Pacjent pojawia się i znika – czy dane z ZIP są wiarygodne?

Jolanta Budzowska        07 marca 2018        6 komentarzy

Jedna z moich czytelniczek zapytała w komentarzu tak:

“Pani mecenas, proszę cos napisać na temat ZIP. Zaglądam tam i znajduję wizyty, których nie odbyłam. Co z tym zrobić ? Mam dowody, że tego i tego dnia byłam w innym mieście.”

Jeszcze częściej zdarza się, że w ZIP (Zintegrowanym Systemie Pacjenta) brakuje danych o wizytach.

Co można zrobić?

  • Kompletne dane powinny być widoczne po upływie tygodnia od pierwszego logowania.
  • Jeżeli nadal są niewidoczne, to prawdopodobnie:

– realizacja danego świadczenie nie została ukończona i zweryfikowana,

– zostały zgłoszone przez NFZ zastrzeżenia do świadczenia.

  • Jeśli w systemie są – jak w przypadku pacjentki, która napisała komentarz cytowany przeze mnie powyżej – dane o wizytach, które się nie odbyły, to albo to jest pomyłkowy wpis lekarza, albo próba wyłudzenia przez niego świadczeń z NFZ.
  • Możliwe rozwiązania:

zgłoszenie problemu do NFZ drogą elektroniczną przez profil zaufany (jeżeli pacjent posiada podpis elektroniczny),

– złożenie pisemnego wniosku w dowolnej placówce NFZ (pismo zostanie przesłane do właściwego oddziału; składając pismo od razu we właściwej placówce, pacjent zaoszczędzi czas.),

– każdy wnioskodawca otrzymuje odpowiedź.

  • Niemożliwe jest wyjaśnienie sprawy przez telefon, ponieważ dotyczy ona danych wrażliwych.

Jeśli więc coś nam się w ZIP nie zgadza, to na początek spróbujmy wyjaśnić niezgodności  wg powyższej instrukcji. Pamiętajmy, że informacje z ZIP mogą być ważnym dowodem w sprawie o błąd medyczny!

Szanse na wygraną w sprawie o błąd medyczny…

Jolanta Budzowska        25 lutego 2018        6 komentarzy

…bywają zmienne.

Zwroty akcji zdarzają się w niemal każdym procesie. Te sprawy, które na początku wydają się stosunkowo proste – bo wina szpitala widoczna jest jak na dłoni, mogą się skomplikować po jednej opinii biegłego, który “nie dopatrzy się” zaniedbań lekarzy.

I odwrotnie. Nie tak dawno pisałam na moim drugim blogu (bladprzyporodzie.com) o procesie, który według moich ostrożnych szacunków miał trwać około 5 lat (post: “Kiedy ubezpieczyciel szpitala uznaje swoją odpowiedzialność”).  A tu niespodzianka. Ubezpieczyciel uznał swoją odpowiedzialność i wypłacił poszkodowanym pacjentom całą sumę ubezpieczenia zaraz po doręczeniu mu naszego pozwu. Oczywiście, nie znaczy to, że na tym zakończymy spór sądowy o odszkodowanie za błąd medyczny: ubezpieczenie było niestety bardzo niskie. Zbyt niskie, by zabezpieczyć potrzeby chorego dziecka.

Sprawa, o której dzisiaj chcę napisać, z pewnością nie należała do łatwych. W pierwszej instancji, choć spodziewałam się wyroku korzystnego dla klienta, przegraliśmy. Źle ocenione szanse na wygraną w sprawie o błąd medyczny? Na pewno nie tym razem. Jedynie codzienność sądowa. Nie tylko opinie biegłych bywają nieprzewidywalne. Czasem trudno jest także zgodzić się z wnioskami, jakie z opinii biegłego sądowego wyciąga sąd.

