Wszystko, co chciałbyś wiedzieć o tym, jak pracują sędziowie, a o co nie możesz zapytać

Jolanta Budzowska        21 stycznia 2018        3 komentarze

Dlaczego jeden sędzia wyznacza pierwszą rozprawę po miesiącu, a innemu zajmuje to pól roku? Z jakiego powodu rozprawy „spadają” (czyli nic na nich się nie dzieje)? Podobnych pytań nasuwa się nam mnóstwo, a zwykle, jeśli chodzi o odpowiedzi, to wszyscy, łącznie ze mną, możemy tylko spekulować co do przyczyn.

Do tego dochodzą doniesienia medialne o tym, jak źle dzisiaj funkcjonuje sądownictwo. Czy na pewno? I czy procesy sądowe mogłyby toczyć się sprawniej?

Miałam okazję ostatnio porozmawiać prywatnie z pewnym sędzią z wieloletnim stażem, orzekającym na co dzień w wydziale cywilnym jednego z sądów rejonowych w mieście wojewódzkim. Zgodził się opowiedzieć o kulisach swojej pracy, z wiadomych względów anonimowo.

I od razu rozwieję wątpliwości: nie, nie orzeka ani nie orzekał w żadnej z moich spraw. Nie ma też na to widoku, bo sprawy o błędy medyczne, które prowadzę, są rozpatrywane przez sądy wyżej instancji (sądy okręgowe), bo wysokość roszczeń odszkodowawczych (tzw. wartość przedmiotu sporu) przekracza 75 tys. zł. A gdyby nawet „moja sprawa” trafiła do sędziego, z którym się znam i który mógłby nie być z tego powodu bezstronny, musiałby się wyłączyć.

Zapraszam do lektury zapisu tej rozmowy!

***

Jak wygląda dzień pracy sędziego?

Może zacznę od wprowadzenia. W naszym wydziale powinno pracować 28 sędziów, tylu było jeszcze kilka lat temu. Od tego czasu z różnych powodów (długotrwałe choroby, wielomiesięczne delegacje do pracy w Ministerstwa Sprawiedliwości, urlopy macierzyńskie, itd) liczba ta spadła poniżej 20, co oznacza, że musimy między siebie rozdzielić sprawy, które normalnie przypadłyby tym nieobecnym w pracy. Na zwiększenie liczby etatów sędziowskich niestety nie ma widoków. W efekcie jeden sędzia „ma na biegu” średnio po 500 spraw.

500 spraw do rozstrzygnięcia? To jak się przygotowujesz do rozpraw, jak nadzorujesz to, co się dzieje w aktach? Pisma stron, różne wnioski?

No cóż, wokandę, czyli dzień, w którym odbywają się rozprawy, mamy dwa razy w tygodniu. Średnio mam 8 spraw na wokandzie w jednym dniu. Przygotowuję się do nich dzień wcześniej, zwykle zajmuje mi to pół dnia. Jak sprawa liczy kilkanaście tomów, a to oczywiście nie jestem w stanie całości dokładnie przeczytać za każdym razem, kiedy zbliża się rozprawa, czyli średnio co 3-4 miesiące. Robię sobie notatki i na nich bazuję.

W sumie więc wokanda plus przygotowanie do rozprawy to 3 dni, pozostałe dwa zostają na analizę spraw, podejmowanie bieżących decyzji i przygotowanie do wyroku, no i pisanie uzasadnień. Tego nie da się zrobić w normalnym tygodniu pracy, więc normą jest zostawanie po godzinach, do 20-tej, i praca w weekendy. Modne w środowisku zaczęło być licytowanie się, kto kogo spotkał i jak późno w nocy na korytarzu sądowym…

Bez zwiększenia liczby sędziów nic z tym nie można zrobić? W końcu w Polsce w sądach pracuje ok. 10 tys. sędziów, czyli dwudziestu sześciu na 100 tys. mieszkańców. Są kraje w Europie, gdzie sędziów jest więcej, ale i są, gdzie jest ich znacznie mniej, więc nie odstajemy dramatycznie od średniej.

