Pacjent ofiara czy krwiopijca?

Jolanta Budzowska        23 maja 2018        8 komentarzy

“Krwiopijcy jesteście”.  

Philip Burne-Jones Bt. Wampir

Taki lakoniczny mail (bez podpisu) dostałam dzisiejszego ranka z adresu prezesa jednej ze spółek lekarskich, w odpowiedzi na korespondencję mailową z mojej kancelarii przypominającą panu prezesowi, że do zapłaty na rzecz mojego Klienta pozostało jeszcze 412,25 zł.

Hmm, brakujące z odszkodowania za błąd medyczny 412,25 zł. to jest już zbyt drobna kwota, pomijalna dla poszkodowanego pacjenta? Takich długów już nie trzeba oddawać?

Wcześniej pan prezes – korespondując ze mną w zgoła innym tonie – prosił, żeby rozłożyć na ratę zasądzone od jego spółki odszkodowanie za ewidentny błąd lekarza. Bagatela, 300 tys. zł. plus odsetki i koszty procesu.  Przegrana go zaskoczyła, a jakże. Podobnie jak to, że kupił zbyt niską polisę i ubezpieczyciel nie zapłaci za niego wszystkiego, co zasądził Sąd.

Przez 5 lat procesu nawet nie chciał nawet słyszeć o ewentualnej ugodzie…

Pacjent się zgodził na rozłożenie na raty odszkodowania. Cierpliwie czekał z wyrokiem w ręce na spłatę. Choć trudno było mu zrozumieć, że czas trwania postępowania sądowego nie wystarczył, by klinika się przygotowała finansowo na czarny scenariusz.

Byliśmy nad wyraz łaskawi, przecież można było skierować od razu prawomocny wyrok do komornika i uzyskać zasądzone odszkodowanie za błąd medyczny niemal od ręki. Ale podmiot leczniczy musiałby wtedy do kosztów przegranego procesu doliczyć średnio 8 % kosztów komornika. Nie było sensu narażać ich na dodatkowe koszty.

A na koniec: “krwiopijcy”. Właściwie to komplement. Tak, nie odpuszczamy do końca. Gramy fair, ale zawsze w najlepszym interesie Klienta.

Błąd medyczny: zgłaszać czy nie zgłaszać?

Jolanta Budzowska        17 maja 2018        8 komentarzy

Lekarz odpowie dziś: nie zgłaszać. Bo – jak twierdzi sam Minister Zdrowia, także zresztą lekarz – „to ryzyko pozwów i odszkodowań”. Minister Szumowski powiedział też, że świadomość społeczną dotyczącą błędów medycznych oraz procedury prawne trzeba zmienić tak, by nie szukać winnego, nie polować na czarownice.

Rzeczywiście, poszkodowany pacjent póki co sam dba o bezpieczeństwo innych pacjentów i sam zgłasza błędy medyczne.

Warto jednak zadać sobie pytanie, dlaczego tak się dzieje?

*     *     *

Świadomość społeczna pacjentów

Czy świadomość społeczna polskich pacjentów wymaga zmiany? Odpowiedzi dostarczają komentarze* pod jednym z postów na profilu Kancelarii BFP na FB.

– Otóż to Panu Ministrowi trzeba podnieść świadomość, w jaki sposób traktuje się chorych w szpitalach, jakie lekarze mają przewinienia i zaniedbania wobec pacjentów. W jaki sposób tuszują swoje zaniedbania. Prawo, które chroni lekarzy, trzeba zmienić. Bo nie może być tak, żeby nie ponosili odpowiedzialności za swoje czyny.

– „Poprawmy procedury” – to jakiś nonsens, próba odwrócenia uwagi od rzeczywistości. Czyżby niestosowanie obecnie obowiązujących procedur było usprawiedliwieniem dla lekarza ignoranta? 

– Lekarze uważają, że przecież są tylko ludźmi i czasem mogą popełnić błąd. Poniekąd się z tym zgadzam. Jednak lekarz powinien mieć cywilną odwagę przyznać się do błędu i powinien potrafić powiedzieć zwykłe “przepraszam”. Zamiast tego poszkodowani na salach sądowych słyszą kłamstwa, a nawet oszczerstwa. Naprawdę myślałam, że bycie lekarzem do czegoś zobowiązuje…

– Co to znaczy “nie szukać winnego”? Rozumiem, że ma być odgórne przyzwolenie na popełnianie błędów medycznych?