Złożyliśmy apelację. Mój klient, poszkodowany pacjent, nie zwątpił w nas, co wcale nie jest takie oczywiste. Pisał do nas, jak podczas procesu w pierwszej instancji, obszerne listy. Przypominał o detalach, przedstawiał argumenty, albo zwyczajnie pisał co u niego słychać. Czas płynął.

Odbyła się jedna rozprawa apelacyjna, potem druga. Wyjaśnienia składał biegły. Sąd nakłaniał strony do ugody, z klientem – nieobecnym na rozprawie – granice naszych ustępstw ustałam w przerwie rozprawy telefonicznie. Niełatwo jest w 5 minut zdecydować o tym, czy przyjmie się oferowane odszkodowanie za błąd medyczny, prawda? Klient dzielnie stawiał czoła wyzwaniom. Koniec końców, do ugody nie doszło, bo przeciwnicy byli pewno swego: że na pewno wygrają także w postępowaniu apelacyjnym.

Kiedy sąd apelacyjny ogłosił korzystny dla nas wyrok, tylko jednak osoba wydawała się nie być szczególnie zaskoczona. Nasz klient.

Przeciwnicy byli w szoku, bo zdążyli się przyzwyczaić do myśli, że wygraną mają w kieszeni. Ja byłam  mile zaskoczona kwotą.

A kiedy klient ochłonął, napisał do nas w kolejnym liście tak:

“Dziękuję gorąco. Jeszcze do końca do mnie nie dotarło co się stało, że to co było nieprawdopodobne, stało się możliwe. W domu wszyscy się cieszą, wręcz podskakują z radości.” Potem nastąpiły ciepłe słowa pod adresem każdego prawnika, który miał styczność ze sprawą. Szczególne gratulacje otrzymała mec. Iwona Świętek – Wołosiuk, która od początku była głównym radcą prowadzącym tę sprawę. Do mnie zaadresowane było zdanie: “Gratuluję Pani Mecanas Jolancie Budzowskiej mistrzowskiej argumentacji w sądzie!”. Mecenas Anna Miśtal – Kluś dostała podziękowania za to, że… powstrzymywała optymizm klienta i na jego pytania po rozprawach “Jak było?”, odpowiadała “Nie za bardzo” (? – aż muszę zapytać, czy rzeczywiście:)). “Może to i dobrze, nie być od razu hurraoptymistą”, napisał klient:)

Miłe słowa trafiły nawet do wszystkich osób, które łączyły telefony od klienta i mówiły (jak napisał): “Tak, chwileczkę, łączę z Panią Mecenas”.

A na koniec klient dodał: “Już zacząłem Was wychwalać co do niektórych znajomych znajomych za to, że wygraliście sprawę, że potraficie. Byliście do końca konsekwentni w swoich założeniach i dobrze, bo ja niekiedy myślałem inaczej. Moja wygrana jest też wygraną pewnie z setki pacjentów w Polsce, którzy znajdują się w podobnej sytuacji, tylko nikt nie potrafi ich jeszcze właściwie pokierować.”

Tak się kończy list otrzymany od klienta po informacji o wygranej apelacji.

I możnaby pomyśleć, że to koniec sprawy.

Jednak nie. Właśnie dostaliśmy kolejny sympatyczny list. Klient napisał, że spędza czas na wycieczce z żoną, w Wenecji. Postanowił zrobić użytek z zadośćuczynienia, jakie dostał za błąd medyczny, zanim wszystko rozda dzieciom:)

Utrata wzroku przez błąd lekarski

Jolanta Budzowska        13 lutego 2018        Komentarze (0)

Spraw związanych z utratą wzroku prowadziłam kilka. Poza fatalnym dla pacjentów skutkiem leczenia, w zasadzie nie łączy ich wspólny mianownik.

W jednym przypadku podczas zabiegu laryngologicznego usunięcia polipa z nosa doszło do przebicia przez operatora kości sitowej i rozległego uszkodzenia przedniego dołu czaszki, obu oczodołów, nerwów wzrokowych i mięśni gałkoruchowych. Poszkodowana pacjentka nieodwracalnie straciła wzrok: całkowicie w lewym oku, w prawnym pozostało śladowe widzenie, ze znacznym ubytkiem w polu wiedzenia.