Problem nieobsadzonych etatów sędziowskich to jedno, ale ważniejsza jest zła organizacja. W Polsce sędzia musi własnoręcznie wykonać mnóstwo czynności, które nie powinny zajmować jego czasu pracy: sporządzić wezwanie o braki, wydrukować dowód doręczenia pisma i wpiąć do akt, zredagować wszystkie odezwy do świadków i biegłych, wyszukać biegłych itd. Jeśli na przykład zmieni się adres kancelarii reprezentującej jedną ze stron, to ja osobiście muszę wydać zarządzenie, żeby ten fakt zaistniał w systemie i żeby późniejsze doręczenia były prawidłowe.

A nie mogą tego robić asystenci, protokolanci, pracownicy sekretariatów?

Powinni. Ale część czynności musi wykonać sędzia, bo tego wymaga system, a pozostałych po prostu nie są w stanie, bo protokolanci i personel pomocniczy to często osoby o niskich kwalifikacjach. Nie są szkoleni w jakiś zorganizowany sposób. Wszystkiego uczą się na żywym organizmie. Rozprawy są rejestrowane w systemie audio-video, więc pierwsze posiedzenie takiego protokolanta sprowadza się do tego, że ja uczę go – normalnie na sali sądowej, prowadząc rozprawę – co i kiedy włączyć.

Praca jako protokolant nie jest atrakcyjna. Zarobki to najniższa krajowa, brak perspektyw rozwoju i nadziei na wyższą pensję. Protokolanci o godz. 15 odbijają kartę pracy, żeby nie było, że wykonują pracę w nadgodzinach, a potem… wracają do pracy. Teoretycznie ostatnio mają polecenie, żeby wychodzić, bo sądów nie stać na płacenie wynagrodzenia za pracę w godzinach nadliczbowych, ale zostają, bo przecież trudno przerwać rozprawę, która trwa, mimo że mija godz. 15.

Asystenta – absolwenta prawa – mam dwa razy w tygodniu, szkolę go przez trzy miesiące, a potem następuje zmiana. Nawet jak napisze jakiś projekt, to i tak najczęściej muszę po nim poprawiać. To pomoc na papierze. Ci lepsi szybko zaczynają aplikację sądową i od tego momentu kończą przygodę z pracą w sądzie.

Zresztą, dla protokolantów i asystentów też nie ma etatów, więc kombinuje się z umowami na zastępstwo, a chętnych szuka „z łapanki”, na zasadzie: „nie znacie kogoś, kto mógłby do nas przyjść do pracy?”.

Warto dodać, że sędzia nie ma żadnej „władzy” nad personelem pomocniczym, protokolant nie podlega mnie, tylko dyrektorowi sądu, który dalej podlega Ministrowi Sprawiedliwości.

Z czego „rozliczany” jest sędzia?

Mamy oceny okresowe. Wizytator – sędzia, zwykle raz do roku przegląda moje akta, analizuje podjęte przeze mnie decyzje, przygląda się organizacji pracy sędziego liniowego.

Kiedy strona złoży skargę na przewlekłość i zostanie ona uwzględniona, takie orzeczenie trafia do moich akt osobowych. I nikogo nie interesuje to, czy przyczyną przewlekłości było moje lenistwo, bo na przykład pół roku pisałem uzasadnienie, czy może pół roku szukałem biegłych, bo wszyscy odmawiali podjęcia się wydania opinii i obiektywne nie mogłem nic zrobić szybciej.

Gdybym starał się o awans, to liczyłaby się też tzw. stabilność orzecznictwa: ile wyroków mi uchylono, ile zmieniono, ile moich rozstrzygnięć się utrzymało. Tak samo jak z przewlekłością: szczegóły już nie mają znaczenia, na przykład, jeśli przyznam za niskie lub za wysokie – zdaniem sądu odwoławczego – zadośćuczynienie, ale wyrok co do zasady jest słuszny, to i tak ląduje to w worku „zmienione”.

