Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Odszkodowanie za COVID-19

Jolanta Budzowska13 maja 2021Komentarze (1)

Tytuł to oczywiście skrót myślowy. W poście omówię często poruszany temat, czyli czy należy się odszkodowanie za zachorowanie na COVID-19?  

Odszkodowanie za zakażenie koronawirusem

Jeśli chodzi o zakażenie i leczenie zakażenia koronawirusem, to wpływa do mnie spora ilość zapytań z grupy:

  • czy pacjent można dostać odszkodowanie za zakażenie go koronawirusem w szpitalu,
  • czy przysługuje zadośćuczynienie za śmierć osoby bliskiej, która zmarła z powodu COVID-19, bo była źle leczona,
  • czy za wadliwy wynik testu na COVID-19 należy się odszkodowanie?

Odpowiedź nie jest prosta, ale generalnie nie mam dobrych – dla poszkodowanych pacjentów – informacji.

I tak: zakażenie koronawirusem w szpitalu to z punktu widzenia prawa jest takie samo zakażenie szpitalne, jak każde inne.

Zakażenie szpitalne - definicja

Zakażenie szpitalne to takie, które wystąpiło w trakcie pobytu pacjenta w szpitalu, o ile nie choroba nie była w okresie wylęgania w momencie przyjęcia pacjenta do szpitala. Za zakażenie szpitalne uznaje się także zakażenie stwierdzone już po wypisie chorego ze szpitala, jeśli okres wylęgania się choroby „zahacza” o datę pobytu pacjenta w szpitalu.

Koronawirus w szpitalu to zakażenie szpitalne

Koronawirusa potwierdzonego u pacjenta w szpitalu najczęściej uznaje się za zakażenie szpitalne.

Najczęściej, bo nie ma pewności, że mimo ujemnego wyniku „na wejściu”, u pacjenta nie „wykluwał” się wówczas covid-19. Niestety jednak, samo uznanie choroby  za zakażenie szpitalne nie gwarantuje sukcesu w walce o odszkodowanie.

Pacjent musi udowodnić, że szpital ponosi winę za spowodowanie zakażenia. Czyli, że na przykład personel nie przestrzegał reżimu sanitarnego. W praktyce jest to bardzo trudne, choć nie niemożliwe w ekstremalnych sytuacjach.

Zgon na Covid-19 w szpitalu

Wiele osób pisze do mnie, bo nie może się pogodzić ze śmiercią najbliższego członka rodziny. Statystyki zgonów na COVID-19 są rzeczywiście cały czas przygnębiające. Sytuacji nie poprawia bezradność wobec braku kontaktu z osobami, które przebywają w szpitalu.

Na koniec dochodzą do tego najczęściej niejasne okoliczności ich śmierci na koronawirusa. Rzadko wykonuje się też sekcję zwłok, bo rodzinie zależy na czasie i szybkim pochówku. To może definitywnie przekreślić szanse na odszkodowanie za COVID-19.

Podstawowe zarzuty są zwykle podobne: było już tak dobrze, poprawiało się, a nagle dostałem/dostałam informację, że mama/babcia zmarła. Była źle traktowana, nie można było się doprosić o zmianę pościeli, skarżyła się – dopóki mogła rozmawiać przez telefon – że lekarz do niej nie zagląda.

Tu  znów: stan epidemii i fakt, że przyczyną zgonu było zakażenie wirusem SARS-CoV-2 niczego nie zmienia na lepsze, patrząc z punktu widzenia osób bliskich.

Nadal, jak w każdym przypadku śmierci na skutek „zdarzenia medycznego” musimy udowodnić, że pacjent był leczony niezgodnie z aktualną wiedzą medyczną. Co więcej: że gdyby był leczony prawidłowo, to jego szanse na przeżycie byłyby radykalnie większe.

Nie muszę więc dodawać, że w przypadku koronawirusa będzie to bardzo trudne. Między innymi z powodu ograniczonej wiedzy, jaką nadal mamy na temat tego patogenu i schematów jego leczenia.

Fałszywie dodatni/ujemny wynik testu na koronawirusa

Za tzw. fałszywie dodatni lub fałszywie ujemny wynik testu na koronawirusa teoretycznie można dostać odszkodowanie. Oczywiście, nie w przypadku, gdy – jak pasażerowie pewnego lotu z Indii – ktoś świadomie kupił fałszywe zaświadczenie o negatywnym wyniku testu.

Piszę o teoretycznej szansie na odszkodowanie, bo w pierwszej kolejności pacjent musi udowodnić, że wynik był rzeczywiście nieprawidłowy.

To jest bardzo trudne. Nie wystarcza argument, że test wykonany dwa dni wcześniej lub dwa dni później pokazał co innego. Data wykonania testu robi różnicę, choroba mogła być na przykład w dacie wylęgania.

Podsumowując: proszę dbać o sobie i omijać koronawirusa z daleka. Przetrzymamy ten trudny czas, jest już bliżej niż dalej do normalności!

Tego, że zabrakło tlenu w szpitalu i zmarło co najmniej sześciu pacjentów, nie dało się ukryć. Czy kiedyś dowiemy się co było przyczyną, że w godzinach rannych 30 marca 2021 r. w szpitalu tymczasowym w Poznaniu doszło do apokalipsy? Co sprawiło, że ponad 200 pacjentów wymagających tlenoterapii znalazło się w stanie zagrożenia życia? Część z nich nie przeżyła awarii instalacji tlenowej, część poniosła poważne konsekwencje niedotlenienia.  Dusili się na oczach bezradnego personelu. 

Media podają, że już wcześniej pojawiały się niepokojące sygnały.  W nocy zaczęło spadać ciśnienie tlenu w instalacji.  Uznano, że to przejściowa awaria. Rano zabrakło zupełnie tlenu w instalacji w całym szpitalu. Wielu pacjentów wentylowano ręcznie workami ambu tlenem z butli, bo respiratorów było za mało. Dostarczenie tlenu wszystkim potrzebującym było niemożliwie, bo nie wystarczyło rąk personelu dla każdego z potrzebujących. Brakowało wszystkiego: sprawnych worków ambu, zapasu przenośnych butli z tlenem.  Sprzętu do reanimacji i leków. Panował chaos, bo nikt nie pomyślał wcześniej, żeby opracować procedury na wypadek awarii instalacji, od której zależy życie pacjentów. 

Błąd organizacyjny – brak tlenu w szpitalu

„Błąd ludzki” czy błąd organizacyjny, który nie miał prawa się zdarzyć? 

Dziś można zadać sobie szereg pytań. Czego w szpitalu tymczasowym zabrakło: wiedzy, wyobraźni, rzetelnego wykonywania obowiązków, pieniędzy, czasu? Czy może wszystkiego naraz? Według mnie to nie był tylko ludzki błąd. Na tragedię pacjentów i medyków, którzy robili wszystko co w ich mocy, by ich ratować, złożyło się z pewnością wiele czynników, a wspólny mianownik to błąd organizacyjny.

Za co najmniej prawdopodobne przyczyny można uznać:

  • brak dostosowania zapasu gazów medycznych do zwiększającej się liczby pacjentów i brak odpowiednich obliczeń zapotrzebowania dla pacjentów 
  • zamówienie kolejnej partii tlenu na ostatnią chwilę 
  • zła organizacja zamówień tlenu – tlen jest produktem leczniczym, za którego zamówienie powinien odpowiadać w szpitalu farmaceuta, a nie technik
  • rozszczelnienie instalacji – uszkodzenie rurociągu, przez co zapasy ze zbiorników kurczyły się szybciej, niż powinny
  • zlekceważenie sygnałów o wcześniejszym większym dobowym zużyciu, niż w innych szpitalach, co mogło sygnalizować rozszczelnienie instalacji
  • brak alarmu sygnalizującego spadek ilości tlenu w zbiornikach
  • presja, aby uruchomić szpital jak najszybciej (do trzeciej fali epidemii można było się przygotować dużo wcześniej i dopiąć procedury)
  • pośpieszne uruchomienie szpitala mimo kłopotów ze sprzętem, z obsadzeniem stanowisk pracy, awariami instalacji gazowej
  • zbyt mały zbiornik rezerwowy na gaz 
  • brak systemu alarmowego, który informowałby lekarza dyżurnego i dostawcę tlenu o spadku poziomu gazu w zbiorniku poniżej granicy bezpieczeństwa.

Błąd organizacyjny: lekarze i pielęgniarki bezradni

Dokumentacja medyczna pacjentów, którą cytują Katarzyna Kaczorowska i Paweł Reszka w artykule „Tlen się ulotnił”* wiele mówi o sytuacji, jakiej musieli stawić czoła lekarze i pielęgniarki:

„(…) przepływ tlenu w masce (…) za niski ze względu na niskie ciśnienie tlenu w instalacji – brak możliwości przepływów na reduktorach. W kolejnych kontrolach spadek saturacji – ok. 80 proc., w kolejnej do 60 proc., dalszy brak możliwości zwiększenia przepływu tlenu na reduktorach, pacjent reagujący tylko na głos, następnie na ból, obserwując dalszy spadek saturacji, podjęto wentylowanie workiem ambu (…), uzyskiwano saturację rzędu 50-60 proc., po znalezieniu dostępnego sprzętu oraz leków do intubacji, co zajęło ponad 5 minut z powodu braku wolnego sprzętu (wszystkie wózki reanimacyjne były zajęte przez innych pacjentów) poproszono anestezjologa, który zaintubował pacjenta, prowadzono dalszą wentylację workiem ambu, nadal nie uzyskano odpowiednich przepływów tlenu”. 

Błąd organizacyjny – ilu pacjentów ucierpiało?

Jaki był dalszy los tego i innych pacjentów, których stan wymagał tlenoterapii, a których nagle pozbawiono tlenu na wiele minut? Nie wiem. Oficjalne dane mówią o sześciu zgonach. Nie wiadomo, jaki jest los dwunastu pacjentów, których ewakuowano do innych szpitali. Nie ma informacji, jaki jest stan pozostałych pacjentów. Chorych w momencie braku tlenu triażowano jak na wojnie: ci, którzy byli w najcięższym stanie, których szanse na przeżycie były niewielkie,  zostali oznaczeni kolorem czarnym… Uznano, że w pierwszej kolejności lepiej ratować innych.

Anonimowy lekarz z tego szpitala, cytowany w artykule, z którego zaczerpnęłam też przywołany wyżej fragment dokumentacji medycznej mówi, że bilans ofiar może być większy niż sześć zgonów. 

„Nie jest tak, że pacjent nie dostaje tlenu, potem go dostaje i wszystko wraca do normy. Chorzy, którym saturacja spadła bardzo poważnie, mogą mieć ubytki neurologiczne”.

Skutki niedotlenienia podczas operacji

Prowadziłam kiedyś sprawę niedotlenionego podczas operacji 17-letniego chłopca. Przez to, że po remoncie nikt nie sprawdził sprawności nowo oddanej instalacji gazowej, doszło do tragicznej pomyłki. W tracie operacji zamiast podawać mu mieszankę z tlenem, tłoczono czysty podtlenek azotu.  Doszło do uszkodzenia mózgu. Pacjent nie zmarł na sali operacyjnej. Przeżył, ale czas niedotlenienia był zbyt długi. Dziś jest czterokończynowo sparaliżowanym ponadtrzydziestoletnim mężczyzną, zdanym całkowicie na opiekę rodziców. Proces zakończył się wielomilionową wygraną. Tylko co z tego. Nikt ze szpitala nie poniósł odpowiedzialności za ten rażący błąd organizacyjny, za który pacjent zapłacił najwyższą cenę. 

Polacy, nic się nie stało

Dyrektor szpitala tymczasowego, komentując na antenie radia okoliczności tragicznej awarii w szpitalu tymczasowym, stwierdził: 

„Generalnie w tej dobie nie zmarło więcej pacjentów niż w poprzedniej.” 

Polacy, (znów) nic się nie stało? 

Czy Państwo likwidatorzy i pełnomocnicy ubezpieczycieli pamiętają, że ich słowa, te wypowiedziane na rozprawach i te ujęte w pismach procesowych, decyzjach i korespondencji z poszkodowanymi, mają moc? Nie, nie chodzi mi o moc „wygrania sprawy”. Chodzi o moc pogłębienia krzywdy poszkodowanych, ofiar błędów medycznych czy wypadków. Tego można uniknąć, nawet jeśli – jak Państwo (czego Wam nie zazdroszczę) – stoi się po ciemnej strony mocy.

Poniżej zamieszczam fragment tylko jednego z listów, jakie często otrzymuję, gdy moi Klienci zapoznają się z pismami ubezpieczycieli czy szpitali.

 

„To, co przeżyłem zarówno fizycznie jak i psychicznie w moim przekonaniu zasługuje nawet na większe odszkodowanie niż zawnioskowane. I nie chodzi mi tutaj, jak to ujęła druga strona, i co również jest dla mnie krzywdzące, o próbę „wzbogacenia” ale o faktycznie odczuwaną potrzebę odczucia zadośćuczynienia tego co się stało, pewnego rodzaju przeprosin z drugiej strony, uznania szkody i winy.

Tym bardziej podkreślanie przez drugą stronę, jakoby kwota xx tyś. zł powinna być satysfakcjonująca, jest w moim odczuciu kompletnym wyrazem braku szacunku i przejawów jakiejkolwiek empatii.

Nie dość, że doznałem krzywdy, to jeszcze druga strona (a w tym przypadku reprezentujące ją towarzystwo ubezpieczeniowe) zamiast starać się za wszelką ceną wynagrodzić zaistniała krzywdę i przeprosić w imieniu swojego klienta, traktuje mnie takim podejściem poniżej godności …

Jakbym to ja był jeszcze winien całej sytuacji.

Zdaje sobie sprawę, że jest celowe działanie i pewnego rodzaju „gra” drugiej strony, ale osobiście i emocjonalnie naprawdę trudno jest mi się z tym zmierzyć. Nie tego oczekiwałbym od strony, która występuje w imieniu sprawcy mojej tragedii.

Ciągle też nie rozumiem, dlaczego druga strona we wszelkich możliwych miejscach podkreśla „bezpłatną opiekę medyczną” NFZ. Przecież to nie jest żadna bezpłatna opieka – jest to opieka dobrowolna opłacana we własnym zakresie – czy to w ramach dobrowolnego ubezpieczenia zdrowotnego (przez prowadzących działalność gospodarczą) czy w ramach stosunku pracy. Tak więc niczym nie różni się od ubezpieczenia w prywatnej firmie ubezpieczeniowej czy pokrywania rachunków za leczenie bezpośrednio z własnej kieszeni. Istotny jest fakt, że gdybym jej nie opłacał, to nie należałaby mi się.

Tak naprawdę wg mnie sprawca powinien dodatkowo zapłacić za koszty leczenia do NFZ, który de facto występuje tu w roli ubezpieczyciela. Tylko dlatego NFZ pokrył koszty operacji, że wcześniej się ubezpieczyłem i opłacałem.

Na razie wygląda to tak jakbym z własnego ubezpieczenie auto-casco pokrywał naprawę szkody wyrządzoną przez osobę trzecią. Tak samo ubezpieczenie NFZ jest dobrowolnym ubezpieczeniem – pewnego rodzaju odpowiednikiem komunikacyjnego auto-casco.

Wg mnie nawet, jeśli jak twierdzi ubezpieczyciel, wszelkie wydatki powinny być pokryte w ramach NFZ, to w kolejnym kroku NFZ powinien wykonać regres wobec ubezpieczyciela (co tak naprawdę przekłada się ostatecznie i tak na pokrycie kosztów leczenia przez pozwanego).”

W ostatniej części mój klient poruszył ważny problem, o którym już kilkakrotnie pisałam w nieco innym kontekście. Warto zatem przypomnieć kilka najważniejszych kwestii co do kosztów ponoszonych przez poszkodowanego:

  • sprawca i jego ubezpieczyciele są zobowiązani pokryć koszty zaspokojenia wszystkich udowodnionych przez poszkodowanego potrzeb, jakie są konsekwencją wypadku. I to niezależnie od tego, czy np. opiekę nad chorym sprawuje (nieodpłatnie) członek najbliższej rodziny czy opłacona pielęgniarka. Więcej na ten temat przeczytasz tutaj: „Opieka nad poszkodowanym, kto płaci? 

 

  • ubezpieczyciel ma obowiązek zwrócić poszkodowanemu uzasadnione i celowe koszty leczenia oraz rehabilitacji poszkodowanego niefinansowane ze środków publicznych. Więcej na ten temat przeczytasz w poście: „Koszty leczenia się należą!”

 

  • nawet, jeśli poszkodowany pozyskuje środki na leczenie i rehabilitację z darowizn, zbieranych za pośrednictwem fundacji, to i tak nie zwalnia to ubezpieczyciela z obowiązku zrefundowania poszkodowanemu tych kosztów. Więcej na ten temat przeczytasz tutaj: „Same dobre wieści”
Odszkodowanie z ubezpieczenia szpitala

Odszkodowanie z ubezpieczenia szpitala

Ostatnio pisałam o tym, że bywają sytuacje, kiedy usunięcie macicy jest konieczne dla ratowania życia pacjentki (ten post znajdziesz tutaj: „Krwotok położniczy: kiedy usunięcie macicy ratuje życie”). Pozostając w temacie histerektomii, warto też zastanowić się nad tym, jakie są wskazania do planowanej operacji usunięcia macicy. I czy na pewno warto zawsze podążać bezkrytycznie za sugestią lekarza.  

Usunięcie macicy to poważna operacja. Lekarze pamiętają o tym wybiórczo. Kiedy dochodzi do powikłania podczas planowej histerektomii, twierdzą, że powikłania są wpisane w ryzyko tego zabiegu. Kiedy jednak bezrefleksyjnie rekomendują usuniecie macicy w sytuacjach, które tego nie wymagają, to zapominają uprzedzić pacjentkę, że przed wyrażeniem zgody na takie rozwiązanie, powinna wziąć pod uwagę nie tylko potencjalne korzyści, ale też i ryzyka.

Przykład z życia – wskazania do usunięcia macicy

Pacjentka uzyskała wadliwą informację. Lekarz powiedział jej, że oprócz usunięcia przydatków, powinna też zdecydować się na usunięcie macicy. W rzeczywistości, tak nie było. Nie istniały żadne wskazania. Ani terapeutyczne, ani profilaktyczne. Lekarz w macicy nie stwierdził bowiem żadnych patologii uzasadniających jej usunięcie. Usunięcie macicy nie miało też w przypadku tej chorej żadnego przełożenia na zmniejszenie ryzyka onkologicznego.

Ryzyka operacji (histerektomia, usunięcie macicy)

Potencjalne korzyści z przeprowadzonego zabiegu nie były więc wyższe od ryzyka wystąpienia negatywnych następstw usunięcia narządu.  Przed zabiegiem chora nie została jednak o tym poinformowana. W konsekwencji naruszono także prawo pacjentki do wyrażenia świadomej, poinformowanej, a w efekcie prawnie skutecznej zgody na okaleczającą operację.

Wątpliwe leczenie onkologiczne

Jedyną przyczyną, dla której pacjentka podjęła leczenie ginekologiczne, był przede wszystkim stwierdzony w USG guz jajnika prawego, ale także wykryta u pacjentki mutacja w genie CDKN2A (A148T). Aby zminimalizować ryzyko rozwoju choroby nowotworowej, konieczne było usunięcie obu przydatków w całości. Nie tylko zmienionego przez guz jajnika prawego. Jednak podczas operacji nie dość, że niepotrzebnie usunięto macicę, to pozostawiono fragment prawego jajnika. Z dużym prawdopodobieństwem pacjentka nie pozbyła się więc i guza, który w nim był…

W konsekwencji błędów popełnionych w trakcie zabiegu pozostawiona część prawego jajnika prawego stwarza dla pacjentki realne ryzyko onkologiczne.

Powikłania po histerektomii

Gdyby pacjentka nie była wprowadzona w błąd, że w jej przypadku należy usunąć macicę, do zabiegu by nie doszło. Co oczywiste, wówczas chora nie byłaby narażona na ryzyko powikłań. Niestety, takie powikłania wystąpiły: wytworzyła się przetoka pęcherzowo-pochwowa. To z kolei było początkiem kaskady późniejszych zdarzeń, w tym wielu zabiegów operacyjnych. Chora wiele miesięcy musiała funkcjonować ze stomią. Wyszła ze szpitala poważnie okaleczona, a w dodatku z nierozwiązanym problemem, z którym do niego trafiła: guzem prawego jajnika.

Wskazania do histerektomii

Jak podaje w artykule dla Pulsu Medycyny dr n. med. Paweł Szymanowski:

„Częstym argumentem, mającym przekonać kobietę do usunięcia macicy, jest sugerowanie jej ryzyka związanego z ewentualną chorobą onkologiczną w obrębie macicy w przyszłości. Ten argument należy jednak zestawić z faktycznym ryzykiem i wtedy okaże się, że ryzyka związane z samym zabiegiem histerektomii są dużo wyższe niż ryzyko choroby nowotworowej.”

Przed poddaniem się operacji usunięcia macicy warto więc poprosić lekarza, aby jasno podał wskazania do operacji. Warto też, żeby opisał jakie korzyści może przynieść histerektomia oraz z jakimi ryzykami powinna się liczyć pacjentka.

 

Tętniak rozwarstwiający objawia się najczęściej silnym, nagłym bólem w klatce piersiowej lub w okolicy jamy brzusznej. Z takimi dolegliwościami pacjenci zwykle trafiają na SOR. Co powoduje, że tętniak rozwarstwiający jest prawidłowo rozpoznawany jedynie u 15 % pacjentów? Może to, że nawet do 69* na 100 zgłaszających się do SOR chorych nie powinno tam trafić, bo nie wymagali  aż tak pilnej diagnozy ani leczenia?

Czy umierają przez to ci pacjenci, których życie w momencie szukania pomocy na SOR, było naprawdę zagrożone? Tak może się dziać, gdy każda godzina ma znaczenie, jak na przykład w diagnostyce i leczeniu tętniaka aorty.

Pierwsze zdarzenie

W godzinach nocnych na SOR zgłasza się pacjent skarżący się na silny ból brzucha. Lekarz dyżurny przeprowadza badanie przedmiotowe chorego, wykonuje podstawowe badania krwi i podaje pacjentowi leki przeciwbólowe. Ból się utrzymuje. Pacjent dostaje kolejne leki przeciwbólowe, coraz silniejsze. Po kilku godzinach dochodzi do nagłego zatrzymania akcji serca, pacjent umiera.

Okazało się, że w czasie, gdy był „leczony” na SOR, pękł mu tętniak aorty brzusznej. Gdyby lekarz uważnie zbadał pacjenta, prawdopodobnie wyczułby tętniaka w badaniu palpacyjnym. Lekarz powinien był też wykonać podstawowe badanie obrazowe, czyli USG. Rozpoznanie objawowego tętniaka aorty brzusznej jest wskazaniem do pilnej operacji. Dlaczego pacjent nie uzyskał pomocy? Lekarz wyjaśnił, że był bardzo zmęczony, co spowodowało nieprawidłową oceną stanu chorego. Poddał się dobrowolnie karze, nie kwestionował oceny biegłych.

Obraz histopatologiczny tętniaka rozwarstwiającego aorty piersiowej, KGH, CC BY-SA 3.0

Obraz histopatologiczny tętniaka rozwarstwiającego aorty piersiowej, KGH, CC BY-SA 3.0

Drugie zdarzenie

Pacjent z obciążonym wywiadem zgłasza się na SOR w godzinach rannych z bólami w klatce piersiowej. Miasto wojewódzkie, szpital specjalistyczny. W badaniach laboratoryjnych wykluczono OZW (ostry zespół wieńcowy) i na tym zakończono diagnostykę pacjenta. Nie poproszono o konsultację kardiologa, bo ostry ból w klatce piersiowej tego, zdaniem szpitala, nie wymaga. Podano leki przeciwbólowe. Ból ustąpił, a pacjenta wypisano do domu. Kilka godzin później ból powrócił. Chory, już we wstrząsie kardiogennym, trafił do innego szpitala. Rozpoznano tam tętniak rozwarstwiający aorty piersiowo-brzusznej. W trybie natychmiastowym na pacjenta zoperowano, było już jednak za późno na uratowanie mu życia.

Tętniak rozwarstwiający leczony lekami przeciwbólowymi?

Wypisując pacjenta z pierwszego szpitala uznano, że pacjent jest wyleczony, bo przestało go boleć. Biegli sądowi na szczęście rzadko podzielają taki pogląd, a mianowicie, że leki przeciwbólowe są panaceum na wszystkie choroby, i że nie trzeba ustalać przyczyny bólu.

Gdyby tak było, to pacjenci sami mogłiby sobie stawiać diagnozę, na przykład: „ból o nieustalonej etiologii” (dobrze brzmi, prawda?), a szpitale i lekarze staliby się zbędni, bo pacjent, po samozdiagnozowaniu, mógłby się leczyć środkami przeciwbólowymi kupionymi w pobliskim sklepie…

Mówiąc poważnie, to, że w przypadku ostrego bólu w klatce piersiowej, przed wypisaniem pacjenta z dodatkowymi obciążeniami, należy wykluczyć:

  • ostry zespół wieńcowy (zawał mięśnia serca),
  • pęknięcie przełyku,
  • zatorowość płucną
  • tętniak rozwarstwiający aorty piersiowej,

to powinien być elementarz dla lekarzy dyżurujących na SOR.

Lekarze na jet lagu

Co zatem powoduje, że lekarze tam pracujący tracą zdolność do racjonalnej oceny sytuacji i ograniczają się do „leczenia” bólu lekami przeciwbólowymi? Jaki wpływ na to ma ilość pacjentów, którzy przewijają się przez SOR? A może znaczenie ma fakt, że, jak ustalił w jednym z ostatnich raportów NIK, zatrudnieni w SOR lekarze pełnili czasem kilkudziesięciogodzinne  – nieprzerwanie nawet przez blisko 80 godzin – dyżury bez odpoczynku?

Zostawiam te pytania bez odpowiedzi. Zapraszam do podzielenia się w komentarzach Twoimi doświadczeniami z SOR. Także, jeśli jesteś lekarzem.

 

* 29 (na 100) pacjentów niepotrzebnie „zabłąkanych” na SOR wynika z danych podawanych przez same Szpitalne Oddziały Ratunkowe, NFZ jest bardziej surowy w ocenach i twierdzi, że aż 69 pacjentów na 100 „nadużywa” tej formy uzyskiwania pomocy medycznej. Informacje te pochodzą z raportu NIK.