U innej pacjentki konieczna była operacja usunięcia guza mózgu. Po zabiegu wypisano ją ze szpitala, nie zalecając dalszego leczenia, a nawet nie informując jej o stanie zdrowia i o powadze sytuacji. Guza nie usunięto, o czym chora nie została poinformowana. Myślała, że całkowita i nieodwracalna utrata wzroku w oku to cena, jaką zapłaciła za leczenie choroby nowotworowej. Niestety, w rzeczywistości operacja przeprowadzona była nieumiejętnie i nie przyniosła żadnych pozytywnych efektów. Dopiero w innym szpitalu, gdzie pacjentka trafiła już z własnej inicjatywy, guza w całości usunięto.  Okaleczenia pacjentki można byłoby uniknąć, gdyby leczenie od początku było prawidłowe.

Do utraty wzroku może dojść także po zabiegach w zupełnie innej lokalizacji, niż okolice oczu, a nawet głowy. Inny z moich klientów poddał się operacji na kręgosłupie (laminektomii).  Zabieg operacyjny wykonywany był w znieczuleniu ogólnym z intubacją, w ułożeniu pacjenta na brzuchu.  W takcie zabiegu nie zauważono żadnych komplikacji, cała procedura przebiegała planowo, bez zakłóceń. Przynajmniej według dokumentacji medycznej. Po zabiegu zauważono jednak obrzęk powieki i osłabienie ruchomości gałki ocznej. Pacjent zgłosił, że nie widzi na jedno oko. Jak się okazało, trwale stracił wzrok w tym oku. Stwierdzono, że przyczyną był zator tętnicy środkowej oraz krwiak pozagałkowy.

Przywrócenie wzroku, a nawet jego częściowa poprawa, nie jest w tych przypadkach, z medycznego punktu widzenia, możliwa. Ci pacjenci, na skutek błędów lekarskich, stracili możliwość wykonywania jakiejkolwiek pracy, wymagają opieki w codziennych czynnościach, a ich życie zmieniło się radykalnie.

W takich przypadkach nie ma wątpliwości, że pacjenci powinni uzyskać odszkodowanie za błąd medyczny.

Zwykle jednak, z uwagi na to, że powikłania zabiegów kończące się utratą wzroku, są stosunkowo rzadkie, dochodzenie do prawdy jest długie i żmudne. Szpitale – nomen omen – nie widzą swojej winy.

Tym bardziej cieszą takie wyroki, jak ten, który zapadł niedawno w podobnej sprawie.

Pacjent zgłaszał okuliście niepokojące objawy, szczegółowo opisując charakterystyczne zaburzenia  widzenia w jednym oku. W odpowiedzi otrzymywał jednak uspokajające zapewnienia, że nic złego się nie dzieje. Prawidłową diagnozę i skierowanie na natychmiastową operację wystawił dopiero inny lekarz. Było już jednak za późno, wzroku nie udało się uratować.

Walka na sali sądowej toczyła się głównie o ustalenie, co jest bardziej wiarygodne: zeznania pacjenta i jego rodziny czy zapisy lekarza w dokumentacji medycznej. Sąd dążył do ustalenia, kiedy u pacjenta doszło do rozpoczęcia procesu odwarstwienia siatkówki oka i czy, gdyby nie opóźniona diagnoza, byłaby szansa na operacyjne uratowanie jego wzroku.

Biegły, przyznając nam rację, wskazał na istotne różnice we wpisach w złożonych do akt wersjach dokumentacji medycznej. Zdaniem biegłego, w takim przypadku jak mojego klienta, pełne i zgodne ze sztuką medyczną badanie okulistyczne zawiera stałe punkty. Są nimi: ocena ostrości wzroku z ewentualną refakcją, ocena ciśnienia śródgałkowego, odcinka przedniego i tylnego gałki ocznej oraz dna oka, czyli siatkówki po rozszerzeniu źrenicy, aby sprawdzić obwód siatkówki.