I jeszcze opinia, na której mogłabym w zasadzie poprzestać, bo podpisuję się pod nią obiema rękami:

– Co do jednego się zgodzę: ważne jest, by błędy medyczne były zgłaszane, powinny być prowadzone statystyki, a następnie na tej podstawie zmieniane procedury i dodatkowo przeprowadzone szkolenia dla personelu medycznego. Przykładowo, znaczna część błędów okołoporodowych dotyczy błędnej interpretacji zapisów KTG. Sama znam wiele kobiet, które w wyniku zignorowania przez lekarzy nieprawidłowości z zapisach kardiotokograficznych, straciły swoje ukochane dzieci.  

W pewnym szpitalu zmieniono procedury, ale nie dla dobra pacjentów, a dla swojego dobra, by w przyszłości uniknąć procesów sądowych. Badania KTG były bezpłatne, a po wytoczeniu procesu przez poszkodowanych, każda pacjentka, kierowana przez lekarza prowadzącego na badanie, musi za nie zapłacić. Mało tego, lekarz dyżurny już nie chce oglądać i oceniać tych zapisów. Pacjentka musi skontaktować się ze swoim lekarzem prowadzącym. Tylko co w przypadku, gdy lekarz wyjechał akurat na urlop i nie odbiera telefonu? Przecież w niektórych przypadkach liczą się minuty… Czy w tym przypadku procedury w szpitalu na pewno zmieniono dla dobra pacjentek?

 

Komu zależy na poprawie bezpieczeństwa pacjentów?

Jak widać, poglądy polskich pacjentów są przemyślane. Jest jasne, że dziś „szukanie winnych” nie jest celem samym w sobie, a jedynie konieczną drogą do uzyskania potwierdzenia, że do błędu medycznego doszło. Tyle mogą zrobić poszkodowani pacjenci i ich rodziny. Gdyby pacjenci nie podnosili głów, na pewno nie przywiązywano by wagi do poprawy bezpieczeństwa leczenia w takim stopniu, jak to się obecnie dzieje. Przecież niemal każde – także zawinione przez lekarza – niepowodzenie w leczeniu można zamieść pod dywan i nazwać powikłaniem, prawda…?

To pacjenci, a nie lekarze, udowodnili nie raz, że zależy im na wyeliminowaniu powtarzających się błędów. Tak np. wprowadzono okołooperacyjną kartę pacjenta, która – nota bene – w praktyce jest traktowana jak piąte koło u wozu, a procedura jej wypełniania jest nagminnie łamana.

Oczywiście, dzisiaj to wszystko dzieje się zwykle przy okazji procesu sądowego. To pacjent wskazuje, w jakim mechanizmie doszło do błędu medycznego. Bez udowodnienia winy nie uzyskałby przecież odszkodowania. Ale jego wygrana ma często szerszy wymiar i poprawia na przyszłość bezpieczeństwo leczenia.

Niedawno na przykład w jednym z małopolskich szpitali wprowadzono obowiązek ciągłego monitorowania stanu zdrowia noworodka, które przebywa w sali obserwacyjnej bez matki. Sami lekarze na to wpadli? Nie. Gdyby wcześniej nie umarło tam dziecko, gdyby rodzice nie zawiadomili prokuratury – byłaby to kolejna niewyjaśniona śmierć, za którą nikt nie ponosi odpowiedzialności. Rodzice zmarłego dziecka udowodnili, że popełniono błędy w organizacji opieki nad noworodkami.  Być może tym samym uchronili przed śmiercią w podobnych okolicznościach inne dzieci.

Jak to się robi w Nowej Zelandii?

Pan Minister, mówiąc o konieczności zmiany świadomości społecznej w zakresie błędów medycznych, przywołał przykład Nowej Zelandii, która poszła najdalej w strategii „non-fault” i – jego zdaniem – wręcz zakazała wszczynania postępowań karnych w przypadkach zaistnienia czy podejrzenia błędów medycznych.

