Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Podmioty lecznicze mają obowiązek ubezpieczyć się od odpowiedzialności cywilnej (OC). Analogicznie jak właściciele samochodów. Jeśli spowodują błąd medyczny lub wypadek, płaci zakład ubezpieczeń. Właśnie trwają prace nad nowym rozporządzeniem MF w sprawie obowiązkowego ubezpieczenia OC. Sądziłam, że będzie okazja do podwyższenia sum minimalnego ubezpieczenia szpitali. Niestety, wygląda na to, że nie tym razem.

Ktoś mógłby zapytać, dlaczego akurat mnie zależy na urealnieniu polis szpitali?

Chyba w pierwszej kolejności larum powinni podnieść ich dyrektorzy? Z pewnością, ale interes w podwyższeniu progów OC w placówkach leczniczych mamy wszyscy. Dlaczego? O tym za chwilę.

Na początek słowniczek

  • suma gwarancyjna na jedno zdarzenie z polisy OC to górna granica odpowiedzialności zakładu ubezpieczeń za szpital w przypadku jednego błędu medycznego. Dziś 100 tys. euro.
  • suma gwarancyjna na wszystkie zdarzenia – to górna granica odpowiedzialności ZU za szpital w danym roku. Niezależnie od ilości błędów medycznych w danym okresie. Dziś 500 tys. euro.

Przykład*:

W prywatnej Klinice, na oddziale ginekologiczno-położniczym wystąpiło w 2016 roku ognisko epidemiologiczne. Sześć pacjentek zostało zakażonych podczas porodów bakterią paciorkowca ropotwórczego (streptococcus pyogenes). Przeszły sepsę i wielomiesięczne leczenie. Każda z nich musiała się poddać licznym operacjom. Stan kilku był tak poważny, że konieczne było usunięcie macicy. Poszkodowane pacjentki nie wystąpiły od razu, ani nawet w tym samym czasie z powództwem przeciwko szpitalowi. Musiały najpierw stanąć na nogi i zebrać siły na walkę za szpitalem w sądzie. Ostatecznie, pozwały szpital i ubezpieczyciela. Klinika miała wyłącznie ubezpieczenie OC obowiązkowe, bo nie widziała potrzeby się doubezpieczać. A i cena polisy dobrowolnego ubezpieczenia była wysoka. 

Wyroki w sprawie o błąd medyczny w różnym czasie

W 2017 – w dwóch wyrokach sąd przyznał pierwszym powódkom po 500 tys. zł. zadośćuczynienie, odszkodowanie i kilkutysięczną, miesięczną rentę. Ubezpieczyciel zapłacił jednak każdej z nich tylko po około 430 tys. zł. W ramach obowiązkowej polisy OC odpowiadał tylko do wysokości równowartości 100 tys. euro. na jedno zdarzenie. Resztę dopłaciła Klinika z własnych środków, w tym z kontraktu z NFZ. Czyli z pieniędzy, które powinny być przeznaczone na leczenie innych pacjentów.

W 2018 roku sąd wydał trzy kolejne wyroki. Tym razem zadośćuczynienie dla jednej pacjentki wyniosło 300 tys. zł. Dla dwóch kolejnych zasądzono po 450 tys. zł. Znów szpital dopłacił z własnej kieszeni, bo polisy nie pokryły w pełni przyznanego – obok zadośćuczynienia – odszkodowania i rent.

Szukaj wiatru w polu

Na początku 2019 roku zapadł ostatni wyrok. Polisa jednak była już „pusta”, bo wyczerpała się kwota „na wszystkie zdarzenia”. Łączna suma wypłat przekroczyła równowartość 500 tys. euro. Pacjenta wezwała klinikę o zapłatę zasądzonego zadośćuczynienia i odszkodowania za błąd medyczny. Jednak klinika wolała zgłosić wniosek o upadłość. Nie opłacało się  już dalej płacić poszkodowanym i ponosić konsekwencję błędów organizacyjnych z 2016 r. Upadłość została ogłoszona, „ostatnia” pacjenta została więc z niczym. Te, które uzyskały wyroki wcześniej od niej, też są stratne, bo nie otrzymują już renty.

Komu zależy, a komu nie?

Czy ten przykład jasno tłumaczy, dlaczego również pacjentom powinno zależeć, aby ubezpieczenie szpitali było realne? Mam nadzieję, że tak.

Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego Ministerstwo Finansów twierdzi, że obowiązujący pułap obowiązkowego OC dla szpitali jest wystarczający.