Zapisy w znajdujących się w aktach sprawy dwóch wersjach dokumentacji medycznej różniły się między sobą i nie zawierały choćby minimum wymaganych informacji. Niemożliwe było  nawet ustalenie, jakie dokładnie badania zostały przez okulistę wykonane. Tym samym niemożliwa była też ocena postępowania lekarza okulisty pod kątem tego, czy i jakie czynności diagnostyczne w ogóle wykonał.

To wystarczyło, aby wygrać ten proces.

Sąd przypomniał, że lekarz ma obowiązek prowadzenia indywidualnej dokumentacji medycznej pacjenta. Dokumentacja ta powinna być prowadzona rzetelnie i skrupulatnie, umożliwiając przede wszystkim ustalenie czynności badawczo – diagnostycznych podjętych przez lekarza oraz stanu pacjenta stwierdzonego przez lekarza.

Niedające się usunąć braki i wątpliwości co do dokumentacji lekarskiej nie mogą być wykorzystywane w procesie na niekorzyść pacjenta!

Sąd Apelacyjny zasądził na rzecz poszkodowanego pacjenta 300 tys. zadośćuczynienia.

6 najbardziej ryzykownych operacji

Jolanta Budzowska        06 lutego 2018        2 komentarze

Poprawa jakości w ochronie zdrowia służy lekarzom (mniej procesów o błędy lekarskie), ale i – z oczywistych względów – pacjentom. Z tą myślą postanowiliśmy wspólnie z mec. Tymińskim, który zawodowo broni lekarzy, na podstawie wszystkich prowadzonych przez nas spraw, wytypować kilka najbardziej niebezpiecznych operacji chirurgicznych. Chodziło nam o te operacje, po których – z naszej perspektywy – najczęściej dochodzi do sporów sądowych. Poniżej mój ranking i komentarz. Bardziej szczegółowy od mojego, ranking mec. Radosława Tymińskiego, z tytułowymi sześcioma zabiegami, znaleźć można na jego blogu: www.prawalekarza.pl

Z perspektywy osoby, która reprezentuje pacjentów w sporach o błąd medyczny przeciwko szpitalom lub lekarzom, mogę powiedzieć, że najczęściej spory z obszaru chirurgii dotyczą kwalifikacji do zabiegów lub powikłań po operacjach w obrębie jamy brzusznej.

Zgadzam się z mec. Tymińskim, że jest kilka głównych przyczyn skarg pacjentów.

Po pierwsze: prawdą jest, że pacjenci mają tendencję do utożsamiania powikłań z błędami medycznymi. Bardzo często po zapoznaniu się z dokumentacją medyczną, to ja tłumaczę pacjentowi, który do mnie trafił, bo uważa, że w jego przypadku doszło do błędu medycznego, że mamy do czynienia z typowym powikłaniem, które mogło się zdarzyć i jest wpisane w ryzyko zabiegu, a nie z błędem w sztuce lekarskiej.

Zwykle zresztą pacjent wie, że podpisał wielostronicowy dokument tzw. „świadomej zgody”, tylko co z tego, kiedy nie rozumie, co podpisał… Nieporozumieniem jest jednak niestety, że tego wszystkiego – o ryzyku powikłań – pacjent dowiaduje się dopiero ode mnie. Gdyby lekarz przed zabiegiem wytłumaczył pacjentowi, na czym dokładnie ma polegać operacja i jakie są możliwe powikłania, a następnie, w razie ich wystąpienia, poświęcił trochę cennego czasu i wytłumaczył pacjentowi, w jakiej jest sytuacji i jak będzie wyglądało dalsze leczenie, sporów o błędy lekarskie byłoby znacznie mniej. Pamiętajmy przy tym, że nie każdy prawnik odradzi pacjentowi w takiej sytuacji pozywanie szpitala i lekarza. Choć oczywiście powinien… W takim przypadku – z wyjątkiem wadliwej zgody na operację – sprawa nie powinna trafić do sądu, bo pacjent ją przegra.