Co w takim razie należałoby zmienić, żeby sądy funkcjonowały sprawniej?

Kilka kwestii wysuwa się na pierwszy plan:

  • zasilenie kadrowe sądów, przynajmniej obsadzenie wakatów;
  • większa liczba dobrze wyszkolonych, zatrudnionych na stałe pracowników administracyjnych;
  • – specjalizacja wśród sędziów (Naprawdę, nie sposób znać się na wszystkim. Gdy mam na sali sądowej dwóch pełnomocników i biegłych, którzy na przykład zajmują się tylko kredytami we frankach, czy jak ty, błędami medycznymi, i żonglują argumentami opartymi na specjalistycznej wiedzy, to trudno mi udawać, że wiem tyle samo, przynajmniej w tym momencie. Chętnie bym się dokształcił, ale to luksus, na który z racji permanentnego braku czasu, nie mogę sobie pozwolić).

Nie ma co majstrować przy przepisach. Procedura cywilna naprawdę pozwala na sprawne rozpoznanie spraw, gdyby tylko był na to czas i sprawny personel do pomocy.

Lubisz swoją pracę?

Już nie. Bycie sędzią przestało być dla mnie wartością, odkąd zewsząd słyszymy, że sędziowie to złodzieje i łapówkarze. W nieznanym gronie nie przyznaję się, że jestem sędzią, bo jeszcze ktoś pomyśli, że ukradłem kiełbasę. Dwa razy się zastanowię, czy i z kim mogę się spotkać, żeby nie być posądzonym o uleganie wpływom czy branie łapówek.

Nie wiem tylko, co mógłbym innego w życiu robić. Do tej pory ceniłem sobie niezależność, to, że to co robię, robię w zgodzie ze swoim sumieniem, nie muszę zabiegać o klientów, jestem szanowany.

Nigdy nie narzekałem na zarobki (sędzia sądu rejonowego zarabia około 9 tys. zł. – przyp. JB), choć sędzia nie może sobie dorobić.  Czasem tylko dziwnie się czułem, kiedy słyszałem od świadka, operatora koparki na przykład, że ma wynagrodzenie miesięczne na tym samym poziomie, co ja. Miałem jednak zagwarantowaną przyszłość – możliwość przejścia w stan spoczynku po osiągnięciu wieku emerytalnego z gwarantowanym uposażeniem na poziomie 75 % ostatnich zarobków. Teraz ta przyszłość jest mocno niepewna.

Jako sędzia jestem niezawisły, co oznacza, że rozstrzygając sprawę podlegam wyłącznie Konstytucji i ustawom, nie podlegam żadnym naciskom i żadnym zależnościom z zewnątrz.  Tyle teoria. Od ostatnich zmian chcąc nie chcąc muszę mieć jednak świadomość, że jeśli ktoś będzie chciał wywrzeć na mnie nacisk, to może wykorzystać do tego celu postępowanie dyscyplinarne i mogę być w każdej chwili wydalony z zawodu, bo w morzu 500 spraw łatwo o pomyłkę.  Nawet nic nie znaczącą, ale taką, która wystarczy za pretekst do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego. I tak w stanie niepewności – na przykład trwającego postępowania dyscyplinarnego i grożącej kary wydalenia, każdy sędzia będzie mógł być utrzymywanym przez lata…

Ludzie mają rację, że są rozgoryczeni tempem rozpoznawania ich spraw, bo sprawy się wloką, ale to nie jest do zmiany z mojego punktu widzenia. Ja robię, co mogę. A jednocześnie czuję się atakowany z dwóch stron: bo mamy z jednej strony nagonkę medialną na środowisko sędziów i „kastę”, a z drugiej strony, od wewnątrz sądu, odbijam się od mury złej organizacji i braków kadrowych. A do tego prezes sądu też, żeby mieć podkładkę „na wszelki wypadek”, pisze do mnie na przykład, że sprawa jest objęta nadzorem administracyjnym, że mam wyznaczyć szybki termin rozprawy – choć wie, w jakich realiach pracuję.

