Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Dzisiaj zapadła niezwykle ważna, przełomowa i bardzo korzystna dla poszkodowanych pacjentów uchwała wydana w sprawie, którą prowadzimy wspólnie z mec. Karoliną Kolary. Przyznaje prawo do zadośćuczynienia za krzywdę osobom najbliższym poszkodowanego.

Oto i ona:

Uchwała składu 7 sędziów Sądu Najwyższego z dnia 27 marca 2018 r. III CZP 60/17:

„Sąd może przyznać zadośćuczynienie za krzywdę osobom najbliższym poszkodowanego, który na skutek czynu niedozwolonego doznał ciężkiego i trwałego uszczerbku na zdrowiu”.

Krótkie wprowadzenie do sprawy, w toku której ten właśnie pogląd wyraził Sąd Najwyższy.

Sabina*, dzisiaj dziesięcioletnia już dziewczynka, choruje na lekoodporną padaczkę, nie mówi, nie siedzi, nie kontroluje czynności fizjologicznych, nie je samodzielnie, cierpi na czterokończynowe porażenie i nie ma z nią żadnego kontaktu intelektualnego.

Jak do tego doszło? Drastyczne zaniedbania lekarzy w czasie porodu, w tym zaniechanie natychmiastowego przeprowadzenia cesarskiego cięcia mimo jasnego obrazu KTG, że dziecko umiera, przeprowadzenie porodu kleszczowego co najmniej pół godziny później, niż powinno nastąpić cięcie cesarskie   – niech za odpowiedź wystarczy ten fragment uzasadnienia Postanowienia Sądu Najwyższego…

Wysokie zadośćuczynienie za błąd lekarski

SN zajmował się sprawą, bo od wyroku Sądu Apelacyjnego zasądzającego dla małoletniej powódki 1 milion 200 tysięcy zł, dla jej matki 300 tysięcy zł. i dla ojca 200 tysięcy zł. zadośćuczynienia – skargę kasacyjną wniósł winny tym wszystkim zaniedbaniom szpital. Pisałam o tej (i innych, już „nie naszych” sprawach) w poście na blogu bladprzyporodzie.com. 

Rozpoznając skargę, SN powziął jednak poważne wątpliwości prawne co do wykładni przepisów: czy prawo do zadośćuczynienia ma tylko ten poszkodowany, który doznał poważnego uszczerbku na zdrowiu, czy też także członkowie jego rodziny (jak w naszej sprawie, rodzice poszkodowanego dziecka).

Uchwała składu 7 sędziów Sądu Najwyższego

Sąd Najwyższy, który na co dzień rozpatruje sprawy w składzie 3-osobowym, postanowił więc przedstawić to zagadnienie prawne do rozstrzygnięcia składowi siedmiu sędziów Sądu Najwyższego. Jakie znaczenie ma taka uchwała?

Z wnioskiem o podjęcie uchwały w poszerzonym składzie uprawnione podmioty występują wówczas, gdy w orzecznictwie sądów powszechnych, sadów wojskowych lub Sądu Najwyższego ujawnią się rozbieżności w wykładni prawa. Takie rozbieżności występowały w sprawach o odszkodowanie za błędy medyczne i wypadki drogowe, bo niektóre sądy wychodziły z założenia, że skoro nie ma przepisu, który by wprost przewidywał zadośćuczynienie dla tzw. „pośrednio poszkodowanych”, to osobom najbliższym taka rekompensata nie przysługuje.

Uchwała Sądu Najwyższego podjęta w składzie „siódemkowym” oddziałuje na orzecznictwo sądów powszechnych siłą autorytetu tego Sądu. Można się więc spodziewać, że już nie będzie przypadków kwestionowania prawa najbliższych członków rodziny osób najciężej poszkodowanych do odpowiedniego zadośćuczynienia.