Po drugie: powikłanie powikłaniem, ale oś sporu pomiędzy pacjentem a lekarzem to przede wszystkim nierozpoznanie tego powikłania na czas albo w ogóle, i wypisanie pacjenta ze szpitala. To jest ten etap, gdzie często mogę się wykazać i udowodnić, że doszło do błędu w leczeniu i – co najmniej – opóźnienia w prawidłowej diagnozie. A najczęściej także pogorszenia rokowań i stanu zdrowia pacjenta. W takich przypadkach pacjenci wygrywają, bo racja jest po ich stronie.

Po trzecie, prawdą jest to, co pisze mec. Tymiński, że wielokrotnie spory dotyczą nieuwzględniania całokształtu stanu klinicznego pacjenta, w szczególności pominięcia obciążeń pacjenta. Pacjent schorowany to pacjent, któremu lekarz powinien poświęcić więcej, a nie mniej uwagi, i to założenie potwierdziło już wiele opinii biegłych sądowych i wyroków wydanych w prowadzonych przeze mnie sprawach o błąd lekarski. Częste jest rutynowe kwalifikowanie do operacji bez konsultacji specjalistów, zbyt duży odstęp czasu od kwalifikacji do operacji i dokonywanie kwalifikacji przez lekarza bez wymaganych uprawnień (np. lekarz w trakcie specjalizacji z anestezjologii działający bez nadzoru). Tu także pacjenci mają szanse na wygraną w sprawie o błąd lekarski, ale procesy są długie i trudne, bo zaangażowanych jest wielu biegłych różnych specjalizacji.

Nie zgadzam się natomiast z mec. Tymińskim, że poprawa treści sporządzanych przez lekarzy protokołów operacyjnych może zwiększyć zaufanie pacjentów do lekarzy. Z mojej perspektywy, zostało wykonane to, co jest w protokole, . Jeśli czegoś nie ma, nie zostało wykonane przez operatora. Biegli (i sąd) oceniają materiał dowodowy, w którego w skład wchodzi oczywiście dokumentacja medyczna i protokoły operacyjne, które powinny odzwierciedlać w sposób kompletny rzeczywisty przebieg wydarzeń.

Bezpieczeństwa pacjenta nie poprawi „podrasowanie” protokołu. Pacjent będzie bezpieczny, jeśli lekarz w trakcie operacji wykona to, co do niego należy i opisze sytuację wyjściową oraz wykonane działania, a nie „dostosuje” opis do błędów popełnionych w trakcie operacji, aby je łatwiej zatuszować (np. opisze konieczność preparowanie licznych zrostów, aby usprawiedliwić liczne uszkodzenia ścian jelit podczas operacji usunięcia jajnika). Oczywiście, jeśli ktoś dotąd tego nie miał w zwyczaju, to powinien zacząć stosować się do obowiązującego prawa, które nakazuje szczegółowo opisywać przebieg zabiegu albo operacji.

Z komentarzem mec. Radosława Tymińskiego i jego “lekarskim” punktem widzenia można zapoznać się we wpisie: “6 najbardziej ryzykownych zabiegów”.

 

 

 

Dlaczego jeden sędzia wyznacza pierwszą rozprawę po miesiącu, a innemu zajmuje to pól roku? Z jakiego powodu rozprawy „spadają” (czyli nic na nich się nie dzieje)? Podobnych pytań nasuwa się nam mnóstwo, a zwykle, jeśli chodzi o odpowiedzi, to wszyscy, łącznie ze mną, możemy tylko spekulować co do przyczyn.

