Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Na pierwszy rzut oka to to samo. Większość pacjentów używa zresztą tych określeń wymiennie. To lekarz jest osobą, która – przynajmniej w oczach pacjentów – ponosi odpowiedzialność za ostateczny efekt leczenia. Jest przecież „głównodowodzącym”! To z nim się rozmawia przed operacją i ustala przebieg leczenia.

Tym trudniej jest zrozumieć, że kiedy przychodzi do rozliczeń, proces o odszkodowanie to najczęściej „sprawa o błąd medyczny” albo „sprawa o błąd w szpitalu”, a nie „sprawa o błąd lekarski”.  

Dlaczego pozywamy szpital, a lekarza jedynie wyjątkowo? 

***

Ten artykuł dalej możesz przeczytać albo posłuchać w formie podcastu :

Kilka przyczyn, dla których rzadko
pozywa się lekarza

  • Trudno ustalić, na jakiej podstawie prawnej lekarz świadczy usługi lecznicze w szpitalu. Jeśli jest pracownikiem, nie będzie miał obowiązku płacić odszkodowania. Chroni go kodeks pracy.
  • Trudno rozróżnić, co jest błędem organizacyjnym lub błędem medycznym innych osób, a co jest konsekwencją działania lub zaniechania konkretnego lekarza.
  • W przypadku odpowiedzialności szpitala wystarczy udowodnić w sądzie tzw. „winę anonimową”. Nie musimy wskazywać winnych. Jeśli zaś chcemy pozwać lekarza, to musimy wykazać, na czym konkretnie polegała jego wina.
  • Pozwany lekarz i szpital to potencjalnie czterech przeciwników. Po stronie każdego z nich mogą wystąpić ich ubezpieczyciele.

Kilka przyczyn, dla których czasem warto
pozwać lekarza (a nie tylko podmiot leczniczy)

  • Dwaj pozwani to dwie – sumujące się – polisy ubezpieczeniowe. Może to mieć szczególne znaczenie w sytuacji, gdy podmiot leczniczy ma wykupioną jedynie obowiązkową polisę na 100 tys. euro. Taka suma bywa stanowczo zbyt niska, gdy szkoda na zdrowiu jest poważna, a sąd zasądza wysokie zadośćuczynienie i dożywotnią rentę.
  • Pozwany lekarz często bardziej realistycznie niż dyrekcja szpitala ocenia swoje szanse procesowe.  Gdy szacuje, że ryzyko jego przegranej jest duże, proponuje rozmowy ugodowe lub mediacje.

Kiedy lekarza przypozywa szpital

Bywa też tak, że to nie za sprawą poszkodowanego pacjenta lekarz „wmanewrowany” jest w proces. Czasem to pozwany podmiot leczniczy ocenia, że jeśli przegra, to będzie miał prawo do żądania od lekarza zwrotu zapłaconego pacjentowi odszkodowania.

Sąd, na wniosek szpitala, może wtedy zawiadomić lekarza o toczącym się procesie. Ten może przystąpić do procesu przeciwko pacjentowi, popierając stanowisko szpitala. Działa wówczas jako interwenient uboczny.

Teoretycznie takie działanie jest jak najbardziej zgodne z prawem. Pacjent nie może sprzeciwić się temu, że nagle, zamiast jednego przeciwnika po drugiej stronie sali sądowej, na ławie dla pozwanych siedzi dwóch lub więcej pełnomocników, bo przeciwnicy się „rozmnożyli”.

I co gorsza: każdy z nich śle do sądu pisma procesowe oraz składa wnioski dowodowe, którym trzeba stawić czoła. Wszystko to odbywa się nadal w majestacie prawa.

Dowody spóźnione i niedopuszczalne

Czasem jednak działania szpitali i lekarzy są zachowaniem z pogranicza nadużycia prawa. Jak wtedy na przykład, kiedy szpital „przypomina sobie” o roli lekarza w procesie leczenia pacjenta na etapie, kiedy wyrok jest tuż, tuż. Czyli nóż na gardle, a z budżetem krucho.

Wtedy lekarz – jak filip z konopii – pojawia się jako interwenient uboczny, pełnoprawna „strona”. To nic, że po dobrych kilku latach procesu. Ale za to zaczyna działać bardzo aktywnie: kwestionować wszystkie wydane wcześniej opinie biegłych medyków, przedkłada nowe dokumenty i chce ponownie przesłuchiwać wszystkich świadków.