Pan Minister ma rację. W części. Rzeczywiście, kluczowym aspektem nowozelandzkiego systemu opieki zdrowotnej jest system odszkodowań za uszkodzenia ciała, w tym za te powstałe w trakcie leczenia (program ACC). Odszkodowanie za błąd medyczny wypłacane jest ze środków państwowego funduszu i bez konieczności orzekania o winie konkretnego członka personelu medycznego. Możliwość występowania na drogę sądową została tym samym znacznie ograniczona. Co nie znaczy, że nie istnieje. Co nie znaczy też, że lekarze – personalnie – pozostają bezkarni.

Dopuszczalne są na przykład skargi związane z naruszeniem praw pacjenta. Złożenie takiej skargi jest najczęściej równoznaczne z postępowaniem dyscyplinarnym przeciwko lekarzowi czy pielęgniarce. Oprócz rekompensaty z ACC, pacjent może otrzymać zadośćuczynienie za naruszenie praw pacjenta. Jest to odszkodowanie za straty moralne w związku z “rażącym” lekceważeniem praw pacjenta lub naruszeniem godności pacjenta, niezależnie od tego, czy doszło do szkody na zdrowiu.  Odszkodowania przyznaje nowozelandzki Human Rights Review Tribunal (HRRT), w praktyce są orzekane w granicach 5 000 USD do 15 000 USD.

Do sądu trafiają też sprawy o nietypowym charakterze. Na drodze sądowej rozstrzygano na przykład, czy odszkodowanie z budżetu państwa powinni otrzymać poszkodowani w sprawach, w których mogło dość do przedawnienia roszczeń. Dotyczyło to między innymi sprawy ciąży wynikającej z nieudanej sterylizacji. W tym trybie stwierdzono też, że poród martwego dziecka może być uznany za rozstrój zdrowia matki oraz, że to matka jest uprawniona do odszkodowania za urodzenie dziecka z rozszczepem kręgosłupa (po niewykryciu tego stanu podczas badania ultrasonograficznego w trakcie ciąży).

W kilku precedensowych wyrokach uznano także, że niezależnie od procedury ACC („non-fault”), droga sądowa jest dostępna dla poszkodowanych w sprawach, gdy doszło do uszkodzenia ciała lub rozstroju zdrowia pacjenta, a lekarz zamierzał wyrządzić szkodę albo był “subiektywnie lekkomyślny”.

Jak widać, nawet roztaczany przez Ministra Zdrowia miraż (drugiej) Nowej Zelandii w Polsce nie zapewni lekarzom poczucia pełnego bezpieczeństwa. Czytaj: pełnej bezkarności.

Fault czy non-fault?

Nie widzę problemu z umiejętnym przeszczepieniem na polski grunt przepisów o odszkodowaniach „non-fault”. Przypomnę jedynie, że taka próba została już podjęta. O odszkodowaniach „non-fault” miały rozstrzygać Wojewódzkie Komisje do Spraw Orzekania o Zdarzeniach Medycznych.

Jak to się skończyło, wszyscy wiedzą. Tak długo debatowano nad „modelem”, tak drobiazgowo analizowano rozwiązania krajów skandynawskich i Nowej Zelandii (zupełnie jak dziś Pan Minister…), tak dogłębnie grzebano w projektach ustawy, żeby na pewno nie skrzywdzić lekarzy. W efekcie mamy przedziwny twór. Nadal trzeba udowodnić winę w leczeniu. Zatem „non- fault” to to na pewno nie jest.  A i sami pacjenci na tym rozwiązaniu i tak, jeśli w ogóle, zyskali, to raczej niewiele. Znaczącego spadku „zdarzeń medycznych” też chyba nie odnotowano, czyli procedury jak były łamane, tak są.

Druga podstawowa wada tego rozwiązania polega na tym, że podczas gdy w Nowej Zelandii odszkodowania płaci państwo (fundusz ACC), w Polsce decyzję pozostawiono szpitalom. Siłą rzeczy szpital – zainteresowany finansowo, żeby nie uszczuplić swojego budżetu – wdaje się więc w spór z pacjentem, zamiast obiektywnie ocenić dane zdarzenie i wypłacić odszkodowanie. Warto zdać sobie sprawę z faktu, że dziś za błędy lekarskie i tak płaci pośrednio Skarb Państwa. Szpitale są ubezpieczone na zbyt niskie kwoty, bo polisy są za drogie. Kiedy odszkodowanie za błąd medyczny przyznane w wyroku przekracza sumę gwarancyjną, szpital płaci pacjentowi nadwyżkę z własnych środków. Własnych – czyli z kontraktu z NFZ, a Fundusz jest finansowany ze budżetu państwa. I koło się zamyka.