Do tego dochodzą doniesienia medialne o tym, jak źle dzisiaj funkcjonuje sądownictwo. Czy na pewno? I czy procesy sądowe mogłyby toczyć się sprawniej?

Miałam okazję ostatnio porozmawiać prywatnie z pewnym sędzią z wieloletnim stażem, orzekającym na co dzień w wydziale cywilnym jednego z sądów rejonowych w mieście wojewódzkim. Zgodził się opowiedzieć o kulisach swojej pracy, z wiadomych względów anonimowo.

I od razu rozwieję wątpliwości: nie, nie orzeka ani nie orzekał w żadnej z moich spraw. Nie ma też na to widoku, bo sprawy o błędy medyczne, które prowadzę, są rozpatrywane przez sądy wyżej instancji (sądy okręgowe), bo wysokość roszczeń odszkodowawczych (tzw. wartość przedmiotu sporu) przekracza 75 tys. zł. A gdyby nawet „moja sprawa” trafiła do sędziego, z którym się znam i który mógłby nie być z tego powodu bezstronny, musiałby się wyłączyć.

Zapraszam do lektury zapisu tej rozmowy!

***

Jak wygląda dzień pracy sędziego?

Może zacznę od wprowadzenia. W naszym wydziale powinno pracować 28 sędziów, tylu było jeszcze kilka lat temu. Od tego czasu z różnych powodów (długotrwałe choroby, wielomiesięczne delegacje do pracy w Ministerstwa Sprawiedliwości, urlopy macierzyńskie, itd) liczba ta spadła poniżej 20, co oznacza, że musimy między siebie rozdzielić sprawy, które normalnie przypadłyby tym nieobecnym w pracy. Na zwiększenie liczby etatów sędziowskich niestety nie ma widoków. W efekcie jeden sędzia „ma na biegu” średnio po 500 spraw.

500 spraw do rozstrzygnięcia? To jak się przygotowujesz do rozpraw, jak nadzorujesz to, co się dzieje w aktach? Pisma stron, różne wnioski?

No cóż, wokandę, czyli dzień, w którym odbywają się rozprawy, mamy dwa razy w tygodniu. Średnio mam 8 spraw na wokandzie w jednym dniu. Przygotowuję się do nich dzień wcześniej, zwykle zajmuje mi to pół dnia. Jak sprawa liczy kilkanaście tomów, a to oczywiście nie jestem w stanie całości dokładnie przeczytać za każdym razem, kiedy zbliża się rozprawa, czyli średnio co 3-4 miesiące. Robię sobie notatki i na nich bazuję.

W sumie więc wokanda plus przygotowanie do rozprawy to 3 dni, pozostałe dwa zostają na analizę spraw, podejmowanie bieżących decyzji i przygotowanie do wyroku, no i pisanie uzasadnień. Tego nie da się zrobić w normalnym tygodniu pracy, więc normą jest zostawanie po godzinach, do 20-tej, i praca w weekendy. Modne w środowisku zaczęło być licytowanie się, kto kogo spotkał i jak późno w nocy na korytarzu sądowym…

Bez zwiększenia liczby sędziów nic z tym nie można zrobić? W końcu w Polsce w sądach pracuje ok. 10 tys. sędziów, czyli dwudziestu sześciu na 100 tys. mieszkańców. Są kraje w Europie, gdzie sędziów jest więcej, ale i są, gdzie jest ich znacznie mniej, więc nie odstajemy dramatycznie od średniej.

Problem nieobsadzonych etatów sędziowskich to jedno, ale ważniejsza jest zła organizacja. W Polsce sędzia musi własnoręcznie wykonać mnóstwo czynności, które nie powinny zajmować jego czasu pracy: sporządzić wezwanie o braki, wydrukować dowód doręczenia pisma i wpiąć do akt, zredagować wszystkie odezwy do świadków i biegłych, wyszukać biegłych itd. Jeśli na przykład zmieni się adres kancelarii reprezentującej jedną ze stron, to ja osobiście muszę wydać zarządzenie, żeby ten fakt zaistniał w systemie i żeby późniejsze doręczenia były prawidłowe.