Na szczęście, poszkodowany pacjent nie jest bezradny w obliczu takich „wolt” procesowych.  Jak potwierdził niedawno Sąd Najwyższy,

„interwenient uboczny może podejmować tylko te czynności, które w stadium, w którym przystępuje do sprawy są dopuszczalne dla strony do której przystąpił. Dotyczy to w szczególności faktów i dowodów, które powinny zostać pominięte, gdyby taki sam rygor należało zastosować do ich zgłoszenia przez stronę.”* 

Kogo dotyczą zarzuty pacjenta?

Tak więc, nie tylko poszkodowany pacjent musi zastanowić się już na wstępnym etapie procesu , czy ma to być proces „o błąd w szpitalu”, czy „o błąd lekarza”. A w konsekwencji oczywiście: kogo pozwać.

Także lekarz – niezależnie od tego, czy szpital zawiadamia go o toczącym się procesie, czy też lekarz wie o pozwie, bo np. zeznawał już jako świadek, powinien przemyśleć swoją strategię. Czy na pewno udawanie, że to postępowanie go nie dotyczy, w ostatecznym rozrachunku będzie dla niego korzystne?

Ps. W uzupełnieniu ilustracji, polecam wpis na blogu mojego kolegi, mec. Leszka Blocha „Kto i gdzie siada na sali sądowej”.

*Postanowienie SN z dnia 6 marca 2019 r., sygn. akt: 456/18, Legalis

 

Plan sali rozpraw (rys.Arkadiusz Krupa)

Plan sali rozpraw (rys. Arkadiusz Krupa)  

 

***

Podcastu Błąd Lekarza możesz słuchać również na YouTube:

Azbest i inne nietypowe sprawy

Jolanta Budzowska15 grudnia 2019Komentarze (0)

To prawda, że zajmuję się głównie błędami medycznymi. A ponieważ procesy o błędy medyczne uchodzą za najtrudniejsze, to może z tej przyczyny trafiają do mnie też inne trudne sprawy, związane z poważnymi szkodami na zdrowiu lub śmiercią poszkodowanego. Na zasadzie: „jak nie kancelaria BFP i Budzowska, to już nikt”:) Poprzednie zdanie jest w cudzysłowie, bo to oczywiście cytat z tego, co mówią nam Klienci, nie wyraz zadufania w sobie;)

Lubimy wyzwania 

Prawdą jest też, że lubimy wyzwania nawet, jeśli okazują się wyzwaniem wieloletnim. Do takich nietypowych spraw mogę zaliczyć proces, w którym chodziło o udowodnienie, że za śmierć młodej kobiety odpowiada azbest. A konkretnie: zaniedbania właściciela budynku i pracodawcy. Dopuścili oni do tego, że mimo fatalnego stanu technicznego, przez ponad 10 lat w nieremontowanym budynku zbudowanym niemal w całości z azbestu, mieściła się instytucja publiczna. Pracowali w niej ludzie, przyjmowano petentów. W tym dzieci.

Walka o zdrowie innych pracowników 

Walkę o usunięcie śmiertelnego zagrożenia z przestrzeni publicznej zapoczątkowała jeszcze sama poszkodowana. Kiedy już miała świadomość, że za zachorowanie przez nią na międzybłoniaka opłucnej odpowiada azbest w miejscu jej pracy, słała alarmujące listy do władz. Niestety bez pozytywnego  odzewu.

Choroba zawodowa tylko dla pracowników fizycznych

Po jej śmierci rodzina zmarłej powierzyła nam kontynuowanie sprawy. Postanowiliśmy zacząć od ustalenia, że międzybłoniak opłucnej należy uznać w tym przypadku za chorobę zawodową.

Zmiana mentalności (bo nie przepisów!) urzędników, którzy mieli wydać decyzję administracyjną, okazała się jednak niemal niewykonalna. Skoro zmarła nie wykonywała pracy przy produkcji azbestu, to międzybłoniak opłucnej nie jest w jej przypadku chorobą zawodową. Tak w skrócie można streścić stanowisko urzędu.

Sądy po stronie poszkodowanych

Sądy administracyjne uchyliły już dwie niekorzystne dla naszego klienta decyzje inspekcji sanitarnej o braku podstaw do stwierdzenia choroby zawodowej u jego zmarłej żony. Sędziowie nie mieli wątpliwości, że po spełnieniu innych przesłanek, dla stwierdzenia choroby zawodowej wystarczy, że w budynku, w którym wykonuje się pracę, występują czynniki szkodliwe dla zdrowia wywołujące choroby, które znajdują się w wykazie chorób zawodowych.

Nie jest konieczne, aby pracownik wykonywał pracę bezpośrednio związaną z użyciem tych szkodliwych dla zdrowia czynników. Wydawałoby się, że to kończy sprawę. Nic bardziej mylnego. Po 6 latach i przejściu przez wszystkie instancje, dziś chyba już po raz trzeci sprawą będzie zajmował się organ administracyjny – bo urzędnicy nie dają za wygraną.

Zadośćuczynienie za śmierć żony i matki 

Szybciej natomiast potoczyła się sprawa o zadośćuczynienia za śmierć osoby bliskiej, jaką ostatecznie zdecydowaliśmy się wytoczyć w imieniu męża i córki  poszkodowanej. Udowodnienie na drodze cywilnej, że za śmierć żony i matki, która zmarła na groźną odmianę nowotworu ‑ międzybłoniak opłucnej, odpowiada azbest w miejscu pracy, okazało się możliwe. I to w niespełna 5 lat! Sąd zasądził 100 tys. zł. zadośćuczynienia na rzecz męża, 120 tys. zł. dla córki.

Nie jest to najwyższe zadośćuczynienie, jakie kiedykolwiek wygraliśmy, ale piłka wciąż jest w grze. Wyrok nie jest prawomocny. Najważniejsze jest coś innego: budynek doczekał się w międzyczasie kapitalnego remontu i dziś już nie zagraża zdrowiu użytkowników. Przypadek? Nie sądzę.

O innych nietypowych procesach napiszę już wkrótce.

Wyrok ws azbestu: SO w Tarnowie

Wyrok ws azbestu: SO w Tarnowie

 

Jak długo potrwa sprawa w sądzie?

Jolanta Budzowska27 listopada 20193 komentarze

Pamiętacie Madagaskar? Jak mawiał Król Julian: „rzeczywistość wywołuje u mnie zadziwienie”.  U mnie też:)

Jeszcze nie tak dawno narzekałam, że czas rozpatrywania spraw o błąd medyczny niepokojąco się wydłuża. Od tego czasu na szczęście sporo się zmieniło. Z biegłymi nadal jest niewesoło, ale zmiana przepisów, według których sąd cywilny rozpatruje sprawy poszkodowanych pacjentów, usprawniła procesy lekarskie. Napiszę o tym w szczegółach przy okazji. Jedno jest pewne: poprzeczkę w stosunku do pełnomocników znów znacząco podniesiono, a każdy błąd pełnomocnika przed sądem może dużo kosztować jego klienta.

Ale miałam napisać o „zadziwieniu”.  Moje dzisiejsze, super pozytywne „zadziwienie” jest takie:

21.11.2019 czwartek – wysłaliśmy z kancelarii pozew o błąd medyczny wraz z wnioskiem o zwolnienie od kosztów oraz z wnioskiem o zabezpieczenie renty

22.11.2019 piątek – pozew wpłynął do Sądu Okręgowego w Nowym Sączu

25.11.2019 poniedziałek:

  • Sąd wydał postanowienie w przedmiocie zwolnienia od kosztów (powódka została w całości zwolniona)
  • Wydano zarządzenia: o doręczeniu powódce i pozwanemu postanowienia, o wezwaniu powódki na termin rozprawy, o zawiadomieniu pełnomocnika powódki i pozwanego o terminie, o zobowiązaniu pozwanego do złożenia odpowiedzi na pozew w terminie 14 dni

26.11.2019 wtorek:

  • wyznaczono termin rozprawy w przedmiocie zabezpieczenia renty na 18 grudnia 2019r.
  • wysłano pisma z Sądu do stron

 

I to wszystko w ciągu 3 dni roboczych od wpływu pozwu 😉 Bardzo się cieszymy! Nasza klientka ma szansę na sprawne rozpatrzenie sprawy!

Król Julian-cytaty (źródło: hopaj.pl)

Ta książka, poza bezpośredniością wyznania zamieszczonego w tytule sugerującego, że tematem będą błędy lekarskie, zainteresowała mnie też z uwagi na narodowość autora. Christian Unge zaakcentował ją już w podtytule: „Wyznania szwedzkiego lekarza”. 

Szwedzki system ochrony zdrowia uchodzi u nas za wzorcowy. Począwszy od jakości, skończywszy na systemie wypłaty rekompensat poszkodowanym pacjentom za szkody poniesione w trakcie leczenia. Postuluje się więc u nas często „drugą Szwecję”.

„Należy  jak najszybciej wprowadzić szwedzki system odszkodowań dla pacjentów”

– tak twierdzi m.in. prof. Romuald Krajewski z Centrum Onkologii – Instytutu w Warszawie. W Szwecji nie szuka się winnych wśród lekarzy, bo żeby pacjent dostał odszkodowanie, wystarczy udowodnić, że błąd lekarski miał miejsce i chory poniósł szkodę (No-Fault Patient Insurance – NFPI).

Czy na pewno?

Błędy lekarskie

Błędy lekarskie

Z książką „Jeżeli będę miał zły dzień, ktoś dziś umrze” wiązałam więc duże nadzieje na weryfikację tych poglądów. Nie pomyliłam się. Autor nie owija w bawełnę. Pisze nie tylko o swoich błędach i pomyłkach, ale też o tym, jak wygląda rzeczywistość w szwedzkich szpitalach. Czy opis:

„Byłem tamtej nocy jedynym lekarzem i miałem się zajmować wszystkimi pacjentami. Ostry dyżur chirurgiczny pełnił tak samo zagubiony kolega stażysta, którego w zasadzie nie widywałem. Nasze dyżurne wsparcie spało w domowych pieleszach, a ja sam dopiero zaczynałem rozumieć, jak czytać kartę pacjenta.”

– nie brzmi znajomo? Założę się, że mógłby się pod nim podpisać niejeden rezydent z polskiego szpitala, pozostawiony na samodzielnym dyżurze nocnym. Autor idzie jednak dalej. Nie pisze jedynie o wadliwej organizacji szpitala i obciążeniu szwedzkich lekarzy, którzy tylko 40 % swojego czasu poświęcają pacjentom, a aż 37 % na obowiązki administracyjne. Stać go też na autorefleksję:

„Moim zdaniem na ten właśnie aspekt naszej pracy – umiejętność przyznania się do pomyłki i przedyskutowania jej z innymi – powinniśmy zwracać baczniejszą uwagę. W kręgach lekarskich panuje powszechny lęk, że ktoś przyłapie nas na popełnieniu błędu. Dlatego właśnie większość lekarzy stara się ukryć swoje pomyłki.”

Unge za przykład modelowego rozwiązania podaje przy tym nie Szwecję, a Stany Zjednoczone i projekt amerykańskiego chirurga, dzięki któremu w wielu klinikach wprowadzono konferencje M&M. Konferencje Morbidity and Mortality (zachorowalność i śmiertelność – w wolnym tłumaczeniu) to nic innego jak cykliczne spotkania lekarzy, którzy omawiają przypadki pacjentów, którzy zmarli lub podczas ich leczenia coś poszło nie tak. Pomyłki kwalifikuje się jako preventable, potentially preventable i non preventable –  czyli możliwe do uniknięcia (błędy lekarskie), potencjalnie możliwe do uniknięcia oraz niemożliwe do uniknięcia. Dyskutuje się otwarcie o niepowodzeniach po to, żeby ustalić co należy zrobić lepiej następnym razem.

Takie podejście wymaga jednak pokory. Szwedzcy lekarze, zdaniem Ungego, mają z tym problem. Brakuje im też pobudek do samokształcenia oraz systemu kontroli wiedzy.

„Większość lekarzy po rezydenturze jest w wieku trzydziestu pięciu do czterdziestu lat – przed nimi kolejne trzydzieści lat pracy jako specjaliści. Przez cały ten czas, jeśli jesteś dyploowanym specjalistą, twoje umiejętności nie są ani razu kontrolowane. Możesz pracować przez dziesięciolecia, nie słysząc od nikogo, że to, co robisz – stosowane przez ciebie leczenie albo sposób wykonania operacji – jest błędne. Dopiero, gdy popełnisz poważny błąd, który zostanie zgłoszony, być może – ale tylko być może – twój brak kompetencji wyjdzie na jaw.”

Czy o taką „Szwecję” nam chodziło? Autor rozwiał kolejny mit. Na marginesie wspomnę, że o tym, że mamy identyczny problem w Polsce, mówił także w głośnym już wywiadzie znany polski ortopeda: „Rozmowa o błędach medycznych z lekarzem, któremu nie jest wszystko jedno”.

Poza wszystkim, książkę pochłonęłam w jedno popołudnie. Z omawianych przeze mnie wątków nie wyciągajcie mylnych wniosków, że to super poważna, analityczna i – w związku z tym najpewniej – nudna publikacja. Nie.

