Jolanta Budzowska

radca prawny

Partner w kancelarii Budzowska Fiutowski i Partnerzy. Radcowie Prawni (BFP) z siedzibą w Krakowie. Specjalizuje się w reprezentacji osób poszkodowanych w cywilnych procesach sądowych w sprawach związanych ze szkodą na osobie, w tym w szczególności z tytułu błędów medycznych oraz z tytułu naruszenia dóbr osobistych.
[Więcej >>>]

Jak uzyskać odszkodowanie?

Jakiś czas temu UWAGA! TVN wyemitowała program o siedmiorgu pacjentach przemyskiego szpitala, którzy stracili wzrok po rutynowych zabiegach leczenia zwyrodnienia plamki żółtej. To była kolejna, z założenia podobna do poprzednich, iniekcja do wnętrza gałki ocznej. Widzenie miało się poprawić. Stało się jednak inaczej. Zakażenie i zapalenie gałki ocznej spowodowało nieodwracalne zniszczenia.

Link do reportażu jest tutaj: „Pacjenci ze zwyrodnieniem plamki żółtej stracili wzrok”. Sprawa odbiła się szerokim echem w mediach. Korzystną dla pacjentów decyzję wydał także Rzecznik Praw Pacjenta. W ostatnich dniach zaczęliśmy procedurę ubiegania się o zadośćuczynienie i odszkodowanie za utratę wzroku dla poszkodowanych pacjentów.

Utrata wzroku po iniekcji

Utrata wzroku po iniekcji

Wypadek przy pracy?

Co ciekawe, po reportażu okazało się, że to, co wydarzyło się w Przemyślu, to nie jest odosobniony przypadek. Wciąż zgłaszają się do mnie pacjenci z innych szpitali.  U nich także po iniekcji leków, stosowanych w leczeniu wysiękowej postaci zwyrodnienia plamki żółtej (AMD), doszło do utraty wzroku. Co ważne, nie są to pojedyncze przypadki, które możnaby złożyć na karb tzw. zwykłego ryzyka zabiegu.

Ognisko epidemiczne

Jeśli w tym samym szpitalu, przy stosowaniu tej samej procedury, w niedługim odstępie czasu występuje podejrzanie dużo zakażeń, to prawdopodobnie wystąpiło tam ognisko epidemiczne. A skoro tak, to znaczy, że zawiodły procedury, a szpital ponosi tzw. winę organizacyjną za spowodowanie zakażenia szpitalnego.

Leczenie AMD

Wysiękowa postać AMD leczona jest różnymi lekami. Terapia jest opisywana jako skuteczna. Pozwala zatrzymać postęp choroby, a nawet u niektórych pacjentów wzrok ulega nawet poprawie. A jednak przyjmowanie każdego leku, czy to doustnie czy w formie zastrzyku, jak w tym przypadku, nie jest pozbawione ryzyka. Kto czyta ulotki przylekowe, ten wie.

Utrata wzroku po iniekcji – działanie niepożądane leku?

Także te leki, które stosuje się w leczeniu AMD, rodzą ryzyko tzw. działań niepożądanych. Zapalenie wnętrza gałki ocznej, które wystąpiło „seryjnie” u pacjentów leczonych w niektórych polskich szpitalach, jest jednak rzadkim powikłaniem. Z pewnością nie powinno wystąpić w takim odsetku, jak miało to miejsce w sprawach, którymi się zajmuję.

Zgoda pacjenta na zabieg

Trzeba pamiętać o tym, że pacjent, godząc się na opisywane przez producenta leku powikłania, nie podpisuje cyrografu. Nie obejmuje swoją zgodą wszystkich możliwych ryzyk. Podpisując zgodę na zabieg, pacjent nie zwalnia szpitala z obowiązku zastosowania zasad aseptyki i antyseptyki. Jeśli jakiegoś działania niepożądanego, na przykład zapalenia wnętrza gałki ocznej i utraty wzroku po iniekcji, można było uniknąć, lecząc starannie i zgodnie z aktualną wiedzą medyczną, to pacjentowi należy się odszkodowanie za błąd medyczny.

Jaki z tego wniosek? Gdy po iniekcji leku, który ma pomóc, pacjent traci wzrok, to na ogół nie jest to normalne powikłanie. Warto pomyśleć, w jakich warunkach wykonano zastrzyk? Czy wcześniej, podając krople znieczulające, dochowano procedur zabezpieczających przed zakażeniem? Jak przygotowano pacjenta do zabiegu iniekcji do wnętrza gałki ocznej?

Nie da się ukryć, że nie jest łatwo udowodnić szpitalowi, że ponosi odpowiedzialność za zakażenie szpitalne. O tym, jak wyglądają procesy związane z utratą wzroku i na jakie odszkodowanie może liczyć poszkodowany pacjent, pisałam tutaj: „Utrata wzroku przez błąd lekarski”. 

Wierzchołek góry lodowej?

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że „zbiorowa” utrata wzroku u pacjentów po iniekcji do wnętrza gałki ocznej w niektórych polskich szpitalach to konsekwencja nieprzestrzegania procedur, a nie właściwości zastosowanego leku. I zaczynam to właśnie udowadniać!

 

 

Mój rozmówca jest medykiem sądowym, doktorem nauk medycznych. Przez wiele lat, w ramach jednego z zakładów medycyny sądowej, opiniował m.in. sprawy o błąd medyczny. Teraz, jak mówi, chce poświęcić się „czystej kryminalistyce”, bo… jest ciekawsza. Dla czytelników mojego bloga zgodził się opowiedzieć o kulisach swojej pracy. M.in. dlatego pozostanie na użytek tego wywiadu anonimowy. 

 

JB: Na początek usystematyzujmy terminologię i określenie Pana specjalizacji: jest Pan medykiem sądowym czy patomorfologiem? Czy to są określenia wymienne?

Biegły: Jestem specjalistą medycyny sądowej, czyli – potocznie – medykiem sądowym.  Patomorfologia i medycyna sądowa to zupełnie odrębne specjalizacje, jakkolwiek mają nieco wspólnych elementów. Zarówno patomorfolodzy, jak medycy sądowi są specjalistami od diagnostyki pośmiertnej. I jedni, i drudzy znają się na wykonywaniu sekcji zwłok. Patomorfolodzy skupiają się przede wszystkim na diagnozowaniu zmian chorobowych w tkankach przy użyciu mikroskopu. Głównie też pod kątem nowotworów u osób żyjących. Natomiast medyk sądowy zajmuje się raczej ustalaniem przyczyny śmierci, gdy w grę wchodzi zadziałanie urazu, czyli czynnika zewnętrznego. Współpracuje też z prokuratorami i sądami przy orzekaniu o ciężkości uszczerbku na zdrowiu i o związku przyczynowo-skutkowym między danym zdarzeniem a pogorszeniem zdrowia.