Uchwała III CZP 60/17 – zadośćuczynienie dla najbliższych

Dziś sprawą zajmował się taki właśnie poszerzony skład Sądu Najwyższego. I tenże Sąd przyznał nam rację! Nie znamy co prawda jeszcze treści uzasadnienia, ale już z samej sentencji uchwały, którą zacytowałam na początku, jasno wynika, że:

  • jeśli poszkodowany doznał ciężkiego i trwałego uszczerbku na zdrowiu, np. jest sparaliżowany lub niesprawny intelektualnie,
  • jeśli jest to spowodowane czynem niedozwolonym (przyczyną jest np. błąd medyczny czy zawiniony wypadek komunikacyjny lub wypadek w gospodarstwie rolnym),
  • naruszone są dobra osobiste osób najbliższych (np. męża, żony, rodzeństwa, rodziców poszkodowanego) w postaci możliwości budowania typowych relacji rodzinnych i osoby te doznały krzywdy,

to sąd może przyznać osobom najbliższym, nie tylko poszkodowanemu, zadośćuczynienie za tę krzywdę.

Gwarancja szczęścia?

Wielokrotnie prezentowałam stanowisko, że osoby bliskie poszkodowanemu powinny mieć prawo do rekompensaty. Cieszę się, że i tym razem Sąd Najwyższy przeciął spekulacje i jednoznacznie wypowiedział się po stronie poszkodowanych.

Oczywiście, stan szczęścia rodzinnego nie jest prawnie gwarantowany. Nikt nie zagwarantuje nam, że nie zapadniemy na ciężką chorobę. Ale kiedy ta ciężka choroba – jak w przypadku dziecka, które stało się mimowolnym bohaterem opisywanej batalii sądowej, jest skutkiem rażącego błędu przy porodzie, i ktoś – lekarz, położna, szpital – odpowiada za zniszczenie życie dziecka, to powinien odpowiadać też za dalsze szkody: zniszczenie życia jej rodziców.

Sąd Najwyższy przyznał nam rację. Uznał, że prawo dostarcza nam narzędzi ochrony. Że prawo daje nam gwarancje – nie, nie szczęścia, ale rekompensaty za bezprawne naruszenie dóbr osobistych nie tylko poszkodowanego, ale i osób najbliższych poszkodowanego.  Zrobiono mały krok w kierunku poprawy sytuacji poszkodowanych pacjentów. Chwała za to Sądowi Najwyższemu.

*imię zmienione

 

Na wstępie przepraszam za czarny humor w tytule, z tym „przyszłym” poszkodowanym pacjentem, to jakoś samo się napisało:-)

Mówiąc poważnie, wiadomo, że każdy z nas kiedyś będzie pacjentem, miejmy nadzieję jednak, że uda nam się uniknąć statusu ofiary błędów w leczeniu. Można sobie w tym nieco pomóc. Świadomy pacjent to bezpieczniejszy pacjent.

Powracając do tytułowego pytania: „Kiedy szukać prawnika od błędów medycznych”, podaję prawidłową odpowiedź:

„Jak naszybciej”. Ale bez przesady.

Przed leczeniem?

Zdarzyło mi się, że zaprzyjaźniona prawniczka, ale nie zajmująca się na co dzień sprawami o błędy lekarskie zatelefonowała do mnie z pytaniem, że niedługo ma termin porodu i na co powinna być wyczulona, jak już trafi do szpitala:-)

Hmm, w pierwszym odruchu chciałam powiedzieć, żeby nie przesadzała. Ale po chwili pomyślałam, że w zasadzie, wykonała dobry ruch. Przecież nic mi nie szkodzi powiedzieć jej (nie strasząc oczywiście), że  np. powinna dopilnować, żeby na wynik badania KTG na pewno rzucił okiem lekarz, żeby domagała się USG doppler, gdyby wynik KTG był w najmniejszym stopniu wątpliwy, żeby zgłaszała lekarzom i położnym każdy niepokojący objaw, np. krwawienie.  Poczuła się bezpieczniejsza. Wiedziała, na co zwrócić uwagę. Być może udało się nam wspólnie zminimalizować ryzyko zbagatelizowania przez personel pierwszych objawów zagrożenia dobrostanu płodu. I o to na tym etapie chodziło.

W trakcie leczenia?

Często dostaję też maile prosto ze szpitala, kiedy zaniepokojony pacjent pisze ze smartfona i wysyła zdjęcia na przykład swojej trudno gojącej się rany pooperacyjnej z zasadniczym pytaniem: CO ROBIĆ?