A nie mogą tego robić asystenci, protokolanci, pracownicy sekretariatów?

Powinni. Ale część czynności musi wykonać sędzia, bo tego wymaga system, a pozostałych po prostu nie są w stanie, bo protokolanci i personel pomocniczy to często osoby o niskich kwalifikacjach. Nie są szkoleni w jakiś zorganizowany sposób. Wszystkiego uczą się na żywym organizmie. Rozprawy są rejestrowane w systemie audio-video, więc pierwsze posiedzenie takiego protokolanta sprowadza się do tego, że ja uczę go – normalnie na sali sądowej, prowadząc rozprawę – co i kiedy włączyć.

Praca jako protokolant nie jest atrakcyjna. Zarobki to najniższa krajowa, brak perspektyw rozwoju i nadziei na wyższą pensję. Protokolanci o godz. 15 odbijają kartę pracy, żeby nie było, że wykonują pracę w nadgodzinach, a potem… wracają do pracy. Teoretycznie ostatnio mają polecenie, żeby wychodzić, bo sądów nie stać na płacenie wynagrodzenia za pracę w godzinach nadliczbowych, ale zostają, bo przecież trudno przerwać rozprawę, która trwa, mimo że mija godz. 15.

Asystenta – absolwenta prawa – mam dwa razy w tygodniu, szkolę go przez trzy miesiące, a potem następuje zmiana. Nawet jak napisze jakiś projekt, to i tak najczęściej muszę po nim poprawiać. To pomoc na papierze. Ci lepsi szybko zaczynają aplikację sądową i od tego momentu kończą przygodę z pracą w sądzie.

Zresztą, dla protokolantów i asystentów też nie ma etatów, więc kombinuje się z umowami na zastępstwo, a chętnych szuka „z łapanki”, na zasadzie: „nie znacie kogoś, kto mógłby do nas przyjść do pracy?”.

Warto dodać, że sędzia nie ma żadnej „władzy” nad personelem pomocniczym, protokolant nie podlega mnie, tylko dyrektorowi sądu, który dalej podlega Ministrowi Sprawiedliwości.

Z czego „rozliczany” jest sędzia?

Mamy oceny okresowe. Wizytator – sędzia, zwykle raz do roku przegląda moje akta, analizuje podjęte przeze mnie decyzje, przygląda się organizacji pracy sędziego liniowego.

Kiedy strona złoży skargę na przewlekłość i zostanie ona uwzględniona, takie orzeczenie trafia do moich akt osobowych. I nikogo nie interesuje to, czy przyczyną przewlekłości było moje lenistwo, bo na przykład pół roku pisałem uzasadnienie, czy może pół roku szukałem biegłych, bo wszyscy odmawiali podjęcia się wydania opinii i obiektywne nie mogłem nic zrobić szybciej.

Gdybym starał się o awans, to liczyłaby się też tzw. stabilność orzecznictwa: ile wyroków mi uchylono, ile zmieniono, ile moich rozstrzygnięć się utrzymało. Tak samo jak z przewlekłością: szczegóły już nie mają znaczenia, na przykład, jeśli przyznam za niskie lub za wysokie – zdaniem sądu odwoławczego – zadośćuczynienie, ale wyrok co do zasady jest słuszny, to i tak ląduje to w worku „zmienione”.

Co w takim razie należałoby zmienić, żeby sądy funkcjonowały sprawniej?