Zgłaszanie zdarzeń niepożądanych

Nie mam też nic przeciwko rozsądnemu rozwiązaniu kwestii, jak chce Minister, “zachęty do zgłaszania błędów i poprawy procedur”. Lekarze i personel powinni to robić anonimowo, jeśli się boją ostracyzmu środowiska. Nie sądzę jednak, aby takie rozwiązanie miało zmierzać do wyeliminowania odpowiedzialności lekarzy za przewinienia zawodowe albo za popełnione w trakcie leczenia przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, bo byłoby to równoznaczne z generalnym przyzwoleniem na łamanie prawa.

Spokojny sen lekarza?

I na koniec: nie można tracić z pola widzenia tego, co, a raczej KTO jest w tym wszystkim najważniejszy. Otóż najważniejszy nie jest spokojny sen (bezkarnego) lekarza.  Najważniejsze jest bezpieczeństwo pacjenta i gwarancja odszkodowania za błąd medyczny, jeśli do błędu lekarskiego dojdzie.  Pacjentom – oprócz satysfakcji z tego, że ich sprawa stała się przyczynkiem do poprawy jakości udzielanych świadczeń –  potrzebne jest też konkretne i sprawnie wypłacone odszkodowanie, bo zwyczajnie na skutek błędu medycznego są najczęściej bez środków do życia. I leczenia.

 

 

* komentarze skróciłam i zredagowałam na potrzeby powyższego postu

Prawa nerka, zamiast lewej, lewy jajnik, zamiast prawego

Jolanta Budzowska        30 kwietnia 2018        2 komentarze

Co jakiś czas trafia do mnie sprawa błędu medycznego polegającego na pomyleniu części ciała pacjenta. Najczęściej chodzi o te parzyste: nie ta nerka, nie to kolano, nie ten jajnik. Na skutek błędu lekarskiego usuwany lub operowany jest zdrowy organ, zamiast chorego.

Nie bez przyczyny wspomniałam o jajniku. Nie mam pojęcia dlaczego, ale szczególnie często pomyłki zdarzają się właśnie w przypadku jajników i jajowodów. Oraz przydatków.

Mam kilka “autorskich” teorii na ten temat.

Skąd się biorą pomyłki w oznaczeniu organów?

Po pierwsze, sami lekarze wprowadzają zamieszanie terminologiczne i raz piszą o usunięciu jajnika, kolejny raz jajnika z przydatkami, a innym razem o usunięciu przydatków, mając na myśli nie do końca to, co napisali i co usunęli. Ot, drobna niefrasobliwość. W efekcie jednak sama pacjentka, a często też kolejni, leczący ją lekarze, nie wiedzą, co właściwie jej usunięto.

Po drugie: bywa, że jedna pomyłka w dokumentacji medycznej ciągnie za sobą kolejne. Błędne wpisy są powielane, a nawet jeśli nie, bo ktoś w końcu zauważy pomyłkę i skoryguje ten błąd na kolejnym etapie  leczenia  – to istnieją nadal „historycznie” sprzeczne dokumenty. Rodzą chaos i nie pomagają lekarzom w orientacji w sytuacji zdrowotnej pacjentki na późniejszym etapie leczenia.

Po trzecie, pomyłki polegają nie tylko na nieprecyzyjnym opisie w dokumentacji medycznej czy pomyłce typu „lewa” czy „prawa” strona, ale często przybierają najbardziej dotkliwą postać: pomylenia organu, który ma być operowany i zoperowania “złej strony”.

Dotkliwe skutki dla pacjenta

Dla pacjentki niewątpliwie ma znaczenie, czy dokonano nacięcia lewego jajowodu z ciążą pozamaciczną, która nie miała się szans rozwinąć w tym miejscu, czy zdrowego i niezmienionego prawego jajowodu.  Wtedy trzeba będzie powtórzyć operację, tym razem już często na etapie zagrożenia życia pacjentki, gdy ciąża ektopowa doprowadzi do pęknięcia jajowodu. Bilans: o jedną operację za dużo, poważny rozstrój zdrowia pacjentki, gorsze rokowania.

Ma też znaczenie dla chorej, czy usunięto jajnik ze zdiagnozowanym wcześniej guzem, czy też zdrowy jajnik. Wtedy poprawne już usunięcie – za drugim podejściem – chorego organu doprowadzi do bezpłodności… A dodatkowo, opóźni się leczenie choroby nowotworowej.

Skąd się biorą błędy w lokalizacji, co (jaki organ) i po której stronie pacjenta ma być operowany?

Okołooperacyjna karta kontrolna

Wzór OKK – oprac. Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia

Szpitale mają obowiązek stosowania okołooperacyjnej karty kontrolnej (OKK). OKK zawiera między innymi potwierdzenie przez operatora, anestezjologa, pielęgniarkę anestezjologiczną i pielęgniarkę operacyjną  miejsca operowanego. Wydaje się więc, że przy kilkustopniowej i dokonywanej przez wiele osób kontroli, błędy w identyfikacji organu, który ma być operowany, nie powinny się zdarzać.

A jednak się zdarzają

Przeczytałam gdzieś, że dla lekarzy „Strony podawane są zawsze względem osoby badanej. Czyli jak pacjent stoi przed nami i mówi, że boli go prawa część to u nas jest po lewej.”  Oczywiście, tak nie jest: strony ciała powinny opisywane wyłącznie względem ciała pacjenta: prawy jajnik jest prawem jajnikiem pacjentki. Analogicznie jest – nie przymierzając – z samochodem: lewe drzwi to zawsze są lewe drzwi patrząc na auto z punktu widzenia kierowcy. Może jednak wśród personelu medycznego są osoby, które mają problem z tym, “która prawa strona” jest tą właściwą prawą stroną?

A może problem problem leży w lateralizacji, czyli dominacji jednej strony ciała nad drugą? Podobno osoby bez wyraźnej lateralizacji, np. praworęczne i jednocześnie lewonożne albo też leworęcznie i prawooczne mają trudności z szybkim określeniem kierunku.  Wydaje się jednak, że to sytuacje raczej wyjątkowe, no i okołooperacyjna karta kontrolna powinna zapobiec błędnym decyzjom podejmowanym przez np. lekarza operatora, który miałby takie problemy, ale kto wie?

Nie sądzę, żebyśmy na blogu znaleźli jedyne i słuszne rozwiązanie opisywanego problemu, skoro nadal zdarzają się błędy operacyjne tego typu i nie pomaga ani OKK, ani liczne przypadki opisywane „ku przestodze” przez media i analizowane w literaturze naukowe.

Pacjencie, bądź czujny

Na pewno jedno nie zaszkodzi. Pacjencie, zadbaj o swój los:

  • wyjaśniaj najwcześniej, jak się da pomyłki w dokumentacji medycznej,
  • upewniaj się, że lekarz wie, co ma u ciebie operować,
  • czytaj dokument zgody na operację: tam powinno być jasno napisane: lewa czy prawa (nerka, kończyna dolna/górna, itp.) …

Na zaproszenie Rzecznika Praw Pacjenta i Rzecznika Finansowego

Jolanta Budzowska        19 kwietnia 2018        2 komentarze

Właśnie zakończyła się zorganizowana przez Rzecznika Praw Pacjenta i Rzecznika Finansowego konferencja: „Rekompensata za utratę zdrowia i życia – praktyczne aspekty dochodzenia roszczeń”. Bardzo bym chciała wziąć za dobrą monetę słowa mec. Aleksandra Daszewskiego z Biura Rzecznika Finansowego, który na koniec życzył wszystkim miłego weekendu. Jakiego weekendu?? Miły na pewno będzie, ale trzeba przeżyć jeszcze piątek:-) ! I wrócić do domu z Warszawy!

Byle więc do piątku, a potem do weekendu (wiadomo, miłego!) – bo to był ciężki tydzień. Dwie rozprawy w różnych miastach, posiedzenia Wojewódzkiej Komisji ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych, dwie konferencje, z których jedną mam właśnie za sobą.

Już jakiś czas temu przyjęłam zaproszenie Rzecznika Praw Pacjenta do wygłoszenia w ramach tego wydarzenia wykładu na temat „Praktycznych aspektów dochodzenia roszczeń za błędy medyczne”, a dziś przyszedł czas na realizację zobowiązania. Wykład podobno OK, miejmy nadzieję, że skutecznie dorzuciłam swoje trzy grosze do dyskusji na temat, na jakie – delikatnie rzecz ujmując – niespodzianki może natrafić poszkodowany pacjent, który w sądzie dochodzi zadośćuczynienia i odszkodowania za błąd medyczny.

Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta i mec. Jolanta Budzowska

Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta i mec. Jolanta Budzowska

Na konferencji pojawiło się sporo znanych nazwisk, między innymi prof. Dorota Karkowska, prof. Marcin Orlicki i faktyczni współautorzy naszego kancelaryjnego sukcesu – uznania przez SN praw osób najbliższych ciężko poszkodowanych do zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych – mec. Tomasz Młynarski i mec. Aleksander Daszewski z Biura Rzecznika Finansowego. Piszę o „współautorstwie”, ponieważ jedną z trzech jednobrzmiących uchwał SN wydał na wniosek Rzecznika Finansowego, a drugą w toku prowadzonej przeze mnie sprawy (więcej o tym w poście III CZP 60/17, czyli zadośćuczynienie dla rodziców i rodzeństwa).

Ze wszystkich, bardzo ciekawych głosów, szczególnie warty odnotowania jest referat prof. Marcina Orlickiego, który zastanawiał się nad tym, czy trwające prace nad tzw. standaryzacją zadośćuczynień, mają sens. Na czym miałaby polegać standaryzacja? W skrócie: na przypisaniu konkretnej kwoty zadośćuczynienia za konkretną szkodę na zdrowiu. Czyli lewa noga się źle zrosła? 20 tys. zł. Prawa ręka? Praworęczni otrzymują po 50 tys. zł. I tak dalej. Oczywiście, przykładowe kwoty są (przeze mnie) całkowicie wyssane z palca, tylko na użytek zobrazowania problemu. Tak właśnie – warto dodać, że źle – myślą ci, którzy uważają, że szkoda i krzywda poszkodowanego pacjenta = orzeczony procent uszczerbku na zdrowiu. Najczęściej oczywiście jest to argumentacja forsowana przez ubezpieczycieli.

Prof. Orlicki jest zdania, podobnie jak ja i większość prawników zajmujących się szkodami związanymi z utratą zdrowia i życia, że zadośćuczynienie, które sąd może przyznać próbując tą drogą wynagrodzić krzywdę poszkodowanemu, nie da się ująć w ścisłe, matematyczne ramy.

Jesteśmy zdania, że na przykład (przykład mój, nie Profesora), jeśli na skutek dwóch różnych błędów lekarskich konieczna będzie amputacja prawych nóg u dwóch czterdziestoletnich mężczyzn, to krzywda każdego z nich może mieć inny wymiar i co za tym idzie, wymagać będzie innego zadośćuczynienia.

Bo jeden z nich może bez problemu nauczyć się korzystania z nowoczesnego oprotezowania i zdobywać góry, założyć rodzinę, bez przeszkód zajmować się dziećmi. A drugi, u którego występują problemy z dopasowaniem protezy, może  stracić pracę, która była pasją jego życia, przestać wychodzić do ludzi, a na domiar złego porzuci go żona, bo stwierdzi, że zgorzkniał na tyle, że nie da się z nim żyć.

Krzywda każdego z nich jest inna i byłoby niesprawiedliwe zasądzić każdemu z tych poszkodowanych taką samą kwotę zadośćuczynienia.

Ale kij ma dwa końce. Bo mając pełną dowolność, zarówno podmioty lecznicze, jak i ubezpieczyciele, czy wreszcie – oczywiście w najmniejszym stopniu – sądy powszechne, w podobnych sprawach i stanach faktycznych, włącznie z podobnym wymiarem krzywdy, zasądzają jednak czasem krańcowo różne kwoty. Pół biedy, gdyby te rekompensaty były zawyżone, czyli na korzyść poszkodowanych.

Częściej są jednak zaniżane. I tak, w przypadku śmierci kilkuletniego dziecka, w jednym sądzie okręgowym zapadnie wyrok o zadośćuczynieniu na rzecz każdego z rodziców po 100 tys. zł., a w innym po 30 tys. Trudno nie mieć wrażenia, że to też jest zwyczajnie, po ludzku, niesprawiedliwe.

Pewnym rozwiązaniem, być może, byłoby wprowadzić widełki: nie mniej niż, nie więcej, niż. Z jednym dużym „ale”: nie więcej niż, CHYBA ŻE sąd, z uwagi na szczególne okoliczności uzna, że należne jest zadośćuczynienie przewyższające górną granicę stawki. I ta koncepcja, zaprezentowana dziś przez prof. Orlickiego do mnie jako tako przemawia.

Jako tako, bo wystarczyłaby dolna granica widełek – jako gwarancja dla poszkodowanych pacjentów, że zobowiązani do wypłaty odszkodowania i zadośćuczynienia za błąd medyczny nie będą mogli już nigdy więcej zaproponować jedynie symbolicznej złotówki, jako kwoty, która ma w pełni zrekompensować krzywdę*.

*Co – może trudno w to uwierzyć – ale kilkukrotnie miało miejsce.

 

 

Chcieć to móc: czy błąd lekarski to sprawa dla sądu lekarskiego?

Jolanta Budzowska        15 kwietnia 2018        4 komentarze

Tuż przed Świętami Wielkanocnymi dostałam postanowienie o mnie więcej takiej treści: „Sąd Lekarski Wojskowej Izby Lekarskiej przesyła w załączeniu postanowienie w sprawie zażalenia wniesionego przez pełnomocnika pokrzywdzonej XY  radcy prawnego Jolanty Budzowskiej na postanowienie Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej o umorzeniu postępowania wyjaśniającego w sprawie lekarzy Oddziału Chirurgii (…)  wraz z uzasadnieniem i jednocześnie informuje, że (…) postanowienie jest ostateczne i nie podlega zaskarżeniu”.

To była bardzo dobra wiadomość!

Błąd lekarski - pozew

Dokumentacja medyczna

Zażalenie, w którym wypunktowaliśmy wszystkie nierozpoznane dotąd zarzuty pod adresem jakości opieki pooperacyjnej nad pacjentem, zostało pozytywnie rozpatrzone, a decyzja doskonale uzasadniona. I to przez kogo! Przez Sąd Lekarski!

W sprawie o błąd lekarski pierwsze kroki do Izby Lekarskiej?

Zanim opiszę, czego sprawa konkretnie dotyczyła, kilka zdań wprowadzenia.

Nie jestem zwolenniczką prowadzenia postępowań przed organami samorządu lekarskiego, bo zwykle – jeśli chodzi o ten tryb – sprawdza się przysłowie kruk krukowi oka nie wykole (choć z wyjątkami, o jednym z nich napisałam w poście “Sąd lekarski: kiedy przegrana jest wygraną”). Jeśli już sądy lekarskie stwierdzają uchybienia w pracy lekarza czy naruszenie zasad etyki, to tak, żeby pacjent wychodził z poczuciem, że „wygrał”, ale żeby nawet nie chodziło mu po głowie  odszkodowanie za błąd lekarski w procesie sądowym.

Klasycznym przykładem jest koncentracja uwagi sądów lekarskich na błędach w prowadzeniu dokumentacji medycznej, przy jednoczesnym stwierdzeniu, że nie miały one jednak wpływu na przebieg leczenia, które było prawidłowe. Bo jakżeby inaczej… W efekcie, lekarz dostaje karę upomnienia, a władze izb lekarskich poprawiają statystyki stwierdzonych uchybień zawodowych (czyli nikt im nie zarzuci, że „zawsze” uniewinniają lekarzy i ignorują łamanie zasad etyki zawodowej). I nawet pacjent czasem bezkrytycznie uważa, że wygrał w sądzie lekarskim, bo nie do końca rozumie znaczenie i treść wydanego przez okręgowy sąd lekarski orzeczenia. Klasyczne: Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek (inaczej: Bogu służ, a diabła nie gniewaj), gdzie pacjent, nie da się ukryć, występuje w roli diabła:(

Są jednak sądy dyscyplinarne, które potrafią rzetelnie przeanalizować zarzuty dotyczące błędów lekarskich.

Z uzasadnienia postanowienia Okręgowego Sądu lekarskiego

W tej konkretnie sprawie, w której wydano zacytowane przeze mnie na początku postanowienie zrównujące z ziemią dotychczasowe działania Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej, OSL nakazał Rzecznikowi:

„uzupełnienie materiału dowodowego o:

  • powołanie biegłych z innej placówki medycznej,
  • powtórne wyczerpujące przesłuchanie lekarza [kluczowego świadka, który zajmował się zmarłym pacjentem – przyp. JB] pod kątem ogólnikowych i niezgodnych z dokumentacją zeznań, w szczególności dotyczących całego czasu poświęconego na ratowanie pacjenta od chwili wezwania, to jest od godziny xx:yy”.

Nic dodać, nic ująć

W sprawie podnieśliśmy zarzuty braku opieki nad pacjentem w pierwszej dobie po zabiegu operacyjnym, braku monitorowania pacjenta po zabiegu operacyjnym i opóźnienia oraz nieumiejętnego udzielenia pomocy w sytuacji, gdy wystąpiły powikłania pooperacyjne.

Zmarł młody mężczyzna, pacjent po pomyślnie przeprowadzonym zabiegu z zakresu chirurgii twarzowo-szczękowej.

Opinie biegłych wskazują na błędy i zaniedbania, ale w szpitalu nikt nie poczuwa się do winy. Prokuratura dwukrotnie próbowała zamknąć sprawę i jak dotąd udało nam się temu zapobiec. Sprawa cywilna jest w toku, bez jakiekolwiek woli ugody ze strony szpitala (do tego akurat jesteśmy przyzwyczajeni). Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej Lekarzy, podobnie jak prokuratura, umorzył kolejny raz postępowanie. Walka z wiatrakami…

Przełom po walce 

A jednak wreszcie nastąpił przełom! Po naszym zażaleniu na to umorzenie, trzyosobowy sąd lekarski, w skład którego wchodzą wyłącznie lekarze, dokonał tak rzetelnej analizy sprawy, jak dotąd żaden z biegłych czy śledczych!

Sąd lekarski zadał sobie tyle trudu, żeby między innymi skonfrontować zeznania lekarza (kluczowego świadka) złożone na Policji z jego wyjaśnieniami podczas przesłuchania przeprowadzonego przez prokuratora i potem – trzeci raz – przez RzOZL. Zauważył, na co konsekwentnie już wcześniej wskazywaliśmy wszystkim organom dotąd prowadzącym sprawę, że te zeznania są niespójne, mają charakter wymijający i pozostawiają wątpliwości co do postępowania lekarzy opiekujących się pacjentem po zabiegach operacyjnych.

W zasadzie płynie z nich wniosek, że decyzje lekarzy opiekujących się pacjentem po operacjach , są podejmowane pod wpływem kaprysu lub impulsu, a nie po analizie stanu zdrowia pacjenta.

Swoją drogą, może tak po prostu jest?  Może tolerowanie bylejakości w połączeniu z bezkarnością doprowadziło w tym szpitalu do takich standardów? Nie bez zdziwienia sam Sąd Lekarski konstatuje w uzasadnieniu, że wygląda na to, że lekarz podjął decyzję o przeniesieniu pacjenta na salę ogólną w pierwszej dobie po zabiegu operacyjnym bez osobistego zbadania i skontrolowania, czy stan chorego na to pozwalał.

Kluczem do ustalenia, czy i kto zawinił w tej sprawie, jest ocena jakie czynności wykonano i w jakim czasie, by udrożnić drogi oddechowe pacjenta i zapobiec nagłemu zatrzymaniu krążenia (NZK), a następnie śmierci młodego człowieka.

5 lat ciężkiej pracy Rzecznika i Prokuratury

Minęło 5 lat pracy organów, które są powołane do wyjaśniania spraw, gdzie zachodzi podejrzenie o błąd lekarski, a dziś jesteśmy niemal w punkcie wyjścia.

Wypunktowanie błędów w postępowaniach wyjaśniających prowadzonych dotąd przez różne organy, w tym prokuraturę i Odpowiedzialności Zawodowej i weryfikacja naszych zarzutów zajęło Okręgowemu Sądowi Lekarskiemu niespełna… dwie strony uzasadnienia. Żeby tak to sprawą zajmowano się od początku…

Dwie strony argumentacji trafionej w punkt.

Chcieć, to móc.