To też nie jest za wcześnie, aby zasięgać rady prawnika od błędów medycznych. Najczęściej jednak moja odpowiedź  brzmi wtedy mniej więcej tak: proszę pozwolić lekarzom się leczyć, na pewno jest Pan w dobrych rękach. Ale nie zaszkodzi upewnić się,  czy pobrano materiał na posiew, czy antybiotyk, jaki jest Panu podawany, jest zgodny z antybiogramem itd.

Jeśli mamy wątpliwości, czy nasze leczenie przebiega zgodnie z planem, to po pierwsze pytajmy. Po drugie, zabezpieczajmy dowody: róbmy zdjęcia rany, zdjęcia dokumentujące np. brak dbałości personelu o czystość, prośmy o kopię dokumentacji medycznej. Bo jeśli się okaże, że jednak doszło do błędy medycznego, to nasze szanse na wygraną będą wówczas większe.

Po operacji naprawczej?

Bywają też do mnie pytania od pacjentów na kolejnym etapie leczenia. Kiedy sytuacja jest już opanowana, ale jeszcze nie wiadomo, czym to wszystko się skończy i jaka była rzeczywista przyczyna komplikacji. Tzn. na przykład, wykryto przemieszczenie materiału zespalającego, ale była konieczna operacja naprawcza. Czy to skutek normalnego powikłania czy jednak ortopeda popełnił błąd przy pierwszej operacji? Pacjent na razie się rehabilituje, nie wiadomo czy uda się uzyskać prawidłowy zrost i pełną sprawność kończyny. Co wówczas?

Jak wyżej od słów „po drugie”:-) – czyli dokumentujmy na własną rękę proces leczenia i rehabilitacji, róbmy zdjęcia, prowadźmy notatki odnośnie wizyt, zabiegów i kosztów, i … swojego samopoczucia. W razie procesu, te informacje mogą się okazać bardzo przydatne.

Ponieważ leczenie nie zostało zakończone, trzeba  skrupulatnie gromadzić dokumentację medyczną (pełną, nie tylko karty informacyjne z leczenia szpitalnego, ale też kopie pełnej dokumentacji z leczenia szpitalnego i z wizyt kontrolnych, opisy badań itd.). oraz gromadzić rachunki. Wszystkie zalecenia brać od lekarzy i np. rehabilitantów na piśmie.  Zachowywać kopie recept.

W takiej sytuacji należy się do mnie ponownie odezwać po zakończeniu leczenia, a przynajmniej, kiedy sytuacja będzie ustabilizowana na jakimś etapie. Pamiętając jednak o przedawnieniu!  Kiedy leczenie jest w trakcie,  to na ogół nie jest możliwe ustalenie, jaką szkodę na zdrowiu (szeroko pojętą) pacjent poniósł i poniesie jeszcze w przyszłości, a zatem formułowanie roszczeń finansowych byłoby przedwczesne. Odszkodowanie za błąd lekarski musi odpowiadać rozmiarowi szkody pacjenta.

„Wciąż się zastanawiam: czy ruszać sprawę błędów w leczeniu?”

Jest jeszcze jeden etap: tzw. „ostatni dzwonek”. Leczenie, podczas którego doszło do błędów, miało miejsce już dość dawno, np. rok, dwa lata temu. Nie ma na co czekać! Lepiej nie zabierać się za sprawę pod presją grożącego przedawnienia! jak najszybciej do prawnika, on dalej powie, co robić!

Zapraszam!

Podsumowując: każdy etap leczenia jest dobry, aby skorzystać z rady prawnika od błędów medycznych:) Zapraszam: j.budzowska@bf.com.pl!

Tytuł tego posta to zarazem tytuł książki, której premiera jest zaplanowana na 18 kwietnia br. Jak trafiła już teraz do moich rąk? Dostałam ją wprost od Wydawnictwa Znak Literanova, z prośbą o lekturę i recenzję*. Co oczywiście potraktowałam jako swojego rodzaju wyróżnienie!

*****

Odszkodowanie za błąd lekarski

Książka rzeczywiście, zgodnie z tym, co kierowało wydawcą, idealnie wpasowuje się w moje zawodowe i prywatne zainteresowania. Żeby nie zdradzić fabuły powiem tylko, że opowiada o szczegółach diagnozy i terapii z punktu widzenia pacjentki, która nie przestaje być lekarką: „na ból zareagowałam analizą diagnostyki różnicowej i rokowań typowych dla mojego przypadku”. Więc jest przy tym, hmm, dość detaliczna w opisach. Jednak po chorobie, już w pracy, jak pisze: sercem pozostała w królestwie pacjentów.

Mam wielu klientów, którzy są zarazem lekarzami i pacjentami, reprezentuję ich w ich własnych sprawach, po tym, jak zostali poszkodowani przez błędy lekarskie kolegów. Lekarze i pielęgniarki zwracają się też do mnie często w sprawach błędów medycznych popełnionych podczas leczenia ich  najbliższych.  Myślę, że wielu z nich mogłoby napisać równie fascynującą książkę, jak ta, której autorką jest lekarka, dr Rana Awdish. Biorąc jednak pod uwagę różnice w mentalności i przepaść, jaka dzieli – nazwijmy to – „amerykańskie” podejście do życia i polski sceptycyzm oraz skłonność do krytycznego oglądu rzeczywistości, zapewne nie byłaby tak pozytywna.

Bo książka, mimo bardzo trudnej tematyki, tchnie optymizmem. Fabuła jest w zasadzie prosta: autorka, a zarazem główna bohaterka opowieści (bo książka ma charakter autobiograficzny), w decydującym momencie swojego życia zawodowego musi odłożyć karierę na bok, bo sama zostaje pacjentką. W dodatku tego samego szpitala, w którym wcześniej pracowała…

Właściwie na tym powinnam zakończyć recenzję, bo opowieść jest naprawdę wciągająca i nie chcę „spalić” ani jednego wątku. Lepiej się w nie zagłębiać samemu, w swoim tempie.  Dodam tylko, że tchnie autentyzmem: opisy chorób, dolegliwości, procesu stawiania diagnozy, czynności podejmowanych w szpitalu – są momentami takie, że można by je przedstawiać jako case study na wykładach dla studentów medycyny. Nic dziwnego, w końcu przebieg wydarzeń relacjonuje lekarka!

Nie jest to zarazem suchy podręcznik medycyny, a właściwie zupełnie nie. Czyta się znakomicie, bo to książka o uczuciach. O miłości, o obojętności, o rezygnacji, o empatii. O wszystkim, co dotyka człowieka, który zachoruje.

Pacjenci z pewnością mogą z niej wynieść bardzo dużo, począwszy od wiedzy o tym, jak słuchać swojego organizmu, przez zakulisowe informacje o tym, co może kryć się za takim a nie innym zachowaniem lekarza, a skończywszy na bardzo konkretnych radach, jak przygotować się do wizyty u lekarza i jak się podczas niej zachować.

Mała próbka:

„Na szczególnie ważną wizytę zabierz ze sobą osobę towarzyszącą, która pomoże ci zapamiętać/zanotować zalecenia lekarza. (…) Przygotuj listę. Postaraj się jak najlepiej wykorzystać wizytę i z odpowiednim wyprzedzeniem zapisz pytania, niepokojące objawy oraz wszystkie kwestie, które twoim zdaniem winny zostać poruszone. Prowadź dziennik objawów.”

Pacjenci, przeczytajcie tę książkę. Uczy, jak być świadomym pacjentem i pokazuje, że można pokonać najcięższą chorobę.

Członkowie rodzin pacjentów, przeczytajcie tę książkę. Pomoże wam zrozumieć chorego i wspólnie przetrwać trudny okres choroby, a także podpowie, jak walczyć o prawa pacjenta.

Najwięcej jednak z lektury książki mogą wynieść lekarze. Autorka książki, po pokonaniu choroby, dzieliła się z kolegami lekarzami doświadczeniami z czasu, kiedy była pacjentką. Gdy zaproszono ją do wygłoszenia prezentacji na temat wstrząsu septycznego z perspektywy pacjenta, w wykładzie ujęła nie tylko opis kliniczny poszczególnych etapów leczenia. Przeplotła tę opowieść slajdami z wypowiedziami, które jako pacjentka słyszała na każdym etapie jej pobytu w szpitalu.