Przekładając to na praktykę: jeżeli medyk sądowy wykonuje sekcję zwłok i stara się ustalić przyczynę zgonu, to gdy ma wątpliwości co do charakteru zmian, jakie stwierdza makroskopowo w określonych tkankach, musi zlecić badanie histopatologiczne odrębnie patomorfologowi.  Czy tak?

Dokładnie tak to wygląda. Co prawda, my w programie specjalizacji mamy jakieś podstawy diagnostyki mikroskopowej, ale już od wielu lat się przyjęło, że jest to domeną pracy patomorfologów. Sygnalizujemy prokuratorowi lub sądowi, że trzeba zbadać tkanki pod mikroskopem. Wtedy prokurator lub sąd zleca patomorfologom wykonanie odpowiednich badań i ocenienie preparatów mikroskopowych, bo oni są bardziej kompetentni w tym zakresie niż my. I ostatecznie taki wynik, który trafi do prokuratora czy sądu, będzie po prostu pewniejszy, bo wydany przez specjalistę.

Tym samy przeszliśmy płynnie do tematu sekcji zwłok. Jak z punktu widzenia medyka sądowego wygląda wykonanie sekcji sądowo-lekarskiej?  

Generalnie, medycy sądowi działają w tym zakresie na zlecenie prokuratora czy sądu. Najczęściej prokuratora. Celem sądowo-lekarskiej sekcji zwłok jest oczywiście ustalenie przyczyny zgonu. I tym się ona przede wszystkim różni od tak zwanej sekcji szpitalnej. Wykonujący sekcję szpitalną patomorfolog stara się w zasadzie potwierdzić podaną mu przez klinicystów, tzn. lekarzy leczących wcześniej pacjenta, przyczynę zgonu.  My najczęściej musimy ją samodzielnie ustalić.

Czy medyk sądowy jest związany zakresem zlecenia prokuratora?

Istnieją dwie szkoły. Jedna mówi, że medyk sądowy jest bardzo autonomiczny, jeśli chodzi o swoje działania, i w związku z tym, może wręcz sam decydować np. o zakresie pobieranych tkanek do dalszych badań. Natomiast druga szkoła mówi, że należy się trzymać wytycznych prokuratorskich. Jeśli prokurator nie zlecił danego badania, na przykład nie zlecił nawet zabezpieczenia tkanek, to nie należy tego robić.

Generalnie tego problemu by nie było, gdyby prokuratorzy bywali na tych sekcjach zwłok…  Wtedy nawet, jeśli prokurator nie zlecił pisemnie pobrania jakichś dodatkowych tkanek czy narządów do badań, to można byłoby to ustalić z nim w trakcie sekcji, w miarę potrzeby.

Medyk sądowy - wywiad

Medyk sądowy – wywiad

Często spotykam się w opiniach sekcyjnych ze sformułowaniem typu: „próbki są przechowywane w danym ZMS-ie przez x miesięcy, a po tym czasie zostaną zniszczone.”  Jak to działa w praktyce? Przecież sekcja zwłok najczęściej rozpoczyna śledztwo. Do wyklarowania się zarzutów droga daleka. Równolegle zabezpiecza się dokumentację medyczną, a potem dopiero przesłuchuje świadków i uzyskuje opinię biegłych co do prawidłowości leczenia (mówię o sprawach o błąd medyczny). Często dopiero w tej „właściwej” opinii pojawia się sugestia biegłych, że potrzebne byłoby np. badanie toksykologiczne czy histopatologiczne. Czy prokurator ma w ogóle szanse zdążyć z decyzją o potrzebie szczegółowych badań zanim materiał zabezpieczony w trakcie sekcji zostanie zutylizowany? Zwykle przecież ten czas przechowywania tkanek jest krótki.

W praktyce, chociaż z tych tzw. protokołów posekcyjnych (tak naprawdę jest to opinia posekcyjna) wynika, że próbki są przechowywane przez dwa czy trzy miesiące, to większość zakładów medycyny sądowej przechowuje je aż do około jednego roku. Warto więc nawet po upływie czasu wskazanego w protokole sekcji dopytać się, czy na pewno próbki nie są już dostępne. Na ogół próbki wciąż leżą. Bierze się to po prostu stąd, że nikt na bieżąco tych próbek z zamrażarek nie przegląda i nie utylizuje, z reguły robi się to raz do roku. Nie ręczę, że tak się dzieje we wszystkich zakładach medycyny sądowej, ale wiem, że w sporej części z nich tak jest.

Czy prokuratorzy wiedzą jakich szczegółowych badań mogą oczekiwać od medyków sądowych?

To oczywiście zależy od osobistego doświadczenia oraz wiedzy prokuratora. Większość prokuratorów, w mojej ocenie, ma problemy z odpowiednim nazwaniem badania, które chcieliby zlecić, no i powiązania tego z rodzajem materiału tkankowego, który gdzieś tam jest w ZMS przechowywany. Najczęściej to wygląda tak, że prokurator wcześniej dzwoni i konsultuje się z medykiem sądowym. Dopiero po ustaleniu, jaki rodzaj badań możnaby wykonać, czy mamy odpowiedni materiał i czy ewentualnie można skądś, gdzieś, jeszcze jakiś materiał zabezpieczyć, wydaje odpowiednie postanowienie.

Wracając do tego, czego oczekują prokuratorzy. W sprawach o błąd okołoporodowy, szczególnie gdy dochodzi do śmierci wewnątrzmacicznej płodu albo umiera dziecko tuż po porodzie, relatywnie często spotykam się z sytuacją, że biegli wydający opinię na temat prawidłowości prowadzenia porodu rozkładają ręce. Ich opinia nie może być stanowcza, bo sekcja zwłok płodu czy noworodka nie dostarczyła niezbędnych danych: brak jest informacji o stanie popłodu, czyli łożyska, bo medycy sądowi go nie badali.

To się bardzo często zdarza, że łożyska nie dostarcza się razem z ciałem nowonarodzonego dziecka.  Jako medycy sądowi najczęściej nie jesteśmy w stanie niczego z tym zrobić.  To jest dość nagminna praktyka.

To może, kiedy sprawa dotyczy błędu okołoporodowego, to powinniście od razu łapać za telefon i dzwonić do prokuratora, żeby zabezpieczył również łożysko?  