Książka jest pasjonującym opisem wydarzeń związanych z pracą autora jako lekarza. Warstwę – nazwijmy ją – „beletrystyczną” wzbogacają trafne uwagi Ungego na temat organizacji świadczeń leczniczych i przyczyn niepowodzeń i błędów lekarskich. Co równie ważne: książka jest także relacją z pierwszej ręki o pracy wolontariuszy organizacji Lekarze Bez Granic.

Pasjonująca lektura, polecam!

Ps. Postuluje się też u nas „drugą Nową Zelandię”:)  Napisałam o tym w poście: „Błąd medyczny: zgłaszać czy nie zgłaszać”. 

Rażące niedbalstwo lekarza

Jolanta Budzowska29 października 2019Komentarze (1)

Niedawno media obiegła wiadomość o wyroku skazującym lekarza za nieumyślne wycięcie pacjentowi zdrowej, prawej nerki zamiast lewej – która była objęta zmianami nowotworowymi. Potwierdziły się zarzuty, że lekarz przed zabiegiem nie zapoznał się z wynikami badań tomograficznych i usg. Nie przeprowadził też kontrolnych badań usg i nie znał innych wyników badań pacjenta. To rażące niedbalstwo, zdaniem prokuratury, doprowadziło do nieodwracalnego błędu w sztuce lekarskiej.

Prosty błąd lekarski, łatwy do uniknięcia. Skutki dla zdrowia pacjenta nie do naprawienia.

Podobnie jak w innej sprawie, która zakończyła się wyrokiem zasądzającym wysokie odszkodowanie za błąd lekarski dla rodziny pacjenta. Sam poszkodowany pacjent, ze zdiagnozowaną encefalopatią pourazową, nie dożył wyroku, choć z pozwem wystąpiliśmy niedługo po zdarzeniu.

Chory poddał się operacji czyszczenia zatok. Laryngolog przystąpił do zabiegu bez wcześniejszego zlecenia zdjęcia RTG w celu oceny głębokości zatoki czołowej. Nie zapoznał się nawet z wykonanym wcześniej TK obrazującym topografię zatok. Podczas operacji pomylił struktury anatomiczne. Otworzył czaszkę zamiast zatok. Źle założył też dreny, które mechanicznie uszkodziły płaty mózgu pacjenta. A następnie po operacji, nie dzieląc się z nikim swoimi obawami, że być może popełnił błąd operacyjny i otworzył pomyłkowo dół czaszki, pozostawił pacjenta bez szczególnych zaleceń. Nie udzielił rodzinie żadnych informacji i poszedł do domu.

Lekarz został uznany winnym nieumyślnego spowodowania choroby zagrażającej życiu pacjenta.  Sąd  skazał go na karę 1 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata.

Co łączy te dwie sprawy?

Niefrasobliwość lekarzy? Brak wyobraźni? Rażące niedbalstwo? To nie były operacje ratujące życie, które zwykle wykonuje się pod presją czasu, często bez pełnej diagnostyki. Mieli możliwości zlecenia badań przedoperacyjnych, mieli możliwości zapoznania się z wynikami pacjentów. Mieli czas.

Nie rozumiem, dlaczego nie zrobili tego, co do nich należało.

To tak, jakbym poszła na rozprawę, na której ważą się losy procesu o błąd medyczny i „być albo nie być” mojego Klienta, bez żadnej wiedzy o sprawie i bez akt.

To tak, jakby kasjerka, podliczając nasze zakupy, nabiła na kasę dowolną kwotą i uważała, że wszystko jest OK.

Niewyobrażalne? Błędy zdarzają się każdemu. Dlatego większość osób wykonujących „ryzykowne” zawody, od prawnika po hydraulika, jest ubezpieczona. Tyle, że lekarz jest panem naszego życia i śmierci, i żadne odszkodowanie nie zwróci poszkodowanemu pacjentowi zdrowia.

Czy jestem zwolenniczką „ścigania” lekarzy na drodze karnej? Nie, a szczególnie nie fanatycznie. Tam, gdzie w leczeniu chodzi niekiedy o niuanse, gdy na przykład lekarz wybiera między leczeniem zachowawczym a operacją, która może okazać się przedwczesna, niech o odpowiedzialności szpitala rozstrzygnie sąd cywilny. A wcześniej biegli niech się wypowiedzą, czy decyzje lekarza były zgodne z aktualną wiedzą medyczną.

Jednak tam, gdy zachowanie lekarza było skandaliczne i spowodowało bardzo poważne konsekwencje dla zdrowia pacjenta, jak w opisanych przypadkach – nie ma żadnego uzasadnienia dla braku sankcji karnych dla lekarza.