Kilka kwestii wysuwa się na pierwszy plan:

  • zasilenie kadrowe sądów, przynajmniej obsadzenie wakatów;
  • większa liczba dobrze wyszkolonych, zatrudnionych na stałe pracowników administracyjnych;
  • – specjalizacja wśród sędziów (Naprawdę, nie sposób znać się na wszystkim. Gdy mam na sali sądowej dwóch pełnomocników i biegłych, którzy na przykład zajmują się tylko kredytami we frankach, czy jak ty, błędami medycznymi, i żonglują argumentami opartymi na specjalistycznej wiedzy, to trudno mi udawać, że wiem tyle samo, przynajmniej w tym momencie. Chętnie bym się dokształcił, ale to luksus, na który z racji permanentnego braku czasu, nie mogę sobie pozwolić).

Nie ma co majstrować przy przepisach. Procedura cywilna naprawdę pozwala na sprawne rozpoznanie spraw, gdyby tylko był na to czas i sprawny personel do pomocy.

Lubisz swoją pracę?

Już nie. Bycie sędzią przestało być dla mnie wartością, odkąd zewsząd słyszymy, że sędziowie to złodzieje i łapówkarze. W nieznanym gronie nie przyznaję się, że jestem sędzią, bo jeszcze ktoś pomyśli, że ukradłem kiełbasę. Dwa razy się zastanowię, czy i z kim mogę się spotkać, żeby nie być posądzonym o uleganie wpływom czy branie łapówek.

Nie wiem tylko, co mógłbym innego w życiu robić. Do tej pory ceniłem sobie niezależność, to, że to co robię, robię w zgodzie ze swoim sumieniem, nie muszę zabiegać o klientów, jestem szanowany.

Nigdy nie narzekałem na zarobki (sędzia sądu rejonowego zarabia około 9 tys. zł. – przyp. JB), choć sędzia nie może sobie dorobić.  Czasem tylko dziwnie się czułem, kiedy słyszałem od świadka, operatora koparki na przykład, że ma wynagrodzenie miesięczne na tym samym poziomie, co ja. Miałem jednak zagwarantowaną przyszłość – możliwość przejścia w stan spoczynku po osiągnięciu wieku emerytalnego z gwarantowanym uposażeniem na poziomie 75 % ostatnich zarobków. Teraz ta przyszłość jest mocno niepewna.

Jako sędzia jestem niezawisły, co oznacza, że rozstrzygając sprawę podlegam wyłącznie Konstytucji i ustawom, nie podlegam żadnym naciskom i żadnym zależnościom z zewnątrz.  Tyle teoria. Od ostatnich zmian chcąc nie chcąc muszę mieć jednak świadomość, że jeśli ktoś będzie chciał wywrzeć na mnie nacisk, to może wykorzystać do tego celu postępowanie dyscyplinarne i mogę być w każdej chwili wydalony z zawodu, bo w morzu 500 spraw łatwo o pomyłkę.  Nawet nic nie znaczącą, ale taką, która wystarczy za pretekst do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego. I tak w stanie niepewności – na przykład trwającego postępowania dyscyplinarnego i grożącej kary wydalenia, każdy sędzia będzie mógł być utrzymywanym przez lata…

Ludzie mają rację, że są rozgoryczeni tempem rozpoznawania ich spraw, bo sprawy się wloką, ale to nie jest do zmiany z mojego punktu widzenia. Ja robię, co mogę. A jednocześnie czuję się atakowany z dwóch stron: bo mamy z jednej strony nagonkę medialną na środowisko sędziów i „kastę”, a z drugiej strony, od wewnątrz sądu, odbijam się od mury złej organizacji i braków kadrowych. A do tego prezes sądu też, żeby mieć podkładkę „na wszelki wypadek”, pisze do mnie na przykład, że sprawa jest objęta nadzorem administracyjnym, że mam wyznaczyć szybki termin rozprawy – choć wie, w jakich realiach pracuję.

Obecna sytuacja niestety przesłania dobre strony mojego zawodu. Czuję się niesprawiedliwie oceniany. Pracuję pod presją. Może to wypalenie i powinienem iść na urlop. Wtedy moje 500 spraw prezes rozdzieli między moich kolegów, ale ani szybciej, ani lepiej od tego na pewno nie będzie.