W przypadku zgonów nowonarodzonych dzieci prokuratorzy na ogół są przy sekcji zwłok. W związku z tym, jeżeli my otwieramy worek z zawartością (bo realia są takie, że zwłoki noworodka także są transportowane w worku…) i orientujemy się, co jest w środku, i że np. brakuje właśnie łożyska, to prokurator jest na bieżąco informowany. Ba, on to wręcz widzi. No i ma możliwość natychmiastowego zareagowania.  Problem polega na tym, że dość często w momencie, kiedy dziecko umiera w czasie porodu albo tuż po porodzie, to szpital traktuje ciało dziecka jako ciało ludzkie, natomiast łożysko traktuje już jako materiał zakaźny, który należy zniszczyć. I to jest tak naprawdę praprzyczyna tego, że my często nie dysponujemy tym łożyskiem.

Jakie jeszcze przeszkody stają najczęściej na drodze do wyjaśnienia w sekcji przyczyny zgonu czy oceny, czy doszło do błędu medycznego?

Brakuje dokumentacji medycznej. I nie mam tutaj na myśli karty wypisowej – karty informacyjnej – bo ona zwykle jest dostarczana, tylko chodzi mi o pełną historię choroby z tego pobytu, w związku z którym pacjent zmarł. Jakoś tak się utarło, że my dostajemy tylko i wyłącznie same karty informacyjne. Jak wiadomo, jest to dokument skrócony, który zawiera tylko swego rodzaju podsumowanie. Karta wypisowa ma informować innego lekarza, co się działo w szpitalu. Dla nas to jest jednak za mało, bo my tak naprawdę musimy znać szczegółowy przebieg hospitalizacji, i to zanim przystąpimy do sekcji zwłok. Jest to tak naprawdę pewien ekwiwalent wywiadu lekarskiego.

Przecież lekarz klinicysta, który bada pacjenta, przed przystąpieniem do opukania czy osłuchania klatki piersiowej, najpierw zbiera szczegółowy wywiad i przegląda dokumentację, którą pacjent przynosi. My z oczywistych względów nie jesteśmy w stanie porozmawiać ze zmarłym, ale ten ekwiwalent wywiadu uzyskujemy w postaci informacji od prokuratora oraz dokumentacji medycznej, którą on zabezpiecza jako dowód w szpitalu.

Sprawy o błąd medyczny są szczególnie trudne. Jeśli nie jesteśmy w stanie zapoznać się z pełną historią choroby przed przystąpieniem do sekcji, to może być tak, że na jakiś aspekt tego badania nie zwrócimy wymaganej uwagi.

Czy może Pan podać przykład?

Oczywiście. Nerki można zbadać na dwa sposoby: albo wyjąć je z jamy brzusznej razem z innymi narządami i dopiero zbadać, albo pozostawić w jamie brzusznej i zbadać na miejscu. Gdy wyjmuje się nerki, trzeba przeciąć moczowody, a kiedy bada się je na miejscu, czyli w jamie brzusznej, to najpierw trzeba wyjąć pozostałe narządy brzucha i wtedy przecina się tętnice nerkowe. Jeżeli medyk sądowy wie przed sekcją, że musi zwrócić szczególną uwagę na moczowody, nie wyjmie nerek razem z innymi narządami, tylko je zostawi.

Siłą rzeczy medyk sądowy także musi zostać trochę ukierunkowany na to, czego oczekuje prokurator, w stronę tego obszaru, gdzie mógł wystąpić błąd medyczny. Niestety to bardzo szwankuje.

Otóż to.  Żeby prokurator mógł ukierunkować medyka sądowego, to sam musi być ukierunkowany, czyli wiedzieć, czego chce. Czy z tego punktu widzenia ma znaczenie treść zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa?

Dla prokuratora na pewno tak, dla nas nie bezpośrednio. Generalnie rzecz biorąc: im większa pula informacyjna, tym większe prawdopodobieństwo, że ta sekcja zwłok wykaże nie tylko przyczynę zgonu, ale także pozwoli się odnieść do formułowanych zarzutów i wątpliwości co do poprawności leczenia.

Czy podczas sekcji zwłok wykonuje się zdjęcia? W wielu przypadkach mogłyby być pomocne. Często na sali sądowej dyskutujemy na przykład o tym, jaki charakter miało uszkodzenia danej tkanki: czy było to przecięcie, czy perforacja.

Co do zdjęć, to warunki dyktuje tu życie, czyli to, czym dysponujemy. Problem polega na tym, że na sekcji jest tylko i wyłącznie medyk sądowy, który ma do dyspozycji jedynie swojego technika sekcyjnego.  Jest też ten prokurator albo go nie ma, a nawet jeśli jest, to zwykle przychodzi bez technika kryminalistyki.

W takich warunkach tak naprawdę wykonywanie zdjęć na poszczególnych etapach sekcji zwłok jest wysoce kłopotliwe, a czasami wręcz niemożliwe. Trzeba byłoby ściągnąć rękawiczki, wziąć nowe, mieć odpowiedni aparat. Czasami jest tak, że technikowi sekcyjnemu trudno jest wytłumaczyć, co byśmy chcieli mieć na zdjęciu, jak powinien chwycić tkanki, co naciągnąć. Zasada ogólna jest taka – przynajmniej ja wychodzę z takiego założenia – że zdjęcia powinien wykonywać technik kryminalistyczny, pokierowany przez medyka sądowego. A ten technik kryminalistyczny powinien przyjeżdżać razem z prokuratorem. Podsumowując, ja się jak najbardziej zgadzam, że fachowo wykonane zdjęcia sekcyjne są bardzo pomocne, ale realia życia są takie, a nie inne.

A w praktyce prokuratorzy rzeczywiście są obecni bezpośrednio przy sekcji, czy raczej piją przysłowiową kawę w pomieszczeniu obok?

Tak naprawdę zależy to od ZMS-u; do głosu dochodzi tzw. „rejonizacja prawa karnego”. Inaczej to działa w jednej apelacji sądowej, jeszcze inaczej w innej. Oczywiście, jest to też zależne od prokuratora, no bo niektórzy przychodzą, bo muszą, ale autentycznie nie znoszą widoku krwi, nie są w stanie znieść widoku zwłok, w związku z tym kontakt z nimi ogranicza się do krótkiej rozmowy przed sekcją zwłok oraz po niej. A niektórzy naprawdę są obecni od początku do końca całego badania, zadają szereg pytań, a w trakcie badania autopsyjnego wykonują sobie notatki. Nie ma reguły.

Czy łatwo jest zrozumieć laikowi dokument, jakim jest opinia sekcyjna – protokół z badania sekcyjnego? 

Badanie sekcyjne jest wysoko specjalistyczną procedurą i prawidłowe zinterpretowania jego wyniku, czyli tego, co jest napisane w opinii sekcyjnej, wymaga wg mnie odpowiedniego wykształcenia medycznego.