„Białe słowa na czarnym tle, wyświetlane przed milczącym audytorium.

(…)

Pani nerki nie pracują. 

(…)

Powinna pani przytulić dziecko. Nie chcę, żeby to zabrzmiało zbyt drastycznie, ale po kilku dniach w kostnicy skóra dziecka robi się bardzo delikatna i zaczyna się rozpadać. 

(…)

Przynajmniej pani nie umarła.

Lekarze, przeczytajcie tę książkę. Wiem, Polska to nie Ameryka, ale nie wszystko, co można zrobić dla siebie będąc lekarzem i nie wszystko, co można poprawić w relacjach pacjent – lekarz, jest uzależnione od pieniędzy.

*Na blogu zamieściłam już kiedyś recenzję innej książki: „Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy”.  Przeczytałam ten post teraz ponownie i widzę, że lekturę tamtej pozycji, mimo że oceniłam ją jako w istocie słabą, też polecałam pacjentom. No tak, wiedzy o zagrożeniach nigdy dość…

Jedna z moich czytelniczek zapytała w komentarzu tak:

„Pani mecenas, proszę cos napisać na temat ZIP. Zaglądam tam i znajduję wizyty, których nie odbyłam. Co z tym zrobić ? Mam dowody, że tego i tego dnia byłam w innym mieście.”

Jeszcze częściej zdarza się, że w ZIP (Zintegrowanym Systemie Pacjenta) brakuje danych o wizytach.

Co można zrobić?

  • Kompletne dane powinny być widoczne po upływie tygodnia od pierwszego logowania.
  • Jeżeli nadal są niewidoczne, to prawdopodobnie:

– realizacja danego świadczenie nie została ukończona i zweryfikowana,

– zostały zgłoszone przez NFZ zastrzeżenia do świadczenia.

  • Jeśli w systemie są – jak w przypadku pacjentki, która napisała komentarz cytowany przeze mnie powyżej – dane o wizytach, które się nie odbyły, to albo to jest pomyłkowy wpis lekarza, albo próba wyłudzenia przez niego świadczeń z NFZ.
  • Możliwe rozwiązania:

zgłoszenie problemu do NFZ drogą elektroniczną przez profil zaufany (jeżeli pacjent posiada podpis elektroniczny),

– złożenie pisemnego wniosku w dowolnej placówce NFZ (pismo zostanie przesłane do właściwego oddziału; składając pismo od razu we właściwej placówce, pacjent zaoszczędzi czas.),

– każdy wnioskodawca otrzymuje odpowiedź.

  • Niemożliwe jest wyjaśnienie sprawy przez telefon, ponieważ dotyczy ona danych wrażliwych.

Jeśli więc coś nam się w ZIP nie zgadza, to na początek spróbujmy wyjaśnić niezgodności  wg powyższej instrukcji. Pamiętajmy, że informacje z ZIP mogą być ważnym dowodem w sprawie o błąd medyczny!

…bywają zmienne.

Zwroty akcji zdarzają się w niemal każdym procesie. Te sprawy, które na początku wydają się stosunkowo proste – bo wina szpitala widoczna jest jak na dłoni, mogą się skomplikować po jednej opinii biegłego, który „nie dopatrzy się” zaniedbań lekarzy.

I odwrotnie. Nie tak dawno pisałam na moim drugim blogu (bladprzyporodzie.com) o procesie, który według moich ostrożnych szacunków miał trwać około 5 lat (post: „Kiedy ubezpieczyciel szpitala uznaje swoją odpowiedzialność”).  A tu niespodzianka. Ubezpieczyciel uznał swoją odpowiedzialność i wypłacił poszkodowanym pacjentom całą sumę ubezpieczenia zaraz po doręczeniu mu naszego pozwu. Oczywiście, nie znaczy to, że na tym zakończymy spór sądowy o odszkodowanie za błąd medyczny: ubezpieczenie było niestety bardzo niskie. Zbyt niskie, by zabezpieczyć potrzeby chorego dziecka.