Ciekawostka

Zgodnie z przepisami dotyczącymi odszkodowań OC w komunikacji, suma gwarancyjna w przypadku szkód na osobie nie może być niższa niż równowartość 5 mln euro w odniesieniu do jednego zdarzenia.

Dlaczego więc gwarancje ubezpieczeniowe są dla pirata drogowego, który powoduje wypadek, 50- krotnie wyższe niż dla szpitala?

Czyżby osoba ciężko poszkodowana w wypadku komunikacyjnym doznawała innej, „droższej”, inaczej wycenianej szkody na zdrowiu niż osoba ciężko poszkodowana na skutek błędu medycznego? Zdecydowanie nie.

Trudno zatem zrozumieć tę dysproporcję.

Jak to tłumaczy Minister Finansów?

W uzasadnieniu do projektu czytamy:

„Należy wskazać, iż od momentu wejścia w życie obecnie obowiązującego rozporządzenia w tej sprawie, tj. od dnia 1 stycznia 2012 r., resort finansów nie otrzymał sygnałów, iż określone w tym rozporządzeniu wysokości minimalnych sum gwarancyjnych zostały wyznaczone na zbyt niskim poziomie.”

Czyli jak 100/500 tys. euro było aktualne, tak jest, zdaniem Ministerstwa.

Zaklinanie rzeczywistości

Moim zdaniem, zdecydowanie nie są to sumy wystarczające. Jeśli takich informacji nie przekazali  dotąd resortowi finansów ani dyrektorzy szpitali ani Minister Zdrowia, to mogę udostępnić dane z co najmniej kilkunastu prowadzonych przeze mnie procesach zakończonych w latach 2012 -2019. Zapadły tam prawomocne wyroki, w których zasądzono na rzecz pacjentów kwoty wielokrotnie przekraczające polisy OC pozwanych szpitali. Te szpitale pozostawiono same sobie z poważnym problemem finansowym.

Co ważniejsze jednak, w ryzykownej sytuacji znaleźli się też pacjenci. Publiczne szpitale nie mogą zbankrutować. Ale jeżeli jednak pacjenci mieli dodatkowe nieszczęście, że błąd medyczny zdarzył się w prywatnej placówce, nawet finansowej przez NFZ, to w każdej chwili mogą zostać bez zasądzonej renty. Z nic nie wartym świstkiem papier w postaci wyroku. Jak w podanym wyżej przykładzie.

 

*Przykład w podanym kształcie jest fikcyjny. Jest kompilacją kilku różnych, prowadzonych przeze mnie spraw. Ale sytuacja w nim opisana mogła zdarzyć się naprawdę.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

W mediach społecznościowych wywiązała się żywa dyskusja wokół przebiegu i efektów prac tytułowego Zespołu. Żeby uciąć spekulacje, czym zajmował się Zespół, poniżej zamieszczam 3 protokoły  (z załącznikami) z jego obrad. Aby przeczytać wszystkie strony, trzeba kliknąć w obrazek poniżej. Protokoły uzyskałam na wniosek o udzielenie informacji publicznej.

Jak wyjaśniono w piśmie przewodnim, podczas lektury należy uwzględnić, że

“załączniki do protokołów z posiedzeń w dniu 11 stycznia oraz 28 stycznia br. rekomendacje stanowią materiał roboczy, który może podlegać dalszym zmianom w toku prac Zespołu przed ich finalnym przekazaniem Ministrowi Zdrowia”.

Co ciekawe, w żadnym z protokołów nie znalazłam wypracowanego stanowiska Zespołu, o którym szeroko poinformowała media (za pośrednictwem PAP) w końcu lutego br. Pani Przewodnicząca, Urszula Jaworska.

– Chcemy, aby niezależnie od tego, czy pacjent będzie dochodził odszkodowania od szpitala, czy od komisji wojewódzkiej, otrzymał za ten sam uszczerbek na zdrowiu odszkodowanie w tej samej wysokości powiedziała Urszula Jaworska.”

Więcej, co sądzę na ten temat, napisałam w poście: “Zespół ds. praw i obowiązków pacjenta”.

 

 

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Historia pracy tytułowego Zespołu jest taka: powołał ją w końcu października 2018 r. Minister Zdrowia. Zarządzenie było krótkie i nie bardzo wynikało z niego, jakie są właściwie cele Zespołu. Poza – oczywiście – tytułowym. Było nim opracowanie propozycji ustawowych regulacji dotyczących praw i obowiązków pacjentów.

Pacjenci w składzie Zespołu

Hmm, pomyślałam, prawa pacjentów już mamy uregulowane w ustawie, czyli Ustawie o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. Ale może dajmy szansę nowej inicjatywie.  Tym bardziej, że w składzie zespołu znaleźli się liderzy wiodących organizacji pacjentowskich.

Pierwsza, symptomatyczna rysa na szkle pojawiła się  dość szybko. W styczniu br. z członkostwa w Zespole zrezygnował Adam Sandauer, który jest honorowym Prezesem Primum Non Nocere. Na swoim profilu na FB i na www Stowarzyszenie oświadczył on krótko, że była to strata czasu. Jego wpływ na prace Zespołu okazał się fikcją.

Uszczerbek na zdrowiu i wszystko jasne

Czekałam jednak na efekty pracy Zespołu. Miał on zakończyć swoją misję do końca marca 2019 r.

Ku mojemu zaskoczeniu, już 23 lutego 2019 r. media doniosły, że

“ministerialny zespół rekomenduje szefowi resortu zdrowia wprowadzenie stawek odszkodowawczych obowiązujących w całej Polsce i we wszystkich instytucjach decydujących o wypłacie odszkodowań.”

Zdaniem szefowej zespołu, Urszuli Jaworskiej (Fundacja Urszuli Jaworskiej), rozwiązanie powinno obowiązywać przy wyliczaniu odszkodowań z tytułu błędów lekarskich, do jakich doszło w publicznych podmiotach leczniczych. Przewodniczące wskazała przy tym, że wysokość odszkodowania “nie może być uznaniowa”. Pacjent otrzyma za ten sam uszczerbek na zdrowiu odszkodowanie w tej samej wysokości.

Koniec ery Sądów?

Nie wiem, jak rozumieć te stanowcze zapowiedzi, że “wszystkie instytucje” w Polsce byłyby związane tabelami ministerialnymi. Sądy nie będą  mogły już niezawiśle oceniać, czy doszło do zawinionego wyrządzenia szkody pacjentowi? Nie będą władne zasądzać zadośćuczynienia, jakie uznają za odpowiednie w indywidualnie analizowanej sytuacji?  O być albo nie być pacjenta ma decydować orzecznik – lekarz przez przyznanie określonego procentu uszczerbku na zdrowiu?

Na FB kancelarii napisałam już, co sądzę o rozwiązaniach rekomendowanych przez organ pomocniczy Ministra Zdrowia. Powtórzę jeszcze raz.  Nie mieści mi się w głowie, że po ponad trzech miesiącach pracy Zespół mógł wypracować jedynie takie rozwiązanie jak przedstawiono mediom. Rażąco krzywdzące dla pacjentów, niesprawiedliwe, niekonstytucyjne i – nie bójmy się tego słowa – prymitywne.

Uszczerbek na zdrowiu to nie wszystko

Komentarze prasowe Zespołu pokazują brak elementarnej wiedzy o sytuacji prawnej poszkodowanych pacjentów. O tym, że np.:

  • procent doznanego przez poszkodowanego pacjenta uszczerbku na zdrowiu jest tylko jednym z wielu czynników, który nie zawsze ma wpływ na należne pacjentowi zadośćuczynienie za szkodę na zdrowiu;
  • odszkodowanie i renta służą temu, by zwrócić pacjentowi wydatki i pokryć potrzeby materialne związane z pogorszeniem stanu zdrowia. W żaden sposób nie są związane matematycznie z procentem uszczerbku na zdrowiu chorego.

A ja uwierzyłam, że Zespół powołany przez Ministra Zdrowia zajmie się PRAWAMI pacjenta. O naiwności.

Ps. O tym, dlaczego nie da się “zestandaryzować” tragedii pacjentów pisałam już w poście: “Na zaproszenie Rzecznika Prawa Pacjenta i Rzecznika Finansowego”.

 

 

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Właśnie ukazał się artykuł z moim komentarzem na temat wyroku Sądu Najwyższego z 10.01.2019 r. II CSK 293/18  o  prawie pacjenta do informacji. Link do publikacji red. Marka Domagalskiego jest tutaj: „50 tys. zł. za błędną diagnozę”.

Zakres obowiązku informacyjnego lekarza

Wyrok dotyczy – jak mogłoby się wydawać – kwestii oczywistej. Czy jeśli lekarz popełni błąd diagnostyczny, a następnie przekaże tę błędną diagnozę pacjentowi, to narusza prawo pacjenta do informacji o stanie zdrowia?  Czy też może wszystko jest ok, bo przecież “powiedział, co wiedział”?

Symboliczne zadośćuczynienie za złamanie prawa pacjenta?

Temat nie jest czysto teoretyczny, ponieważ za naruszenie prawa pacjenta chory może otrzymać odrębne zadośćuczynienie. I to niezależnie od tego, czy należy mu się jednocześnie zadośćuczynienie i odszkodowanie za błąd lekarski. Powoli normą stają się kwoty między 20-50 tys. zł., więc daje się zauważyć, że prawa pacjenta rosną w cenę.  Nie są to już sumy symboliczne. Nic dziwnego, że szpitale się bronią przed zarzutami, a deklaracje zgody na operację przybierają rozmiary wielostronicowych formularzy.

Informacja: prawdziwa czy “względnie” prawdziwa?

Dobrze więc, że Sąd Najwyższy rozwiewa wątpliwości, jakie nasuwają się przy analizie niektórych przypadków. Sama miałam niedawno podobną sytuację, gdzie mojego klienta nie poinformowano, że ma raka. Bliżej opisałam tamtą historię w artykule “Czarne jest czarne, a białe jest białe”.  Szpital bronił się, że skoro patomorfolog się pomylił i nie rozpoznał czerniaka, to informacja przekazana pacjentowi była zgodna z “ustaleniami szpitala”. Czy oznacza to, że była także – w domyśle  – rzetelna, a może nawet prawdziwa? Oczywiście, że nie, nawet laik czuje, że coś jest nie tak.

Kropka nad i

– Tylko decyzja pacjenta podjęta na podstawie informacji opartej na właściwej diagnozie umożliwia pacjentowi zrealizowanie tego [prawa do informacji o stanie zdrowia – przyp. mój] prawa.

– wskazał w uzasadnieniu omawianego wyroku sędzia SN Henryk Pietrzkowski.

Zdaniem SN prawo pacjentki zostało naruszone w sposób ewidentny, wyrządzając powódce krzywdę o dużym stopniu. Uzasadniało to zasądzenie jej żądanej kwoty, czyli  50 tys. zł.

Błędnie prowadzony poród

Nic dodać, nic ująć. No, może poza tym, że podobne sumy sądy przyznały  poszkodowanym pacjentom także w kilku innych sprawach, które prowadziłam ja. Chodziło w nich m.in o błąd okołoporodowy (więcej o kwotach w poście: “Prawa pacjentki w czasie porodu”). Wyrok SN więc potwierdza słuszność tych – niektórych jeszcze nieprawomocnych – rozstrzygnięć

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl

Niektóre sytuacje, z którymi się ostatnio zetknęłam, są tak nieprawdopodobne, że wręcz trudno w nie uwierzyć. Bo jak często pacjent znajduje w swoim ciele ciało obce? Nadal nie tak rzadko, niestety. I to mimo wszywania do gaz nitki RTG.  Taki znacznik – jak zapewniają producenci – “zmniejsza ryzyko pozostawienia materiałów opatrunkowych w ciele pacjenta”. Chusta w brzuchu jednak wciąż nie jest rzadkością. 

Gaza operacyjna

Gaza operacyjna

Stale więc zdarza się, że pacjenci po wielu miesiącach od zabiegu wyczuwają u siebie guzy. Te rzekome guzy potem, podczas kolejnej operacji okazują się np. ciałami obcymi „o wyglądzie kompresu gazowego”.  Czyli, mówiąc wprost, jest to tzw. “chusta w brzuchu”…

To, co lekarze wyjmują z jamy brzusznej pacjenta podczas kolejnej operacji, rutynowo trafia do badania histopatologicznego. Patolog opisuje wtedy, że np. pacjentowi usunięto „ciała obce (chusty gazowe operacyjne) otorbione obecnie w guzach otorebkowanych zawierających ropną wydzielinę”…

Badanie hist.-pat. i wszystko jasne?

Wynik badania histopatologicznego przydaje się w sądzie. Bywa jednak, że nie wystarcza. Czasem szpitale domagają się okazania sądowi i stronom usuniętej przed laty chusty… Argumenty, że jest to materiał biologiczny, który musiał zostać zutylizowany, nie zawsze trafia do przekonania pełnomocnikom. Sądom już na szczęście tak:-)

Swoją drogą, chciałabym widzieć miny osób zgromadzonych na sali sądowej podczas przeprowadzania dowodu z oględzin chusty. Szczególnie takiej, która przeleżała się kilka miesięcy czy lat w brzuchu pacjenta. Wrażenia węchowo – wzrokowe z pewnością bezcenne…

Dowód po stronie pacjenta

Zakładając więc, że samej chusty nie ma w zwyczaju zachowywać, to co może zrobić pacjent, aby zwiększyć swoje szanse w procesie o błąd w leczeniu? Jak wykazać, że to w tym, a nie innym konkretnie szpitalu doszło do nieprawidłowości podczas operacji i pozostawiono chustę w brzuchu? Jeden (!) raz widziałam doskonale przygotowany materiał dowodowy.  Po usunięciu gazy, została ona dokładnie sfotografowana i zwymiarowana. I to przez lekarza, z jego własnej inicjatywy.

Tak, taki materiał zdjęciowy zdecydowanie może być przydatny. Czasem nawet na tej podstawie udaje się ustalić producenta gazy, a potem to już po nitce, do kłębka.

Zwykle jednak nie ma zdjęć usuniętych chust. Na ogół nikt z zespołu operacyjnego wykonującego operację naprawczą nie pomyśli, aby przynajmniej od razu nie wyrzucać usuniętej gazy. Wtedy mimo, że sprawy związane z pozostawionym ciałem obcym wydają się być proste jak dwa razy dwa – na sali sądowej może nie być ławo.

A może świadek lekarz?

Na taki właśnie horror udawadniania, że nie jest wielbłądem i że sama sobie gazy do nogi nie włożyła, narażona była pewna pacjentka po operacji żylaków. Jakkolwiek lekarze się długo zastanawiali, jak mogło dojść do pozostawienie w jej nodze gazika, to fakty były oczywiste. Pacjentka przeszła tylko dwie operacje: jedną na żylaki, a drugą, niedługo potem, nacięcia ropnia, który się utworzył właśnie w związku z tym, że rana się nie goiła, bo pozostawiono w niej gazik. Jak to barwnie określił lekarz, który zeznawał jako świadek i który nacinał ropień:

„W trakcie wizyt powódki w poradni rana była zaszyta. Żeby coś włożyć do tej rany, to trzeba by siłą rozerwać ranę”.

W tej sytuacji nie było już wątpliwości, kiedy pozostawiono gazik w ranie

Osobny temat, to rozmiar wyrządzonej pacjentowi krzywdy. Czy proponowane przez ubezpieczycieli szpitala na otarcie łez kilka tysięcy zadośćuczynienia na pewno jest odpowiednie? A może rzeczywiście? Bo wydawałoby się: znalezione, usunięte, nie ma problemu? No, może poza – bagatela – dodatkowym zabiegiem operacyjnym? Nic bardziej mylnego.

Chusta to nie nowotwór!

W przypadku nietypowych powikłań brzusznych pierwszą myślą lekarzy często jest, że łatwo wyczuwalny guz to nowotwór. Pacjent dostaje kartę DILO z podejrzeniem „nowotwór o niepewnym lub nieznanym charakterze”. U jednej z moich Klientek długo diagnozowano potworniaki.  Potem okazały się być pozostawionym wcześniej podczas operacji ginekologicznej materiałem operacyjnym…

Inny mój Klient przeszedł operację barku. Wyobraźcie sobie jego przerażenie, gdy jakiś czas po operacji zauważył, że z rany, która już wcześniej nie chciała się prawidłowo goić, wystaje kawałek białego materiału. Został “rozpoznany” jako sporych rozmiarów gazik operacyjny. Natychmiastowy zabieg usunięcia cała obcego z rany niestety nie zakończył leczenia. Stan zapalny wywołany przez pozostawioną wcześniej w ranie gazę utrzymywał się wiele miesięcy, nie doszło do zrostu kości.

Zadośćuczynienie za ciało obce

Jak wycenić traumę, przez którą przeszli pacjenci – ofiary przemęczonych czy roztargnionych instrumentariuszek, które nie doliczyły się zużytych podczas operacji gazików? Pytanie retoryczne. Wszyscy wiemy, że zadośćuczynienie ma być „odpowiednie”. O „odpowiedniość” zadba ostatecznie Sąd, ale wcześniej poszkodowany pacjent musi dostarczyć sędziemu argumentów.  Jakich? O tym już innym razem. Można też w poszukiwaniu odpowiedzi zajrzeć na mój drugi blog i przeczytać wpis “Czy zadośćuczynienie za błąd lekarski jest karą dla lekarza?”

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: (12) 428 00 70e-mail: j.budzowska@bf.com.pl