Z mojego punktu widzenia sednem opinii posekcyjnej jest opis przedmiotowy i ta część, którą różnie się nazywa: oględziny powłok skórnych i narządów wewnętrznych bądź po prostu oględziny zewnętrzne i wewnętrzne.

Na co powinno się zwracać uwagę?

Ważny jest opis przedmiotowy skóry oraz wszystkich narządów wewnętrznych.  Czytając to, można się zorientować czy obducent, czyli osoba wykonująca sekcję zwłok, zbadał wszystkie aspekty danego narządu. Np.  określił sobie jego wielkość, to jak on się zachowuje przy dotyku, jaką ma barwę, jaką ma powierzchnię. Następnie przekroił ten narząd i opisał, jaki jest wygląd przekrojonych powierzchni itd. Wynik tego badania powinien być tam szczegółowo opisany.

I co istotne: nie powinno być tak, że obducent napisze później w opinii posekcyjnej, że wygląd powierzchni przekroju danego narządu jest „prawidłowy”, tylko powinien szczegółowo opisać rysunek oraz barwę. No i dopiero dysponując tak szczegółowym opisem, jesteśmy w stanie w jakimś stopniu zweryfikować czy to, co obducent opisał, znajduje odzwierciedlenie w ustalonym rozpoznaniu, które umieścił we wnioskach z sekcji zwłok.

Czyli może tak być, że sekcja sekcji nierówna?

Jak najbardziej. Sekcje zwłok, także te sądowo-lekarskie, wykonywane poza zakładami medycyny sądowej, są często niepełnowartościowe. To nie są tylko moje odczucia. Potwierdzają to badania naukowe, m.in. praca habilitacyjna Jerzego Kunza: „Błąd w opiniach sądowo-lekarskich w sprawach przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu”. Wciąż niestety zdarzają się przypadki, że na zlecenie prokuratora sekcje zwłok przeprowadzane są przez patomorfologów, a nawet, na szczęście incydentalnie, ale jednak, przez lekarzy innych specjalizacji, np. chirurga. Nawet patomorfolodzy często zapominają, że nie mogą ograniczyć się do ustalenia rozpoznań, ale muszą też – a nawet przede wszystkim – szczegółowo opisać skórę i narządy wewnętrzne. Tego nie trzeba robić w protokołach z sekcji szpitalnych, tam tylko pisze się rozpoznania.

Jaki wpływ na jakość sekcji ma prokurator?

Dużo zależy od prokuratora. Jeśli prokurator jest wyczulony i rozgarnięty, to wiadomo, że przypadku błędu medycznego nie zleci sekcji pracowni patomorfologicznej działającej na zlecenie szpitala, który jako ostatni leczył zmarłego, tylko wyśle taki przypadek do zakładu medycyny sądowej, gdzie istnieje odpowiednie zaplecze diagnostyczne i oczywiście nie ma powiązań towarzyskich. To jest raz.

Dwa, niektórzy lekarze jednak specjalizują się w wykonywaniu tych sekcji prokuratorskich, w tym sekcji w błędach medycznych.

Trzy, personel pomocniczy w ZMS-ach jest także lepiej wyszkolony. To jest czynnik, którego się nie docenia, ale jeśli technik sekcyjny nie ma odpowiedniego wyszkolenia i doświadczenia, to z reguły w tej sekcji zwłok będą generalnie gdzieś jakieś braki.

Czy można wykonać powtórnie sekcję zwłok?

W każdym ZMS-ie są 1,2 takie przypadki rocznie, gdzie po wcześniejszej sekcji prokuratorskiej, wykonanej poza ZMS, prokurator stwierdza, że opinia posekcyjna jest niepełna i nie odpowiada na jego wątpliwości. Wtedy zwłoki są przesyłane do ponownej sekcji zwłok. Tutaj można od razu wskazać, że oczywiście dodatkowym utrudnieniem dla medyka sądowego jest to, że bada zwłoki, które były już sekcjonowane, w związku z tym nie jest już w stanie dokładnie ocenić wielu właściwości narządów wewnętrznych.

Idźmy dalej. Czy sekcja wykonana po ekshumacji zwłok może być przydatna dla rozstrzygnięcia sprawy o błąd medyczny?

Jeśli jest wykonywana w stosunkowo krótkim czasie…

W krótkim czasie, czyli?

Ja bym powiedział, że jest to kilka, a jeśli warunki są sprzyjające, kilkanaście tygodni. Wtedy jest spore prawdopodobieństwo, że te zwłoki będą – względnie jeszcze – niezmienione.

Również z punktu widzenia przydatności np. dla oceny prawidłowości postępowania chirurgicznego czy stanu jamy brzusznej? Czy po tych kilkunastu tygodniach można jeszcze określić np. wielkość krwawienia do jamy brzusznej?

Po kilku tygodniach na ogół tak. Natomiast po kilkunastu tygodniach, to już w dużej mierze zależy od warunków, które panują w grobie, od pory roku i pogody. Znaczenie ma np. jaki jest rodzaj gleby oraz czy jest wilgotna czy wręcz mokra. Okazuje się, że tutaj nie ma reguły, bo na tym samym cmentarzu na obszarze 1 hektara w jednym narożniku mogą panować skrajne niekorzystne warunki, tak że zwłoki wyjęte z grobu po kilku miesiącach są dość mocno zmienione, a w przeciwległym narożniku okaże się, że zwłoki są wyjęte po tym samym czasie, a mimo to dadzą spore możliwości diagnostyczne. To można ocenić już w trakcie tej ekshumacji. Już jak się wyciąga tę mniej bądź bardziej całą trumnę, to widać czy coś z niej ścieka, co tam się do jej ścian przylepia…

Może zmieńmy nieco temat… Jaki jest udział lekarzy klinicystów w sporządzaniu opinii w ramach zakładu medycyny sądowej? Czy rzeczywiście wszystkich trzech czy pięciu profesorów, najczęściej „podbitych” pod wielostronicowym dokumentem, faktycznie uczestniczy w tworzeniu opinii sądowej?

Odniosę się do tego, czego sam doświadczyłem. Pewnych tajemnic środowiskowych nie będę tutaj upubliczniał, natomiast zdarzyło mi się musieć współpracować z klinicystą, który sobie życzył, żeby wysyłać mu nawet nie tyle szkielet, ale wręcz gotowy projekt opinii. Nawet nie chciał spojrzeć zbytnio w akta sprawy. Odmówiłem z nim współpracy. To są jednak incydentalne przypadki. Zakłady medycyny sądowej najczęściej współpracują ze stałymi, sprawdzonymi klinicystami, którzy sami też już nabyli umiejętność krytycznej oceny materiału dowodowego. Od nich dostaję solidną konsultację na piśmie, którą „wbudowywuję” w opinię. Potem klinicysta czyta projekt na końcowym etapie, już łącznie ze sprawozdaniem, które ja sporządzam, nanosi poprawki, które są istotne z jego punktu widzenia, i dopiero później zatwierdza ostateczną wersję.  Tak wygląda modelowa współpraca biegłych opiniujących w ramach instytutu.

Czy zdarzyło się Panu, że miał Pan zupełnie odmienną opinię na temat np. mechanizmu zgonu niż klinicysta?

Raz mi się zdarzyło. I doszło nawet do tego, że obaj okopaliśmy się w swoich pozycjach. Żaden nie dał się przekonać drugiemu, więc propozycja była taka, że wydamy opinię, która będzie miała dwa – w tym przypadku – rozbieżne stanowiska. Doktryna dopuszcza taką możliwość, choć – wiadomo – nie jest to pożądana opcja.  Ostateczne osoby decyzyjne postanowiły o wymianie jednej z osób w zespole opiniującym i nastąpiła zmiana lekarza referenta – medyka sądowego, czyli mnie. Z różnych względów, poniekąd też marketingowych, dąży się do tego, żeby końcowa opinia prezentowała jednolite stanowisko. Przypadki, w których nie da się ustalić wspólnego stanowiska, są bardzo, bardzo rzadkie, ale zdarzają się.

Osobiście uważam, że w sytuacjach wątpliwych biegli powinni przedstawić kilka hipotez i wskazać, który wariant i dlaczego uważają za najbardziej prawdopodobny, pozostawiając ocenę wiarygodności dowodów sądowi. A właśnie, co z prawdopodobieństwem? Co Pan sądzi o określaniu przez biegłych prawdopodobieństwa wystąpienia pewnych mechanizmów?  Jak bardzo kategoryczna powinna być opinia? Na pewno jest Pan świadomy tego, że dla prawników jednym z podstawowych zagadnień w procesach o błędy medyczne jest kwestia oceny związku przyczynowo-skutkowego.  

Generalnie, medycy sądowi nie lubią określać stopnia prawdopodobieństwa, gdy nie można wydać opinii kategorycznej. Z konieczności to się oczywiście robi, ale wolimy sytuacje, kiedy możliwe jest wydanie opinii kategorycznej. Jeśli trzeba oceniać stopień prawdopodobieństwa, wtedy posługujemy się skalami słownymi, a nie procentami. Nie ma możliwości wyrażenia prawdopodobieństwa w skalach liczbowych, więc siłą rzeczy trzeba się posługiwać takimi określeniami jak „znikome prawdopodobieństwo”, „niskie”, „średnie”, „wysokie”, „bardzo wysokie”. Wiem, że nie są to wyrażenia, które by zadowalały prawników, ale musimy znaleźć kompromis.

Najbardziej lubimy „graniczące z pewnością”🙂

Kiedyś używałem takiego sformułowania. Teraz, ze względów metodologicznych, wolę „bardzo wysokie prawdopodobieństwo”. Takie określenie w języku prawniczym oznacza, że prawdopodobieństwo oscyluje gdzieś tam w okolicach liczby 1, czyli tego, że dany stan wystąpił.

Prawdopodobieństwo

Bardzo duża szansa, najprawdopodobniej – 90-100%

Duża szansa, w miarę pewne- 70-90%

Prawdopodobnie, spora szansa, wydaje się – 50-70%

Może – 50%

Niewielka szansa, być może – 30-50%

Mała szansa, wątpliwe – 10-30 %

Znikoma szansa, bardzo mała szansa – 0-10%

(Skala pochodzi z pracy Ruth Beyth-Marom „How Probable is Probable? A Numerical Translation of Verbal Probability Expressions”)

Czy zdarzyło się, że nie był Pan w stanie ustalić przyczyny zgonu?

Zdarzyło mi się. I wtedy zaproponowałem dalsze postępowanie. Uważam, że dobry specjalista zna granice swojej wiedzy, swojej kompetencji, i potrafi to jasno i jednoznacznie zakomunikować. Nie mam najmniejszych oporów, żeby stwierdzić, że nie spotkałem się z podobnym przypadkiem, nie znalazłem niczego w literaturze, co pomogłoby mi podjąć decyzję, ale znam osobę, która specjalizuje się z danej subdziedzinie, np. w nagłych zgonach dzieci, więc jest prawdopodobne, że ona będzie w stanie rozstrzygnąć, co się stało. To jest po prostu postępowanie fair w stosunku do organu procesowego oraz do stron.

A czy w ogóle uważa Pan, że są przypadki, gdy mimo zaangażowania biegłych, przyczyny zgonu obiektywnie nie da ustalić?

Nie wszystko jest do ustalenia. Musimy pamiętać, że badanie sekcyjne jest tzw. badaniem statycznym, a nie badaniem dynamicznym.  Badanie dynamiczne to jest takie, w którym bada się trwające procesy fizjologiczne albo patofizjologiczne, czyli np. u żywego człowieka sprawdzamy, jak kształtuje się czynność elektryczna serca. Tego nie jesteśmy w stanie zbadać w zwłokach, bo serce już nie bije i nie ma czynności elektrycznej. Dlatego o badaniu sekcyjnym mówimy, że jest statyczne.  Jeśli więc zdarzy się taka sytuacja, że dany proces patofizjologiczny, jak się domyślamy, doprowadził do zgonu, ale nie pozostawił żadnego namacalnego śladu w tkankach, to w takiej sytuacji jesteśmy zmuszeni powiedzieć, że śmierć prawdopodobnie miała charakter czynnościowy, ale my nie jesteśmy w stanie tego wykazać, gdyż w obrazie morfologicznym nie ma żadnych zmian, które by na to wskazywały.

Tak, że tak, są takie przypadki i nie są nawet wielką rzadkością. Myślę, że każdy medyk sądowy, który wykonuje regularnie sekcje zwłok albo przynamniej bada akta, się spotyka z czymś takim kilka razy w swojej karierze.

Bywa Pan w sądzie jako biegły?

Bywam.

Czy zdarzyło się Panu, że w trakcie „krzyżowego ognia pytań”, jak prawnicy lubią myśleć o ustnych wyjaśnieniach biegłego na rozprawie, zmienił Pan zdanie w stosunku do tego, co wcześniej zawarł Pan w pisemnej opinii?

Zdarzyło mi się zmienić zdanie pod wpływem nowych informacji. Czyli poszerzyła się pula informacyjna, wpłynęły nowe dane, które treściowo były inne w stosunku do tych, na podstawie których wydałem wcześniejszą opinię, więc siłą rzeczy wymusiło to na mnie zrewidowanie stanowiska.

Natomiast nie zdarzyło mi się zmienić zdania tylko dlatego, że np. czegoś nie doczytałem w aktach, coś przeoczyłem. Piszę dość obszerne sprawozdania. Ba, jeszcze formułuję je własnymi słowami, nie zamieszczam skanów ani obszernych cytatów właśnie po to, żeby czytający ten fragment opinii wiedział, jakie jest moje rozumienie danych wpisów w dokumentacji medycznej. Bo jeśli coś ujmuję swoimi słowami, to znaczy, że wcześniej muszę na swój użytek zinterpretować dane z akt. Dzięki temu, że mam pewność, że od A do Z przebrnąłem przez wszystko.

Jak walor ma dla Pana dokumentacja medyczna jako dowód w sprawie? Czy w przypadku wątpliwości co do rzetelności, kompletności, ew. przeróbek w dokumentacji medycznej zaznacza to Pan w jakiś sposób w opinii?

Tak, w takich sytuacjach staram się opracować opinię wariantowo. Jedną wersję wyprowadzam sobie z dokumentacji medycznej, czyli tak naprawdę opieram się na tych tzw. dowodach rzeczowych, a następnie zestawiam ją z tym, co się nam jawi z zeznań, czy to rodziny, czy to samego pacjenta, czy to personelu. No i generalnie porównuję, wskazuję na różnice. Jeśli się da, próbuję je w jakiś sposób logicznie wytłumaczyć. Podkreślam zawsze, jakie założenia czynię, ale oczywiście w takim przypadku ostateczna decyzja jest w ręku prokuratora albo sądu.

Muszę jednak powiedzieć, że zdarzyło mi się, że prokurator zażyczył sobie ocenić prawidłowość postępowania diagnostyczno-terapeutycznego tylko i wyłącznie na podstawie dokumentacji medycznej. No to w tym momencie, kiedy mam tak zakreślone ramy opinii, oczywiście ograniczam się do dokumentacji. To są jednak sytuacje incydentalne.

Biegłych opiniujących sprawy z zakresu błędów medycznych jest jak na lekarstwo. Ma Pan jakiś pomysł, jak temu zaradzić?

Bardzo często wybierając biegłych z dziedzin klinicznych, organ procesowy albo strony w swoich propozycjach kierują się np. uznanymi stopniami czy tytułami naukowymi. Natomiast życie pokazuje, że świetny klinicysta bywa kiepskim opiniodawcą i odwrotnie: dobry opiniodawca bywa takim sobie, średnim klinicystą. Albo inaczej, przeciętnym.

I jaki z tego morał?

Konsekwencja jest taka, że już widziałem opinie wydane przez uznane autorytety z dziedzin klinicznych z tytułami profesorskimi i naprawdę ogromnym, imponującym dorobkiem, które się po prostu nie broniły w sądzie. Ba! Bardzo szybko, mówiąc kolokwialnie, były obalane. Kiedyś uważało się, że w sprawach o błędy medyczne opinie mogą wydawać tylko osoby, które są samodzielnymi pracownikami naukowymi, czyli mają habilitację z medycyny. Teraz coraz częściej konsultantami w wielu ZMS-ach są osoby, które mają „tylko” doktorat, albo wręcz nie mają tytułu naukowego, czyli są „zwykłymi” lekarzami. Ale ponieważ czują temat, mają odpowiednią wiedzę kliniczną, to uznaje się ich za dobrych konsultantów i tak w istocie jest. Organy procesowe powinny mieć krótką listę doświadczonych w sprawach o błędy medyczne zespołów opiniujących. Wtedy może te sprawy nie ciągnęłyby się latami.

Tego zatem życzmy sobie i wszystkim poszkodowanym pacjentom oraz członkom personelu, oczekującym na rzetelne opinie i sprawiedliwe wyroki. Bardzo dziękuję za rozmowę!

O sekcji zwłok i opiniach biegłych z zakresu medycyny sądowej przeczytasz też w innych moich wpisach, m.in.:

„Sekcja zwłok – co koniecznie trzeba wiedzieć”

„Przyczyna zgonu- jakie ma znaczenie?”

Foto sowy: Robert Nowakowski, też medyk sądowy! Ale to nie z nim rozmawiałam😎

Jeden z moich klientów poprosił mnie o ostatnio o zredagowanie w jego imieniu listu do lekarza rodzinnego. Zmarł jego ojciec, leczony przez tego lekarza. Przyczyną śmierci była błędna recepta i ciąg kolejnych zdarzeń. Klient nie chciał odszkodowania, nie chciał zawiadamiać prokuratury. Chciał, aby do podobnej sytuacji już w przyszłości nie doszło. Aby nikt więcej nie ucierpiał.  

W Wielkiej Brytanii – jak podał na Twitterze Tadeusz Jędrzejczyk –  rocznie zdarza się 1700 przypadków nieumyślnego spowodowania śmierci z powodu tylko błędów w używaniu leków. Jaka jest ilość podobnych przypadków w Polsce, nikt nie wie.

Oto treść listu, o którym wspomniałam na wstępie.

Błędna recepta

Pani

XY

woj. zachodniopomorskie

Szanowna Pani Doktor,

piszę ten list na prośbę mojego Mocodawcy Pana ZY. Dotyczy on przebiegu leczenia Pana VY, Pani Pacjenta, a Ojca mojego Mandanta. Pan VY zmarł w dniu zz. zz. 2020 r. w nocy, po bezskutecznej reanimacji przez bliskich, a następnie przez zespół ZRM. Stwierdzono rzężenia w płucach podczas wentylacji, krwistą wydzielinę z płuc, krew w rurce intubacyjnej.

Pacjent zażywał wcześniej m.in. przepisany przez Panią lek Warfin w dawce 3 mg jeden raz dziennie (codziennie rano). W dniu  aa.dd. 2020 r. wykupił leki zgodnie z kolejną wystawioną przez Panią receptą na Warfin. Tym razem była to jednak dawka 5 mg z zaleceniem stosowania „jak do tej pory”. Po skończeniu zapasów leku z poprzedniej recepty (w dawce 3 mg) rozpoczął przyjmowanie leków w dawce 5 mg jeden raz dziennie. Nie był jednak świadomy różnicy w dawce.

Mój Mocodawca jest głęboko przekonany, że zalecenie jego Ojcu, będącemu w podeszłym wieku (74 lata), cierpiącemu na wiele schorzeń współistniejących i przyjmującemu wiele innych leków, podwyższonej niemal dwukrotnie dawki 5 mg warfaryny dziennie do ciągłego stosowania przez 200 dni (2 opakowania po 100 tabletek), bez wskazań i bez oznaczenia INR w odstępach, 1-2 i 4 tygodniowych od wprowadzenia nowej dawki, było z Pani strony pomyłkowe.

Takie postępowanie nie znajduje uzasadnienia ani w stanie zdrowia Pacjenta, ani w zasadach stosowania leku opisanych w Charakterystyce Produktu Leczniczego. W efekcie doprowadziło do zaburzeń naczyniowych i śmiertelnego krwawienia. Zostało to opisane w ChPL jako działanie niepożądane warfaryny. W tym przypadku doszło jednak do niego na skutek złego dawkowania.

Mój Mocodawca poprosił mnie o wysłanie tego listu nie z zamiarem wszczęcia kroków prawnych przeciwko Pani. W jego imieniu zapewniam, że żadne kroki prawne nie będą przeciwko Pani podejmowane.  List jest powodowany jedynie troską o innych Pani pacjentów. Jedynym celem Pana ZY jest zwrócenie Pani uwagi na zaistniałą pomyłkę w przepisanej przez Panią dawce.

Jednocześnie Mój Mandat wyraża wdzięczność za dotychczasową Pani opiekę nad jego rodzicami. Dodatkowo informuje, że jego Mama, a Pani Pacjentka, nie ma wiedzy o niniejszym liście, i prosi, by tak pozostało.”

List do szuflady

Ten list ostatecznie nie został wysłany. Rodzina mojego Klienta wciąż korzysta z pomocy medycznej pani doktor, ich lekarza rodzinnego. To mała miejscowość. Pacjenci obawiają się, że mimo ich czystych intencji, informacja o tym, że doszło do pomyłki w wypisywaniu leku, a błędna recepta była przyczyną śmierci ich męża i ojca, pogorszy ich relacje z lekarką.

Czy to są obawy na wyrost? Zapewne wszystko zależy od tego, jakim człowiekiem jest pani doktor. Pomyłki, błędy medyczne są wpisane w ryzyko zawodu lekarza.  Sztuką, a właściwie powinnością odpowiedzialnych za błędy, jest jednak wyciągnąć z nich wnioski. W tym przypadku pomyłka mogła być niezawiniona przez lekarza. Powodów wystawienia błędnej recepty mogło być tysiąc. Nie zmienia to faktu, że Pacjent nie żyje. Pani doktor prawdopodobnie nigdy się nie dowie, że doszło do wystawienia przez nią błędnej recepty i – jeśli zawiniły procedury – nie będzie miała szansy ich poprawić.

Powikłania po leku

Przy okazji tej sprawy warto przypomnieć, że już od  2013 r. działania niepożądane leków mogą zgłaszać nie tylko osoby wykonujące zawód medyczny, ale i pacjenci. Zgłoszeń należy dokonywać przez formularz na stronie URPL.

Ciężkie działanie niepożądane

Powikłaniem ciężkim jest działanie, które bez względu na zastosowaną dawkę leku powoduje: zgon pacjenta, zagrożenie życia, konieczność hospitalizacji lub jej przedłużenie, trwały lub znaczny uszczerbek na zdrowiu lub inne działanie produktu leczniczego, które lekarz według swojego stanu wiedzy uzna za ciężkie, lub jest chorobą, wadą wrodzoną lub uszkodzeniem płodu. 

Jak pokazuje poniższe zestawienie, ilość zgłoszeń działań niepożądanych – w tym ciężkich – z roku na rok w Polsce rośnie. To dobry trend. Pozwala producentom monitorować bezpieczeństwo stosowania leków. Pacjenci i lekarze mają szanse zostać odpowiednio wcześnie ostrzeżeni przed nieznanymi dotąd skutkami ubocznymi leków. Zgłoszeń jest jednak wciąż zbyt mało w porównaniu z innymi krajami.

Problemy z dawkowaniem i jakością leku?

Osoby wykonujące zawód medyczny mają obowiązek zgłoszenia ciężkiego niepożądanego działania leku w terminie 15 dni od dnia powzięcia informacji o ich wystąpieniu. Ta wiedza wciąż nie trafiła pod strzechy wielu polskich szpitali. Niestety, na porządku dziennym w prowadzonych przeze mnie procesach szpitale powołują się na to, że określoną reakcję i pogorszenie stanu zdrowia pacjenta spowodował lek, i że był to „normalny skutek uboczny”.  Ale już na moje pytanie, czy zgłoszono działanie niepożądane, odpowiedzi zwykle nie ma…

Statystyka ciężkich powikłań po lekach

Ilość zgłoszeń zdarzeń niepożądanychDane statystyczne: zgłoszenia działań niepożądanych

 

Czy jeszcze mnie dziwi, że badanie histopatologiczne, które stało się podstawą diagnozy nowotworu u pewnej pacjentki, biegły podsumował tak: „W preparacie stwierdza się obcy fragment materiału przemawiający za rakiem. Nie ma on jednak związku z badaniem zasadniczym i jest obcą domieszką. Patomorfolog powinien tak to opisać. A dodatkowo porozumieć się z lekarzem klinicystą, który skierował materiał do badania histopatologicznego. Powinien był mu wyjaśnić swoje wątpliwości. Należało zdawać sobie sprawę, jakie to może powodować następstwa”?

Nie, nie dziwi mnie. Szczególnie w świetle ustaleń najnowszego raportu NIK na temat tego, jak wykonuje się w Polsce badania histopatologiczne.

Błędne badanie hist-pat = błędna diagnoza?

Badanie histopatologiczne to codzienność, przede wszystkim w diagnostyce onkologicznej. Od tego, czy jego wynik jest wiarygodny, zależy być albo nie być pacjenta. O tym, że kontrola NIK w zakresie badań patomorfologicznych jest w trakcie, napisałam w poście: „Nierozpoznany czerniak: błąd w badaniu hist.-pat.” Zachęcam do przeczytania tamtego tekstu. Zawarłam w nim rady dla pacjentów, co zrobić, jeśli wynik badania histopatologicznego budzi wątpliwości.

Procedurę wykonywania badania ze wskazaniem, gdzie są punkty krytyczne, opisałam z kolei w poście „Jak wędruje materiał tkankowy?”  Przedstawiona tam historia leczenia pewnej pacjentki mrozi krew w żyłach. 

Co to jest badanie histopatologiczne?

Badanie histopatologiczne to badanie, które polega na ocenie pod mikroskopem materiału pobranego od pacjenta. Wykonuje je lekarz specjalista patomorfolog. Celem tego badania jest uzyskanie odpowiedzi na pytania: 

  • czy oceniana zmiana jest nowotworem,
  • określenie typu histologicznego nowotworu,
  • określenie stopnia złośliwości histologicznej guza (grading – G).  

Przedmiotem badania histopatologicznego są usunięte chirurgicznie narządy lub części narządów. Hist.-pat. wykonuje się także z pobranych w trakcie biopsji wycinków tkankowych.

Badanie histopatologiczne pod mikroskopem NIK

NIK nie opublikował jeszcze całości raportu „Organizacja, dostępność i jakość diagnostyki patomorfologicznej”. Dotarłam do jego fragmentów. Wnioski są wiele mówiące.

  • Podmioty lecznicze oszczędzają na pacjentach. Bo kiedy zlecają czy wykonują badanie patomorfologiczne, to koszty tego badania muszą zmieścić w ogólnych, refundowanych przez NFZ kosztach opieki ambulatoryjnej albo hospitalizacji pacjenta. Procedury hist-pat. nie są odrębnie wyceniane.
  • Aż 90% wyników badań histopatologicznych, z którymi pacjenci zgłosili się do Instytutu Onkologii, było opisanych skrajnie niestarannie Na tyle,że taki wynik i postawione przez patomorfologa rozpoznanie nie mogło być podstawą do podjęcia decyzji o sposobie leczenia pacjenta. Trzeba było badanie powtarzać. 
  • W 70 % skontrolowanych przez NIK podmiotach leczniczych badania patomorfologiczne nie były wykonywane w odpowiednich warunkach. Nie trzeba dodawać, że zwiększa to ryzyko błędu w ocenie hist.-pat.

Brudas w pracowni patomorfologii

W tej sytuacji nie dziwi mnie także, że do opisanego na wstępie błędu w badaniu histopatologicznym, który miał bardzo poważne skutki dla zdrowia pacjentki, doszło prawdopodobnie na skutek tego, że ktoś w pracowni patomorfologii był zwykłym brudasem. 

Biegły napisał tak:

„Należy przypuszczać, że w czasie wyjmowania materiału z naczynia i przygotowywania go do badania, z narzędzia lub płyty dostał się do tego materiału fragment innego, który był rakiem, a pozostał po uprzednio opracowywanym w pracowni materiale.”

Idzie ku lepszemu

Polskie Towarzystwo Patologów robi dużo, aby poprawić sytuację. Kluczem jest zwiększenie ilości dobrze wykształconych lekarzy specjalistów patomorfologów, realna wycena badań histopatologicznych i odpowiednie przygotowanie pracowni. Trzymam kciuki. A tymczasem sądy wydają wyroki w podobnych sprawach. Kilka dni temu wygraliśmy 300 tys. zł. dla pacjentki, która padła ofiarą dramatycznego błędu w rozpoznaniu histopatologicznym. Możesz o tej sprawie przeczytać na stronie BFP.

Bezpłatna analiza dokumentacji medycznej i ocena szans na odszkodowanie za błąd medyczny to hasło, którym kuszą prawnicy i różnego typu (i różnej wiarygodności) firmy odszkodowawcze. Zachęcają, abyś to ich wybrał do prowadzenia twojej sprawy. O tym, jak wygląda przyjmowanie przez naszą kancelarie spraw do prowadzenia, napisałam tutaj: „Jak dostać odszkodowanie za błąd medyczny?” Jest tam też taki akapit, który zaczyna się od zdania: „Niestety, najczęściej nie rekomendujemy drogi sądowej.” Warto przeczytać, dlaczego tak jest.

Tu tylko dopowiem, że negatywna ocena szans procesowych to nie tylko w jakimś stopniu rozczarowanie dla osoby, która do mnie pisze z prośbą o pomoc, ale też trudna decyzja dla kancelarii. Wiadomo, że my, prawnicy procesowi jesteśmy od tego, aby reprezentować klienta w postępowaniu przedsądowym i na sali sądowej. Czy jednak chodzi tylko o to, żeby „się procesować”, za wszelką – czasem dosłownie – cenę? Nie.

Najważniejsza jest dla mnie uczciwość wobec moich klientów. Jeśli nie mam silnego przekonania, nie tylko że mój klient ma rację, ale także, że jestem w stanie wygrać powierzoną mi sprawę, to jej nie przyjmuję do prowadzenia. Oczywiście, nie zamyka to nikomu drogi do poszukiwania innego pełnomocnika.

Na szczęście, często nawet w sytuacji, kiedy jestem zmuszona odmówić, dostaję miłe listy.  Jak ten poniżej.

„Dzień dobry,

na wstępie przepraszam, że tak długo nie odpisywałem. Było to spowodowane koniecznością przeanalizowania i podjęcia decyzji co mam dalej robić z moją sprawą. Serdecznie dziękuję za Państwa opinię.

Traktuję ją jako fachową, ponieważ zajmujecie się Państwo tym zawodowo i na pewno posiadacie duże doświadczenie w tej dziedzinie. Po przemyśleniu w oparciu o Państwa opinię, podjąłem decyzję, że nie będę składał pozwu sądowego w mojej sprawie o błąd medyczny. Szanse na wygraną są niewielkie a koszty, które musiałbym ponieść duże. Do tego dochodzi czas, zaangażowanie w sprawę i duże dawki stresu. W mojej sytuacji zdrowotnej byłoby to dla mnie bardzo szkodliwe. Doszedłem do wniosku, że lepiej nie mieć nic niż narobić sobie zobowiązań w imię niepewnej wygranej. 

Jeszcze raz dziękuję za bezpłatną analizę sprawy i wydanie fachowej opinii popartej logicznymi argumentami. Tym bardziej to doceniam, ponieważ inny adwokat usilnie mnie namawia na skierowanie sprawy do sądu. Jednak jest on mało przekonywujący. 

Adwokat ten chce ogromną kwotę za zajęcie się sprawą (oprócz kosztów zastępstwa procesowego). Stąd nie dziwi mnie to, że tak bardzo mnie namawia do założenia sprawy sądowej. Oczywiście roszczenia, o które kazała mi wstępnie wystąpić firma XY są wg mnie nierealne. Na pewno uległyby znacznemu zmniejszeniu. Ale i tak uważam, tak jak Państwo, że szanse na wygraną są małe. 

Bardzo miło mi było z Państwem korespondować tym bardziej, że rzadko się spotyka takie profesjonalne i uczciwe podejście.”

Wspaniałego dnia! I pamiętaj, że wartość oferty pt. „Bezpłatna analiza dokumentacji medycznej” zależy od tego, kto dla Ciebie taką analizę wykonuje.