Obecna sytuacja niestety przesłania dobre strony mojego zawodu. Czuję się niesprawiedliwie oceniany. Pracuję pod presją. Może to wypalenie i powinienem iść na urlop. Wtedy moje 500 spraw prezes rozdzieli między moich kolegów, ale ani szybciej, ani lepiej od tego na pewno nie będzie.

{ 3 komentarze… przeczytaj je poniżej albo dodaj swój }

Liliana Styczeń 21, 2018 o 19:11

Przez 15 lat pracowałam w sądzie, w mieście wojewódzkim. Od protokolanta po starszego sekretarza i w sekretariacie głównym wydzialu. Mam i w trakcie pracy mialam wykształcenie prawnicze, więc dokładnie takie samo, jak sedzia udzielający wywiadu. Czy byłam pracownikiem nisko wykwalifikowanym? Nie. Ale faktycznie, bylam traktowana jak personel pomocniczy, mimo ze pisałam wiele orzeczeń i zarządzeń, pod którymi sędzia w ciemno się podpisywał. Sędzia nawet nie raczył zabrać tomu akt na salę mówiąc, ze to on jest sędzią, a od tego jest sekretarka. No tak, gorszy gatunek. Pochodzę z rodziny prawniczej, sama teraz wykonuję ten zawód. Praca w sądzie dała mi ogromne doświadczenie zawodowe, ale pozostawiła ogromny niesmak do sędziów.

Odpowiedz

Jolanta Budzowska Styczeń 21, 2018 o 19:48

Pani Liliano, dziękuję za Pani głos. Bardzo cenne spostrzeżenia.
Ja jako pełnomocnik widzę niestety na sali tylko wierzchołek góry lodowej. Nie wiem, kto wnosi akta, ani kto jest autorem projektów. Czasem tylko mogę dostrzec, że protokolant dokładnie wie, co się dzieje na sali… Dawniej, przy pisemnych protokołach widać było jak na dłoni, który z protokolantów pisze ze zrozumieniem, a który bez. Teraz, przy rejestracji audio-video, nawet już to jest rzadko dostrzegalne dla pełnomocników. Z uznaniem przyjmuję telefony z sądu (nadal rzadkie – ale jeśli już, to od protokolantów i asystentów, od sędziego odebrałam w ciągu dwudziestu lat praktyki może jeden telefon) o odwołaniu rozprawy w ostatniej chwili czy w sprawie terminu badania mojego Klienta przez biegłego, albo odnośnie propozycji biegłych.
W poście przedstawiłam – bez cenzury – punkt widzenia sędziego. Czas na głosy innych uczestników wymiaru sprawiedliwości.

Odpowiedz

BB Styczeń 24, 2018 o 21:00

Ale za błedy i pomyłki sędziego płacą czasem ludzie całym swoim dorobkiem zdrowiem i życiem . Wykorzystywanie nagminnie fikcji doreczenia byle nie było zmiany decyzji lub jej uchylenia jest wygodne dka sędziów ale rujnuje niejednokrotnie życie obywatela . Nie może być mowy w ustach sędziego o możliwosci jakiejkolwiek omyłki a tym bardziej umniejszania jej roli do nic nieznaczącej . Sędziowie winni sami wyłapywać swoje omyłki i je naprawiać nawet uchylajac poprzednie wlasne orzeczenua . Nie może być tak ze fałszuje sie dokumenty i popełnia nieprawosci byle do akt nie wpisano uchylenia orzeczenia . Wyoowiedz wskazuje ze sedzia w okreslonych okolicznosciach staje sie strinniczy i wykorzystuje luki prawne byle uniemozliwic stronom skuteczną apelacje i zwrot sprawy . To jest patologia i stoi w sprzecznosci z Konstytucją bo sedzia ma byc bezstronny a nie bronic za wszelka cene np fikcja doreczenia nie praea ale mozluwosci swojego awansu

Odpowiedz

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: