórych przypadkach liczą się minuty… Czy w tym przypadku procedury w szpitalu na pewno zmieniono dla dobra pacjentek?
Komu zależy na poprawie bezpieczeństwa pacjentów?
Jak widać, poglądy polskich pacjentów są przemyślane. Jest jasne, że dziś „szukanie winnych” nie jest celem samym w sobie, a jedynie konieczną drogą do uzyskania potwierdzenia, że do błędu medycznego doszło. Tyle mogą zrobić poszkodowani pacjenci i ich rodziny. Gdyby pacjenci nie podnosili głów, na pewno nie przywiązywano by wagi do poprawy bezpieczeństwa leczenia w takim stopniu, jak to się obecnie dzieje. Przecież niemal każde – także zawinione przez lekarza – niepowodzenie w leczeniu można zamieść pod dywan i nazwać powikłaniem, prawda…?
To pacjenci, a nie lekarze, udowodnili nie raz, że zależy im na wyeliminowaniu powtarzających się błędów. Tak np. wprowadzono okołooperacyjną kartę pacjenta, która – nota bene – w praktyce jest traktowana jak piąte koło u wozu, a procedura jej wypełniania jest nagminnie łamana.
Oczywiście, dzisiaj to wszystko dzieje się zwykle przy okazji procesu sądowego. To pacjent wskazuje, w jakim mechanizmie doszło do błędu medycznego. Bez udowodnienia winy nie uzyskałby przecież odszkodowania. Ale jego wygrana ma często szerszy wymiar i poprawia na przyszłość bezpieczeństwo leczenia.
Niedawno na przykład w jednym z małopolskich szpitali wprowadzono obowiązek ciągłego monitorowania stanu zdrowia noworodka, które przebywa w sali obserwacyjnej bez matki. Sami lekarze na to wpadli? Nie. Gdyby wcześniej nie umarło tam dziecko, gdyby rodzice nie zawiadomili prokuratury – byłaby to kolejna niewyjaśniona śmierć, za którą nikt nie ponosi odpowiedzialności. Rodzice zmarłego dziecka udowodnili, że popełniono błędy w organizacji opieki nad noworodkami. Być może tym samym uchronili przed śmiercią w podobnych okolicznościach inne dzieci.
Jak to się robi w Nowej Zelandii?
Pan Minister, mówiąc o konieczności zmiany świadomości społecznej w zakresie błędów medycznych, przywołał przykład Nowej Zelandii, która poszła najdalej w strategii „non-fault” i – jego zdaniem – wręcz zakazała wszczynania postępowań karnych w przypadkach zaistnienia czy podejrzenia błędów medycznych.
Pan Minister ma rację. W części. Rzeczywiście, kluczowym aspektem nowozelandzkiego systemu opieki zdrowotnej jest system odszkodowań za uszkodzenia ciała, w tym za te powstałe w trakcie leczenia (program ACC). Odszkodowanie za błąd medyczny wypłacane jest ze środków państwowego funduszu i bez konieczności orzekania o winie konkretnego członka personelu medycznego. Możliwość występowania na drogę sądową została tym samym znacznie ograniczona. Co nie znaczy, że nie istnieje. Co nie znaczy też, że lekarze – personalnie – pozostają bezkarni.
Błąd medyczny zgłaszać i już!
Dopuszczalne są na przykład skargi związane z naruszeniem praw pacjenta. Złożenie takiej skargi jest najczęściej równoznaczne z postępowaniem dyscyplinarnym przeciwko lekarzowi czy pielęgniarce. Oprócz rekompensaty z ACC, pacjent może otrzymać zadośćuczynienie za naruszenie praw pacjenta. Jest to odszkodowanie za straty moralne w związku z „rażącym” lekceważeniem praw pacjenta lub naruszeniem godności pacjenta, niezależnie od tego, czy doszło do szkody na zdrowiu. Odszkodowania przyznaje nowozelandzki Human Rights Review Tribunal (HRRT), w praktyce są orzekane w granicach 5 000 USD do 15 000 USD.
Do sądu trafiają też sprawy o nietypowym charakterze. Na drodze sądowej rozstrzygano na przykład, czy odszkodowanie z budżetu państwa powinni otrzymać poszkodowani w sprawach, w których mogło dość do przedawnienia roszczeń. Dotyczyło to między innymi sprawy ciąży wynikającej z nieudanej sterylizacji. W tym trybie stwierdzono też, że poród martwego dziecka może być uznany za rozstrój zdrowia matki oraz, że to matka jest uprawniona do odszkodowania za urodzenie dziecka z rozszczepem kręgosłupa (po niewykryciu tego stanu podczas badania ultrasonograficznego w trakcie ciąży).
W kilku precedensowych wyrokach uznano także, że niezależnie od procedury ACC („non-fault”), droga sądowa jest dostępna dla poszkodowanych w sprawach, gdy doszło do uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia pacjenta, a lekarz zamierzał wyrządzić szkodę albo był „subiektywnie lekkomyślny”.
Jak widać, nawet roztaczany przez Ministra Zdrowia miraż (drugiej) Nowej Zelandii w Polsce nie zapewni lekarzom poczucia pełnego bezpieczeństwa. Czytaj: pełnej bezkarności.
Fault czy non-fault?
Nie widzę problemu z umiejętnym przeszczepieniem na polski grunt przepisów o odszkodowaniach „non-fault”. Przypomnę jedynie, że taka próba została już podjęta. O odszkodowaniach „non-fault” miały rozstrzygać Wojewódzkie Komisje do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych.
Jak to się skończyło, wszyscy wiedzą. Tak długo debatowano nad „modelem”, tak drobiazgowo analizowano rozwiązania krajów skandynawskich i Nowej Zelandii (zupełnie jak dziś Pan Minister…), tak dogłębnie grzebano w projektach ustawy, żeby na pewno nie skrzywdzić lekarzy. W efekcie mamy przedziwny twór. Nadal trzeba udowodnić winę w leczeniu. Zatem „non- fault” to to na pewno nie jest. A i sami pacjenci na tym rozwiązaniu i tak, jeśli w ogóle, zyskali, to raczej niewiele. Znaczącego spadku „zdarzeń medycznych” też chyba nie odnotowano, czyli procedury jak były łamane, tak są.
Druga podstawowa wada tego rozwiązania polega na tym, że podczas gdy w Nowej Zelandii odszkodowania płaci państwo (fundusz ACC), w Polsce decyzję pozostawiono szpitalom. Siłą rzeczy szpital – zainteresowany finansowo, żeby nie uszczuplić swojego budżetu – wdaje się więc w spór z pacjentem, zamiast obiektywnie ocenić dane zdarzenie i wypłacić odszkodowanie. Warto zdać sobie sprawę z faktu, że dziś za błędy lekarskie i tak płaci pośrednio Skarb Państwa. Szpitale są ubezpieczone na zbyt niskie kwoty, bo polisy są za drogie. Kiedy odszkodowanie za błąd medyczny przyznane w wyroku przekracza sumę gwarancyjną, szpital płaci pacjentowi nadwyżkę z własnych środków. Własnych – czyli z kontraktu z NFZ, a Fundusz jest finansowany ze budżetu państwa. I koło się zamyka.
Zgłaszanie zdarzeń niepożądanych
Nie mam też nic przeciwko rozsądnemu rozwiązaniu kwestii, jak chce Minister, „zachęty do zgłaszania błędów i poprawy procedur”. Lekarze i personel powinni to robić anonimowo, jeśli się boją ostracyzmu środowiska. Nie sądzę jednak, aby takie rozwiązanie miało zmierzać do wyeliminowania odpowiedzialności lekarzy za przewinienia zawodowe albo za popełnione w trakcie leczenia przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, bo byłoby to równoznaczne z generalnym przyzwoleniem na łamanie prawa.
Spokojny sen lekarza?
I na koniec: nie można tracić z pola widzenia tego, co, a raczej KTO jest w tym wszystkim najważniejszy. Otóż najważniejszy nie jest spokojny sen (bezkarnego) lekarza. Najważniejsze jest bezpieczeństwo pacjenta i gwarancja odszkodowania za błąd medyczny, jeśli do błędu lekarskiego dojdzie. Pacjentom – oprócz satysfakcji z tego, że ich sprawa stała się przyczynkiem do poprawy jakości udzielanych świadczeń – potrzebne jest też konkretne i sprawnie wypłacone odszkodowanie, bo zwyczajnie na skutek błędu medycznego są najczęściej bez środków do życia. I leczenia.
* komentarze skróciłam i zredagowałam na potrzeby powyższego postu