Sprawa, o której dzisiaj chcę napisać, z pewnością nie należała do łatwych. W pierwszej instancji, choć spodziewałam się wyroku korzystnego dla klienta, przegraliśmy. Źle ocenione szanse na wygraną w sprawie o błąd medyczny? Na pewno nie tym razem. Jedynie codzienność sądowa. Nie tylko opinie biegłych bywają nieprzewidywalne. Czasem trudno jest także zgodzić się z wnioskami, jakie z opinii biegłego sądowego wyciąga sąd.

Złożyliśmy apelację. Mój klient, poszkodowany pacjent, nie zwątpił w nas, co wcale nie jest takie oczywiste. Pisał do nas, jak podczas procesu w pierwszej instancji, obszerne listy. Przypominał o detalach, przedstawiał argumenty, albo zwyczajnie pisał co u niego słychać. Czas płynął.

Odbyła się jedna rozprawa apelacyjna, potem druga. Wyjaśnienia składał biegły. Sąd nakłaniał strony do ugody, z klientem – nieobecnym na rozprawie – granice naszych ustępstw ustałam w przerwie rozprawy telefonicznie. Niełatwo jest w 5 minut zdecydować o tym, czy przyjmie się oferowane odszkodowanie za błąd medyczny, prawda? Klient dzielnie stawiał czoła wyzwaniom. Koniec końców, do ugody nie doszło, bo przeciwnicy byli pewno swego: że na pewno wygrają także w postępowaniu apelacyjnym.

Kiedy sąd apelacyjny ogłosił korzystny dla nas wyrok, tylko jednak osoba wydawała się nie być szczególnie zaskoczona. Nasz klient.

Przeciwnicy byli w szoku, bo zdążyli się przyzwyczaić do myśli, że wygraną mają w kieszeni. Ja byłam  mile zaskoczona kwotą.

A kiedy klient ochłonął, napisał do nas w kolejnym liście tak:

„Dziękuję gorąco. Jeszcze do końca do mnie nie dotarło co się stało, że to co było nieprawdopodobne, stało się możliwe. W domu wszyscy się cieszą, wręcz podskakują z radości.” Potem nastąpiły ciepłe słowa pod adresem każdego prawnika, który miał styczność ze sprawą. Szczególne gratulacje otrzymała mec. Iwona Świętek – Wołosiuk, która od początku była głównym radcą prowadzącym tę sprawę. Do mnie zaadresowane było zdanie: „Gratuluję Pani Mecanas Jolancie Budzowskiej mistrzowskiej argumentacji w sądzie!”. Mecenas Anna Miśtal – Kluś dostała podziękowania za to, że… powstrzymywała optymizm klienta i na jego pytania po rozprawach „Jak było?”, odpowiadała „Nie za bardzo” (? – aż muszę zapytać, czy rzeczywiście:)). „Może to i dobrze, nie być od razu hurraoptymistą”, napisał klient:)

Miłe słowa trafiły nawet do wszystkich osób, które łączyły telefony od klienta i mówiły (jak napisał): „Tak, chwileczkę, łączę z Panią Mecenas”.

A na koniec klient dodał: „Już zacząłem Was wychwalać co do niektórych znajomych znajomych za to, że wygraliście sprawę, że potraficie. Byliście do końca konsekwentni w swoich założeniach i dobrze, bo ja niekiedy myślałem inaczej. Moja wygrana jest też wygraną pewnie z setki pacjentów w Polsce, którzy znajdują się w podobnej sytuacji, tylko nikt nie potrafi ich jeszcze właściwie pokierować.”

Tak się kończy list otrzymany od klienta po informacji o wygranej apelacji.

I możnaby pomyśleć, że to koniec sprawy.

Jednak nie. Właśnie dostaliśmy kolejny sympatyczny list. Klient napisał, że spędza czas na wycieczce z żoną, w Wenecji. Postanowił zrobić użytek z zadośćuczynienia, jakie dostał za błąd medyczny, zanim wszystko rozda dzieciom:)